Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lektury szkolne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lektury szkolne. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 czerwca 2016

A. Camus "Dżuma"

Porozumienie Wydawców (Kanon na koniec wieku)  |  Liczba stron: 276
Oran to miasto jak każde inne. A może nawet jeszcze bardziej pospolite. Ludzie żyją tu zwyczajnie, wśród swoich nawyków i codziennych spraw, nie ma nic, co wyróżniałoby to miejsce spośród innych. Pewnego dnia coś jednak zakłóca tę monotonię. W mieście zaczynają się pojawiać szczury - wychodzą i umierają: na ulicach, na klatkach schodowych, w mieszkaniach. Jest ich coraz więcej. Ludzie zaczynają się niepokoić, niecierpliwić, a prasa wciąż powraca do tego tematu. Aż nagle wszystko się kończy. A przynajmniej tak się wydawało, bo na miejsce niedawnych incydentów pojawiają się nowe. Ludzie zaczynają chorować, mają dziwne, niepokojące objawy i po kilku dniach umierają. Nikt nie podnosi alarmu, prasa milczy i choć pojawiają się jednostki, które chcą zacząć działać, ludzie u władzy wciąż pozostają niezdecydowani. Tymczasem ofiar przybywa i będzie przybywać, zwłaszcza jeśli nie podejmie się właściwych kroków. I w końcu ktoś decyduje się wyrazić na głos to, czego wielu się obawia, pada jedno, znaczące słowo: dżuma.

Odtąd życie w Oranie ulega zmianie, miasto zostaje odizolowane od reszty świata, nie licząc kilku wyjątków, pozostawione samo sobie. Postawy mieszkańców względem tej sytuacji są podzielone, a my mamy możliwość wglądu w ich zmieniające się nastroje, poglądy odnośnie dżumy oraz sposoby radzenia sobie z zaistniałą sytuacją.

W naszej podróży po zadżumionym mieście towarzyszy nam przede wszystkim kilku bohaterów. Jednym z nich jest doktor Rieux, który za swoją oczywistą powinność uważa podjęcie czynnej walki z chorobą, co więcej, poświęca temu zajęciu całego siebie. Jest też dwóch przyjezdnych - Tarrou, który również nie zamierza siedzieć bezczynnie oraz Rambert, który w przeciwieństwie do niego szuka szansy na wydostanie się z miasta, w którym przecież całkowicie przypadkiem znalazł się w nieodpowiednim czasie. Cottard natomiast cieszy się z zaistniałej sytuacji, gdyż skutecznie odwraca uwagę władz od jego osoby. Ciekawą postawę możemy zaobserwować również u ojca Paneloux, który po pewnym wydarzeniu musi na nowo zdefiniować swoje podejście do dżumy i sensu cierpienia. Autor dużo miejsca poświęca na przedstawienie swoich postaci pod względem psychologicznym i świetnie mu to wychodzi. Widać, że epidemia na każdego z nich wywarła pewien wpływ, a zmiany, jakie się w nich dokonały nie biorą się znikąd.

Narracja w "Dżumie" przybrała bardzo ciekawą i przyjemną w odbiorze postać. Narrator zdaje sobie sprawę ze swojej roli i sam jest uczestnikiem rozgrywających się wydarzeń, jednak prawie do samego końca nie chce się ujawnić. Przyznam, że przez takie postawienie sprawy byłam jeszcze bardziej ciekawa jego tożsamości, choć od początku miałam pewne podejrzenia. Dodatkowo wydarzenia rozgrywające się w Oranie poznajemy także na podstawie dziennika Tarrou.

"Dżumę" można odebrać bardziej dosłownie, jako kronikę wydarzeń w mieście odizolowanym przez epidemię czy też wielowątkową powieść obyczajową o życiu w warunkach zdecydowanie odbiegających od normalnych, jednak autor nadał jej też głębsze znaczenie. Dżuma uosabia tutaj zło. Zło, które zawsze istniało i będzie istnieć zarówno w świecie jak i w samym człowieku. Powieść Camusa może też przedstawiać piekło wojny, która nie do poznania zmienia spokojną rzeczywistość mieszkańców. Przyznam, że sama bardziej skupiłam się na sensie dosłownym, jednak książka ta tak czy inaczej pozytywnie mnie zaskoczyła i aż mi głupio, gdy sobie uświadomię, że prawdopodobnie nigdy bym jej nie przeczytała, gdyby nie była moją szkolną lekturą (lub gdybym właśnie z tego powodu na wstępie spisała ją na straty).

"W ludziach więcej rzeczy zasługuje na podziw niż na pogardę."

piątek, 22 kwietnia 2016

H. Krall "Zdążyć przed Panem Bogiem"

Wydawnictwo a5  |  Ilość stron: 109
"Zdążyć przed Panem Bogiem" to zapis losów Marka Edelmana, zastępcy komendanta Żydowskiej Organizacji Bojowej, a późniejszego kardiochirurga, który w czasie wojny przebywał w warszawskim getcie. Książek podejmujących podobne tematy może być setki (jeśli nie więcej), a jednak właśnie ta trafiła do kanonu lektur szkolnych i bardzo się z tego cieszę, bo inaczej mogłabym ją przeoczyć, nigdy nawet nie dowiedzieć się o jej istnieniu. A to byłaby spora strata.

"Przecież nie piszemy historii. Piszemy o pamiętaniu."

A więc co wyróżnia tę książkę na tle innych o podobnej tematyce? Jej bezpośredni, w miarę możliwości lekki styl, na przekór ciężkiemu zagadnieniu, którego dotyczy. Hanna Krall przedstawia nam relację Edelmana nawet nie tyle w formie luźnego wywiadu, co raczej rozmowy, w której nie brakuje różnych dygresji i nagłych zmian tematu. Książka może się czasem przez to zdawać dość chaotyczna, jednak można do tego przywyknąć. W dodatku taka forma sprawia, że wszystko to wypada bardzo naturalnie i wiarygodnie. Historie z getta przeplatają się z tymi powojennymi oraz opowieściami o pacjentach i operacjach. Wielokrotnie pojawia się też kwestia sporów wynikających z tego, jak Edelman przedstawia wydarzenia z getta. A więc jak? Dokładnie tak, jak jak je zapamiętał. Nie koloryzuje, nie wybiela, nie próbuje idealizować ofiar, ale też ich nie ocenia. Opisuje ludzi z ich błędami i chwilami słabości. Przedstawia trudne wybory, które obecnie moglibyśmy uznać za niemoralne, a jednak czasami alternatywa wcale nie była o wiele lepsza. Nie ukrywa też, że podobne dylematy zna z własnego doświadczenia.

"- Słuchaj - mówię - a czy nie dlatego decydujesz się łatwo na takie rzeczy, bo jesteś oswojony ze śmiercią...? Bo jesteś z nią o wiele bardziej oswojony niż na przykład Profesor?
- Nie - mówi. - Mam nadzieję, że nie dlatego. Tylko - kiedy się dobrze zna śmierć, ma się większą odpowiedzialność za życie. Każda, najmniejsza nawet szansa życia staje się bardzo ważna.
(Szansa śmierci była za każdym razem. Chodziło o stworzenie szansy życia.)"

Jeszcze parę słów na temat historii związanych z medycyną. Są one ważną częścią powieści i przedstawiają niejako filozofię życia Edelmana - nieustanne próby przedłużenia życia, a nawiązując do tytułu, walkę o czas z samym Panem Bogiem. Jak sam przyznał: "Pan Bóg już chce zgasić świeczkę, a ja muszę szybko osłonić płomień, wykorzystując Jego chwilową nieuwagę. Niech się pali choć trochę dłużej, niż On by sobie życzył." Edelman niejednokrotnie podejmował ryzyko - czy to w medycynie, czy w getcie, a jego odwaga wcale nie polegała na tym, że się nie bał. Oczywiście, że obawiał się konsekwencji ewentualnej porażki, a jednak chwytał się tej szansy na powodzenie i nie dawał za wygraną.

Książka ta pełna jest wypowiedzi (często dość obszernych), które z chęcią bym tu zacytowała, jednak ograniczyłam się do tych kilku (a co najmniej jedno jeszcze mnie mocno kusiło). Jest to dowód na to, że "Zdążyć przed Panem Bogiem" naprawdę warto przeczytać, a niewielka ilość stron powinna dodatkowo ułatwić podjęcie decyzji tym, którzy jeszcze się wahają. Pewnie pasowałoby napisać coś jeszcze na temat przedstawionych tu wydarzeń? Może i tak, jednak na tym już poprzestanę i zakończę bardzo prosto: polecam.

"Nastąpią długie dni czekania, bo teraz się dopiero okaże, czy serce się przystosuje do sztukowanych kawałków żył, do nowych tętnic i do lekarstw. Potem stopniowo się uspokajasz, nabierasz pewności... I kiedy już to napięcie i ta radość całkiem z ciebie opadną - wtedy, dopiero wtedy uprzytamniasz sobie, jaka to jest proporcja: jeden do czterystu tysięcy.
1 : 400 000 
Po prostu śmieszne.
Ale każde życie stanowi dla każdego całe sto procent, więc może ma to jakiś sens."

środa, 23 marca 2016

Trochę na temat "Tanga" Sławomira Mrożka

Tym razem będzie króciutko (aż dziwne wydaje mi się publikowanie tak krótkiej notki o.o). Co do "Tanga" nie miałam żadnych oczekiwań (no... może poza jednym: żebym nie musiała się z tym dramatem męczyć). Była to dla mnie po prostu kolejna szkolna lektura do przeczytania, a jednak mile mnie zaskoczyła.

Całość poprzedzona jest naprawdę świetną przedmową Tadeusza Nyczka, która nie tylko wprowadza nas w tematykę "Tanga", ale i umiejętnie przedstawia nam jego fabułę. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że zamiast szukać lepszych lub gorszych streszczeń, sama przedmowa pozwoliłaby całkiem nieźle zaznajomić nas z treścią dramatu. Fakt ten z początku budził we mnie pewne obawy (zwykle nie lubię od razu wiedzieć, co się wydarzy), a jednak niepotrzebnie, bo i tak z zainteresowaniem śledziłam rozgrywające się wydarzenia. 
"Jeżeli sami nie nadamy rzeczom jakiegoś charakteru, utoniemy w tej nijakości."
Przede wszystkim zaskoczyło mnie to, jak szybko szło mi czytanie. Dramat ten jest bardzo konkretny, Mrożek nie owija w bawełnę, nie bawi się w niepotrzebne przedłużenia i ozdobniki. Wyraźnie widać, że ma do przekazania konkretną koncepcję, co dodatkową podkreślają jego uwagi na temat akcji i scenografii, czasem pozostawiające pewną dozę dowolności, zwykle jednak precyzyjne. Groteska w wydaniu Mrożka bardzo mi się spodobała, choć z reguły nie przepadam za czytaniem dramatów (stale obstaję przy przekonaniu, że dramaty powinno się oglądać na scenie), dlatego z tym większą chęcią zapoznałabym się z innymi dziełami Mrożka.

"- Ja chcę być lekarzem. 
- Taki wstyd w rodzinie! A ja marzyłam, że będzie artystą. Kiedy nosiłam go jeszcze w łonie,
 biegałam po lesie nago, śpiewając Bacha. Wszystko na nic. 
- Widocznie mama fałszowała."

Z kolei jakiś czas po tym, jak przeczytałam "Tango", okazało się, że wcale nie będziemy go omawiać... :P

sobota, 5 marca 2016

G. Herling-Grudziński "Inny świat"

Wydawnictwo: Czytelnik  |  Ilość stron: 322
Powieść ta jest zapisem prawdziwych wspomnień autora z pobytu w sowieckich łagrach. Jak sugeruje nam sam tytuł, a dodatkowo potwierdza motto zaczerpnięte z innego dzieła o życiu w gułagu, "Zapiski z martwego domu" (obecnie znanego lepiej pod tytułem "Wspomnienia z domu umarłych") Fiodora Dostojewskiego: "Tu otwierał się inny, odrębny świat, do niczego niepodobny; tu panowały inne, odrębne prawa, inne obyczaje, inne nawyki i odruchy;".

Książka dzieli się na kilkanaście rozdziałów, które przybliżają nam realia panujące w łagrach, fałsz i obłudę sowieckiego rządu. Towarzyszymy autorowi od chwili aresztowania, poprzez wyniszczający psychicznie i fizycznie proces, aż po osadzenie w obozie nastawionym na wykorzystanie ludzkiej siły roboczej do granic możliwości. Wielokrotnie jesteśmy świadkami niesprawiedliwości i wyroków skazujących za wyszukiwane na siłę oskarżenia, które z zewnątrz muszą zachowywać pozory słuszności. Wgłębiamy się w łagrowe realia oraz rządzące tam zasady, które praktycznie nigdzie indziej nie miałyby prawa bytu. Widzimy przewagę pospolitych opryszków nad więźniami politycznymi oraz wszechobecny wyzysk i walkę o przetrwanie na wiele różnych sposobów. Donosicielstwo jest tu na porządku dziennym, niezdatni do pracy są pozostawiani sami sobie, a ogólne warunki są po prostu nieludzkie.

Ale "Inny świat" to nie tylko bezgraniczne upodlenie i uprzedmiotowienie człowieka. To także próby zachowania własnego ja, pozostania sobą wbrew obowiązującym regułom. Autor udowadnia, że nawet w tak ekstremalnych warunkach można wciąż pozostać człowiekiem, nieść pomoc, nawet tę błahą lub chociaż nie wyrządzać dalszej szkody. Opisuje zachowania, które mają być wyrazem buntu, desperackim zrywem przeciwko skrajnej niesprawiedliwości, a to, że opiera się na własnych doświadczeniach oraz relacjach współwięźniów dodatkowo przydaje tym historiom gorzkiego realizmu.
Przejmujące jest również podświadome naśladowanie życia na wolności, bez czego życie w obozie byłoby nie do wytrzymania. Nikt tego nie ustalał, więźniowie sami z siebie zaczęli wykorzystywać choćby i najmniejsze okazje, by przez chwilę poczuć swobodę. Wyczekiwali zdarzającego się tylko raz na jakiś czas dnia wolnego od pracy, próbowali podnosić się na duchu namiastkami normalnego życia i wzajemną życzliwością, chociaż przez ten krótki czas.

Należy też dodać, że Grudziński pisze bardzo umiejętnie. "Inny świat" nie jest więc jedynie suchym opisem faktów i nie został też przesadzony w drugą stronę. Opisy są żywe, przytaczane historie wzbudzają zainteresowanie i wiele emocji. Autor zwraca również uwagę na aspekt psychologiczny, opisuje własne odczucia, sprawnie nakreśla nam panującą w łagrach atmosferę, często niejednoznaczną i zależną od konkretnych sytuacji. Przybliża nam psychikę osób na skraju wycieńczenia, stopniowo popadających w obłęd, a także istotę prawdziwego głodu, którego sam doświadczył.

Była to moja lektura szkolna, jednak do przeczytania miałam tylko cztery opowiadania. Dopiero po ich skończeniu zdecydowałam się poznać całość. Dlaczego? Właściwie sama nie jestem pewna. Po części pewnie przez niedomówienia, jakie zostawiła po sobie jedynie wybiórcza znajomość opisanych wydarzeń i łagrowych realiów. Również i styl pisania Grudzińskiego miał w tym swój udział. O "Innym świecie" mogłabym jeszcze sporo pisać, jednak na tym już poprzestanę - to przecież recenzja, a nie opracowanie lektury. Czytać czy nie? Zrobicie, jak uważacie, jednak myślę, że warto.

poniedziałek, 15 lutego 2016

F. Dostojewski "Zbrodnia i kara"

Wydawnictwo MEA  |  Ilość stron: 367 + 361
Czy wybrane jednostki mogą stać niejako ponad prawem? Czy mogą działać według własnych założeń bez ponoszenia konsekwencji swoich działań? Czy mogą odebrać komuś życie, by pozostałym żyło się lepiej? Tego typu rozważania już od dłuższego czasu zaprzątały myśli Rodiona Raskolnikowa, inteligentnego, choć żyjącego na skraju ubóstwa, byłego studenta prawa. Nagminnie niedożywiony, ubrany w łachmany przechadza się po mieście bez celu, snując kolejne teorie, aż nawiedza go pewna szalona myśl. Dlaczego by nie zabić starej lichwiarki, której egzystencja z pewnością nie tylko jemu samemu spędza sen z powiek?
"Jakież dziwne są te ludzkie charaktery! Nawet miłują tak, jakby nienawidzili!"
Zbrodnia to jedno, ale, jak dobitnie sugeruje nam tytuł, po niej przychodzi czas na karę. I nie musi chodzić tu nawet o więzienie, ale niedające spokoju wyrzuty sumienia, ciągły niepokój przed ujawnieniem prawdy i wręcz chorobliwą obsesję, która prowadzi na skraj szaleństwa. Ponieważ nie zawsze to kara jest najgorsza, ale fakt jej nieuchronności i oczekiwanie na nią. W końcu jak długo można żyć w nieustannej niepewności i przeświadczeniu, że każde nieopatrznie wymówione słowo może wzbudzić u innych podejrzenia?
"Ależ fakty to jeszcze nie wszystko; przynajmniej połowa zależy od tego czy się umie faktami operować."
W książce praktycznie od początku panuje nastrój oczekiwania. Nawet nie znając uprzednio fabuły, można się łatwo domyślić, jaki to plan natrętnie zaprząta myśli Raskolnikowa. I chociaż należałoby tę ideę potępić, chciałam po prostu, by bohater przeszedł do działania, dając tym samym kres nieznośnemu oczekiwaniu. To jednak wcale nie rozwiązało sprawy, a skomplikowało ją jeszcze bardziej. W tym bowiem momencie zaczyna się zabawa w kotka i myszkę z przedstawicielami prawa (a w szczególności z Porfirym Pietrowiczem, który nie da ot tak zamydlić sobie oczu), zbywanie przypuszczeń śledczych, podchodzenie niebezpiecznie blisko prawdy i gra w otwarte karty, by w odpowiednim momencie się wycofać. Jakby tego było mało, nie tylko w tym tkwi problem Raskolnikowa - kolejnym jest jego własna psychika, sumienie, które najwyraźniej nie potrafi sobie poradzić z popełnioną zbrodnią, a ciało wycieńczone gorączką i majakami również nie sprzyja podejmowaniu racjonalnych decyzji. Raskolnikow potrafił w jednej chwili popisać się niezwykłą przebiegłością czy zdrowym rozsądkiem, a zaraz potem popaść w stan bliski obłędowi.
"Zełgać po swojemu – to nieomal lepsze niż powtórzyć prawdę za kim innym. W pierwszym wypadku jest się człowiekiem, w drugim tylko papugą."
Akcja powieści nie skupia się jednak wyłącznie na Raskolnikowie. W międzyczasie poznajemy również sporo innych postaci, których losy w ten czy inny sposób splotły się z losami naszego głównego bohatera. Jest więc jego przyjaciel Razumichin, jego matka i siostra Dunia, które pokładają w nim wiele nadziei. Jest też Piotr Pietrowicz, którego samolubne starania o rękę Duni nie podobają się Raskolnikowi. Rozpity urzędnik Marmieładow pośrednio doprowadza też do spotkania z Sonią, niezwykle szlachetną dziewczyną, która dla dobra rodziny, nie zważając na własne dobre imię zajmuje się tak pogardzaną przez wszystkich profesją. Bohaterowie zdecydowanie są mocną stroną tej powieści, a okazje do poznania choć po części ich losów dodatkowo dają zarówno nam, jak i Raskolnikowi możliwość zapomnienia choć na chwilę o wiszącym nad nim widmie schwytania.

To jedna z tych lektur szkolnych, których wcale nie musiałam czytać. Mogłam się zadowolić ekranizacją, a jednak tyle już dobrego słyszałam o "Zbrodni i karze", że nie mogłam tak po prostu sobie odpuścić. I cieszę się, że tak właśnie zrobiłam, bo było warto, nawet jeśli czasami szło mi dość opornie. W dodatku przez pewne okoliczności książka ta już chyba zawsze będzie mi się kojarzyć dość nietypowo. Rozpoczynając lekturę byłam chora, a gorączka nie pozwalała mi spokojnie zasnąć. Ten jeden szczegół sprawił, że jeszcze intensywniej przeżywałam dręczące Raskolnikowa majaki, niejako mogąc się z nim utożsamić, co było... naprawdę dziwnym doświadczeniem.
"Bo jeśli nie ma się już do kogo iść, jeśli iść już nie ma dokąd - to koniec! Przecież chociaż tak powinno być, żeby każdy człowiek miał przynajmniej dokąd pójść!"

czwartek, 14 stycznia 2016

Trochę na temat "Ferdydurke" W. Gombrowicza

Tutaj, podobnie jak w przypadku "Lalki", nie zdecydowałam się na pełną recenzję, jednak postanowiłam wtrącić na temat tej lektury kilka słów. ;) (a o zdjęciu książki znów zapomniałam >,<)

Za "Ferdydurke" zabrałam się po obejrzeniu mniej więcej połowy ekranizacji (nie do końca z własnej woli), która nie nastawiła mnie do tego utworu zbyt przychylnie. Humor wydawał mi się denerwujący, a wydarzenia absurdalne w sposób, który mi nie odpowiadał. W końcu się przemogłam i zaczęłam czytać... I co? Pierwsze, co mnie zaskoczyło, to nietypowy styl autora (wymyślny i mocno zagmatwany), który kupił mnie już od pierwszych zdań... Przynajmniej na początku, bo później bywało różnie. Czasami wręcz zmuszałam się do tego, by czytać dalej, czasami czytało mi się lekko, a nawet z przyjemnością, przez co ostatecznie naprawdę trudno mi ocenić tą książkę.

Tytuł, który nic nie znaczy, wszechobecna groteska, która sprawia, że praktycznie nigdy nie można być pewnym, co się za chwilę stanie i dlaczego oraz absurdalność doprowadzona do granic możliwości (a może nawet dalej) - Gombrowicz zdecydowanie zaskakuje i może zainteresować, jednak "Ferdydurke" zdecydowanie nie jest powieścią dla każdego, o czym świadczy już sam mocno poplątany styl autora. A jeśli już o to chodzi, to czasami przypominał mi on twórczość Murakamiego, która również niejednokrotnie bywa niezwykle pogmatwana i przez to nie każdemu przypadnie do gustu.

"Gdyż nie ma ucieczki przed gębą, jak tylko w inną gębę, 
a przed człowiekiem  schronić się można jedynie w objęcia innego człowieka."

No i jeszcze kwestia poruszanych przez Gombrowicza tematów oraz nietypowych symboli - pupy jako zdziecinnienia, łydki jako nowoczesności i gęby jako przybieranych przez ludzi masek. Taka symbolika tym bardziej udowadnia, że autor szokuje niemal na każdym kroku. Podejmowane przez niego tematy demaskują fałszywość i pozory, przez przerysowanie i ukazywanie rzeczywistości w krzywym zwierciadle hojnie pokrytym groteską ośmieszają pewne postawy.

A jeśli chodzi o rozdziały z Filidorem i Filibertem, no... na pewno były dziwne. W przypadku tego drugiego plusem była dość zwarta akcja (a przy tym i krótkość), jednak poprzedzający go wstęp wydał mi się kompletnym laniem wody. Jeśli chodzi o historię Filidora, choć od samego początku była podszyta sporą dozą absurdu, to już końcowe wydarzenia były tak groteskowe, że kompletnie nie wiedziałam, co o tym sądzić.

Ostatecznie "Ferdudurke" jest dla mnie ciężkim orzechem do zgryzienia i nie wiem, czy mogłabym szczerze przyznać, że mi się podobało. Zdecydowanie doceniam pomysł autora, jak i poruszane przez niego tematy, jednak taka ilość groteski to dla mnie chyba za dużo. Mimo to nie żałuję, że przyszło mi przeczytać tę lekturę i pozostaje mi się cieszyć z tych kilku momentów, które rzeczywiście śledziłam z przyjemnością.
"Koniec i bomba
A kto czytał, ten trąba!"

wtorek, 10 marca 2015

Trochę na temat "Lalki" Bolesława Prusa


Nie nazwałabym tego recenzją. Będzie to raczej trochę moich luźnych uwag na ten temat.


"Marionetki!... Wszystko marionetki!... Zdaje im się, że robią, co chcą, a robią tylko,
co im każe sprężyna, taka ślepa jak one..."
"Nienawidzić się wolno - dodała z gorzkim uśmiechem - kraść, zabijać... wszystko, wszystko wolno, tylko nie wolno kochać... Ach, moja mamo, jeżeli ja nie mam racji, więc dlaczegóż Jezus Chrystus nie mówił ludziom: bądźcie rozsądni, tylko - kochajcie się?"

Na początek: jak przebiegało u mnie czytanie? Zaczęłam z dobrymi chęciami, jednak za pierwszym razem przeczytałam tylko dwa rozdziały i moje chęci gdzieś uleciały. Dalsza lektura szła dość opornie, choć bywało, że przynosiła pewną przyjemność. Bardziej na poważnie zainteresowałam się fabułą może około 200 strony i pomimo chwil zwątpienia byłam ciekawa dalszych wydarzeń. Od tego momentu szło mi coraz lepiej.

"Lalkę" z pewnością trudno uznać za lekturę na jeden wieczór. Spędziłam przy niej sporo czasu, a jednak nie żałuję, bo po przebrnięciu przez pewną ilość stron, po wciągnięciu się w tę historię okazuje się, że to całkiem niezła ksiażka. Bywa, że niemiłosiernie się dłuży, czasami jednak dużo się dzieje, a spory między bohaterami śledziłam z niekłamanym entuzjazmem. A skoro już o bohaterach mowa...

Wokulski jest bardzo złożoną postacią o wielu obliczach - znakomity kupiec, który z powodzeniem zbił majątek, oddany adorator panny Izabeli, miłośnik nauki, filantrop i wiele więcej. Prus pozwolił sobie na stworzenie bardzo skrupulatnego, niebanalnego portretu psychologicznego. To człowiek potrafiący działać zarówno bardzo dokładnie według przemyślanego planu, jak i dający się w pewnych sytuacjach ponieść chwili. Targające Wokulskim sprzeczności były pełne gwałtowności - uczuciowość raz po raz zagłuszała zdrowy rozsądek, by jakiś czas później to pozytywistyczna strona jego natury przytłumiła wciąż tlące się w nim idee romantyzmu.
A panna Izabela? Przyznam, że z początku wywarła na mnie dość dobre wrażenie, choć z czasem miałam coraz bardziej mieszane uczucia. Trudno ją jednak winić za to, jak została wychowana, prawda?
Co do Rzeckiego, właściwie od samego początku uważałam go za sympatycznego starszego pana, który bardzo ceni swojego Stacha, lubi sobie pogawędzić (co z początku było nieco denerwujące, jednak przywykłam) i ma przy tym skłonność do ciągłego zbaczania z tematu. Ostatecznie mogę stwierdzić, że miło było czytać jego wywody.
Urodziwa pani Stawska jawiła się jako ideał nękany masą kłopotów i osoba, która dla nikogo nie potrafi być nieuprzejma. Miała swój naturalny urok, który przyciągał niemal każdego, a i na nieszczęśliwie zakochanego Wokulskiego działał kojąco. Pomimo nieciekawej sytuacji wciąż pozostawała sobą i z całych sił starała się wiązać koniec z końcem. Myślę, że to taka w pełni nieszkodliwa postać, do której nie można nie poczuć chociaż odrobiny sympatii.
Teraz może trochę o pani Wąsowskiej? Przyznam, że nieco mi zaimponowała. Może i bawiła się mężczyznami, jednak jako nieliczna z kobiet w "Lalce" wykazywała się silnym charakterem i śmiałością. Dobrze wiedziała, jak działa na mężczyzn i potrafiła to odpowiednio wykorzystać.
Z kolei Starski od początku mi się nie podobał i tak też zostało do końca. Ten interesowny uwodziciel bez krzty skrupułów nieustannie działał mi na nerwy. No cóż, najwyraźniej taka jego rola.

Co do interpretacji tytułu, właściwie od początku nie skłaniałam się do twierdzenia, jakoby tytułową lalką miała być panna Izabela. Zdecydowanie bardziej warte uwagi jest podobieństwo opisanych przez Prusa wydarzeń do rozważań Rzeckiego na temat nakręcanych zabawek, które tak lubił wprawiać w ruch. A zakończenie? Myślę, że jego niejednoznaczność jest ciekawym rozwiązaniem, które pozwala czytelnikom opowiedzieć się za jedną ze stron - finał godny bohatera epoki romantyzmu lub dalsze życie - szczęśliwe albo i nie, ale jednak życie. Jeśli o mnie chodzi, skłaniałabym się ku podróży po świecie.

A co Wy sądzicie na ten temat? Z chęcią poznam Wasz punkt widzenia? ;)