Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Japonia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Japonia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 lipca 2015

Osamu Dazai "Zatracenie"

Wydawnictwo: Czytelnik  |  Ilość stron: 130
Pierwszy raz miałam styczność z tą historią w postaci anime i żałowałam, że nie mam okazji przeczytać jej pierwowzoru. Na szczęście sytuacja ta w końcu uległa zmianie i "Zatracenie" czym prędzej trafiło w moje ręce.
"W nieustannym strachu przed ludźmi, bez odrobiny pewności siebie, chowając w sercu udrękę, skrywając melancholię i nieśmiałość, przyjąłem pozę beztroskiego optymisty i stopniowo doszedłem do perfekcji w odgrywaniu roli błazeńskiego dziwadła."
Yozo jako utalentowany członek szanowanej, dobrze sytuowanej rodziny teoretycznie mógłby sobie na wiele pozwolić, a nawet wzbić się na wyżyny. W rzeczywistości jednak nie potrafił z tej szansy skorzystać, tak samo jak nigdzie nie mógł znaleźć sobie miejsca. Wybierał szkoły z dala od domu, nie lubił towarzystwa, a jedną z niewielu przyjemności było dla niego malarstwo. Wciąż szukał swojej drogi w życiu, a ta raz po raz zmieniała kierunek - towarzystwo o wątpliwych zaletach, współpraca z organizacją komunistyczną, której nawet nie popierał - chciał jedynie poczuć się częścią czegoś, rosnące problemy finansowe, aż w końcu kobiety, u których cieszył się ogromną popularnością. Te bowiem odegrały w jego życiu znaczącą rolę niezależnie od tego, czy tego chciał, czy też nie.

"Lata doświadczenia nauczyły mnie jednak, że kiedy kobieta dostaje ataku histerii,
najlepiej dać jej coś słodkiego do zjedzenia."

Bohater tragiczny - właśnie tymi słowami krótko opisałabym Yozo, człowieka, który od samego początku czuł się wyobcowany. Bał się zawiłości ludzkich relacji, wolał więc nie robić nic, zamiast się niepotrzebnie narażać, choć i bez tego doświadczał przykrości. Ze strachu przed ludźmi zaczął ukrywać się za maską błazeństwa, jednak wraz z dorastaniem zdał sobie sprawę, że jego metoda zaczyna go zawodzić. Wtedy musiał poradzić sobie na inne sposoby, choć nie zawsze mu to wychodziło. Nie potrafił wziąć się w garść, zawalczyć o swoje, a jednocześnie mierziła go jego własna bierność. Pragnął znaleźć w czymś oparcie, jednak zamiast tego coraz głębiej popadał w beznadzieję, gdyż szczęście, którego stale szukał raz po raz wymykało mu się z rąk. Stał się więc jak bezwolna marionetka, a szanse od losu, jakie napotykał na swojej drodze po pewnym czasie wydawały się tak odległe, jakby nigdy nie istniały.
"Tchórz boi się nawet własnego szczęścia."
Nieco ponad sto stron. To naprawdę niewiele, a jednak powieść ta przepełniona jest bezradnością, ogromnym smutkiem i cierpieniem. To szczery, prostolinijny zapis wydarzeń, uczuć i przemyśleń, a jednak czuje się w tym wszystkim pewną rezerwę, charakterystyczne dla bohatera oderwanie od świata, co jeszcze bardziej potęguje jego specyficzną samotność. I chociaż wciąż jest na skraju ostatecznego poddania się, stale próbuje odnaleźć coś prawdziwego w świecie przepełnionym fałszem, coś, co mogłoby się stać jego podporą. Ta wytrwałość może się wydawać godna podziwu, jednak co innego mu pozostało? Problem w tym, że cały świat wydaje się być przeciwko niemu, a on ma wrażenie, jakby stopniowo tracił prawo do nazywania siebie człowiekiem.

Powieść została napisana w formie dzienników z prologiem i epilogiem. Na końcu znajdziemy kilka słów od tłumacza, które przybliżają nam losy autora i ich powiązania z samym dziełem, a tych nie brakuje, gdyż do "Zatracenia" można się odnosić jak do jego pożegnania z życiem, a samego Yozo uważać za alter ego autora. Powieść ta okazała się nieco inna, niż myślałam, jednak to jest już skutek wspomnianej wcześniej animowanej wersji tej historii i temat ten rozwinę już przy innej okazji. Z pewnością nie jest to w żadnym wypadku optymistyczna powieść, jednak mimo to prawie nie mogłam się od niej oderwać i przeczytałam ją w mgnieniu oka. I chociaż wciąż mam nieodparte wrażenie, że nie udało mi się w tej recenzji przekazać tego, co chciałam, na koniec pozostaje mi jedynie znów wspomnieć, że na "Zatracenie" z pewnością warto zwrócić uwagę.

"Nie, płakać nie płakałam, ale... Pomyślałam tylko, że kiedy człowiek dojdzie do czegoś takiego, to z nim już koniec."

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Japoński dla samouków

Uzbierałam już tyle książek do nauki japońskiego, że pasowałoby w końcu napisać o nich coś więcej.
Najpierw o książeczkach, z których przyszło mi się uczyć hiragany i katakany. Seria "Kana na wesoło" wydana przez Waneko to cykl książeczek mających pomóc w nauce pisma japońskiego. W pierwszej z nich zapoznajemy się z hiraganą. Na początku znajdziemy krótki wstęp - po co uczyć się pisma japońskiego, z czego się ono składa? Jest też kilka zasad zapisu i wymowy oraz tabelka z hiraganą. Następnie czas na zapoznanie się z poszczególnymi znakami. Każdemu z nich zostały poświęcone dwie strony, mamy więc przedstawienie znaku, miejsce na ćwiczenia w pisowni, przykładowe zdanie z jego użyciem i kilka innych popularnych wyrazów, w których występuje. Jak sam tytuł wskazuje, nie może zabraknąć także humoru - każda strona opatrzona jest zabawnym obrazkiem, na którym ukryły się znaki hiragany. Dodatkowo od czasu do czasu pojawiają się ilustrowane dialogi zawierające niektóre z poznanych słówek.
Myślę, że to całkiem niezły sposób na naukę japońskiego sylabariusza. Co więcej, jej poręczny format sprawia, że noszenie jej zawsze przy sobie nie będzie większym problemem i pozwoli na naukę w każdej dogodnej chwili. Na końcu znajdziemy co nieco na temat historii pisma japońskiego. Kilka stron poświęconych jest na zaprezentowanie kolejnych części tego cyklu wraz z przykładowymi stronami.
Druga książeczka z serii została stworzona analogicznie do pierwszej, choć z pewnymi zmianami. Główną różnicą jest pewna zmiana stylistyki zamieszczonych ilustracji, jest też więcej kolorowych fragmentów. Poza tym tabelka z katakaną jest na końcu, co nie wydaje mi się najlepszym rozwiązaniem. Dalej znajduje się jeszcze transkrypcja imion.
Jako że same sylabariusze nie wystarczą, zaopatrzyłam się w "JAPOŃSKI Kurs podstawowy". I niestety mocno się rozczarowałam. Sam w sobie kurs ten nie jest zły, jednak nie nadaje się do prawdziwej nauki japońskiego, a jedynie przyswojenia sobie słownictwa i gotowych zwrotów. Gramatyki było tu niewiele, jedynie parę (no, może paręnaście) stron na początku i to niezbyt przystępnie wyjaśnionej. Poza tym jest w porządku - dość różnorodne słownictwo, dobra jakość nagrań, nie ma za bardzo na co narzekać. Nie mogłam się jednak oprzeć wrażeniu, że jest to raczej kurs stworzony z myślą o turystach, a nie pasjonatach języka japońskiego. Świadczy o tym chociażby tłumaczenie koloru różowego jako pinku (a więc zapożyczenie z angielskiego), zamiast zwyczajnego momoiro. Dodam też, że za nic nie mogłam pojąć podawania godzin. Poza tym nie dajcie się zwieść rozmiarom całości - w rzeczywistości książeczka liczy sobie 128 stron, a całą resztę (a więc nieco więcej niż połowę) objętości stanowi pudełko z płytami. Oczywiście nie mam zamiaru całkowicie oczerniać tego kursu. Niewątpliwie znajdą się i osoby, którym się spodoba (mogę pochwalić chociażby możliwość nauki z nagrań), jednak ja nie znalazłam tu tego, czego oczekiwałam.
Następna książka w kolejce to "JAPOŃSKI Mów, pisz i czytaj", z której jestem bardzo zadowolona. Początek standardowy, a więc kilka słów na temat hiragany i katakany, pisownia i kolejność stawiania kresek. Książka podzielona jest na 21 lekcji, mających nas wprowadzić w tajniki języka japońskiego. Każda lekcja składa się z kilku części - przystępnie objaśnionej gramatyki, dialogów, słowniczka, ćwiczeń, ciekawostki na temat japońskiej kultury oraz czterech znaków kanji. Dodatkowo mamy cztery rozdziały na temat pozdrowień i zwrotów grzecznościowych. Niektóre z nich mogą się wydać dość oczywiste dla osób już nieco obeznanych z japońskimi zwyczajami, jednak mała powtórka nigdy nie zaszkodzi. Dużą zaletę stanowi tabela z podstawowymi czasownikami (japońsko-polska i polsko-japońska) wraz z ich pisownią w kanji. Na końcu znajdziemy jeszcze odpowiedzi do ćwiczeń (w jednym z zadań były trochę przemieszane, ale łatwo to zauważyć) i słownik japońsko-polski. W przeciwieństwie do przed chwilą opisywanego kursu, z pomocą tej książki szybko zrozumiałam, o co chodzi w podawaniu godzin. Wszelkie inne gramatyczne zagadnienia również są dobrze wyjaśnione, więc naprawdę polecam.
Rzeczą bardzo przydatną w nauce języka są oczywiście słowniki, więc nie mogło ich zabraknąć i na mojej półce. Trochę mi szkoda, że nie było słownika jednocześnie japońsko-polskiego i polsko-japońskiego, jednak nie stanowi to większego problemu. Oba egzemplarze są przydatne, czytelne i spisują się całkiem nieźle, a kilkanaście pierwszych stron poświęconych jest na wyjaśnienie najważniejszych kwestii dotyczących języka japońskiego i układu haseł w słowniku. Tak przy okazji, nie zamierzam się za bardzo czepiać, ale to nieco dziwne, że tylko jeden ze słowników został wydany w twardej oprawie. Cóż, jakoś się będę musiała z tym pogodzić.
I na koniec mój najnowszy nabytek - "JAPOŃSKI Kaligrafia". Książka jest dość cienka, a papier nie jest gładki czy śnieżnobiały, co z początku było dla mnie sporym zaskoczeniem, jednak przyznam, że dobrze się w tym przypadku sprawdza. Najpierw dostajemy wstęp, parę słów na temat kaligrafii i standardowo powtórkę z sylabariuszy. Następnie książka podzielona jest na trzynaście kategorii, z których pierwszą stanowią liczebniki. Otrzymujemy trzy-cztery znaki na stronę wraz z ich znaczeniem, sposobami czytania, kolejnością stawiania kresek oraz przykładowymi złożeniami, w których występują. Taki układ wygląda dobrze i przejrzyście. Pod koniec znajdziemy też alfabetyczny spis występujących tu znaków kanji (według ich znaczenia po polsku). Za minus mogę uznać mało miejsca na ćwiczenia - kratek jest dokładnie tyle, ile kresek w danym znaku kanji (chyba że na stronie brakuje miejsca, wtedy kratek do ćwiczeń nie ma wcale, nawet jeśli na stronie obok pozostaje sporo wolnej przestrzeni). Na samym końcu jest jeszcze kilka stron na ćwiczenia (co samo w sobie jest naprawdę dobre), jednak uważam, że trochę więcej miejsca pod znakami by nie zaszkodziło. Ostatecznie mogę stwierdzić, że był to udany zakup.

sobota, 8 listopada 2014

H. Murakami "Kronika ptaka nakręcacza"


Wydawnictwo: Muza
Ilość stron: 621

Problemem przy opisywaniu tej powieści jest brak jakiegokolwiek konkretnego punktu zaczepienia. Jest sobie bohater, prowadzi swoje zwyczajne życie, przez które przewijają się różne zdarzenia i osoby - raz zwyczajne, a innym razem już całkiem przeciwnie - ale nie ma tu czegoś, czym już na wstępie można by było zainteresować potencjalnego czytelnika. Co prawda ja nie miałam z tym problemu, skoro i tak sięgam po książki Murakamiego w ciemno. W każdym razie nie ma się co na wstępie zrażać. Na początek spróbuję nieco przybliżyć Wam fabułę.

Zaczęło się od rezygnacji z pracy. A może od zniknięcia kota? Tak czy inaczej, od tego momentu życie Toru Okady stawało się coraz dziwniejsze, aż w końcu pewna dziewczyna z sąsiedztwa i jego uznała za dziwaka. W międzyczasie z jego życia zniknęła żona (i nie chciała lub nie mogła wrócić), pojawiła się Kreta Kano i jej siostra, emerytowany porucznik Mamiya oraz wiele innych osób, wprowadzając do jego codzienności coraz więcej zamętu. Czy uda mu się dostrzec sens tego wszystkiego? Czy odzyska żonę? I gdzie się podział ptak nakręcacz, który do tej pory z taką wytrwałością codziennie nakręcał sprężynę świata?

Jak dobrze można poznać drugiego człowieka? Jak wiele sekretów może skrywać osoba, u boku której przeżyliśmy ostatnie sześć lat? I jak bardzo powierzchowna może to być znajomość? To niektóre z pytań, które mogą nam się nasunąć podczas czytania. A jednak z czasem pojawia się tak wiele nowych niewiadomych, o wiele bardziej zagmatwanych, że wręcz nie sposób ich wszystkich zliczyć. Będzie też okazja, by dowiedzieć się nieco więcej na temat wojny japońsko-chińskiej. Pojawiające się od czasu do czasu (często obszerne) wzmianki na temat działań wojennych mogą nużyć osoby niezainteresowane tematem. A jednak są one w pewien sposób ważne dla fabuły, choć zawierają sporo dodatkowych faktów. Miłym zaskoczeniem była krótka wzmianka na temat Tony'ego Takitaniego, którego miałam okazję poznać w jednym z opowiadań w "Ślepej wierzbie i śpiącej kobiecie".

"[...] ludzki los to coś, co się wspomina, gdy już minie, a nie poznaje naprzód."

Autor balansuje na granicy jawy i snu, rzeczywistości i wydarzeń, które teoretycznie nie powinny mieć miejsca. W wielu przypadkach zdrowy rozsądek nie ma tu racji bytu. To historia pełna niedopowiedzeń, zbiegów okoliczności i niedomkniętych wątków, co dla wielu może stanowić zasadniczy problem. I sama przyznam, że tym razem mogło być tego wszystkiego nieco za wiele. Raz nawet na dłuższy czas zaprzestałam czytania. Po prostu nie mogłam się do tego zabrać, a jednym z powodów mogły być właśnie te przydługie opisy działań wojennych. Wszystko (lub prawie wszystko) jest ze sobą w pewien sposób powiązane. W sposób zawiły, nieoczywisty, który w wielu przypadkach ujawnia się dopiero po dłuższym czasie. Nawet mając przed sobą jedynie ostatnie kilkadziesiąt stron, nadal nie miałam pojęcia, do czego autor dąży. I to było ciekawe. Pewne zdezorientowanie, efekt zaskoczenia, który nie wymaga zawrotnych zwrotów akcji, a to wszystko w oprawie z pozoru zwykłej codzienności.

"A może przedmioty nieożywione stają się jeszcze bardziej nieożywione, gdy ludzie odwrócą od nich wzrok."

Występujących tu bohaterów (przynajmniej w większości przypadków) trudno zakwalifikować do jakiegoś określonego typu osobowości. Część z nich jawi nam się jako osoby dość zwyczajne, inni jako prawdziwi ekscentrycy, czy też po prostu dziwacy, jednak tak naprawdę trudno ich określić. Ale po co właściwie tak szufladkować?

W powieściach Murakamiego lubię między innymi to, że potrafi zaskakiwać. W wielu przypadkach nie miałam pojęcia, co jeszcze może się zdarzyć, a przecież akcję trudno byłoby nazwać szczególnie dynamiczną. Wydarzenia mają swoje własne tempo, a mimo to autor do końca trzymał mnie w niepewności. A może raczej nadal to robi? Przecież ostatecznie sporo wątków pozostało otwartych. Bezpośrednio po skończeniu lektury miałam raczej dość mieszane uczucia, jednak po pewnym czasie stwierdziłam, że "Kronikę ptaka nakręcacza" mimo wszystko wspominam pozytywnie. Było sporo zagmatwania i dziwów, jednak nie mam nic przeciwko temu. I za jakiś czas z pewnością sięgnę po kolejną książkę Murakamiego.

"Na świecie jest mnóstwo niezrozumiałych rzeczy i ktoś musi tę pustkę wypełnić. I jeśli tak ma być, lepiej, żeby to robili ludzie, którzy są interesujący, a nie nudziarze, prawda?"
7/10

piątek, 25 lipca 2014

K. Ishiguro "Malarz świata ułudy"


Wydawnictwo: Albatros
Ilość stron: 302

Z twórczością Kazuo Ishiguro po raz pierwszy spotkałam się przy okazji "Pejzażu w kolorze sepii". I choć w tej chwili już dość niewiele z tej powieści pamiętam, pozostała chęć, by zapoznać się z innymi dziełami autora. Zwłaszcza z "Malarzem świata ułudy". A to wszystko z prostego i jednocześnie dość banalnego powodu - tytułu, który urzekł mnie już od pierwszej chwili.

Ceniony malarz, obecnie już emerytowany, opowiada nam historię swojego życia. Snując swą opowieść, jednocześnie krąży gdzieś wokoło, raz po raz zbaczając z obranego tematu. Przybliża nam sytuację powojennej Japonii, radości i troski swojej, teraz już niepełnej, rodziny - córki martwiące się o jego melancholijny nastrój, stres związany z wydaniem młodszej z nich za mąż, spotkania z wnukiem i wiele więcej. Nieustannie przytacza też historie z przeszłości przedstawia swoje przypuszczenia, powoli, jakby od niechcenia kreśląc obraz japońskiego społeczeństwa i zachodzących w nim na przestrzeni lat zmian, a także wspominając własne działania. Działania, których nie zamierza się wstydzić, nawet jeśli z perspektywy czasu okazały się niesłuszne, ponieważ wie, że robił tylko to, co w tamtych chwilach uważał za słuszne.

Właściwie trudno jednoznacznie stwierdzić, o czym jest ta książka. A jednak Kazuo Ishiguro prowadzi narrację w taki sposób, że przestaje to mieć jakiekolwiek znaczenie. Zamiast próbować znaleźć sedno tej opowieści raz po raz zatapiałam się w lekturze, delektowałam się tym naturalnym, niewymuszonym, krótko mówiąc urzekającym stylem wypowiedzi autora, tracąc przy tym poczucie czasu. Pomimo wyodrębnienia kilku etapów podział między nimi pozostaje jedynie umowny, gdyż teraźniejszość nieustannie przeplata się z przeszłością - zarówno tą bliższą, jak i dalszą. Z jednego tematu autor płynnie przechodzi do drugiego, tak więc czytelnik nawet nie zauważa, kiedy zaczyna czytać o czymś zupełnie innym, niż jeszcze przed chwilą. Jest w tym coś ulotnego, coś ujmującego w tej niespiesznej, niepostrzeżenie wciągającej fabule.

Mogłabym teraz wspomnieć nieco więcej na temat niektórych bohaterów, jednak nie widzę takiej potrzeby. To jedna z tych książek, z którymi najlepiej zapoznać się samemu, stopniowo odkrywając jej treść. Jeśli ktoś spodziewa się dogłębnej analizy powojennej Japonii, niewątpliwie poczuje się rozczarowany. Zamiast tego Ishiguro oferuje czytelnikom pięknie ubraną w słowa, bliżej niesprecyzowaną, a jednak czarującą opowieść. Bardzo się cieszę, że w końcu zapoznałam się z tą historią. Czytając "Malarza świata ułudy" naprawdę miło spędziłam czas, więc z pewnością sięgnę też po inne książki tego autora. A w najbliższych planach mam "Okruchy dnia".

"Trudno ocenić piękno świata, kiedy się wątpi w samą jego wartość."
7/10

niedziela, 25 maja 2014

C. Bradford "Młody samuraj. Droga wojownika"


Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Ilość stron: 316
Seria: Młody samuraj (cz. 1)

Do tej pory nie zwracałam na tę serię najmniejszej uwagi. Podobnie było z samym tematem samurajów, jednak gdy przypadkiem natrafiłam na opis "Drogi wojownika", postanowiłam przy najbliższej wizycie w bibliotece zabrać tę książkę ze sobą. I tak oto wkroczyłam w świat samurajów...

Młody Jack Fletcher zdecydował wyruszyć wraz z ojcem do Japonii. Na angielskim statku zaskarbił sobie sympatię załogi swoją odwagą, sprawnością i sprytem. Po wielu trudach ich oczom w końcu ukazały się wybrzeża Japonii. Niestety, pod osłoną nocy zostali napadnięci, jak się później okazało, przez ninja poszukujących ruttera, wręcz bezcennego dla ludzi chcących bezpiecznie przemierzać przez morza i oceany świata. Jak nie trudno się domyślić, wszystko skończyło się tragicznie, natomiast Jack cudem przeżył, trafiając pod opiekę potężnego samuraja Masamoto. Bariera językowa i kulturowa stanowiła niewątpliwy problem, jednak chłopiec wkrótce pojął, że jego gospodarze nie mają złych zamiarów, co więcej, kilku z nich polubił. Na czele z piękną i utalentowaną Akiko, która stała się jego nową przyjaciółką. Jakiś czas później po raz pierwszy spotkał Masamoto i przy udziale portugalskiego misjonarza w roli tłumacza mógł rozeznać się w obecnej sytuacji, a także opowiedzieć swoją historię.

Jack dobrze pamiętał człowieka, który zaatakował statek. A zwłaszcza jego jedyne, jadowicie zielone oko, znane również samurajom. Tym człowiekiem był Dokugan Ryu, który dwa lata wcześniej zabił starszego z synów Masamoto. Na skutek tego zrządzenia losu samuraj podejmuje decyzję o adopcji Jacka, który do czasu ponownego przybycia Masamoto do Kioto ma opanować język japoński. Tak oto chłopiec rozpoczyna swoje nowe życie w Japonii. Pomimo panującej w domu przyjaznej atmosfery jest ktoś, kto wciąż odnosi się do Jacka niechętnie, a jest to Yamato, obecnie jego nowy brat, który nie może się pogodzić z decyzją ojca. Czy wspólne treningi w posługiwaniu się bokkenem (drewnianym mieczem) będą w stanie ich jakoś do siebie zbliżyć? A tymczasem ktoś wciąż ma chrapkę na znajdujący się w posiadaniu Jacka rutter - jedyne, co zostało mu po ojcu. Niebezpieczeństwa mogą czyhać na każdym kroku...

"Im większa przeszkoda, tym większa chwała z jej pokonania."

"Droga wojownika" obfituje w o wiele więcej wydarzeń, jednak nie pozwolę sobie psuć wam możliwości poznania ich na własną rękę (a muszę przyznać, że najchętniej streściłabym naprawdę sporą część tej książki). Autor nie pozwala się nudzić, oferując nam wartką akcję, sympatycznych bohaterów oraz wiele ciekawostek na temat samurajów i ich sztuki walki. W treść zostało wplecionych wiele japońskich zwrotów, co dodatkowo urozmaicało lekturę (poza tym miło było stwierdzić, że w większości przypadków nie potrzebowałam przypisów). Na końcu znajduje się słowniczek, który nie zaszkodziłoby przejrzeć jeszcze przed lekturą. Poza tym znajdziemy również krótki opis niektórych technik i trochę ciekawostek na temat samego autora, który również trenował sztuki walki.

Przyjęcie do rodu Yamamoto, choć bardzo znamienne, dla wielu nie zmienia faktu, że Jack wciąż pozostaje gaijinem, czego nie omieszkają mu wypominać. Czego by nie mówić prawdą jest, że Anglik znacznie wyróżnia się na tle ciemnowłosych Japończyków. Tak więc na naszego bohatera czeka jeszcze wiele przeszkód i przykrości, a choć język nie stanowi już większego problemu, wciąż pozostaje kwestia niezliczonych zwyczajów i specyficznej kultury. Czy Jack zdoła zmierzyć się z otaczającą go ignorancją, stereotypami? I czy możliwe jest, by ci dumni Japończycy uznali go za jednego ze swoich, by zobaczyli w nim samuraja? Wciąż pozostaje też kwestia rozdarcia pomiędzy starym a nowym życiem. Jaką drogą podąży Jack?  Nie myślcie jednak, że jest on jedyną postacią wartą uwagi. Jest też przecież Akiko, stanowiąca świetny przykład silnej, niezależnej, a przy tym wciąż czarującej bohaterki. O reszcie proponuję dowiedzieć się już przy okazji lektury.

Choć docelową grupą odbiorców są raczej nieco młodsi czytelnicy, nie widzę żadnych przeciwwskazań do tego, by także inni zainteresowali się stworzoną przez Chrisa Bradforda historią (z pasjonatami Japonii na czele). Ja sama bardzo dobrze bawiłam się śledząc poczynania Jacka i jego towarzyszy i z chęcią spotkam się z nimi ponownie w kolejnej części serii. Powiem nawet więcej, wręcz nie mogę się tego doczekać.

"Porażką jest jedynie nie próbować więcej."
7/10

piątek, 25 kwietnia 2014

A. Ikeda "Życie jak w Tochigi. Na japońskiej prowincji"



Wydawnictwo: W.A.B.
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 320

Ile może mieć do powiedzenia Polka mieszkająca w Kraju Kwitnącej Wiśni? Najwyraźniej dość sporo, co w swojej książce udowadnia Anna Ikeda. Na początku znajdzie się krótka wzmianka o okolicznościach, które doprowadziły ją do Japonii. Co potem? Wszystkiego po trochę, jednak owe wszystko nieustannie kręci się wokół naszego głównego tematu - Japonii.

Liźniemy więc trochę historii Nikko (tam też mieszka autorka wraz z mężem i kotami) oraz pobliskich terenów, poznamy niektóre z tamtejszych zwyczajów i przekonamy się, że nie zawsze jest kolorowo. Ci, którzy liczą na jakieś konkretniejsze wzmianki na temat mangi czy anime mogą się rozczarować, gdyż autorka już na wstępie uprzedza, że w żadnym stopniu nie jest to jej dziedzina zainteresowań. Jest za to sporo o japońskim społeczeństwie, postrzeganiu gaijinów (cudzoziemców), faktach i mitach codziennego życia, oraz trochę na temat lokalnej kuchni. Nie zabraknie również wzmianek o japońskiej teściowej pani Ikedy, która bez powodzenia stale próbuje ujarzmić europejski temperament autorki. A z tego wynika oczywiście sporo ciekawych sytuacji... Dużo znajdziemy również na temat zwyczajów z pogranicza shintoizmu i buddyzmu, a to w znacznym stopniu za sprawą męża pani Anny - jak sama twierdzi - shintoistycznego otaku. Jak się okazuje, wiele wspólnego z historią Nikko i prefektury Tochigi mieli kapłani, ale tego wszystkiego możecie się dowiedzieć już bezpośrednio z książki. Dodam też, że na końcu znajduje się krótki słowniczek pojęć.

Tematów jest bez liku, jednak liczy się również forma. Czy autorka sobie z tym poradziła? Jak najbardziej! Przedstawia rzeczywistość taką, jaka jest. Szczerze, z pierwszej ręki, bez owijania w bawełnę, czy upiększania. I z bardzo przyjemną w odbiorze dozą ironii i humoru. Rozdziały są krótkie, zwykle mają po kilkanaście stron, na których swoje miejsce znajdują też różnorodne fotografie, również wykonane przez autorkę. Co więcej, pani Ikeda bywa prawdziwą mistrzynią dygresji (przy czym należy przyznać, że mimo to nadal dzielnie trzyma się tematu Japonii).

Książkę czytałam z przyjemnością. To lekka, niezobowiązująca lektura i naprawdę udany debiut. Może się oczywiście okazać, że dla osób lepiej obeznanych z tematem nie znajdzie się tu nic szczególnie odkrywczego. Taka to już kolej rzeczy. Tak czy inaczej, ostateczna decyzja należy do Was. Jeśli chcecie poznać kilka interesujących anegdotek, jesteście ciekawi skąd w Japonii wzięło się muzeum holocaustu lub jak pani Ikeda na jeden dzień została pastorem, zapraszam do lektury.

"Tubylcy spodziewają się, że będę odstawać od reszty. Zamiast więc próbować się dostosować, korzystam z okazji i rozkoszuję się swoją innością na wszystkich frontach."
7/10

wtorek, 28 stycznia 2014

H. Murakami "Kafka nad morzem"


Kafka nad morzem - Haruki Murakami

Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2007
Ilość stron: 623

Mając nadzieję na ucieczkę przed klątwą ojca, piętnastoletni Kafka Tamura ucieka z domu i trafia na wyspę Shikoku. Swój czas spędza głównie w prywatnej bibliotece wyróżniającej się bardzo rodzinną atmosferą, jednak będzie miał również okazję nawiązać kilka cennych znajomości. Ale czym jest owa klątwa? Nie chcę zdradzać za wiele...
Poza losami Kafki dowiadujemy się co nieco na temat tajemniczego incydentu, który miał miejsce jeszcze w czasie wojny. Jest też pan Nakata, podstarzały, niezwykle sympatyczny i na swój sposób ujmujący analfabeta, który swoje braki nadrabia chociażby umiejętnością rozmowy z kotami. I, jak zauważył jeden z nich, ma zbyt jasny cień, jakby ktoś ukradł jego część. Do niedawna wiódł spokojne życie w dzielnicy Nakano, jednak śmierć ojca Kafki zmieniła wszystko... Dlaczego? Sprawdźcie sami.

Akcja posuwa się do przodu już od pierwszych stron. Autor nie traci wiele czasu na tłumaczenia, pozostawia nas w niepewności, abyśmy w gąszczu słów spróbowali wyłapać co się tu dzieje. Taki sposób narracji wzbudza jeszcze większą ciekawość, która wręcz nie pozwalała mi się oderwać od lektury. Chciałam zrozumieć sens rozgrywających się wydarzeń, a jednocześnie nie miałam zamiaru się spieszyć, aby móc w pełni rozkoszować się słowem pisanym. Choć z czasem towarzysząca nam niepewność nieco blednie, nie zanika całkowicie, ukazując się od czasu do czasu na kartach powieści. Cała akcja zdaje się dążyć do jakiegoś bliżej nieokreślonego sensu i zbliża się do niego powoli, ale systematycznie.

Powieść jest pełna różnorodnych sytuacji, poglądów i ludzkich charakterów. To wszystko (a nawet więcej) składa się na jej niepowtarzalny klimat. Murakami pisze ciekawie, z humorem, jest bezpośredni i nie unika tematów kontrowersyjnych. Część zastosowanych przez autora rozwiązań mogłoby się niektórym nie spodobać, ja przyjmowałam je z pewnym przymrużeniem oka. A może po prostu przywykłam już do części japońskich dziwactw? Z początku niewiele wskazuje na to, że jest to książka z gatunku fantastyki, jednak po pewnym czasie staje się to oczywiste, a nadnaturalne zdarzenia stają się codziennością bohaterów.

"Są różni ludzie i są... różne koty."

Już podczas lektury towarzyszyło mi uczucie, że chciałabym kiedyś (może nawet wkrótce) przeczytać tą książkę jeszcze raz. Jedną z przyczyn były interesujące wywody na różne tematy (i co za tym idzie, wiele ciekawych cytatów), przypisywane zwykle panu Oshimie, człowiekowi elokwentnemu i niezwykłemu (w różnym tego słowa znaczeniu). Poza tym, jako że akcja często ma miejsce w bibliotece, a Kafkę i Oshimę z powodzeniem można by nazwać bibliofilami, miałam okazję dowiedzieć się co nieco o japońskiej literaturze (głównie z dawnych czasów), z czego chętnie skorzystałam. Jeśli chodzi o innych bohaterów, wymienię chociażby tajemniczą panią Saeki i nieco zakręconego pana Hoshino.

Jak już wcześniej wspomniałam, Murakami nie tłumaczy wszystkiego. W wielu przypadkach nie świadczyłoby to o książce najlepiej, jednak w tym przypadku widać, że był to zabieg jak najbardziej celowy (dowodem niech będzie chociażby poniższy cytat). Pod koniec czar, który roztaczała ta powieść nieco osłabł (może najważniejsze było samo dążenie do sedna, a nie jego osiągnięcie?), jednak myślę, że mimo wszystko zasługuje na najwyższą ocenę.

"Tego, czego się nie da właściwie wytłumaczyć i przekazać słowami, najlepiej w ogóle nie tłumaczyć."
10/10

czwartek, 5 grudnia 2013

Y. Ogawa "Miłość na marginesie"


Miłość na marginesie - Yōko Ogawa

Wydawnictwo: WAB
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 208

Nasza bohaterka cierpi na głuchotę czuciowo-nerwową, która może się objawiać na różny sposób - nie tylko brakiem dźwięków, ale i obecnością tych nieistniejących lub zaburzeniami w ich postrzeganiu. Dzień przed jej wystąpieniem opuścił ją mąż, wkrótce potem zdecydował o rozwodzie. Y spotkała na wywiadzie z innymi chorymi do pewnego czasopisma. Był stenografem i nikt poza nią zdawał się nie dostrzegać jego obecności. Tym, co ją zafascynowało były jego dłonie, sprawnie poruszające się po kartce. Właśnie z powodu tego artykułu mieli okazję spotkać się ponownie i wdali się w miłą, niezobowiązującą rozmowę, a jej fascynacja Y (czy raczej jego dłońmi) rosła. Po wyjściu ze szpitala powróciła do codziennego życia, jednak nie zerwali kontaktu.
Właściwie nie traktowała swojej przypadłości jak choroby. Wciąż chodziła na badania, zażywała leki, jednak te dźwięki, do których tylko ona miała dostęp przyjmowała niemal z wdzięcznością, wierząc, że tak ma być, że poświęcając im uwagę będzie mogła lepiej zrozumieć samą siebie. Tak oto uszy przywoływały jej dawno zapomnienie wspomnienia, które następnie Y spisywał. Oboje świetne się dogadywali, wymieniając się swoimi nietypowymi poglądami - o przelewaniu słów na papier, o postrzeganiu dźwięków... Ich rozmowy były swobodne i naturalne, i w taki też sposób rozwijała się ich relacja. Tylko czy łączące ich uczucie można określić mianem miłości?

Dawno nie czytałam takiej ciepłej, niezobowiązującej lektury. Lekki i przystępny styl autorki sprawił, że skończyłam ją w mgnieniu oka. Ta historia ma też pewien swój specyficzny, jakby nieco eteryczny charakter. W dużej mierze składa się z plastycznych opisów, z odczuć i przemyśleń naszej bohaterki. Jeśli nie macie więc cierpliwości, aby słuchać ciągłych wywodów na temat idealnych dłoni Y (to trochę jak jakiś podchodzący pod obsesję fetysz), może lepiej sobie odpuścić. Mimo to lektura "Miłości na marginesie" była dla mnie miłą odskocznią od codzienności i z czystym sercem mogę ją polecić zainteresowanym. Mam jednak pewne niejasne, ale i nieodparte wrażenie, że gdzieś pomiędzy kolejnymi stronami zagubiłam jej sens... Sama historia też pewnie nie pozostanie w mojej pamięci na długo. Ale było miło. ;)

"Podczas choroby odkryłam, że jeśli ludzie mówią cichym głosem, stają się wobec siebie bardziej łagodni."
7/10

środa, 16 października 2013

H. Murakami "Wszystkie boże dzieci tańczą"


Wszystkie boże dzieci tańczą - Haruki Murakami


Wydawnictwo: MUZA
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 182

To pierwszy zbiór opowiadań Murakamiego, jaki miałam okazję przeczytać. Uogólniając, są to krótkie epizody z życia różnych osób, które dają ich bohaterom okazję do przemyśleń, wspominania przeszłych wydarzeń i snucia różnorakich wniosków. Są owiane tajemnicą, pełne niedopowiedzeń, można potraktować je jako zwyczajne opowiadania lub spróbować doszukiwać się w nich jakiegoś ukrytego sensu. Koniec opowiadania nie jest równoznaczny z końcem przedstawionej historii. Autor pozostawia nam wiele swobody w kwestii interpretacji jego utworów i tylko od nas zależy jak to wykorzystamy.

Choć opowiadania to nie to samo, co pełnowymiarowa powieść, Murakami radzi sobie z nimi równie dobrze. Przedstawiony w nich świat kreuje z umiarem - ni mniej, ni więcej niż to, czego potrzeba nam do odpowiedniego odbioru jego tekstów. Nie widzę sensu w opisywaniu wszystkich sześciu opowiadań - przy tak krótkich utworach lepiej zapoznać się z nimi na własną rękę - jednak wspomnę co nieco na ich temat. W każdym z nich w pewnym momencie wspomniane jest trzęsienie ziemi w Kobe. Poza tym bohaterom towarzyszy wiele objawiających się w różny sposób niepewności. Mężczyzna, którego porzuciła żona, pracownik biura ubezpieczeń, którego odwiedza wielka żaba... Niektóre historie wydają się nieco oderwane od rzeczywistości, inne całkiem surrealistyczne. Przy ograniczonych możliwościach, jakie daje opowiadanie, Murakami zdołał przekazać czytelnikowi to, co zamierzał.
Historie te bardzo się od siebie różnią, jednak czyta się je równie przyjemnie. Wyraźnie odznacza się charakterystyczny dla Murakamiego styl, który nadaje im ten niepowtarzalny klimat. Poza tym podoba mi się wydanie książki. Powoli coraz bardziej zaczynam lubić opowiadania, jednak tym, którzy dopiero planują sięgnąć po któreś z dzieł tego autora, proponuję zacząć od jednej z jego powieści.

"Ciężko jest być młodym. Są takie rzeczy, na które nawet myślenie nie poradzi."
7/10

czwartek, 29 sierpnia 2013

H. Murakami "Norwegian Wood"


Norwegian Wood - Haruki Murakami


Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2006
Ilość stron: 470

Watanabe nigdy nie miał zbyt wielu bliskich znajomych, jednak ci, których można było zaliczyć do tego wąskiego grona z pewnością byli wyjątkowi. A może raczej dość specyficzni?
Zacznijmy od tego, że Kizuki, jego najlepszy przyjaciel w wieku siedemnastu lat popełnił samobójstwo. Był to szok dla wszystkich, którzy go znali, zwłaszcza że nigdy nie sprawiał wrażenia, żeby planował coś takiego. Wkrótce Watanabe, pragnąc odciąć się od bolesnej przeszłości, zaczyna studia w Tokio. Tam niespodziewanie spotyka Naoko, byłą dziewczynę Kizukiego. Jak się okazuje, obojgu służy ta odnowiona znajomość i zaczynają być sobie bliscy. Jednak, tak jak już wcześniej wspomniałam, Watanabe otaczają bardzo specyficzni ludzie i Naoko nie była tu wyjątkiem. Ich relacje były bardzo skomplikowane, a wkrótce, dziewczyna z powodu problemów psychicznych ląduje w sanatorium. Tam najwyraźniej powoli dochodzi do siebie, jednak życie trwa nadal. Watanabe chodzi na wykłady, czyta książki, spotyka znajomych i wciąż nie może zapomnieć o Naoko. Problem w tym, że ich światy bardzo się od siebie różnią. Czy uda się je pogodzić?

"Nasza normalność polega na tym, że zdajemy sobie sprawę z własnej nienormalności."

"Norwegian Wood" to książka o życiu, o dorastaniu, o akceptacji i wielu innych sprawach. Razem z Watanabe przeżywamy jego problemy, radości i wszystko to, co składa się na jego egzystencję. Poznajemy wiele typów ludzi. Ludzi o bardzo barwnych osobowościach. Nieco wycofany, choć czerpiący radość z życia Watanabe, zagubiona, ale sympatyczna Naoko, pewny siebie, arogancki erudyta Nagasawa, obok którego jednak nie da się przejść obojętnie, szalona i urzekająca (lub też szokująca) swoją prostolinijnością Midori, kochająca muzykę Reiko, która wiele w życiu przeszła... Jest w czym wybierać. Murakami naprawdę świetnie potrafi kreować postacie, a co za tym idzie, zaciekawić nimi czytelnika. Nieraz wywoływały u mnie uśmiech na twarzy, zaskoczenie, radość, współczucie, czy też smutek, krótko mówiąc całą gamę najróżniejszych emocji.
Mimo wielu pozytywnych aspektów tej historii, bohaterom nieustannie towarzyszy widmo śmierci, udowadniając słuszność wielokrotnie powtarzanych w niej słów - "śmierć nie jest przeciwieństwem życia, ale jego częścią". Autor daje nam też do zrozumienia, że nie zawsze wszystko układa się po naszej myśli, a jednak nadal powinniśmy iść naprzód.

Jeśli chodzi o sam tytuł książki, to wiąże się on z piosenką Beatlesów o tym samym tytule. Muszę przyznać, że podczas lektury często chodziła mi po głowie. Hm... coś w niej po prostu jest. To dopiero druga książka Murakamiego, którą przeczytałam, ale na pewno nie ostatnia. Znalazłam w niej wiele trafnych, wartych uwagi cytatów i za jakiś czas z chęcią do niej powrócę, jednak najpierw chciałabym poznać kolejne jego dzieła i Was też do tego zachęcam. :)

"Nikt nie lubi samotności. Ja tylko nie próbuję się z nikim na siłę zaprzyjaźniać. To prowadzi do rozczarowań."
9/10

wtorek, 16 lipca 2013

N. Kirino "Ostateczne wyjście"


Ostateczne wyjście - Natsuo Kirino

Wydawnictwo: Sonia Draga
Rok wydania: 2005
Ilość stron: 584

Poznajemy losy czterech zaprzyjaźnionych ze sobą kobiet, które pracują na nocnej zmianie w tej samej fabryce. Poza pracą każda z nich wiedzie dość zwyczajne życie, które nie jest pozbawione różnego rodzaju problemów i dylematów. Pewnego dnia jedna z nich, w akcie desperacji zabija męża. Do tego nie ma wrażenia, że zrobiła coś złego, wręcz przeciwnie - wydaje się z tego całkiem zadowolona. Co się stało, to się nie odstanie, ale co dalej? Jeśli ma nadzieję nie ponosić żadnych konsekwencji, musi usunąć ciało. I właśnie tu wkraczają pozostałe kobiety, które mniej lub bardziej bezinteresownie postanawiają pomóc w zatajeniu morderstwa...

W międzyczasie poznajemy kilka innych osób w mniejszym lub większym stopniu powiązanych z głównymi wydarzeniami lub ludźmi, których dotyczą. Następnie obserwujemy przebieg śledztwa, przekonujemy się jak blisko odkrycia prawdy byli niektórzy, a jednak z braku niezbitych dowodów nic z tym nie robią. Jesteśmy świadkami tego, jak fałszywe oskarżenie może zrujnować czyjeś dotychczasowe życie i sprawić, że głęboko ukryte destrukcyjne pragnienia w końcu wychodzą na światło dzienne. Co dalej? Czy winowajczyniom uda się uniknąć odpowiedzialności? A może jednak czyjaś chęć zemsty postawi je na baczność? Jak bardzo niebezpieczny może się dla nich okazać człowiek, który nie ma już nic do stracenia?

Autorka bez skrępowania obnaża mroczne aspekty ludzkiej osobowości, ukazuje drzemiące w człowieku złowieszcze instynkty, które każą mu czerpać przyjemność z okrucieństwa, jakiego się dopuszcza. Wykreowane przez nią postacie wprowadzają nas w świat pełen obłudy i układów, a bohaterowie mają to do siebie, że trudno czuć do nich sympatię częściej niż sporadycznie. Yayoi, której na początku możemy współczuć, po zabiciu męża okazuje się bardzo powierzchowna i wypiera z pamięci niewygodne fakty. Masako, z początku najbardziej pozytywna postać, dopiero wraz z rozwojem akcji ujawnia swoje ciemne strony - przebiegłość, wyrachowanie. To ona jest motorem niemal wszelkich działań i dyryguje pozostałymi kobietami. Yoshie mająca na głowie całą masę problemów, ta sama Yoshie, która najbardziej przejęła się zabójstwem, diametralnie zmienia swoje nastawienie, gdy w grę wchodzą pieniądze i bez mrugnięcia okiem pomaga w ćwiartowaniu zwłok. Najbardziej jednak nie mogłam znieść wiecznie zadłużonej Kuniko, jej egoizmu, materializmu i bezmyślności (a może po prostu głupoty?). Zawsze potrafiła znaleźć usprawiedliwienie dla swoich czynów, a gdy coś szło nie tak, to bez względu na okoliczności właśnie siebie uznawała za poszkodowaną.

"- Wiesz - mruknęła - wszystkie zmierzamy wprost do piekła.
- Owszem - przyznała Masako [...]. - To jak jazda z góry bez hamulców.
- Chcesz przez to powiedzieć, że nie ma jak się zatrzymać?
- Nie, oczywiście, że się zatrzymujesz. W chwili zderzenia."

Czas akcji jest trochę chaotyczny. Na początku jest w porządku, jednak bywa, że poznajemy wydarzenia z perspektywy jednego z bohaterów, by nagle wraz z jego zmianą znów powrócić do tego, co miało miejsce kilka tygodni wcześniej. Nie stanowi to jednak jakiegoś istotnego problemu i można do tego przywyknąć. Mam jednak zastrzeżenia do tytułu polskiego wydania, który w żaden sposób nie oddaje wieloznaczności oryginalnego "OUT".
W książce panuje specyficzny klimat zwyczajności podszytej czymś złowieszczym - czasem wiąże się to ze zbrodniczą przeszłością bohaterów, a czasem z ich działaniami lub stosunkiem do pewnych spraw (za przykład mogę podać chociażby moment ćwiartowania zwłok). Ponadto bohaterowie zamiast jak najszybciej odciąć się od tych wydarzeń, nadal brną dalej zaskoczeni tym, jakie zmiany zaszły w nich od tego czasu. Właśnie psychologicznym aspektom tego wszystkiego autorka poświęciła sporo miejsca, udowadniając, że w każdym człowieku czai się zło lub też obojętność na jego przejawy.

Z twórczością Natsuo Kirino po raz pierwszy zetknęłam się właściwie przypadkiem. Było to przy okazji "Prawdziwego świata". Zaskoczyła mnie ta książka, jednak nie myślałam zbyt wiele nad sięgnięciem po kolejne. Teraz jednak chciałam znów poczuć panujący w niej specyficzny klimat i miałam nadzieję, że "Ostateczne wyjście" da mi taką możliwość. Jak się okazuje, moje przypuszczenia były całkiem trafne, jednak spodziewałam się po niej czegoś więcej. Może tak jak w przypadku "Prawdziwego świata" docenię ją dopiero po pewnym czasie? Chyba właśnie tak będzie. W każdym razie jestem zadowolona z jej przeczytania, a jeśli jesteście ciekawi co do zaoferowania ma Natsuo Kirino, zapraszam do lektury.

"- I co my teraz zrobimy, kotku? - mruknęła pod nosem. - Zabiłam go."
+4/6

sobota, 8 czerwca 2013

Zoe Marriott "Cienie na Księżycu"


Cienie na Księżycu - Zoe Marriott


Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 439

"Kilkunastoletnia Suzume orientuje się, że ojczym, z którym mieszka, jest odpowiedzialny za śmierć jej ojca. Postanawia się zemścić. Dzięki swoim umiejętnościom magicznym ukrywa się w kuchni pałacu ojczyma, ucieka na ulice nieznanego miasta, wydostaje się z więzienia... Wie, że musi zdobyć względy wszechwładnego Księżycowego Księcia, aby pomścić śmierć ojca.
Ale nawet jeśli potrafimy ukryć się dla oczu innych, czasem ich serce jest bardziej przenikliwe... A nasze serce też nie zawsze podąża za planami mózgu... Suzume będzie musiała wybierać między zemstą a miłością."

Suzume wiele przeszła. Jej początkowo szczęśliwe życie zmieniło się diametralnie po tym, jak na własne oczy widziała śmierć swoich bliskich. Po tym wydarzeniu - choć z całych sił starała się normalnie funkcjonować - wszędzie czuła się nie na miejscu, także przy własnej matce, która zdawała się być całkowicie pochłonięta swoim nowym życiem. Wraz z upływem czasu w Suzume zaczęła narastać irytacja i inne negatywne uczucia, na których rozładowanie znalazła swój własny, choć nie najlepszy sposób. Mimo to nie na długo dane jej było cieszyć się tą względnie spokojną egzystencją. Choć zdawała sobie sprawę z tego, że jej ojczym jest człowiekiem gwałtownym, który we wszystkim upatruje własnej korzyści, nie spodziewała się, że to właśnie on mógł być winien śmierci jej ojca. A jednak było to prawdą, a jedyną możliwością jaka jej pozostała, była ucieczka.
Zdesperowana Suzume poprzysięga zemstę na zabójcy swego ojca, jednak postanowienie to może nie być zbyt łatwe do zrealizowania, zwłaszcza gdy otaczający ją ludzie chcą ją od tego odwieść. Czy dziewczyna zdecyduje się podporządkować całe swoje dalsze życie zemście?

Swoją rolę w tej historii odegrał także szereg innych postaci, które bohaterka spotkała na swojej drodze. Niektórzy tak jak Suzume potrafili tkać iluzje z cienia, które bywały bardzo przydatne. Dzięki tej umiejętności byli ze sobą w pewien sposób połączeni i zawsze potrafili się odnaleźć, gdy potrzebowali wzajemnej pomocy. Osoby niebędące zwolennikami fantastyki mogę uspokoić stwierdzeniem, że to właśnie na tym opiera się występująca tu magia.
Na drodze Suzume (która wraz ze zmianami trybu życia przybierała także inne imiona) stanął także Otien, równie niezwykły jak ona sama. Czy dla niego zaniecha swoich planów? Co wybierze - miłość czy zemstę?

"Miłość nadciąga jak burzowe chmury, ucieka przed wiatrem i rzuca cienie na Księżyc."

Jest to kolejna książka zainspirowana historią Kopciuszka, jednak w przeciwieństwie do "Cinder" tu nawiązanie to nie jest tak oczywiste, a wszelkie podobieństwa są o wiele bardziej subtelne. Właściwie, gdyby nie informacja na okładce, prawdopodobnie nawet bym się tego nie domyśliła. Takie rozwiązanie sprawiło, że autorka miała dużo większą swobodę i zamiast popadać w schematyczność mogła stworzyć coś własnego. Moim zdaniem był to bardzo dobry wybór.

Na niezwykły urok "Cieni na Księżycu" składa się także miejsce akcji, jakim jest dawna Japonia, zachwycająca swoją orientalną kulturą i zwyczajami. Dodatkowo, występujące w książce japońskie zwroty pozwalają jeszcze lepiej wprowadzić czytelnika w przedstawiony tu świat, a dla niezorientowanych w temacie przydatny może okazać się zamieszczony z tyłu słowniczek. Książkę czyta się niezwykle szybko i z żalem przyszło mi się rozstać z bohaterami, którzy już zdążyli zaskarbić sobie moją sympatię. Naprawdę polecam! :)

5+/6

środa, 22 maja 2013

H. Murakami "Na południe od granicy, na zachód od słońca"


Na południe od granicy, na zachód od słońca - Haruki Murakami


Wydawnictwo: MUZA
Rok wydania: 2006
Ilość stron: 232

"Hajime od lat pielęgnuje w sobie wspomnienie Shimamoto, pierwszej ukochanej z okresu dzieciństwa, i porównuje do niej każdą poznaną dziewczynę. Kiedy już jako dorosły mężczyzna spełniony w życiu osobistym i zawodowym przypadkowo spotyka Shimamoto, okazuje się, że dawna fascynacja przetrwała. Hajime decyduje się rzucić swą rodzinę i wykorzystać szansę daną mu przez los. Czy jednak możliwy jest powrót do przeszłości? To piękna opowieść o niespełnionej miłości i pogoni za nieosiągalnym ideałem. Co leży na zachód od słońca i czy na południe od granicy znajdziemy raj, czy też zwykłą szarą rzeczywistość?"

O czym jest ta książka? O zwykłym życiu. Całą historię przedstawia nam właśnie Hajime, który wspomina dawne dzieje, znajomości, opowiada jak potoczyły się jego losy. Zwykła szara codzienność, można by powiedzieć. A jednak coś sprawiało, że książkę czytałam z niemałym zainteresowaniem, wręcz pochłaniałam. Co takiego wyróżnia ją spośród tysięcy tytułów o podobnej tematyce?

Nie chcę zdradzać zbyt wiele odnośnie fabuły, bo to bez sensu. Już sam opis dość dosadnie informuje nas czego możemy się spodziewać, choć mimo wszystko podczas lektury towarzyszyła mi swego rodzaju niepewność: może jednak coś sprawi, że losy bohaterów potoczą się inaczej? Może oni sami jednak zmienią zdanie?
"Na południe..." to historia o niespełnionej miłości, o samotności, którą można odczuwać pomimo obecności bliskich nam osób. Bohater snuje wiele refleksji na temat swojego życia i daje czytelnikowi do myślenia. Postać Hajime została świetnie wykreowana, a dzięki takiemu sposobowi narracji możemy go dobrze poznać - nie tylko jego zalety, ale i liczne wady. Czytając, łatwo możemy uwierzyć, że taki ktoś naprawdę istnieje. Ponadto książka nie pozostawia uczucia niedosytu.

"Nawet zamkom z bajki przydaje się warstwa świeżej farby."

Książka Murakamiego charakteryzuje się dużą plastycznością języka, co sprawia, że jej czytanie to sama przyjemność, a wykreowany przez niego świat jest jak na wyciągnięcie ręki. Nie można powiedzieć, że akcja jest wartka, a jednak ani przez chwilę nie byłam znudzona i z chęcią zaczytywałam się w przemyśleniach Hajime na temat jego egzystencji, a także w wywodach na najróżniejsze tematy. Nie potrafię tego skonkretyzować, tak po prostu jest. Poza tym bardzo spodobało mi się jej wydanie, które na swój własny, subtelny sposób przyciąga wzrok.

To moje pierwsze i z pewnością nie ostatnie spotkanie z twórczością Murakamiego. Słyszałam o nim sporo dobrego, więc miałam dość wygórowane oczekiwania. Na szczęście nie zawiodłam się i jestem bardzo ciekawa innych jego dzieł, zwłaszcza, że podobno "Na południe..." nie zalicza się do jego najlepszych książek.

"Obietnice - nawet te niezobowiązujące - pozostają człowiekowi w pamięci."
5/6

niedziela, 9 grudnia 2012

K. Ishiguro "Pejzaż w kolorze sepii"


Pejzaż w kolorze sepii - Kazuo Ishiguro


Wydawnictwo: Albatros, A. Kuryłowicz
Rok wydania: 2009
Ilość stron: 247

"Mieszkającą w Anglii japońską wdowę Etsuko nieustannie prześladuje wspomnienie samobójstwa córki. Czy ponosi odpowiedzialność za jej śmierć? Dlaczego Keiko odebrała sobie życie? Dzień po dniu Etsuko wraca do przeszłych wydarzeń, szczególnie zaś do upalnego lata w Nagasaki. Krótko po zakończeniu II wojny światowej ona i jej przyjaciele próbowali tam odbudować zrujnowane życie, poradzić sobie w nowej rzeczywistości. Gdy Etsuko przypomina sobie dziwną przyjaźń z Sachiko, zamożną kobietą, która utraciła cały majątek, i jej córka Mariko, reminiscencje przybierają dziwne i niepokojące kształty. Przeszłość zlewa się z teraźniejszością, zacierają się granice między jawą a snem."

Książka podzielona jest na dwie części. Etsuko wspomina w niej przyjaźń z Sachiko, swoje życie w powojennym Nagasaki i wydarzenie dużo późniejsze - odwiedziny młodszej, jednak już dorosłej córki Niki. Dręczy ją też wspomnienie samobójstwa Keiko.
W Nagasaki Etsuko mieszkała w bloku nad rzeką razem ze swoim mężem Jiro, była wtedy w ciąży z pierwszym dzieckiem. Pewnego dnia do znajdującego się w pobliżu domku wprowadza się Sachiko i jej około dziesięcioletnia córka Mariko. Tak zaczyna się ich znajomość. Spotykają się, czasem chodzą na wycieczki, po prostu codzienne życie. Sachiko od początku wydawała mi się trochę dziwna, choć nie potrafiłam tego ubrać w słowa. Często powtarza, że nie ma nic do ukrycia, czym chce zachęcić Etsuko do zadawania pytań. To trochę tak, jakby chciała do tego przekonać samą siebie. Różnie zachowuje się też w stosunku do córki - zostawia ją samą na całe godziny, pozwala wychodzić na zewnątrz po zmroku, jakby to wszystko traktowała z przymrużeniem oka.

"- Wiem, że to, co wydarzyło się w Nagasaki, było straszne - powiedziała Sachiko. - Lecz ten koszmar nie ominął także Tokio.. Sytuacja stale się pogarszała. Pod koniec żyliśmy w tunelach i zburzonych budynkach.- A ta kobieta... czy zginęła w czasie nalotu? - spytałam.
- Popełniła samobójstwo. Mówią, że poderżnęła sobie gardło. Nie znałam jej. Widzisz, Mariko wybiegła pewnego ranka, a ja ruszyłam za nią. Było wcześnie i ulice świeciły pustkami. Mariko wbiega w jakąś boczną uliczkę. Na jej końcu był kanał, a przy nim klęczała kobieta z rękami zanurzonymi po łokcie w wodzie. Młoda kobieta, bardzo chuda. Gdy ją zobaczyłam, od razu wiedziałam, że coś jest nie tak. Mariko też to wyczuła, bo nagle się zatrzymała. W pierwszej chwile myślałam, że ta kobieta jest ślepa, miała takie niewidzące oczy. Potem wyciągnęła ręce z kanału i pokazała nam, co trzyma pod wodą. To było niemowlę.
- Ile lat miała wówczas Mariko?
- Pięć, prawie sześć. Widziała też inne rzeczy w Tokio. Ciągle jednak pamięta tę kobietę."


W tym samym czasie w odwiedziny do Etsuko przyjeżdża ojciec jej męża. Swój czas spędza przede wszystkim z nią, gdyż Jiro jest wciąż zajęty swoją pracą. Byłam przekonana, że dowiem się coś więcej na temat śmierci Keiko, ale nie doczekałam się tego. Autor skupił się na innych wątkach, które mogą nas zachęcić do refleksji, chociaż nie skupiałam się na tym za bardzo. Pozostaje tu wiele niedokończonych spraw, na których rozwiązanie nie możemy liczyć. Czytając niektóre opinie na temat tej książki na lubimyczytac.pl wydawało mi się, że mam jakieś inne wydanie, ponieważ nie dostrzegłam w niej pewnych szczegółów przytoczonych w opiniach. Pozwolę sobie też zacytować fragment stąd: "Ta powieść, jej konstrukcja kojarzy mi się z rozsypanymi puzzlami, a czytelnik stopniowo układa sobie całą historię, by na końcu stwierdzić, że jednak coś tu nie pasuje.", dokładnie coś takiego czuję.

"Dzieci dorastają, lecz pozostają dziećmi."

Nie wiedziałam czego mam się spodziewać po tej książce, jednak jestem zadowolona, że ją przeczytałam. Raczej rzadko mam okazję sięgnąć po literaturę azjatycką, ale muszę przyznać, że coraz bardziej zaczynam ją lubić. Opis książki wydaje mi się odrobinę nieadekwatny do jej treści, zwłaszcza co do tych zacierających się granic między jawą a snem. No cóż, mówi się trudno.
Właściwie są to po prostu wspomnienia i przemyślenia Etsuko, co nie zmienia faktu, że z "Pejzażem w kolorze sepii" miło spędziłam czas i chętnie sięgnę po inne dzieło pana Ishiguro. Książka jest w grubiej czarnej okładce, a ta, którą widzicie powyżej jest na nią jedynie założona, co było dość niewygodne przy czytaniu. Są to jednak tylko moje końcowe narzekania, z którymi jakoś sobie poradziłam. ;)

+4/6

poniedziałek, 1 października 2012

N. Kirino "Prawdziwy świat"



Wydawnictwo: Sonia Draga
Rok wydania: 2010
Ilość stron: 245

"Zręcznie skonstruowany, mroczny i bezlitosny thriller psychologiczny przedstawiający gorzki obraz życia nastolatków w Japonii. Niepokojący i trzymający w napięciu - inny od wszystkiego, co do tej pory czytałeś."
"Cztery zobojętniałe na wszystko nastolatki spędzają upalne lato na przeludnionych przedmieściach spowitego smogiem Tokio, uczęszczając na nużące zajęcia w letniej szkole, której ukończenie ma zapewnić im zdanie egzaminów na najlepsze uniwersytety. Jest wśród nich Toschi, na której zawsze można polegać, wzorowa uczennica Terauchi, smutna, pogrążona w żalu po śmierci matki Yuzan, starająca się ukryć swoją seksualność przed koleżankami, oraz urocza Kirarin, której nocne eskapady i lekkomyślne zachowanie pozostają tajemnicą dla osób z jej otoczenia.
Po brutalnym morderstwie, którego ofiarą pada sąsiadka Toschi, dziewczyny nabierają przekonania, że zabójcą jest syn zamordowanej, uczeń szkoły średniej, przezywany przez nie Glistą. Kiedy jednak chłopiec znika (zabierając Toschi rower i telefon komórkowy), czwórka dziewcząt wikła się w niebezpieczną grę i musi zmierzyć się z całą falą zagrożeń, jakich nigdy wcześniej nawet sobie nie wyobrażały - a które rodzą się zarówno w nich samych, jak i w otaczających je świecie."

Pierwszą bohaterką książki jest Toschi, towarzyszy jej ciągła nieufność do otoczenia. Tego dnia, gdy ją poznajemy, pada ofiarą złodzieja, do domu wraca bez roweru i komórki. Potem bez szczególnego powodu składa fałszywe zeznania, co wydaje się dość dziwne, zwłaszcza, że prawdziwe informacje mogłyby pomóc we właśnie rozpoczętym śledztwie. Yuzan zaczyna kontaktować się ze zbiegłym chłopakiem. Dlaczego? Najwyraźniej uznała, że będzie to ciekawe doświadczenie. Co dalej?

"Obowiązek jest ciężki jak góra, ale śmierć lekka jak piórko."

Występuje tu narracja pierwszoosobowa, a każda z poznawanych postaci opisuje siebie i swoje przeżycia. Wśród nich jest Glista, to jego szuka policja. Czy poznamy motywy, które nim kierowały? To raczej dość dziwne, że przypadkowej osobie oświadczył przez telefon: "dzisiaj zabiłem swoją matkę". Co mogło doprowadzić do takiego czynu? Tak zaczyna się niebezpieczna gra. Czy wszyscy, którzy w niej uczestniczą dotrwają do jej końca?
Bohaterowie są wyraziści i bardzo się od siebie różnią. Mogą budzić w nas różne uczucia, ale trudno żebyśmy byli obojętni. Książka pozwala nam poznać realia tokijskiego życia. Z pewnością nie chciałabym być częścią tytułowego prawdziwego świata. Co zrobilibyście słysząc alarm smogowy? Dla tych ludzi to już rutyna. W pewnych sytuacjach używają też fałszywych nazwisk, bywa im ciężko, od małego muszą uczyć się jak przetrwać w tej betonowej dżungli. W jaki sposób?
Los Angeles Times Book Rewiew trafiło w dziesiątkę tym stwierdzeniem: "Zazdrość, strach, arogancja - umysł nastolatka może być naprawdę przerażającym miejscem. Ta opowieść otworzy wam do niego drogę."
Nie spodziewałam się po tej książce zbyt wiele, właściwie przeczytałam ją tylko dlatego, że pożyczyła mi ją koleżanka. Okazało się jednak, że to całkiem ciekawa książka, miałam okazję poznać całkiem inny świat. Chętnie przeczytam kolejną książkę tej autorki - "Groteska", jeśli nadarzy się taka sposobność.

5/6