Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 sierpnia 2018

B. Albertalli "Simon oraz inni homo sapiens" + film

"Simon oraz inni homo sapiens" (czy też "Twój Simon" jak to widnieje w wydaniu z filmową okładką) ciekawiło mnie już od dłuższego czasu, jednak cały czas odkładałam tę książkę na później i dopiero zbliżająca się premiera filmu zmotywowała mnie do jej przeczytania (a wtedy już nawet zbliżająca się wielkimi krokami sesja mnie nie powstrzymała i czytanie poszło szybko).

Jeśli ktoś jeszcze nie orientuje się w historii, oto fragment opisu (tak, idę nieco na łatwiznę):
Każdy zasługuje na wielką miłość, prawda? Jednak historia 17-letniego Simona Spiera jest nieco skomplikowana. Simon jest fanem Harry’ego Pottera, nałogowym pożeraczem oreo, miłośnikiem muzyki alternatywnej oraz gejem. Nie ujawnił tego jeszcze nikomu ze swego otoczenia. Ukrywający swoją orientację seksualną szesnastoletni Simon uważa, że miejsce dramatów jest na scenie teatralnej. Jednak kiedy napisana przez niego wiadomość mailowa wpada w niepowołane ręce, pojawia się ryzyko, że jego wielki sekret ujrzy światło dzienne. A co gorsza w niebezpieczeństwie znajdzie się także Blue, chłopak, z którym Simon wymienia maile.

Naprawdę świetnie czytało mi się tę książkę. Jest lekka i pełna humoru, choć nie wszystkie wydarzenia są miłe i przyjemne. Ciekawie obserwowało się wymianę maili między Simonem i Blue, jak stopniowo otwierali się przed sobą, dzieląc się raz tym, czego nie wiedział o nich nikt inny, a kolejnym razem po prostu anegdotami z życia. Miło było też poznać całą rodzinkę Spierów, którzy są naprawdę świetnymi ludźmi, a w późniejszym czasie towarzyszyć Simonowi w próbach rozgryzienia tożsamości Blue. Z kolei do tych mniej przyjemnych elementów należy szantaż i idące za nim kłamstwa, niepewności i nieporozumienia, to, jak Simon musiał balansować na krawędzi bycia w porządku wobec siebie i przyjaciół a postępowaniem według wymagań szantażującego go Martina.

Podobały mi się występujące w książce nawiązania, najczęściej do Harry'ego Pottera oraz lekka obsesja Simona na punkcie oreo (którą potrafię zrozumieć ;3). Znalazłam też sporo fajnych cytatów. Raczej rzadko mi się zdarza wciągnąć się w książkę tak mocno, by czytać do bardzo późna, a jednak w tym przypadku tak się właśnie stało (nawet jeśli ostatecznie nie dotrwałam do końca i kontynuowałam już następnego dnia) - to chyba o czymś świadczy. ;)
Co do filmu, pewnie bardziej podobałby mi się, gdybym nie przeczytała książki, a tak byłam skazana na ciągłe porównywanie jednej wersji z drugą. I oczywiście książka wypada tu lepiej.
Mogłabym narzekać na różne szczegóły, które zostały pozmieniane (i zapewne będę), jednak na tym się nie kończy. Inaczej zostały też przedstawione nawet te ważne wątki. Mogę nie czepiać się tego, że zmienili rasę psa, niech im będzie, ale dlaczego niby Leah w filmie jednak kochała się w Simonie, a nie w Nicku (a raczej w ogóle w którymkolwiek z nich, jak podpowiada Otai)? Jak to się stało, że Bram postanowił urządzić u siebie imprezę, na której w książce wcale nie miało go być, bo nie lubi takich rzeczy?
Dodano postać strasznie denerwującego dyrektora, skutek - jeszcze więcej irytacji. W nauczycielce prowadzącej zajęcia teatralne też coś mi nie pasowało, w książce wydawała się dużo fajniejszą postacią.
Trochę też żałuję, że jedną siostrę Simona pominięto, a drugiej przydzielono całkiem inne hobby, ale już mniejsza o to. Jednym z moich głównych problemów z tym filmem jest to, że nawet Simon wypada tu dużo gorzej przez swoje zachowanie. Jasne, nawet w książce z powodu szantażu podejmował kiepskie decyzje, jednak nie kłamał tak w żywe oczy, raniąc przy tym przyjaciół. Do tego Martin, który tutaj stał się jeszcze bardziej nie do zniesienia. A całe to czekanie na Blue w wesołym miasteczku? Przecież w filmie zrobili z tego jakąś farsę, widowisko, na które zleciało się chyba z pół szkoły. Jak niby ten nieśmiały Blue miał się nagle odważyć na ujawnienie się w takiej sytuacji? Trochę też przykro, że zmienione zostały adresy mailowe bohaterów, które w książce niosły dla nich ze sobą pewne znaczenie. I jeszcze uwaga do polskich napisów: dlaczego nie zostawiliście Blue w spokoju i musieliście przetłumaczyć ten pseudonim jako Smutny?! To jedna z rzeczy, których nie potrafię przeboleć.
Nie jest jednak tak, że film okazał się porażką. Po prostu wyszło bardziej płytko niż sądziłam, trochę sztampowo w pewnych momentach, a do tego secondhand embarrassment dawał mi się trochę we znaki. Muzyka była za to niezła, na aktorów też nie narzekałam, a do tego bardzo spodobał mi się pokój Simona. Konkretnie łóżko we wnęce i cała ściana w tym kąciku służąca za tablicę, po której można było pisać kredą. Doceniam też puszczenie oczka w stronę widzów w postaci widocznej w pewnym momencie na półce innej książki tej samej autorki oraz "Bardziej szczęśliwy niż nie", też o tematyce LGBT (może było coś jeszcze, ale tylko tyle zauważyłam). Zostawili też sporo rozmów o oreo (choć nie aż tyle, co w książce, a dużo innych nawiązań pominęli). A! I jeszcze dodanie Panic! At The Disco (uwielbiam! ♥) jako jednego z ulubionych zespołów Simona. Wydaje mi się też, że w książce został wspomniany jakiś inny gej w szkole (poprawcie mnie jeśli się mylę), w filmie natomiast został przedstawiony bardziej szczegółowo i myślę, że wyszło to na plus.

Czytaliście książkę albo oglądaliście film? Jakie są Wasze odczucia?

poniedziałek, 2 listopada 2015

O filmach co nieco: Księga życia, Psycho-Pass Movie + URL Song TAG


Tytuł: Księga życia
Reżyser: Jorge R. Gutierrez
Rok: 2014
Czas trwania: 1h 35 min.
Produkcja: USA
Gatunek: animacja, fantasy, przygodowy
Ocena: 8/10

Dwoje władców podziemnych światów - Krainy Pamiętanych i Krainy Zapomnianych - zakładają się o to, czy ludzie są istotami o czystych sercach. Rozstrzygnąć ma to klasyczny spór - dwóch przyjaciół zabiegających o względy tej samej dziewczyny. Dobra i uczciwa La Catrina wybiera na swojego przedstawiciela Manolo, który, choć wychowany w rodzinie matadorów, marzy o karierze muzyka. Wybór zdradzieckiego Xibalby pada na Joaquina, który, tak jak jego ojciec, pragnie stać się bohaterem miasta. Ich wybranka, Maria, zostaje wysłana na nauki, dlatego też ponownie widują się dopiero po latach, a wtedy kumulowane dotąd uczucia ożywają z jeszcze większą siłą. I gdyby zostawić to wszystko własnemu biegowi, pewnie obyłoby się bez większych kłopotów. Problem w tym, że Xibalba nie zamierza grać fair i Manolo wkrótce trafia do zaświatów. Czy z tej sytuacji istnieje jakieś dobre wyjście? Czy młodzieniec zdoła powrócić do ukochanej, przekreślając tym samym plany Xibalby?

Miłość, która okazuje się silniejsza od śmierci? Brzmi dość typowo, prawda? Nie zamierzam Wam wmawiać, że jest inaczej. Praktycznie od samego początku wiemy, kto zdobędzie serce Marii (nie wspominając, że sugeruje nam to już sam plakat), a jednak czar, jaki roztacza wokół siebie ten film sprawia, że wszystko to przestaje mieć znaczenie - chciałoby się go po prostu dalej oglądać, zachwycając się kolejnymi jego elementami. A mogę Was zapewnić, że jest czym. Po pierwsze, "Księga życia" jest bardzo atrakcyjna wizualnie - ciekawe projekty postaci, widoczne właściwie we wszystkim meksykańskie klimaty, a do tego cała feeria barw. To z kolei świetnie łączy się z samą historią i jej przedstawieniem, właśnie jako opowieści z tajemniczej Księgi życia. Następnie Maria, która nie jest damą w opałach czy żadną inną mdłą postacią, która ot tak da się uwieść. Od razu widać, że ta dziewczyna ma własną wolę i całkiem silny charakter. Kraina zmarłych stanowi kolejną zaletę - została przedstawiona w bardzo ciekawy sposób. Pisząc o tej produkcji nie mogłabym też zapomnieć o muzyce, która towarzyszy nam praktycznie cały czas. I na nią duży wpływ miał meksykański charakter całości. Najbardziej zapadł mi w pamięć ten utwór, choć nie tylko on zasługuje na uwagę. I chociaż produkcje animowane zwykle są z góry klasyfikowane jako filmy dla dzieci, jestem pewna, że niejeden dorosły znalazłby w "Księdze życia" coś dla siebie, a sama na pewno jeszcze do niej wrócę.


Tytuł: Psycho-Pass Movie
Reżyser: Katsuyuki Motohiro, Naoyoshi Shiotani
Rok: 2015
Czas trwania: 1h 53 min.
Produkcja: Japonia
Gatunek: akcja, sci-fi, anime
Ocena: 8/10

To już trzecia odsłona "Psycho-Pass", tym razem zdecydowanie krótsza od poprzednich, a jednak wciąż całkiem interesująca.
System Sybilla zostaje wprowadzony w dotąd trawionym wojnami domowymi kraju, co wcale nie oznacza, że od razu zrobi się spokojnie, oj nie. Gdy w Japonii zostają zatrzymani pochodzący stamtąd terroryści, na jaw wychodzi niejasne powiązanie między byłym Egzekutorem, Kougamim Shinyą a grupą sprzeciwiającą się tamtejszej władzy. To z kolei mobilizuje inspektor Tsunemori Akane do podjęcia działania. Już na miejscu Akane dostrzega, że System Sybilli - w samej Japonii nieakceptowany przez wiele osób - będąc dopiero w powijakach, tym bardziej stanowi kwestię sporną. Co więcej, wygląda na to, że tamtejsza władza nie wywiązuje się należycie ze wszystkich punktów traktatu. Czy uda się zaprowadzić tam porządek? No i jest jeszcze Kougami. Czyżby stał się zwykłym przestępcą, a może za jego postępowaniem kryje się coś więcej?

"Psycho-Pass" wciąż trzyma poziom, poza tym miło było znów zobaczyć tych bohaterów w akcji, zwłaszcza Kougamiego, na którego nie było co liczyć w drugiej serii. Trudne wybory, niesprawiedliwość, okrucieństwo, wolna wola przeciwko ograniczeniom nałożonym przez Sybillę - tego typu problemy są tu stale obecne, Akane, wiedząc o funkcjonowaniu obecnego społeczeństwa znacznie więcej, niż przeciętny obywatel, niesie równie duże brzemię. Nieustanne rozterki mogą być naprawdę przytłaczające, a jednak bohaterka nie poddaje się, choć jej ideały są nieustannie wystawiane na próbę, a system, który pomaga chronić wcale nie jest idealny. Przechodząc już do Kougamiego, dowiemy się nieco więcej o tym, jak wyglądało jego życie po ucieczce, co na pewno zastanawiało wiele osób. Film już sam w sobie jest całkiem niezły, jednak nie radzę oglądać go bez znajomości wcześniejszych części - można w ten sposób wiele stracić.

Tym, co zdecydowanie muszę pochwalić jest kreska i nie chodzi tu tylko o projekty postaci (choć i te są niczego sobie - w końcu jak tu narzekać, gdy można sobie wręcz do woli patrzeć na Kougamiego, a i Ginoza w długich włosach prezentuje się całkiem nieźle). Wręcz przeciwnie - największe wrażenie zrobiły na mnie starannie i bardzo skrupulatnie stworzone tła, które wyglądają bardzo realistycznie. Dalej muzyka - "Who What Who What" od Ling Tosite Sigure na początku (cieszę się, że i tym razem twórcy się na nich zdecydowali) oraz ending, ten sam, co w pierwszym sezonie - "Namae no nai Kaibutsu" od EGOIST. Należałoby też wspomnieć o czymś jeszcze - w filmie usłyszymy zarówno kwestie po japońsku, jak i po angielsku (i wcale nie jest ich mało), z czym seiyuu poradzili sobie różnie - raz lepiej, raz gorzej. Czasami więc usłyszymy zrozumiałą, choć niekoniecznie płynną angielszczyznę, a czasami nieudolne próby porozumiewania się w tym języku z dużą pomocą katakany. Nie było to jednak szczególnie uciążliwe, poza tym dla tego filmu warto przymknąć oko na marne igirisu.

URL Song TAG
Do tego TAGu zostałam nominowana przez Kandis, za co bardzo dziękuję (gdyby nie to, w ostateczności pewnie samozwańczo bym się na to zdecydowała :P). TAG z początku wydaje się nieco kłopotliwy, zwłaszcza jeśli ma się długą nazwę bloga, jednak wcale taki nie jest. Szczerze mówiąc, aż zdziwiłam się, jak szybko dotarłam do ostatniej literki. Mogłabym tak jeszcze dłuższą chwilę wymieniać. :3
KROPLE SZCZĘŚCIA

K - Kanzen Kankaku Dreamer ONE OK ROCK
Jedna z moich ulubionych piosenek tego zespołu (w końcu jedną trudno by było wybrać)

R -Rokutousei no Yoru Aimer


O - Over And Over Three Days Grace


P - Protege Moi Placebo
Brian Molko ma tutaj taki piękny akcent ♥

L - Leave Out All The Rest Linkin Park


E - Even You Brutus? Red Hot Chili Peppers


S - Scenariusz dla moich sąsiadów Myslovitz
Bardzo lubię tę piosenkę :3


Z - Zombie The Pretty Reckless


C - Come as You Are Nirvana


Z - Zanim odejdę Ukeje
Chciałam dobrać jakąś jego piosenkę, a akurat na Z trochę brakowało mi opcji


E - Enigmatic Feeling Ling Tosite Sigure


S - Speed and Friction amazarashi
Teledysk jest dość nietypowy, jednak piosenkę uwielbiam


C - Core Pride UVERworld


I - I Write Sins Not Tragedies Panic! At The Disco


A - Ashita, Boku wa Kimi ni Ai ni Iku Wakaba

czwartek, 9 lipca 2015

O filmach co nieco: Tylko kochankowie przeżyją

Tym razem tylko jeden film, gdyż rozpisałam się na jego temat bardziej, niż przypuszczałam.

Tytuł: Tylko kochankowie przeżyją
Reżyser: Jim Jarmusch
Rok: 2013
Czas trwania: 2h 2 min.
Produkcja: Francja, Niemcy, USA, Wielka Brytania, Cypr
Gatunek: (horror), romans
Ocena: 8/10

Pierwsze, co przyszło mi na myśl po zobaczeniu plakatu: Loki i Biała Czarownica w jedynym filmie? Spostrzeżenie to szybko jednak zeszło na dalszy plan, gdy zaczęłam oglądać. Prosta historia, która jednak dzięki swojemu nietypowemu klimatowi i cudownej ścieżce dźwiękowej, naprawdę potrafi oczarować, choć nie każdemu przypadnie do gustu. Właśnie tak pokrótce opisałabym "Tylko kochankowie przeżyją".

Adam i Eve, para wampirów, choć darzą siebie nawzajem ogromnym uczuciem, mieszkają daleko od siebie. Ona, pełna pasji i radości z życia, mieszka w pewnym orientalnym zakątku, a w jej domu piętrzą się setki książek. On pozostaje niejako w opozycji do niej, a więc cechuje go przygnębienie, zmęczenie życiem oraz przywiązanie do staroci i przeszłości. Praktycznie nie wychodzi ze swojego domu, gdzie komponuje kolejne utwory jako  anonimowy, jednak bardzo popularny muzyk. Pewnego dnia Eve postanawia do niego przyjechać, co nieco rozjaśnia jego ponury świat, jednak nie tylko ona wpadła na ten pomysł. Spotkanie z dwójką wampirów zaplanowała sobie także Ava, kłopotliwa siostra Eve… 

Jak widać, sama historia nie jest skomplikowana, jednak to klimat filmu i głębokie uczucie między Adamem i Eve'ą są jego największą zaletą. Produkcja ta ma w sobie coś takiego, co nie pozwala odejść od ekranu pomimo niespiesznej akcji (a czasami nawet i jej braku). Wszechobecna melancholia świetnie  współgra z całą resztą - delikatnymi przejściami między obrazami, pięknymi sceneriami i oczywiście cudowną ścieżką dźwiękową, która stanowi nieodzowny element tego filmu i towarzyszy nam praktycznie przez cały czas jego trwania. Są to głównie gitarowe brzmienia, rock oraz muzyka przywodząca na myśl orientalne zakątki (o ile dobrze mi się wydaje, grana na cymbałach).  Zakwalifikowanie "Tylko kochankowie przeżyją" do horroru było niewypałem (proponowałabym raczej dramat) i sugerowanie się tym może prowadzić do rozczarowania. Niektórzy mogą się też zawieść brakiem akcji, jednak mi to wcale nie przeszkadzało, gdyż mimo to czas spędzony przy tym filmie zleciał mi niespodziewanie szybko.

Uczucie łączące dwójkę głównych bohaterów jest takie niewymuszone i niepowtarzalne, głębokie, a jednak delikatne; subtelne, a jednak niezbywalne. Wielokrotnie przyłapywałam się na myśli, że razem wyglądają naprawdę uroczo. Nie znaczy to jednak, że osobno nie są warci uwagi - przez oboje z nich przemawia ogromne doświadczenie życiowe, które Eve przetapia w niesłabnącą ciekawość świata i ludzi, podczas gdy w Adamie budzi rezygnację (pogłębiającą się zwłaszcza podczas nieobecności ukochanej) i pesymistyczne poglądy na temat społeczeństwa, zwłaszcza ludzi ślepo podążających za tłumem, których otwarcie krytykuje.  Choć tak wiele ich dzieli, stanowią parę wręcz idealną. Jednocześnie widzimy ogromną różnicę między nimi a Avą - jej beztroską, która graniczy wręcz z bezmyślnością.

Film jest pełen aluzji do wydarzeń i osobistości z przeszłości; sugestii, jakoby to nasi bohaterowie przyczynili się do powstania wielu sławnych dzieł, które następnie zostały przypisane innym ludziom. Wampiryzm jest tu jednak wyłącznie pretekstem do ukazania niekończącego się uczucia między dwóją bohaterów, którego nie zniszczył ani czas, ani odległość. Oni nie obnoszą się z tym, a o ich wampirzej naturze przypomina właściwie tylko kilka szczegółów - bladość, wypijane od czasu do czasu kieliszki krwi, czy nocny tryb życia.

Teraz parę słów o zakończeniu… Film kończy się nagle, bez jakiejś konkretniejszej puenty (w sumie trudno też wskazać jakieś konkretne założenia fabuły), każdy może dopowiedzieć sobie resztę według własnego uznania. Niektórzy mogliby uznać to zakończenie za minus (sama przez pewien czas nie mogłam się pogodzić z tak nagłym końcem), ale  ostatecznie doszłam do wniosku, że jest dobrze tak, jak jest. Podoba mi się ta niejednoznaczność, pozostawienie zakończenia otwartym. "Tylko kochankowie przeżyją" jest filmem niezwykłym, ale również bardzo specyficznym, przez co nie trafi do każdego widza. Mnie produkcja ta szczerze oczarowała, jednak znajdą się i osoby, które po prostu znudzi. Mimo to zachęcam, by dać jej szansę.

SQÜRL - Funnel of Love

niedziela, 8 lutego 2015

O filmach co nieco: Lot nad kukułczym gniazdem, Rodzice chrzestni z Tokio, Wypisz, wymaluj... miłość

Dawno nie pisałam o filmach, więc postanowiłam trochę nadrobić zaległości. :)
Dodam przy okazji, że nieco usprawniłam spis recenzji. Teraz powinno być czytelniej i myślę, że łatwiej będzie znaleźć konkretną książkę. Odświeżyłam też zakładkę "o mnie". ;)

Tytuł: Lot nad kukułczym gniazdem
Reżyser: Miloš Forman
Rok: 1975
Czas trwania: 2h 13 min.
Produkcja: USA
Gatunek: dramat, psychologiczny
Ocena: 9/10

"Główny bohater filmu, McMurphy, złodziejaszek, szuler i chuligan, chcąc uniknąć więzienia udaje psychicznie chorego, tym samym idąc do zakładu psychiatrycznego zamiast do celi. Jednak powoli przekonuje się, że szpital wcale nie jest bezpiecznym azylem, gdzie można przyjemnie spędzić czas. Całym oddziałem rządzi despotyczna siostra Ratched, która nie unika psychicznych i fizycznych ataków na pacjentów, stosując okrutne i bolesne metody zaprowadzające spokój. McMurphy widząc swoich zastraszonych współtowarzyszy, postanawia sie zbuntować i pokazać, kto tu rządzi. Jednak jego bunt przynosi niespodziewane i drastyczne skutki dla niego samego i innych pacjentów."
(opis i plakat z filmweb.pl)

Film ten można niejako podzielić na dwa etapy. Pierwszy z nich bawi. Bawi zamieszanie, jakie McMurphy wprowadza do codziennej rutyny zakładu psychiatrycznego, bawi radość, jaka za jego sprawą maluje się na twarzach pozostałych pacjentów. Nawet jeśli coś wyjdzie spod kontroli, wciąż spotyka się z większą lub mniejszą ich aprobatą. Na ich nieszczęście po chwilach euforii przychodzi nieodzowny moment poniesienia konsekwencji. A o tych McMurphy najzwyczajniej w świecie zapomniał lub też świadomie ignorował. W chwili wkroczenia do zakładu nie wiedział też w pełni na co się decyduje i czy aby lepszą opcją nie byłaby zwyczajna odsiadka. Jak będzie w rzeczywistości?

Nieco dziwne są momenty całkowitej ciszy. Parę razy zastanawiałam się nawet, czy głośniki aby na pewno dobrze działają. Cisza jednak była zamierzona. Nie mogłabym też nie wspomnieć o znakomitej grze Jacka Nicholsona, który wcielił się w głównego bohatera. Wyszło mu naprawdę przekonująco. To produkcja, z którą warto się zapoznać. Może i nie odpowiada dzisiejszym realiom szpitali psychiatrycznych (rok produkcji mówi sam za siebie), jednak jest to interesująca, momentami przejmująca historia. Polski tytuł nie oddaje w pełni tego, co powinien, dlatego też po obejrzeniu filmu radzę dowiedzieć się na ten temat czegoś więcej.



Tytuł: Rodzice chrzestni z Tokio
(Tokyo Godfathers)
Reżyser: Satoshi Kon, Shôgo Furuya
Rok: 2003
Czas trwania: 1h 32 min.
Produkcja: Japonia
Gatunek: dramat, familijny, komedia, anime
Ocena: 9/10

W czasie Bożego Narodzenia troje bezdomnych odnajduje wśród stert pudeł małe dziecko. Dla jednego z nich, transwestyty Hany, jest to jak bożonarodzeniowy prezent - jedyna okazja na spełnienie marzenia o macierzyństwie. Widząc jego szczęście, pozostała dwójka - alkoholik Gin i zbiegła z domu Miyuki - nie potrafi tak po prostu mu tego odebrać. Zapada decyzja - następnego dnia oddadzą niemowlę na posterunek policji. W decydującej chwili plany ulegają jednak zmianie i trójka bezdomnych decyduje się odnaleźć matkę dziecka, by dowiedzieć się, co nią kierowało. I czy aby na pewno mogą oddać jej zgubę bez obawy o dalsze losy maleństwa.

Oto początek obfitującej w najróżniejsze wydarzenia przygody - pełnej zarówno radości i szczęśliwych zbiegów okoliczności (od czegoś przecież jest ta tak zwana magia świąt), jak i niebezpieczeństw oraz bolesnych spotkań z rzeczywistością. Produkcji tej nie można odmówić pewnego świątecznego, choć mocno pokręconego klimatu, który towarzyszy nam przez cały czas i stanowi niewątpliwą zaletę. Choć trójka bezdomnych przebywa ze sobą na co dzień, dawne życie stanowi dla nich niejako temat zakazany. Kolejne wydarzenia stają się dla nich jednak pretekstem do stawienia czoła swojej przeszłości i popełnionym błędom. Anime nie popada przy tym w nadmierne moralizatorstwo. Muzyka jest ciekawa, a kreska ładna i realistyczna, bez zbędnego upiększania rzeczywistości. "Rodzice chrzestni z Tokio" to produkcja pełna zarówno humoru, jak i wzruszeń, której zdecydowanie warto dać szansę.



Tytuł: Wypisz, wymaluj... miłość
Reżyser: Fred Schepisi
Rok: 2013
Czas trwania: 1h 51 min.
Produkcja: USA
Gatunek: dramat, komedia, romans
Ocena: 7/10

Nauczycielowi angielskiego Jackowi Marcusowi, kiedyś dobrze zapowiadającemu się pisarzowi i dumie szkoły, obecnie bliżej do miana utrapienia. Wiecznie spóźniony, zgryźliwy i kapryśny, a do tego lubujący się w alkoholu nauczyciel w końcu staje przed perspektywą zwolnienia, co nieco przyhamowuje jego autodestrukcyjne zapędy. Nie oznacza to jednak od razu poprawy. W międzyczasie pracę zaczyna nowa nauczycielka plastyki, ceniona w artystycznym świecie Dina Delsanto, obecnie zmagająca się z niedogodnościami i bólem związanymi z chorobą. Spotkanie tych dwojga - Marcusa, który z całego serca wierzy w potęgę słów i Delsanto, dla której najważniejsza w życiu jest sztuka - wywołuje prawdziwą wojnę. Wojnę na słowa i obrazy, która wzbudza zainteresowanie uczniów, Marcusa zdaje się motywować do ponownego stanięcia na własnych nogach, a Delsanto... Właśnie. Do czego? Czy spór także jej pozwoli stawić czoła własnym problemom?

Uwielbiam zarówno słowo pisane, jak i sztukę (głównie rysowanie), więc od samego początku coś mnie do tego filmu ciągnęło, a i bardzo zachęcający zwiastun zrobił swoje. Przyznam, że z początku sceptycznie odnosiłam się do Jacka, który okazał się bardziej wykolejony niż przypuszczałam. Myślałam, że dane mi będzie poznać cynicznego i pewnego siebie, a jednak dającego się lubić nauczyciela, tymczasem na chwilę, gdy będzie można mówić o jakiejkolwiek sympatii do niego przyszło mi jeszcze długo poczekać. Co więcej, nawet w późniejszych momentach nie obyło się bez zwątpienia. A powód był dość oczywisty - alkohol. Postać Diny może i nie do końca odpowiadała moim wyobrażeniom, jednak nie mam co do niej większych uwag.

Prawda jest taka, że od początku nastawiałam się bardziej na komedię, tymczasem znalazło się tu naprawdę sporo z dramatu. Doszło nawet do tego, że byłam bliska spisania tego filmu na straty. Na szczęście w porę zdążył się wybronić. Wojna między słowem a obrazem wypadła tu całkiem ciekawie. Wielki plus należy się za naprawdę udane dialogi. Obserwowanie sporów tych dwoje było prawdziwą przyjemnością. Dla moli książkowych dodatkowym atutem będzie tu wszechobecność literatury. Miłośnicy sztuki też nie powinni być zawiedzeni. A wątek romantyczny? Nie jest idealny. Nie jest jakiś zachwycający, jednak myślę, że jest wystarczający. Nie przysłania on wszystkiego innego, stanowi raczej pewien dodatek. Całość oglądało mi się naprawdę przyjemnie.

wtorek, 11 marca 2014

O filmach co nieco: Edward Nożycoręki + Liebster Award


Tytuł: Edward Nożycoręki
Reżyseria: Tim Burton
Scenariusz: Tim Burton, Caroline Thompson
Rok: 1990
Czas trwania: 1h 45 min.
Produkcja: USA
Gatunek: dramat, fantasy
Ocena: 8/10

Peg Boggs, po wielu nieudanych wizytach w sprawach służbowych, postanawia spróbować szczęścia w znajdującym się nieopodal wielkim zamczysku. Zamiast klienteli znajduje tam jednak Edwarda, opuszczonego chłopca-cyborga z nożycami zamiast rąk. Po śmierci jego twórcy został całkiem sam, więc przejęta jego losem Peg postanawia zabrać go ze sobą. Czy była to dobra decyzja? Tak oto Edward zaczyna życie w miasteczku i wkrótce staje się miejscową atrakcją. Pomimo początkowych trudności zdobywa sympatię większości mieszkańców. Dzięki swoim umiejętnościom w posługiwaniu się nożyczkami, zmysłowi artystycznemu i wrażliwości szybko staje się znanym fryzjerem - zarówno psów jak i ludzi, choć debiutował strzygąc żywopłoty. Zdaje się, że pomimo swojej odmienności jest szczęśliwy w nowym środowisku. Znalazł się też ktoś, kogo darzy szczególną sympatią. Tylko czy każdy w miasteczku jest dla niego tak życzliwy? Nie, to zbyt piękne, by było prawdą. Niektórzy zrobią wszystko, aby pozbyć się niechcianego przybysza. Czy w takim przypadku inni rzeczywiście w pełni go zaakceptują? A może odwrócą się od niego po pierwszych niepowodzeniach? Jak zakończy się historia Edwarda?
Od czasu do czasu pojawiają się retrospekcje na temat jego życia w zamku, z których możemy się dowiedzieć, jaka była geneza jego powstania. Jest wiele postaci, przez które aż nóż (nożyce?) otwiera się w kieszeni. Sam Edward mówi niewiele i jedynie sporadycznie, taki już jest. Są jednak osoby, które pragną skorzystać na jego naiwności. Łatwo da się zauważyć ogromny kontrast pomiędzy nim, a mieszkańcami, przy czym to właśnie on wypada w tym porównaniu lepiej, budząc w nas zarówno sympatię, jaki i współczucie.
Jest to historia o odmienności i jej akceptacji, jak również ludzkiej przewrotności. Film ma ciekawy, nieco baśniowy klimat (w sumie zaczyna się właśnie jako bajka na dobranoc), do którego przyczyniła się także odpowiednia muzyka. Poza tym, czego innego można się było spodziewać po Timie Burtonie? I do tego Johnny Depp w roli głównej. ;) Jeśli po powyższych słowach czujecie się zainteresowani i chcecie się dowiedzieć dlaczego pada śnieg, jak najbardziej zachęcam. :)




"Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za dobrze wykonaną robotę. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował."


Tym razem nominację zawdzięczam Gosi K. (Isil), a oto pytania:

1. Gdybyś miał/a możliwość zamieszkania w domu z wybranej książki, np. dom hobbitów, muminków etc. Jaki byś wybrał/a? Oczywiście współlokatorów dostajesz gratis;)
Hm... to może Biblioteka im. Koumura [czy jakoś tak] z "Kafki nad morzem"? Pierwotnie była domem mieszkalnym i znajdzie się tam też kilka nieużywanych pokoi, więc myślę, że nie byłoby z tym problemu. A sama biblioteka wydawała mi się naprawdę niezwykle czarującym miejscem [bohaterowie mogą to potwierdzić]. Towarzystwo też miałabym całkiem sympatyczne. ;)

2.Jesteś zwolennikiem/zwolenniczką książek w wersji papierowej czy elektronicznej? Wybór uzasadnij.
Zdecydowanie książek papierowych. Zwykle tak jest mi po prostu wygodniej, przyzwyczaiłam się do nich i próby zmiany tego nawyku wychodzą mi raczej średnio. Nie mam nic przeciwko ebookom i nie neguję ich funkcjonalności, jednak nadal nie do końca im ufam. Poza tym do niedawna nie miałam ich nawet na czym czytać, a komputer nie jest najlepszą opcją. Teraz też nie korzystam z czytnika, tylko z tabletu. Może to też wynikać z faktu, że trafiam na jakieś felerne aplikacje.

3. Bohater lub bohaterka literacka, która swoją postawą zainspirowała Cię do zmiany/stworzenia czegoś? Kto to jest i w czym Cię zainspirował?
Oj nie wiem, nie wiem. 

4. Jaki gatunek literatury preferujesz?
Fantastykę, kryminały, thrillery, obyczajówki... Trudno byłoby mi wybrać jeden konkretny.

5. Jeśli pracujesz, to czy Twoja praca również związana jest z książkami, czy ogranicza się to raczej do hobby? Jeśli jeszcze się uczysz... czy książki pomagają Ci w nauce czy raczej stanowią odskocznię i czasem pretekst do zaniedbywania jej? ;)
Zwykle są raczej odskocznią. Bywa też, że czytam coś po angielsku i w ten sposób się uczę. Chociaż to, że na widok książek nie uciekam gdzie pieprz rośnie z pewnością ma swoje korzyści również w nauce. Zazwyczaj także do lektur staram się podchodzić z dobrą myślą.

6. Twoja ulubiona książka z dzieciństwa.
Hm... Oj, nie wiem. Pamiętam jednak, że "Ten obcy" było pierwszą szkolną lekturą, którą przeczytałam z prawdziwym entuzjazmem. Myślę więc, że można ją podpiąć pod tą kategorię.

7. Czytasz w ciszy czy lubisz słuchać muzyki w trakcie czytania? Jeśli tak, to jakiej najczęściej?
Zwykle wolę czytać w ciszy. Czasami włączam piosenki, o których jest mowa w akurat czytanych przeze mnie książkach - trochę z ciekawości, a trochę żeby lepiej wczuć się w klimat.

8. Czy po przeczytaniu książki dzielisz się swoimi odczuciami i spostrzeżeniami tylko na blogu? czy rozszerzasz to na jakieś koła dyskusyjne/ rozmowy ze znajomymi?
Głównie na blogu, jednak niektórych znajomych też od czasu do czasu uraczę paroma zdaniami na temat przeczytanej książki.

9. Miejsce, w którym najbardziej lubisz czytać, np. ławka w parku, łóżko..
Łóżko. :)

10. Czy jest książka, w której nie podobało Ci się zakończenie i chętnie byś je zmienił/a? Np. zginął ulubiony bohater. Jaka to książka i jakie wydarzenie byś zmienił?
Pewnie coś by się znalazło, ale w tej chwili nic nie przychodzi mi do głowy

11. Co spowodowało, że zacząłeś/zaczęłaś prowadzić bloga? To była spontaniczna decyzja czy raczej była w planach  od dawna?
Raczej spontaniczna. Wcześniej zdarzało mi się pisać o różnych głupotach, no i o stardoll. Potem raz, czy dwa wspomniałam o książkach, aż z czasem kilku zdaniowe wypowiedzi zaczęły się przekształcać w recenzje. I jakoś to tak wyszło.

Jak na razie nie nominuję nikogo. Może następnym razem. ;)

niedziela, 24 listopada 2013

O filmach co nieco: O dziewczynie skaczącej przez czas, Bejbi blues


Toki wo Kakeru Shoujo

Tytuł: O dziewczynie skaczącej przez czas
(Toki wo Kakeru Shōjo)
Reżyseria: Mamoru Hosoda
Scenariusz: Satoko Okudera
Rok: 2006
Czas trwania: 1h 38 min.
Produkcja: Japonia
Gatunek: melodramat, przygodowy, sci-fi
Ocena: 7/10

Pewnego dnia Makoto odkrywa, że jest w stanie cofać się w czasie. Swoją umiejętność wykorzystuje, by uniknąć wcześniej popełnionych błędów, gaf i niezręcznych sytuacji, oraz z innych swoich egoistycznych pobudek (chociażby dla możliwości wielogodzinnej zabawy przy karaoke), przy czym nie przejmuje się praktycznie niczym, uzasadniając to możliwością ponownego skoku (dosłownie) w czasie. Za nic ma też uwagi ciotki (która o dziwo nie jest szczególnie zaskoczona jej umiejętnościami) o możliwych szkodliwych skutkach tych działań, jednak wkrótce przekona się, że jest w tym sporo racji. Poza tym bywają sytuacje, których nie da się tak łatwo naprawić, nawet jeśli bardzo się tego pragnie. Makoto będzie musiała poradzić sobie z irytacją i własnymi uczuciami. Przekona się, że manipulacja przeszłością może przynieść wiele niepożądanych skutków, następnie będzie próbować zapobiec im za sprawą kolejnych podróży. Do czego to wszystko doprowadzi?
Poza kreacją postaci, która bynajmniej na kolana nie powala, kreska jest całkiem ładna, jednak bez większych zachwytów. Muzyka też jest w porządku. Ogólnie rzecz biorąc otrzymujemy całkiem przyzwoitą historię, z której obejrzenia możemy czerpać przyjemność. Nie spodziewajcie się jednak niezwykle głębokich portretów psychologicznych bohaterów, bo tu ich nie znajdziecie. Właściwie Makoto wydała mi się dość płytką postacią, lekkoduchem, który dość rzadko zastanawia się nad konsekwencjami swoich działań. Co prawda wraz z kolejnymi wydarzeniami zmienia swoje nastawienie, jednak nie ma co oczekiwać od niej cudów. Ostatecznie, ta historia mi się podobała. Jeśli nie macie zbyt wygórowanych oczekiwań, śmiało możecie obejrzeć to anime, jednak jeśli spodziewacie się czegoś więcej niż lekki film, może lepiej zrezygnować. Decyzja należy do Was. ;)


Tytuł: Bejbi blues
Reżyseria: Katarzyna Rosłaniec
Scenariusz: Katarzyna Rosłaniec
Rok: 2012
Czas trwania: 1h 45min.
Produkcja: Polska
Gatunek: dramat obyczajowy
Ocena: 5/10

Katarzyna Rosłaniec, reżyserka kultowych i wielokrotnie nagrodzonych "Galerianek", przedstawia historię niedojrzałej 17-latki, która zostaje matką. Chciała mieć dziecko, bo fajnie jest mieć dziecko. Wszystkie młode gwiazdy jak Britney Spears czy Nicole Richie mają dzieci. Ale dlaczego tak naprawdę Natalia zdecydowała się na macierzyństwo w tak młodym wieku? Może odpowiedź kryje się w tym co piszą nastolatki na internetowych forach? Chcą mieć dziecko, żeby w końcu ktoś je naprawdę kochał, żeby same miały kogoś do kochania.
(opis i plakat z filmweb.pl)

Natalia postanowiła zostać matką. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że ma dopiero 17 lat. Dostała, co chciała i przyszedł czas zmierzyć się z rzeczywistością, do której podchodzi dość swobodnie. Po tym, jak jej matka się wyprowadziła, dziewczyna zamieszkała razem z Kubą, ojcem dziecka, jednak ogólnie rzecz biorąc bywało różnie. Mają swoje wzloty i upadki, próbują sprostać obowiązkom, jednak z tej dwójki to Natalia wydaje się bardziej odpowiedzialna. Przynajmniej do czasu...
Można wymyślać wiele usprawiedliwień dla jej zachowania (z brakiem zainteresowanie ze strony matki na czele), jednak dziewczyna ta jest po prostu niedojrzała, odniosłam wrażenie, że dziecko jest dla niej dodatkiem i zwyczajnie nie pojmuje (lub nawet nie próbuje pojąć) powagi sytuacji. Wciąż najważniejsze są dla niej jej własne potrzeby, choć na swój własny sposób stara się być dobrą matką. Również Kuba nie jest lepszy - chce się widywać z synem, jednak w końcu odpuszcza. Co z tego wyniknie?
Można mówić, że "Bejbi blues" porusza ważną kwestię i ja temu nie przeczę, jednak do mnie po prostu nie przemawia. Rozumiem przesłanie, że dziecko to nie zabawka i w ogóle, jednak przedstawiona tu rzeczywistość wydaje mi się bardzo odległa, a odczucie to jedynie wzmacniają krzykliwe stroje Natalii, czy jazda na rolkach podczas prowadzenia wózka z dzieckiem. A może to ja jestem dziwna? O muzyce nie będę się wypowiadać, bo poza scenami w klubie, czy na imprezach praktycznie jej nie było. Mogę jednak pochwalić to, że film kręcony był z ręki, co było dobrym wyborem. Jak dla mnie za dużo kiczu. Jeśli jesteście go ciekawi, droga wolna, może odbierzecie go inaczej niż ja.

czwartek, 11 lipca 2013

O filmach co nieco: Iron Man 3, Charlie, Z dystansu


Tytuł: Iron Man 3
Reżyseria: Shane Black
Scenariusz: Drew Pearce, Shane Black
Rok: 2013
Czas trwania: 2h 10 min.
Produkcja: USA
Gatunek: akcja, sci-fi
Ocena: -6/6

"Niezastąpiony Robert Downey Jr. powraca  w roli miliardera i genialnego wynalazcy Tony’ego Starka w trzeciej części historii ze świata Marvela – "Iron Man 3". Świat Tony’ego Starka legł w gruzach w skutek podstępnych działań jednego z  jego najpotężniejszych wrogów. W poszukiwaniu zemsty Stark wyrusza w podróż, która wystawi na próbę siłę jego charakteru i ducha walki. Przyparty do muru, znów może polegać wyłącznie na swojej pomysłowości i instynkcie. Wkrótce odkrywa odpowiedź na od dawna nurtujące go pytanie: czy to zbroja czyni superbohatera?"
(opis i plakat z filmweb.pl)

Iron Man należy do moich ulubionych superbohaterów, więc kolejnego filmu z nim w roli głównej po prostu nie mogłabym sobie odpuścić.
Tym razem Tony Stark jest zdecydowanie dojrzalszy, choć nadal zdarza mu się palnąć coś bez zastanowienia. Wiele rzeczy bierze bardziej na poważnie, a także zmaga się z pewną traumą związaną z wydarzeniami opisanymi w "Avengers". Widać, że dorósł do roli superbohatera i nie jest już tym samym człowiekiem, co na początku pierwszej części. Mimo to przeszłości zmienić się nie da, nawet jeśli bardzo się tego pragnie, zwłaszcza gdy wróg, którego nieświadomie sam stworzył wiele lat wcześniej zaczyna działać...
Jak dla mnie, postać Starka została świetnie wykreowana, podobnie jak reszta postaci. Co prawda po Mandarynie spodziewałam się czegoś innego, ale tak było nawet lepiej. Efekty specjalne były całkiem niezłe, sporo było także emocji. Tym razem uwidocznione zostały mankamenty zbroi, która okazuje się nie być niezniszczalna - to zdecydowanie na plus. Zaskoczyły mnie też pewne decyzje Starka, których po prostu się po nim nie spodziewałam. No a co do aktorstwa Roberta Downey'a Jra chyba nie muszę nić mówić (jeden z moich ulubionych aktorów :P).
Film oceniam bardzo pozytywnie i zdecydowanie polecam, zwłaszcza miłośnikom Iron Mana. :)




Tytuł: Charlie (The Perks of Being a Wallflower)
Reżyseria: Stephen Chbosky
Scenariusz: Stephen Chbosky
Rok: 2012
Czas trwania: 1h 43 min.
Produkcja: USA
Gatunek: melodramat
Ocena: 6/6

"Nastoletni Charlie (Logan Lerman) jest uczniem pierwszej klasy liceum w Pittsburgu. Nieśmiały i wyobcowany outsider nie ma lekko w nowym środowisku. Nie pasuje do żadnej grupy, a jego niekonwencjonalne poglądy nie ułatwiają mu procesu dopasowywania się do innych. Pierwsze miłosne doświadczenia, samobójstwo przyjaciela, relacje w rodzinie, narkotyki – z tym wszystkim Charlie zmaga się samotnie, aż do chwili, kiedy jego inteligencję i wrażliwość zauważają Sam (Emma Watson) i Patrick (Ezra Miller)."
(opis i plakat z filmweb.pl)

Charlie miał za sobą pobyt w szpitalu i od dłuższego czasu nie miał żadnego kontaktu z rówieśnikami. Teraz to się zmienia, bo zaczyna chodzić do liceum, gdzie poznaje kilkoro naprawdę dobrych przyjaciół. Dzięki nim zaczyna otwierać się na świat i nabierać pewności siebie, a także odnajduje w sobie siłę, by rozwijać swoje umiejętności pisarskie. Mimo to jego świat nie jest pozbawiony także tych gorszych chwil, gdy przyjaźń może zostać wystawiona na próbę, a on będzie musiał poradzić sobie z prześladującymi go traumatycznymi wspomnieniami. Także Sam i Patrick nie zawsze będą mieli lekko, ale przecież w grupie siła. Wzajemne wsparcie na pewno się przyda.
Trójkę głównych bohaterów naprawdę da się lubić, a aktorzy pasują do swoich ról. Ci w pozytywnym sensie zakręceni ludzie wprowadzają do filmu wiele humoru i radości, jednak nie przesłania to jego refleksyjnej natury, która każe nam się zastanowić nad problemami, przez które przechodzą. Pojawią się tu zagadnienia takie jak pierwsza miłość (a nie jedynie zauroczenie), konieczność ukrywania odmiennej orientacji, poczucie winy z powodu straty kogoś bliskiego, trwanie w toksycznym związku i nie tylko. Zachęcam do obejrzenia, bo naprawdę warto.
Dopiero po jego obejrzeniu zorientowałam się, że książkę, na której podstawie został nakręcony ten film, już od dawna mam w planach. Z jednej strony trochę szkoda, bo wolałabym zacząć od książki, ale nie ma się co załamywać. Wydaje mi się, że nie umniejszy mi to przyjemności z lektury, a jeśli chodzi o ekranizację, polecam z całego serca. ;)

"Akceptujemy miłość, na jaką w naszym mniemaniu zasługujemy."




Tytuł: Z dystansu
Reżyseria: Tony Kaye
Scenariusz: Carl Lund
Rok: 2011
Czas trwania: 1h 40 min.
Produkcja: USA
Gatunek: dramat
Ocena: 6/6

"Film przedstawia 3 tygodnie z życia szkoły średniej, jej uczniów i nauczycieli oczami nauczyciela zastępczego Henry'ego Barthesa (Adrien Brody). Przemieszcza się on z jednej do drugiej szkoły, zdobywając coraz to nowe doświadczenie, ale nigdy nie zostaje zbyt długo w jednym miejscu, aby się zanadto nie przywiązać. Zamknięty w sobie Henry dąży do perfekcji w swoim zawodzie. Jednak tym razem kolejna szkoła stawia go w nowej sytuacji, a tajemniczy świat emocji budzi się w nim za sprawą trzech kobiet."
(opis i plakat z filmweb.pl)

Henry wybrał zawód zastępczego nauczyciela, by nie przywiązywać się do miejsc, czy ludzi, ponieważ z góry zakłada, że nie przyniesie to nic dobrego. Patrząc na to wszystko z jego perspektywy rzeczywiście wydaje się, że to najlepsze rozwiązanie, jednak życie lubi płatać nam figle. W podupadłej szkole, gdzie przyszło mu uczyć, znajduje dwa powody, by chociaż czasami zdjąć chroniącą go maskę obojętności, poza nią jeszcze jeden. Już samo to zmienia jego dotychczasowe życie i sprawia, że zaczyna angażować się coraz bardziej. Czy ostatecznie znów dojdzie do wniosku, że powinien trzymać się swoich dawno ustalonych zasad?
Film ukazuje nam naprawdę przygnębiającą wizję codzienności, pełną gniewu, niezrozumienia i arogancji. Wielu jego bohaterów już dawno straciło nadzieję na lepsze jutro, starając się jedynie przetrwać kolejny dzień tej ponurej egzystencji. Praktycznie żaden z uczniów nie przywiązuje wagi do podstawowych norm obowiązujących w szkołach, a co dopiero do nauki. Również nauczyciele są zniechęceni własnymi problemami i tym wszystkim, co dzieje się w ich placówce. Niektórzy z nich chwytają się rozmaitych sposobów na walkę z narastającą irytacją i stresem. Nie brzmi zachęcająco, prawda? Dodatkowo do akcji w filmie wplatane są przemyślenia głównego bohatera - poruszające wiele kwestii, gorzkie, ale prawdziwe (przynajmniej w tym przypadku). Produkcja ta nie pozwala widzowi pozostać obojętnym, a występujące tu postacie wywołują wiele, często sprzecznych emocji. Myślę, że warto znaleźć trochę czasu na ten film.
Nie będę się rozpisywać na temat aktorów, ponieważ nie czuję się kompetentna w tym temacie, jednak śmiem twierdzić, że Adrien Brody poradził sobie świetnie. Jakiś morał na koniec? No, może coś w stylu... każdy ma jakieś problemy, coś, co go przytłacza, ale co z tym fantem zrobimy - to zależy już wyłącznie od nas (w każdym razie ja to tak odebrałam).

czwartek, 30 maja 2013

O filmach co nieco: Jestem bogiem, Perfect Blue, Zagubiony



Tytuł: Jestem Bogiem
Reżyser: Neil Burger
Rok: 2011
Czas trwania: 1h 45 min.
Produkcja: USA
Gatunek: thriller, sci-fi
Ocena: 4/6

"Wyobraź sobie narkotyk, który czyni Twój mózg niezwykle wydajnym i sprawia, że chłoniesz ogromną wiedzę. Narkotyk, który czyni cię nadzwyczaj skupionym, szybkim, sprawnym, a nawet atrakcyjnym. Narkotyk, dzięki któremu pokonujesz wszystkie ograniczenia. Niewyobrażalne staje się możliwe nawet dla Eddiego, który od życia nie spodziewa się niczego. Zażycie specyfiku pozwala mu osiągnąć sukces o jakim zawsze marzył. Ceną, jaką przychodzi mu zapłacić, są: bóle głowy, omdlenia, utraty świadomości, niekontrolowane wybuchy przemocy..."

(opis i plakat z filmweb.pl)

Eddie Morra (Bradley Cooper) był pisarzem, któremu zabrakło weny. Zawalał terminy, dziewczyna go rzuciła, ogólnie rzecz biorąc nie było z nim najlepiej. Z pomocą przyszedł Vernon i zaproponował mu pewien, podobno legalny, specyfik, który miał trafić na rynek dopiero za rok. Eddie miał pewne opory, ale w końcu postanowił spróbować. Zadziałało, a co najlepsze, nie odczuwał żadnych skutków ubocznych. Chciał więcej, jednak czekała go przykra niespodzianka... Pomimo tego udało mu się znaleźć zapas narkotyku, wziął się za siebie, zaczął z powodzeniem inwestować, a jego zarobki wkrótce można było liczyć w milionach. Życie idealne? No nie do końca... Po pewnym czasie sprawy zaczęły się komplikować - skutki uboczne, problemy z pewnymi ludźmi. Jak to wszystko się skończy? Sprawdźcie sami.
Film ten uważam za całkiem dobry. Nie jest to jakieś szczególnie ambitne kino, jednak czasu, który poświęciłam na jego obejrzenie nie uważam za stracony. Dość ciekawa historia, niezłe wykonanie, a i gra aktorska niczego sobie. Poza tym można się tu doszukiwać ukrytego sensu, chociaż każdy będzie postrzegał go trochę inaczej, sama nie mam pewności co myśleć na ten temat. Jeśli macie ochotę obejrzeć "Jestem Bogiem", droga wolna. (Uprzedzam, że wybrany przeze mnie cytat nie zdradza zakończenia filmu i pochodzi z jednej z pierwszych scen) ;)
"Mogłem odcisnąć piętno na losach świata, a odcisnę się na chodniku."


Tytuł: Perfect Blue
Reżyser: Satoshi Kon
Rok: 1998
Czas trwania: 1h 21 min.
Produkcja: Japonia
Gatunek: thriller, anime
Ocena: +5/6

"Mima, sławna piosenkarka postanawia wypróbować swoje aktorskie możliwości, w wyniku czego porzuca swoje dotychczasowe zajęcie. Szybko jednak okazuje się, że praca aktorki nie jest taką jaką sobie wymarzyła a filmy, w których gra, przepełnione są seksem i brutalnością. Rozdarta wewnętrznie Mima zaczyna mieć halucynacje i prześladuje ją przeszłość w osobie wyimaginowanej Mimy piosenkarki."
(opis i plakat z filmweb.pl)

Mima z żalem opuściła swój zespół, aby spróbować swoich sił w roli aktorki. Chociaż początkowo miała jedynie krótkie kwestie, nie poddała się i nadal dążyła do zostania prawdziwą aktorką. Wkrótce sprawy się skomplikowały - dziewczyna odkryła, że ktoś podejrzanie dobrze zna jej codzienne życie i publikuje to wszystko w sieci. Poza tym dostała fax z pogróżkami, a list zaadresowany do niej eksplodował. Ktoś wyraźnie chciał, aby powróciła do poprzedniego zawodu... Mima zaczyna też mieć halucynacje, wizje alternatywnej siebie, która nie skończyła ze śpiewaniem i krytykuje Mimę-aktorkę. Gdy prześladowca zaczyna działać bardziej zdecydowanie, robi się naprawdę niebezpiecznie... Wkrótce zaciera się granica między rzeczywistością a fikcją, Mima już nie wie co było prawdą, a co jedynie wytworem jej wyobraźni (nie wie tego także widz). Nie wie w co wierzyć, nie wie kim jest. Co może z tego wyniknąć? Jedno jest pewne - nic dobrego...
Kreska nie zachwyca, jednak ogląda się dobrze, także za sprawą ścieżki dźwiękowej. To zaskakujący thriller, który daje do myślenia. Pokazuje, że w show biznesie nie każdy jest tym, za kogo postrzegają go inni, a ludzka natura jest niesłychanie zagmatwana. Akcja toczy się w taki sposób, że widz jest zwodzony na każdym kroku i do samego końca nie wie w co ma wierzyć. Jestem pewna, że po obejrzeniu "Perfect Blue" osoby, które uważają anime jedynie za bajki dla dzieci, zaczną inaczej patrzeć na ten gatunek. Poza tym Satoshi Kon był jednym ze słynniejszych twórców anime, więc chętnie zapoznam się z innymi jego dziełami.


filmweb.pl
Tytuł: Zagubiony
Reżyser: Akan Satayev
Rok: 2009
Czas trwania: 1h 30 min.
Produkcja: Kazachstan 
Gatunek: thriller
Ocena: 6/6

Główny bohater wraz z żoną i synem jedzie do miasta, jednak skręcają z głównej drogi, aby pojechać na skróty. Wkrótce okazuje się, że była to strata czasu, bo wkrótce się gubią. Jakby tego było mało, psuje im się samochód i nie mogą złapać sygnału. Cała ta sytuacja zakończyła się kłótnią małżonków. Następnego dnia mężczyzna przekonuje się, że jest sam i zaczyna szukać swojej rodziny. Każda próba znalezienia drogi kończy się powrotem w to samo miejsce, jednak nie poddaje się. W pobliżu odnajduje początkowo pusty dom, w którym wkrótce pojawia się starzec i jego córka, którzy proponują przybyłemu pomoc. Już na pierwszy rzut oka widać, że nie są z nim do końca szczerzy, jakby od niechcenia rzucają różne uwagi, coś przed nim ukrywają. Mężczyzna nadal próbuje odnaleźć swoją rodzinę i sens tego wszystkiego. Czy mu się uda?
Nie jest to film z wartką akcją, za to pełno w nim symboli i ukrytych znaczeń. Niektóre obrazy jedynie przez krótką chwile ukazują się na ekranie, by zaraz potem ślad po nich zaginął. "Zagubiony" to tajemniczy i bardzo wymowny thriller opowiadający o naturze człowieka, o jego bezradności w pewnych sytuacjach, niedopuszczaniu do siebie niewygodnych faktów. Aby go zrozumieć, trzeba uważnie oglądać, więc nie jest to film dla tych, którzy szybko się rozpraszają. Porusza ważne kwestie, choć są one zgrabnie ukryte pod warstwą pozorów i tajemnic.
Uwierzyłam na słowo, że jest to dobry film, jednak nie spodziewałam się, że wywrze na mnie aż takie wrażenie. Naprawdę mnie wciągnął (i najwyraźniej nie tylko mnie, skoro w trakcie jego oglądania nikt się nie poruszył po usłyszeniu dzwonka na przerwę, a muszę przyznać, że zdarza się to bardzo rzadko). Poza tym, należy zauważyć, że za produkcję filmu odpowiedzialny był Kazachstan. Co do zakończenia, trochę się tego spodziewałam, jednak tylko dlatego, że kiedyś spotkałam się z czymś podobnym. Reasumując: gorąco polecam!

wtorek, 30 kwietnia 2013

Film: Wanted - Ścigani




Tytuł: Wanted - Ścigani
Reżyser: Timur Bekmambetow
Rok: 2008
Czas trwania: 1h 50min.
Produkcja: USA, Niemcy
Gatunek: akcja
Ocena: -5/6

"Młody mężczyzna (James McAvoy) dowiaduje się, że jego zaginiony ojciec w rzeczywistości jest zawodowym zabójcą. Kiedy ojciec zostaje zamordowany, syn zostaje zwerbowany do organizacji, która wyszkoliła jego ojca. Dostaje nauczyciela o imieniu Sloan (Morgan Freeman). Pod jego okiem chłopak przechodzi trening, który ma sprawić, że zajmie miejsce swojego ojca."
(opis i plakat z filmweb.pl)

Przyznam się bez bicia, zdecydowałam się obejrzeć ten film, ponieważ występuje w nim James McAvoy, którego polubiłam za sprawą jego roli w filmie "X-Men: Pierwsza klasa". Czy dobrze zrobiłam? O tym za chwilę.

Weasley Gibson pracuje jako księgowy. Czy to lubi? Cóż, ostatnio i tak wszystko stało się dla niego obojętne, ma dość swojego życia. Uważał, że każdy kolejny dzień może przynieść jedynie doskonale mu znaną rutynę. Nagle wszystko zmienia się za sprawą pewnej kobiety. Fox opowiada mu o śmierci jego ojca i ratuje przed Cross'em - zabójcą, który tym razem chce dopaść właśnie jego. Zaraz potem poznaje członków tajnej organizacji zwanej Bractwem. Rano uznał, że całe to zajście było jedynie złym snem, jednak nie, taka właśnie była rzeczywistość. Zrozumiał wtedy, że nie chce już dłużej żyć tak, jak dotychczas i dołącza do Bractwa, teraz jego celem jest zabójca ojca. Zaczyna się nietypowe szkolenie.
A co z czarnym charakterem? Cross zbuntował się przeciwko Bractwu i chce je doszczętnie zniszczyć. Zabija jego członków jednego po drugim. Weasley jest ich ostatnią nadzieją... Tylko dlaczego właśnie on?

"Jest nazwisko, jest cel"

Jak to w filmach akcji bywa, bohaterowie wykazują się niecodzienną sprawnością i niezwykłymi umiejętnościami. Nie brakuje tu też broni, walki i (jakże by inaczej?) scen w zwolnionym tempie. Poza tym jest jeszcze specjalna kąpiel, dzięki której wszystkie rany goją się w ciągu kilku godzin i krosno losu wybierające kolejne ofiary. Przeznaczenie, czy może wymysł jakiegoś nie do końca zdrowego na umyśle człowieka? I czy to wszystko aby na pewno jest takie oczywiste, na jakie wygląda? Prawda potrafi zaskoczyć.
Aktorzy radzą sobie całkiem nieźle, do tego świetnie dobrana muzyka. Film obejrzałam chętnie i ani przez chwilę się nie nudziłam. To całkiem niezłe, choć niezbyt wymagające kino akcji. Jeśli lubicie takie klimaty, polecam. :)

"A co wy ostatnio zrobiliście?"


niedziela, 17 marca 2013

High Five! Moje ulubione filmy




HIGH FIVE! to nowa akcja, w związku z którą na blogu pojawiać się będą rankingi ulubionych, najlepszych, najbardziej interesujących, bądź najgorszych książek, filmów, gier, postaci, itp...

Dzięki temu zarówno czytelnicy mogą poznać bliżej blogerów, jak i blogerzy czytelników, jeśli ci będą chętni na podzielenie się swoimi przemyśleniami i opiniami. Więcej informacji tutaj.

Uznałam, że i ja stworzę swój ranking. Miałam małe problemy z wyborem filmów, ostatecznie wybrałam te:

Sierociniec
Horror, w którym straszenie widza nie jest najważniejsze, który ma też do przekazania pewną historię i potrafi wzruszyć, co bardzo sobie cenię. Laura, która niegdyś mieszkała w sierocińcu, teraz, jako dorosła kobieta postanawia ponownie go otworzyć i wraz z mężem zająć się swoim synem Simonem i kilkorgiem innych niepełnosprawnych dzieci. Chce stworzyć im prawdziwy dom, jednak nie wszystko idzie tak, jak powinno. Simon ma swoich wyimaginowanych (przynajmniej jej zdaniem) przyjaciół, a wkrótce znika. Zrozpaczeni rodzice próbują odnaleźć syna i nieoczekiwanie odkrywają tajemnicę starego sierocińca...

Niezniszczalny
Czy w prawdziwym świecie możemy spotkać postacie jak z komiksów? Może gdzieś wśród nas żyje superbohater?  To jest film o jednym z nich... Całkiem ciekawa historia, po której najpierw nie spodziewałam się niczego szczególnego, jednak wkrótce okazała się bardziej interesująca, niż początkowo sądziłam. Człowiek prowadzący zwyczajne życie nagle odkrywa, że wcale nie jest taki zwyczajny...

Między piekłem a niebem
Tutaj posłużę się cytatem z filmwebu, bo świetnie oddaje to, co chciałabym napisać. "Ile trzeba uczucia, by pokonać Piekło - oto pytanie, które stawiają sobie widzowie oglądając »Między piekłem a niebem«, niezwykle sugestywną i wzruszającą zarazem wizję życia po życiu [...]". Czy jest coś jeszcze do dodania? ;)

Colombiana
Cataleya w dzieciństwie widziała śmierć swoich rodziców. Teraz jako płatna zabójczyni dąży do zemsty, dla której jest gotowa sporo poświęcić... Ten film mocno wyrył mi się w pamięci, choć nie potrafię jednoznacznie stwierdzić z jakiego powodu.

Perfect Blue
Muszę przyznać, że z wyborem piątej pozycji miałam mały problem. Jest jeszcze sporo różnych filmów, które lubię, jednak chciałam żeby mój ranking był różnorodny. Ostatecznie zdecydowałam się na "Perfect Blue". Niech was nie zwiedzie fakt, że jest to anime, wbrew pozorom jest to thriller i to naprawdę ciekawy. Osoby, które uważają anime jedynie za bajki dla dzieci lub głupiutkie romanse z pewnością zaczęłyby inaczej patrzeć na ten gatunek... Więcej na jego temat napiszę za jakiś czas w osobnym poście. ;)

sobota, 23 lutego 2013

O filmach co nieco: Piękne istoty, Motyl i skafander, Geneza: Wolverine



Tytuł: Piękne istoty
Reżyser: Richars LaGravenese
Rok: 2013
Czas trwania: 2h 4 min.
Produkcja: USA
Gatunek: fantasy, melodramat
Ocena: +4/6

"»Piękne istoty« to film oparty na pierwszej części powieści autorstwa Kami Garcii oraz Margaret Stohl. Opowiada historię szesnastoletniego Ethana Wate'a, który mieszka na południu Stanów Zjednoczonych. W małym miasteczku Gatlin w Karolinie Południowej czas stanął w miejscu, a ludzie ciągle postrzegają wojnę secesyjną poprzez pryzmat »północnej agresji«. Jednakże pierwszego dnia kolejnego roku szkolnego Wate (Alden Ehrenreich) spotyka tajemniczą Lenę Duchannes (Alice Englert), siostrzenicę lokalnego odludka (Jeremy Irons), a także... dziewczynę swoich marzeń. Ethan szybko odkrywa, że Lena nie jest typową nastolatką, a ich rodzący się związek nie opiera się tylko i wyłącznie na fizycznym przyciąganiu, lecz również na tajemniczej więzi, która już niedługo zmieni ich życie."
(plakat i opis z filmweb.pl)

Z jednej strony jestem zadowolona z filmu, a z drugiej rozczarowana nim. To może najpierw o plusach... Jeremy Irons świetnie pasował do roli Macona, a Thomas Mann idealnie odzwierciedlał moje wyobrażenia co do Linka. Co do głównych bohaterów, Lena też mi pasowała, ale mam pewne wątpliwości co do Ethana. Efekty specjalne nie były jakieś spektakularne, ale było w porządku. Co do ścieżki dźwiękowej nie mam zastrzeżeń. Moje rozczarowanie wynikło przede wszystkim z tego, jak bardzo film różnił się od swojego pierwowzoru - losy Ethana i Leny są tu całkiem inne i nie mogłam się opędzić od ciągłego doszukiwania się różnic, co było uciążliwe. Poza tym nie ma tu Marian, czego bardzo żałuję, jej rolę bibliotekarki przejęła Amma (prawdę mówiąc wyobrażałam ją sobie całkiem inaczej). No i coś jeszcze... W filmie była mowa o czymś, czego z książkowej wersji dowiedziałam się dopiero w drugiej części serii. Gdyby to jeszcze miało jakieś znaczenie dla akcji, zrozumiałabym, ale pojawiło się to ot tak, właściwie bez powodu. Może i jestem przewrażliwiona, ale naprawdę mnie to drażniło. Niewtajemniczeni prawdopodobnie i tak nie zorientują się o który moment mi chodzi.
Zwykle mówi się "najpierw książka, potem film", ale w tym przypadku skłonna jestem stwierdzić, że może lepiej byłoby zmienić kolejność. Film nie zdradza zbyt wiele odnośnie fabuły z książki, a ciągłe porównywanie może zepsuć przyjemność z oglądania. Mimo wszystko cieszę się, że obejrzałam "Piękne istoty" i ostateczny wybór pozostawiam wam. :)



Tytuł: Motyl i skafander
Reżyser: Julian Schnabel
Rok: 2007
Czas trwania: 1h 52 min.
Produkcja: Francja, USA
Gatunek: biograficzny, dramat
Ocena: 5/6

"Prawdziwa historia redaktora francuskiego czasopisma "Elle", Jean-Dominique'a Bauby, który w wieku 43 lat zostaje sparaliżowany w wyniku udaru. Paraliż obejmuje całe jego ciało z wyjątkiem lewego oka. Mogąc posługiwać się jedynie okiem do komunikowania się z bliskimi, Bauby próbuje odtworzyć wspomnienia i opisać wszystkie aspekty swojego wewnętrznego świata - poczynając od psychicznego udręczenia spowodowanego uwięzieniem we własnym ciele, po wyimaginowane opowieści ze światów, które odwiedził w swoim umyśle."
(plakat i opis z filmweb.pl)

Na ten film trafiłam przez przypadek, zaciekawił mnie, więc postanowiłam go obejrzeć. Powstał on w oparciu o książkę napisaną właśnie przez jej głównego bohatera, której jestem bardzo ciekawa.
Po udarze Jean-Dominique Bauby (Mathieu Amalric) myślał o sobie jak o kimś uwięzionym w skafandrze nurka. Początkowo nie wyobrażał sobie życia w ten sposób, choć wokół niego było wielu życzliwych ludzi gotowych do pomocy. Historię tą poznajemy z jego perspektywy - śledzimy postępy w jego rehabilitacji, towarzyszymy w podróżach, które odbywał w wyobraźni i poznajemy niektóre wydarzenia z jego przeszłości. Choć może poruszać jedynie lewym okiem, z pomocą innych znalazł sposób na kontaktowanie się ze światem, a dzięki Claude (Anne Consigny) udało mu się napisać książkę. W jaki sposób? Sprawdźcie sami. Dopiero w obliczu tragedii Bauby zrozumiał ile błędów popełnił do tej pory, ilu szans nie wykorzystał wcale i uświadomił sobie co w życiu jest naprawdę ważne. Mimo wszystko nie ma tu zbyt wiele miejsca na sentymenty i wielkie wzruszenia. Jeśli spodziewacie się ckliwej historii, możecie się trochę rozczarować, choć moim zdaniem była to dobra decyzja. Myślę, że warto poświęcić chwilę na ten film, albo przeczytać książkę, co sama mam w planach. Polecam.
"Wszyscy jesteśmy dziećmi i wszyscy potrzebujemy uznania."


Tytuł: X-Men Geneza: Wolverine
Reżyser: Gavin Hood
Rok: 2009
Czas trwania: 1h 37 min.
Produkcja: USA
Gatunek: akcja, sci-fi
Ocena: +4/6

"Hugh Jackman po raz kolejny wciela się w postać Wolverina - tym razem żąda zemsty! Ten wypełniony mocnymi wrażeniami thriller zatopi ostre jak brzytwa pazury z adamantium w tajemniczym początku historii Logana/Wolverina. Zobacz jego pełną przemocy i zarazem romantyczną przeszłość, złożone relacje łączące go z Victorem Creedem/Sabertooth (Liev Schreiber) oraz złowieszczy program Broń X, który wyzwala w uczestnikach dziką furię. W swojej podróży Wolverine stawia również czoło legendarnym mutantom, takim jak Deadpool (Ryan Reynolds) i Gambit (Taylor Kitsch). Przygotuj się na głęboką, mroczną i niesamowicie widowiskową część sagi X-Menów!"
(plakat i opis z filmweb.pl)

Czy jest ktoś, kto nie zna tego bohatera posiadającego zdolność do natychmiastowej regeneracji i szkielet z niezniszczalnego adamantium? Przecież to najbardziej znany z mutantów. Ale czy znacie jego przeszłość, która owiana jest tajemnicą nawet dla niego samego? Jeśli nie, ten film może wam ją przybliżyć. Choć o jego dzieciństwie wiele się nie dowiemy, to jednak o dalszych losach usłyszymy co nieco.
Już w czołówce (i to całkiem udanej) możemy zobaczyć, jak wraz z bratem udzielał się w walkach w obronie ojczyzny. Po pewnym czasie wyszły na jaw ich niezwykłe zdolności, co nie zostało powitane z entuzjazmem, jednak nie tak łatwo można się ich pozbyć. Po rzuconym na wstępie „Zostaliście rozstrzelani” otrzymali propozycję wstąpienia do zespołu z wyjątkowymi przywilejami, na co chętnie przystali. Tylko czy właśnie takiego życia chciał Logan? Najwyraźniej nie, bo po kolejnym wybryku swojego brata Wiktora odszedł ze służby. Chciał normalnego życia i choć przez jakiś czas właśnie takie było, nie mógł się nim cieszyć zbyt długo…
Co stało się potem? Co sprawiło, że nie ma szkieletu z kości a z niezwykłego metalu?
Jakiś czas temu miałam okazję ten film obejrzeć, jednak niewiele z niego zapamiętałam. Teraz chętnie do niego powróciłam, bo to właśnie Wolverine jest moją ulubioną postacią spośród X-Men’ów. Kiedyś film wydawał mi się lepszy, choć może było to spowodowane tym, że nie wiedziałam wtedy nic o przeszłości tego bohatera.
Moim zdaniem w filmie mogło być więcej scen z wątkiem psychologicznym, ale i tak dobrze go oceniam i z chęcią obejrzę kontynuację, która ma trafić do kin jeszcze w tym roku.


poniedziałek, 21 stycznia 2013

O filmach co nieco: Skyfall, Sierota, Zjawy

Czyli parę słów o filmach, o których nie zdołałam naskrobać wystarczająco dużo aby opublikować je osobno. A przynajmniej tak miało być na początku. Później uznałam, że właśnie w taki sposób wolę pisać o filmach. ;)


Tytuł: Skyfall
Reżyser: Sam Mendes
Rok: 2012
Czas trwania: 2h 23 min.
Produkcja: USA, Wielka Brytania
Gatunek: sensacyjny
Ocena: +4/6

"Po ataku na siedzibę MI6, M zostaje zmuszona do przeniesienia działalności do podziemnego centrum. Jej każdy krok śledzi nowy przewodniczący Komitetu Wywiadu i Bezpieczeństwa, Mallory. M może zaufać tylko Bondowi. Bez względu na konsekwencje 007 będzie musiał wytropić i zniszczyć zagadkowego przeciwnika. Z pomocą agentki Eve Bond podąża tropem tajemniczego i bezwzględnego Raoula Silvy. Z czasem zaczyna odkrywać motywy jego działań."
(plakat i opis z filmweb.pl)

Zacznę od tego, że nie jestem fanką Bonda. Możliwe, że oglądałam jakieś wcześniejsze części w telewizji, jednak nie pamiętam tego za bardzo. Na film wybrałam się, przy okazji szkolnego wyjazdu, poza tym filmweb twierdzi, że jest na 83% w moim guście. Co ja na to? A ja na to, że z tym gustem to może drobna przesada, ale podobało mi się. Do tego ta wejściowa piosenka Adele. :3 Aktorzy grali całkiem nieźle, moim zdaniem Craig pasuje do roli Bonda. Fabuła nie była zbyt skomplikowana, ale przecież to nie problem. Jest szansa, że zdecyduję się na obejrzenie wcześniejszych części (przede wszystkim tych nowszych). ;)


Tytuł: Sierota
Reżyser: Jaume Collet-Serra
Rok: 2009
Czas trwania: 2h 3 min.
Produkcja: Francja, Kanada, Niemcy, USA
Gatunek: thriller
Ocena: -5/6

"Młode małżeństwo przeżywa dramat po stracie nienarodzonego dziecka. Chcąc przywrócić życiu namiastkę normalności, decydują się na adopcję. W pobliskim sierocińcu zaprzyjaźniają się z dziewięcioletnią Ester. Jej pojawienie się daje początek niecodziennym zdarzeniom. Kate odkrywa niebezpieczeństwo i usiłuje zwrócić na nie uwagę innym. Niestety jej ostrzeżenia zostają wysłuchane w momencie, gdy dla wszystkich jest już za późno… Dziewięcioletnia Esther zmienia życie Kate i Johna w koszmar."
(plakat i opis z filmweb.pl)

Okazja do obejrzenia filmu nadarzyła się niespodziewanie. Wcześniej nigdy o nim nie słyszałam, więc nie miałam żadnych oczekiwań, jednak śmiało mogę przyznać, że podobał mi się i cieszę się, że na niego trafiłam. Isabelle Fuhrman świetnie zagrała tytułową sierotę.
Film zdecydowanie nie pozwala widzowi pozostać obojętnym, wywołuje wiele emocji. Raz jest to sympatia do któregoś z bohaterów, raz współczucie, czy irytacja z powodu jego zaślepienia. Zainteresowanie budzi zwłaszcza Esther - z pozoru grzeczna, dobrze wychowana dziewczynka po przejściach. Tymczasem skrywa pewną tajemnice, a nawet kilka. Co z nią nie tak? Dlaczego nikt nic nie wie o jej przeszłości w sierocińcu w Rosji? Do czego może być zdolna? Przekonajcie się sami.


Tytuł: Zjawy
Reżyser: Todd Lincoln
Rok: 2012
Czas trwania: 1h 22 min.
Produkcja: USA
Gatunek: horror
Ocena: 3/6

"Historia pary studentów, Kelly (Greene) i Bena (Stan), którzy po nieudanym uniwersyteckim eksperymencie parapsychologicznym stają się ofiarami tajemniczego, nadprzyrodzonego bytu. Koszmarna zjawa karmi się ich strachem i nie ma przed nią ucieczki. Ich ostatnią nadzieją jest specjalista w dziedzinie zjawisk nadprzyrodzonych (Felton), ale nawet z jego pomocą może być już za późno na ratunek..."
(plakat i opis z filmweb.pl)

Tym razem muszę przyznać, że byłam rozczarowana. Sam pomysł na film był całkiem niezły, jednak trochę gorzej z wykonaniem. Poza tym nie był zbyt straszny (choć nie jest to dla mnie priorytetem). O ile najpierw było jako tako, to koniec wszystko zepsuł. Miałam wrażenie, że twórcom zabrakło już pomysłów i nie zadali sobie trudu stworzenia porządnego zakończenia. Czułam niedosyt. Przechodząc do aktorów - tu już było lepiej. Swoją uwagę zwróciłam zwłaszcza na Toma Feltona. Nie obeszło się oczywiście bez kometarzy typu 'nie wchodź tam!', zwłaszcza przy oglądaniu w większym gronie.
Ogólnie rzecz biorąc film nie zachwyca. Da się go obejrzeć, jednak lepiej nie spodziewać się zbyt wiele. Jeśli ktoś chce, droga wolna, ja jednak go nie polecam.

niedziela, 30 grudnia 2012

Film: Gothika


To, że ktoś jest martwy,
nie oznacza wcale, że odszedł.
Tytuł: Gothika
Reżyser: Mathieu Kassovitz
Rok: 2003
Czas trwania: 1h 38min.
Produkcja: USA
Gatunek: horror, psychologiczny
Ocena: +4/6

"Historia zajmującej się kryminalistami pani psycholog (Halle Berry), która pewnego dnia budzi się jako pacjentka własnego szpitala psychiatrycznego, nie pamiętając nic w sprawie morderstwa, które rzekomo popełniła. Gdy usiłuje odzyskać i pamięć i dobre imię, odkrywa w sobie nadnaturalne zdolności."
(opis, plakat i zdjęcia z filmweb.pl)

"Nie można ufać nikomu, kiedy uważają cię za wariatkę."

Miranda Grey pracuje jak co dzień. Podczas powrotu do domu coś się dzieje, jednak nie pamięta co. Potem budzi się w szpitalu psychiatrycznym, ale tym razem jako pacjentka i dowiaduje się, że zabiła męża. Czy rzeczywiście była zdolna do czegoś takiego? Co jej się stało? Teraz na własnej skórze dowie się jak to jest być leczoną psychiatrycznie. Mimo wszystko Miranda zachowała jasność umysłu, potrafi przeanalizować to, co się z nią dzieje, jednak w niektórych przypadkach jest to niemożliwe. Dziwi się jak bardzo zmieniło się nastawienie jej niedawnych znajomych z pracy i jednocześnie zaczyna rozumieć swoją byłą pacjentkę Chloe (Penelope Cruz). Jej lekarzem i przyjacielem jest Peter (Robert Downey Jr.), który darzy ją szczególną sympatią. Czy to wydarzenie wywrze wpływ na ich relacje?
Czy uda jej się zrozumieć co się z nią dzieje? I co ma z tym wspólnego dziewczyna, która zginęła kilka lat wcześniej? Miranda wiedziona przeczuciami trafia na trop niewyjaśnionej zagadki, którą wszyscy uznali za samobójstwo. Czy znajdzie kogoś, kto jej uwierzy i pomoże ją rozwiązać?

"- Nie wierzę w duchy.
- Ja też nie, ale one wierzą we mnie."

Właściwie trudno powiedzieć czemu film nosi tytuł "Gothika", jednak w jakiś sposób rzeczywiście do niego pasuje.
Akcja jest wartka i to od samego początku, potrafi trzymać w napięciu. Grę aktorską uważam za dobrą. Moim zdaniem jest to nie tyle horror, co film psychologiczny z wątkiem paranormalnym, co zdecydowanie odbieram jako plus. Nie przepadam za horrorami, które mają na celu tylko wzbudzenie grozy i poza tym nic nie wnoszą. "Gothika" udowadnia, że możemy nie znać prawdziwej natury ludzi, nawet tych z którymi przebywamy na co dzień. Podobał mi się także sam dobór aktorów, którzy świetnie odegrali swoje role. No i do tego świetna piosenka końcowa - "Behind Blue Eyes"...

"- To nielogiczne [...].
- Przeceniamy logikę."



***

Życzenia będą krótkie, więc piszę je tutaj tak przy okazji. 
Tak więc wszystkim, którzy to czytają życzę udanego sylwestra, a następnie wszystkiego co najlepsze w nowym roku, spełnienia marzeń, wielu wolnych chwil na czytanie i inne przyjemności. No i ogólnie tego, co sami sobie życzycie. A do życzeń dołącza się pewien rudzielec... :)