Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 września 2017

J. Ćwiek "Chłopcy 2. Bangarang"

Wydawnictwo: Sine Qua Non  |  Liczba stron: 304  |  Seria: Chłopcy (2)
Gotowi na kolejną dawkę przygód nieco wyrośniętych Zagubionych Chłopców pod dowództwem Dzwoneczka? Tym razem ta interesująca banda postanawia nieco (ale tylko nieco!) wydorośleć i przymierza się do sporych zmian. Po pierwsze, koniec ze Skrótem i handlem magicznym pyłkiem. Następnie odnowa i ponowne oddanie do użytku parku rozrywki - bo przecież jaka inna stała praca mogłaby przynieść równocześnie tyle frajdy? Tylko czy aby na pewno wszystko pójdzie po ich myśli? No, niekoniecznie.

Mający w tej części miejsce zjazd naszej wesołej bandy pokaże, do jak wielkich rozmiarów zdążyła rozrosnąć się inicjatywa zapoczątkowana przez Dzwoneczka i zaledwie sześciu Chłopców. A jak powszechnie wiadomo, im więcej ludzi, tym trudniej sprawować nad tym wszystkim pieczę. Poznamy też pewnego Chłopca, który postanowił dorosnąć i stać się pełnoprawnym członkiem społeczeństwa. Czy tęskni za dawnym, niemal beztroskim życiem? Z przyjemniejszych tematów dodam za to, że poznany w pierwszej części Kubuś, mimo młodego wieku, całkiem nieźle odnajduje się w tej Drugiej Nibylandii. Dowiemy się też trochę na temat pana Propera, dumnego czarnego kota z czerwonym krawatem, któremu dla własnego dobra lepiej nie wchodzić w drogę.

Powieść wciąż pozostaje dość epizodyczna, a język równie wulgarny jak do tej pory, jednak tym razem ciągłość zdarzeń wydaje mi się lepiej dostrzegalna, zwłaszcza po wpływie, jaki na całą fabułę miało zakończenie pierwszego tomu - spaja ono poszczególne fragmenty (nawet jeśli nie wszystkie), daje im przyczynę i cel. Z jednej strony to wciąż mocno pokręcona wariacja na temat kompanów Piotrusia Pana, z drugiej jest to jednak historia, która potrafi zahaczyć o niespodziewanie poważne tematy. A biorąc pod uwagę to, co dzieje się pod koniec, wkrótce może się zrobić jeszcze poważniej.

Książki Ćwieka często mają to do siebie, że za szybko się kończą. Z "Chłopcy 2. Bangarang" jest podobnie (chociaż pociesza fakt, że są następne), po prostu chciałoby się czytać jeszcze. I tak też zamierzam zrobić, zwłaszcza po takim, a nie innym zakończeniu. Po prostu muszę się dowiedzieć, co dalej.

sobota, 29 kwietnia 2017

J. Ćwiek "Chłopcy"

Wydawnictwo: SQN  |  Liczba stron: 320  |  Seria: Chłopcy (1)
Na pewno kojarzycie Piotrusia Pana, Dzwoneczka i Zagubionych Chłopców, prawda? A wiecie, że ich bajka skończyła się trochę inaczej? A raczej wciąż trwa, choć już nie w magicznym świecie i bez Piotrusia Pana, o którym lepiej nie wspominajcie - to drażliwa kwestia. Zagubieni Chłopcy wciąż więc trwają - trochę wyrośnięci, choć wciąż nie dojrzali - z Dzwoneczkiem na czele, do której teraz zwracają się "mamo".

Niech Was nie zwiedzie inspiracja Piotrusiem Panem, "Chłopcy" to powieść od początku do końca wulgarna i takim też językiem pisana. Właśnie dlatego, chociaż już od dawna byłam jej ciekawa, miałam też co do niej pewne obawy. W zależności od tego, z jakim podejściem rozpoczyna się tę książkę można ją albo zmieszać z błotem, albo po prostu dobrze się przy niej bawić, a nawet i doszukiwać się w niej nieco głębszego przekazu. Ja nastawiałam bardziej na coś lekkiego, nie do końca na poważnie i na szczęście udało mi się trafić do tej drugiej grupy. Jedyne, czego żałuję, to to, że Piotrusia Pana znam dość pobieżnie i - co za tym idzie - nie udało mi się wyłapać wszystkich nawiązań do jego historii. Jest to tym bardziej przykre, że sam autor wspomina, jak ważna była dla niego ta opowieść.

Przez większość czasu "Chłopcy" to po prostu zbiór opowiadań przybliżających nam codzienność tego mocno nietypowego gangu motocyklowego, którego kwatera mieści się w starym parku rozrywki. Alkohol, kobiety, zabijanie potworów, trochę innych interesów, chociażby tych wymagających użycia magicznego pyłku - dzień jak co dzień dla Zagubionych Chłopców. Od czasu do czasu pojawia się jednak coś, co pokazuje, że ich życie nie jest wyłącznie zabawą. Stopniowo dostajemy wskazówki na temat tego, dlaczego opuścili Nibylandię, dlaczego nie ma z nimi Piotrusia Pana, a ostatni rozdział pozwala przypuszczać, że całe to wprowadzenie miało coś na celu, że w następnej części możemy się spodziewać czegoś więcej.

"Im później nauczysz się bać, ksiądz - Kruszyna dobył noża 
i rozejrzał się za jakimś patykiem - tym później dorośniesz."

Dzwoneczek, choć drobniutka, najłatwiej będzie określić terminem ostra babka. Dość wspomnieć, że ta mała blondyneczka trzyma w garści cały gang motocyklowy i nikt nie ośmieli się jej sprzeciwić. Spośród reszty wyróżniają się ci, którzy byli z nią od początku, którzy do życia w naszym świecie musieli dopiero przywyknąć. Poza tym mamy nowicjuszy, którzy na miano Zagubionych Chłopców muszą sobie dopiero zasłużyć. A czy wspominałam już, że ta zgraja dba też o dzieci z sierocińca?

Przy okazji wspomnę o opowiadaniu, które nie załapało się do tej książki i zostało wydane osobno w formie ebooka. Konkretnie "Faul to cię zrobił" zaliczające się do historii ze szkolnych lat Chłopców. Jest raczej przeciętne i spokojnie można je ominąć, ale jeśli komuś mało przygód Zagubionych Chłopców, to nie zaszkodzi na nie zerknąć.

Do "Chłopców" pochodziłam nieco z obawą, jednak naprawdę dobrze się przy tej książce bawiłam. Polubiłam tę zgraję, nawet mimo ich wulgarności i raczej przedmiotowego traktowania kobiet - cóż, najwyraźniej mają coś w sobie. A może to tylko zasługa magicznego pyłku? Tak czy inaczej, z chęcią poznam ich dalsze przygody.

"Życie życiem, realność realnością, ale gdy raz wdepniesz w jakąś bajkę,
 to twój świat będzie nią śmierdział, aż zdechniesz."

wtorek, 29 listopada 2016

V. Schwab "Mroczniejszy odcień magii"

Wydawnictwo: Zysk i S-ka  |  Liczba stron: 402  |  Seria: Odcienie magii (1)
W dawnych czasach istniały obok siebie cztery światy. Chociaż obecnie różnią się od siebie praktycznie wszystkim, w każdym z nich znajdowało się miasto o nazwie Londyn, a ludzie z choćby odrobiną magicznych umiejętności mogli bez większego trudu przemieszczać się między nimi. Taki stan rzeczy nie trwał jednak wiecznie. Jeden ze światów nie potrafił - a może nie chciał - utrzymać magii w równowadze, co doprowadziło do jego upadku. Pozostałe światy odcięły się więc od niego, pozostawiając Czarny Londyn w postępującym chaosie. Od tej pory zaczęły narastać miedzy nimi różnice - Londyn Szary stopniowo zapominał o magii, skupiając się na rozwoju technicznym; Londyn Czerwony w dalszym ciągu z powodzeniem prosperował; tymczasem Londyn Biały, w najbliższym sąsiedztwie Czarnego, zaczął podupadać, trawiony nieustanną walką o magię, władzę, życie.

Obecnie tylko nieliczni mogą poruszać się między światami. Są to antari, magowie krwi. Jest ich dwóch - Kell z Czerwonego i Holand z Białego Londynu. Naszym głównym bohaterem jest ten pierwszy, przybrany syn królewskiej rodziny, który pełni rolę posłańca między poszczególnymi światami. Warto zauważyć, że ma on pewne nietypowe, a nawet nielegalne hobby, konkretnie kolekcjonowanie przedmiotów z różnych Londynów oraz pośredniczenie w transakcjach. Pewnego razu zostaje wmanewrowany w przetransportowanie pewnej paczki, a jej zawartość już wkrótce sprowadza na Kella poważne kłopoty… W międzyczasie poznamy także kilka osób z Szarego Londynu, przede wszystkim zaradną złodziejkę z ambitnymi marzeniami, która odegra w tej historii ważną rolę.

Podoba mi się pomysł na tę powieść. Od samego początku czuje się tutaj magię, a ta, jak sam tytuł wskazuje, nie zawsze jest dobra. Kell ze względu na swoją pozycję jest powszechnie szanowany, ale jego odmienność sprawia też, że zwykli ludzie żywią względem niego obawę, a sam Kell nie czuje się prawdziwym członkiem rodziny królewskiej. Mimo wszystko jego sytuacja zdaje się o wiele lepsza niż ta Hollanda, antariego na usługach bezwzględnych władców Białego Londynu. A jak bardzo, jeszcze się przekonacie. Dotąd prowadzący względnie spokojne życie Kell znajdzie się w prawdziwym niebezpieczeństwie, przekona się, jak okrutna potrafi być rzeczywistość i będzie musiał podjąć walkę, której stawką będzie utrzymanie równowagi pomiędzy światami. Na szczęście nie będzie musiał podejmować tej walki sam.

"Jakże niewiele wiesz o wojnie. Bitwy można toczyć z zewnątrz, ale wojny wygrywa się, będąc w centrum zdarzeń."

"Mroczniejszy odcień magii" zwrócił moją uwagę już jakiś czas temu, jeszcze przed premierą (zachwycałam się wtedy chociażby okładką zagranicznego wydania), jednak nie czytałam o nim za wiele. Później stwierdziłam, że pozwolę tej książce się zaskoczyć, dlatego nie wgłębiając się nawet w fabułę (magia w tytule wystarczyła), zaczęłam czytać. Decyzji nie żałuję, jednak przyznam, że spodziewałam się czegoś więcej, czegoś, co naprawdę mnie zaskoczy, zachwyci, tymczasem chociaż spodobał mi się wykreowany przez autorkę świat, a bohaterów polubiłam, jakoś nie udało mi się w pełni zatopić w tej powieści (ale może to kwestia sięgnięcia po nią w nie najlepszej na to chwili?). Z początku żałowałam, że nie została zachowana oryginalna okładka, jednak mając książkę już w rękach doszłam do wniosku, że i ta nieźle się prezentuje, choć jej urok jest nieco subtelniejszy i lepiej dostrzegalny na żywo.

Chociaż "Mroczniejszy odcień magii" nie do końca spełnił moje oczekiwania, naprawdę miło spędziłam przy tej książce czas. Tak naprawdę wydaje mi się, że mogłaby pozostać samodzielną powieścią - większość wątków zostało jako tako pozamykanych i autorka nie pozostawia nas z pytaniami, na które koniecznie chcemy poznać odpowiedź. Ponieważ jednak mamy do czynienia z trylogią, chętnie skorzystam z okazji na bliższe przyjrzenie się wykreowanym przez Victorię Schwab światom. Co więcej, po przeczytaniu opisu (po angielsku) jestem bardzo ciekawa kolejnej części, a więc czekam na polskie wydanie.
"Kłopot z magią polega na tym, że nie jest ona kwestią mocy, lecz równowagi. W przypadku zbyt małej mocy stajemy się słabi. Zbyt dużo mocy - i stajemy się kimś zupełnie innym."

środa, 9 listopada 2016

R. Riordan "Złodziej pioruna"

Wydawnictwo: Galeria Książki  |  Ilość stron: 360  |  Seria: Percy Jackson i bogowie olimpijscy (1)
Dwunastoletni Percy Jackson nie chciał być nikim wyjątkowym. Wystarczyłoby mu całkiem zwyczajne życie, a jednak nie było mu to dane. Nie potrafił na długo zagrzać miejsca w żadnej szkole. Zaklasyfikowany jako chłopak z problemami (dysleksja, ADHD) nie ma lekko, jednak wciąż jest to dość normalne życie… Przynajmniej do chwili, kiedy wszystko się zmienia, a Percy dowiaduje się, że jest herosem (tak, takim jak z mitologicznych opowieści), bogowie istnieją, a jego przyjaciel to tak naprawdę satyr. Ah, jeszcze jedno, Zeus z Posejdonem pokłócili się o ukradziony piorun i to właśnie nasz bohater będzie musiał go odzyskać. To tak w skrócie.

Percy'ego znałam już z filmów, jednak z sięgnięciem po książkową serię bardzo długo zwlekałam. Dlaczego? Po części pewnie z obawy, że jednak nie sprosta moim oczekiwaniom (pomimo tak wielu fanów), trochę mógł też przyczynić się do tego wiek bohaterów, jednak okazuje się, że tak naprawdę nie miałam się czym martwić. Fakt, z powodu obejrzanego kiedyś filmu nie wszystko było dla mnie niespodzianką (także - a może zwłaszcza - w tych ważniejszych kwestiach), jednak nie przeszkodziło mi to w czerpaniu przyjemności z lektury. Poza tym akcja w książce jest zdecydowanie bardziej rozbudowana. Dzieje się sporo, nie brakuje ani humoru, ani akcji i niebezpieczeństw.

"Prawdziwy świat jest tam, gdzie są potwory. Dopiero tam przekonujesz się, ile jesteś wart."

Jeśli chodzi o wiek bohaterów, tak naprawdę w niczym mi nie przeszkadzał. Jak na te okoliczności nie byli ani zbyt dziecinni, ani zbyt dorośli (no i to jednak herosi… oraz satyr), a same postaci wywarły na mnie dobre wrażenie. Są dość charakterystyczni i da się ich lubić (w każdym razie część z nich), w mniejszym lub większym stopniu widać też w nich podobieństwo do ich mitologicznych pierwowzorów (a w przypadku herosów - rodziców). Moją uwagę zwrócił Ares, który przypominał mi trochę Lokiego (chociaż powiedziałabym, że był bardziej w gorącej wodzie kąpany niż nordycki bóg kłamstwa Ćwieka). A skoro już o mitologicznych wpływach mowa, Riordan przedstawił całkiem ciekawą koncepcję świata, w którym bogowie naprawdę istnieją, wpływają na niego w ten czy inny sposób (choć najwyraźniej głównie zakochują się w śmiertelnikach) i często idą wraz z postępem. Z chęcią poznam kolejnych bogów w wersji Riordana.

Przyznaję, niepotrzebnie tak długo zwlekałam z sięgnięciem po tę serię i od teraz mam nadzieję stopniowo to nadrabiać. "Złodziej pioruna" stanowi dobre wprowadzenie, które może i bardziej spodobałoby się nieco młodszemu czytelnikowi, jednak i starsi nie powinni się przy nim nudzić, a możliwość poznania greckiego panteonu z nieco innej strony - przynajmniej moim zdaniem - brzmi zachęcająco.

"Zabawne, do jakiego stopnia ludzie potrafią sobie coś ubzdurać i następnie 
naginać wszystko do swojej wersji wydarzeń."

niedziela, 22 listopada 2015

T. Canavan "Królowa Zdrajców"

Wydawnictwo: Galeria Książki  |  Ilość stron: 580  |  Seria: Trylogia Zdrajcy (3)
Co tym razem słychać w Imardinie i okolicach? Cery coraz dotkliwiej odczuwa upływ lat, a nieustanne zmartwienia, których główne źródło można by było wyrazić jednym słowem (Skellin), tylko pogarszają sytuację. Bezpieczne kryjówki się kończą, w dodatku Gol został ranny, więc Złodziej wraz ze swoimi ochroniarzami decyduje się ukryć w tunelach pod Gildią, choć w ten sposób będą musieli polegać na pomocy Lilii. Ta cieszy się z możliwości spotkań z Anyi, jednak ma na głowie sporo innych problemów - braki do nadrobienia, zajęcia, pośrednictwo między Cerym a Kallenem w sprawie złapania Skellina, a na domiar złego jeden z nowicjuszy zaczyna jej się coraz bardziej naprzykrzać. Wielu mieszkańców Imardinu wciąż boryka się z uzależnieniem od nilu, w tym także kilku magów. Z kolei w Sachace Lorkin został uwięziony przez króla za to, że nie ujawnił informacji, jakie zdobył na temat Zdrajców. Do czego posunie się sachakański władca, by wydobyć z niego tę wiedzę? To samo pytanie zadaje sobie Dannyl, boleśnie świadomy swojej bezsilności w tej kwestii. Ambasador Gildii jest też pełen wątpliwości względem ashakiego Achatiego. Sonea tymczasem martwi się o syna i wraz z Reginem ma wyruszyć do Sachaki, by wynegocjować jego uwolnienie oraz spotkać się ze Zdrajcami.

Oczywiście mogłabym tak jeszcze długo wymieniać, ale przecież nie będę streszczać całej powieści, prawda? Ilość wątków zdążyła się rozrosnąć tak bardzo, że wskazanie głównego bohatera graniczy z niemożliwością. Wydaje mi się jednak, że spośród całej tej gromady na przód wybija się Lilia - już nie łatwowierna nowicjuszka, ale pewna siebie i zaradna pretendentka do roli Czarnego Maga. Bardzo spodobała mi się zmiana, jaka zaszła w jej charakterze.

Czasami miałam wrażenie, że Canavan prowadzi pewne wątki dokładnie po myśli czytelnika (zwłaszcza te romantyczne, co skłania mnie do przyznania racji tym, którzy nazywają jej twórczość kobiecą fantastyką), jednak nie miałam jej tego za złe. Nie dostajemy już ciągłych miłosnych rozterek Dannyla, których w poprzedniej części nagromadziło się naprawdę sporo - autorka zdołała zachować umiar. Tyczy się to również związku Lilii i Anyi, który nie jest przesadnie eksponowany. A Lorkin i Tyvara? Cóż, najpierw ten pierwszy musi się wydostać z więzienia.

Po raz kolejny miałam okazję przypomnieć sobie, za co uwielbiam twórczość Trudi Canavan, a także poczuć rozczarowanie tym, że koniec nastąpił tak szybko (a jednak okazuje się, że niemal 600 stron to wciąż mało...). Już od dłuższego czasu nie wciągnęłam się aż tak w akcję powieści. Pozostaje mi liczyć na to, że za jakiś czas autorka postanowi znów uraczyć nas trylogią (czy chociaż jedną powieścią) ze świata Imardinu i pobliskich krajów.

"Problem z wyborem tego, co najlepsze, polega na tym, że zawsze musi się znaleźć
coś przeciętnego i najgorszego, do czego można to porównać."

czwartek, 15 października 2015

E. Johansen "Królowa Tearlingu"

Wydawnictwo: Galeria Książki  |  Ilość stron: 486  |  Seria: Królowa Tearlingu (1)
Gdzieś pośród leśnej głuszy, pod czujnym okiem swoich opiekunów wychowywała się przyszła następczyni tronu. W odosobnieniu, otoczona miłością Barty'ego, rygorem Carlin i setkami książek przygotowywała się do pełnienia tak wymagającej funkcji, aż przyszedł dzień, gdy po dziewiętnastoletnią Kathlea przybyli strażnicy, a ona na zawsze musiała rozstać się z dotychczasowym życiem. Zanim jednak zasiądzie na tronie, będzie musiała przeżyć samą podróż, gdyż wuj nie zamierza ot tak oddać jej władzy. Równie ważne będzie przekonanie do siebie towarzyszącej jej Straży Królewskiej, pokazanie, że nie jest zwyczajną małolatą, a swoje zadanie traktuje poważnie. Czy wystarczy jej determinacji?

Wystarczyła jedna recenzja, żebym zaczęła pilnie rozglądać się za tą książką, gdyż czułam, że szybko przypadnie mi do gustu. I nie pomyliłam się. Erika Johansen pisze naprawdę lekko, ciekawie i z humorem. Kathlea zdecydowanie nie jest wyidealizowaną postacią. Autorka raz po raz przypomina nam, że młoda królowa wciąż musi się wiele nauczyć, choć praktycznie od zawsze była przygotowywana do pełnienia tej roli. Jest świadoma ciążącego na niej brzemienia, jednak nie zmienia to faktu, że wciąż ma dziewiętnaście lat i niewiele doświadczenia. Pozostaje jej więc nadrobić to wewnętrzną siłą i determinacją, której jej nie brakuje, oraz zawierzyć ludziom wokół niej... byle tym właściwym. Przede wszystkim Lazarusowi, nazywanemu Buławą, który przoduje na wielu różnych polach - jest znamienitym wojownikiem, świetnym strategiem, a jego lojalność jest godna podziwu. Fakt faktem, jest dość szorstki w obyciu, jednak wcale nie umniejsza to jego wartości. Dalej mogę wymienić jej najbliższą służącą, która, choć nie należy do szczególnie przyjemnych towarzyszek, jest niezawodna. Nie znaczy to jednak, że nie ma w jej otoczeniu osób o bardziej przyjacielskim usposobieniu - jest chociażby Pen, najmłodszy spośród członków Straży Królewskiej, dorównujący swoją lojalnością Buławie, a jednocześnie stanowiący zdecydowanie lepszego kompana do rozmów. Nie mogłabym również zapomnieć o Duchu, tajemniczym, pewnym siebie, od dawna poszukiwanym przestępcy. Niewielu wie, jak wygląda, a ci, którzy znają jego tożsamość, za nic by go nie wydali. Kathlea także należy do tych osób. Dlaczego? Tego Wam nie zdradzę, lepiej sami się przekonajcie. Jest jeszcze coś na temat Kathlea, o czym jako bibliofil muszę wspomnieć - uwielbia książki (co jest dosyć często podkreślane) i pragnie sprawić, by w jej królestwie na nowo doceniono zapomniane walory czytelnictwa, dążąc tym samym do podniesienia poziomu edukacji oraz zredukowania analfabetyzmu.

Czas wyjaśnić parę spraw. Akcja rozgrywa się w świecie, gdzie praktycznie cała technologia została stracona podczas Przeprawy, w wyniku której ludzie zasiedlili nowy kontynent. Od tego wydarzenia minęło już sporo czasu, a kiedyś potężne królestwo Tearlingu zdążyło podupaść pod naporem ze strony Mortmesne, którego królowa, o ile wierzyć plotkom, jest czarownicą. Historię Tearlingu poznajemy nie tylko z relacji bohaterów, ale i z fragmentów różnorodnych kronik czy ksiąg, które znajdziemy na początku każdego rozdziału. Tym, co niezwykle umila lekturę, jest duża ilość humoru. Kathlea, poza tym, że jest bystra, ma do siebie dystans i nieraz potrafi rozbawić jakimś ciętym tekstem. Podobnie jest z kilkoma innymi bohaterami, a obecność tych, którzy samym swoim istnieniem mogli denerwować była całkowicie uzasadniona. Z początku bardzo irytował mnie brak odmiany imienia głównej bohaterki, jednak z czasem zdążyłam się przyzwyczaić.

Kolejną kwestią jest wiedza historyczna bohaterki - bardzo rozległa, w każdym razie do czasu rządów jej matki, o których nie wie praktycznie nic, a to wszystko przez nigdy do końca niewyjaśnioną obietnicę, jaką otaczający ją ludzie złożyli byłej królowej. Nie będę ukrywać, że taka kolej rzeczy bardzo wzmogła moją ciekawość. Na koniec pozostawiłam sobie wątek fantastyczny w powieści, a więc magię, reprezentowaną przede wszystkim przez klejnot, jaki nosi na szyi Kathlea. Dziewczyna przez długi czas nie zdawała sobie sprawy z jego niezwykłych właściwości, a i obecnie dopiero poznaje jego możliwości. Co do królowej Mortmesne, wspomnę jedynie, że plotki na jej temat nie są całkowicie pozbawione sensu. "Królowa Tearlingu" spełniła moje oczekiwania, czasami, pod pewnymi względami przywodziła mi na myśl anime "Arslan Senki", a piękne wydanie opatrzone złotymi detalami było dodatkową zaletą. Już nie mogę się doczekać kolejnej części!

sobota, 19 września 2015

J. Ćwiek "Kłamca"

Wydawnictwo: Fabryka Słów  |  Ilość stron: 272  |  Seria: Kłamca (1)
Pozostawione praktycznie same sobie anioły nie zawsze przypominają dobrych opiekunów, a już na pewno nie wyglądały na nich, gdy zrównywały z ziemią Walhallę. Jako wysłannicy dobra mają jednak pewne ograniczenia, są metody, których woleliby lub wręcz nie mogą używać. I właśnie tu wkracza Kłamca - niedobitek z nordyckiego panteonu, król kłamców i oszustów, gość od brudnej roboty, jednym słowem Loki. Lubiący dobrą zabawę, przekręty i rozrywki z dreszczykiem emocji nordycki bóg z chęcią przystaje na współpracę, za wynagrodzenie mając jedyną w jakiś sposób liczącą się dla serafinów walutę - anielskie pióra. Kłamca podejmuje się najróżniejszych zleceń - od wyręczania potencjalnych samobójców, pomocy w utrzymaniu podopiecznych przy życiu, przez unieszkodliwianie niechrześcijańskich bóstw czy demonów, aż po sporadyczne sprzątanie po niebiańskich wysłannikach, którym czasami daleko do uosobienia dobroci. A biorąc pod uwagę jego cięty charakter możecie być pewni, że na nudę nie ma tu miejsca.

Zacznę od tego, że autor stworzył naprawdę ciekawy świat, w którym istoty z wszystkich wierzeń istnieją naprawdę... a przynajmniej kiedyś istniały (prawo silniejszego i takie tam). Nordyccy bogowie, których losy (z wyjątkiem Lokiego) przyjdzie nam obserwować jedynie przez chwilę, przez wielu już zapomniane egipskie bóstwa, greckie wyrocznie, czy panicznie szukający wyznawców Światowid - to tylko część istot, jakie możemy napotkać w powieści. Prym wiodą tu anioły, jak już wspomniałam, pozostawione właściwie same sobie, czuwające nad ludźmi, a także starające się zlikwidować konkurencję i zagrożenia. Nie są to więc nieskazitelne stworzenia. Władczy archanioł Michał dający się ponieść emocjom, czarnowłosy, czasami nieco kąśliwy Gabriel, anioły z nudów grające w pokera - to wszystko dodaje powieści smaczku, ciekawi i intryguje. No i jest jeszcze Kłamca - pewny siebie, zadziorny, sarkastyczny, potrafiący zmienić swój wygląd, a ponad wszystko dający się lubić i to nie tylko ze względu na dopisujący mu praktycznie cały czas humor oraz pomimo jego, często dość drastycznych, metod.

Powieść składa się z różnych epizodów z życia Lokiego. Ze względu na to przypomina mi trochę "Kroniki Jakuba Wędrowycza", jednak jest to dość luźne skojarzenie. W "Kłamcy" można dostrzec, że historia zmierza do czegoś więcej i mieć nadzieję na coś ponad kolejne zlecenia, z których jedne są całkowicie epizodyczne, podczas gdy inne zawierają w sobie podpowiedź dotyczącą przyszłych zdarzeń. Dowiadujemy się również, dlaczego z pogromu Walhalli ocalał akurat Loki, w czym znaczny udział miała jego żona Sygin - bohaterka, której nie uświadczymy tu wiele, a jednak wystarczająco, by zaimponowała czytelnikowi swoją troską i oddaniem. Żałuję, że nie miałam okazji przeczytać więcej na jej temat.

Nie jest to jakaś wielce wymagająca lektura, jednak można przy niej naprawdę przyjemnie spędzić czas. Autor nie owija w bawełnę i pisze tyle, ile trzeba (choć nie obraziłabym się, gdyby było tego więcej), wzbogacając to wszystko o sporo humoru i ciętych komentarzy, przez co książkę czytało mi się naprawdę lekko i przyjemnie. Jakieś wady? Właściwie, to za szybko się kończy. Na szczęście kolejne tomy wciąż przede mną.

"- Pan narusza moją prywatność! Proszę stąd natychmiast wyjść albo zaraz zadzwonię na policję.
Przybysz westchnął ciężko.
- Ciekaw jestem, co im powiesz. »Przepraszam, panie władzo, 
ale przyszedł do mnie jakiś facet i nie pozwala mi się powiesić«?"

poniedziałek, 6 lipca 2015

E. Morgenstern "Cyrk nocy"

Wydawnictwo: Świat Książki  |  Ilość stron: 432
Większość iluzjonistów to oszuści chwytający się najróżniejszych trików, by wyglądać wiarygodnie. Ale nie Prospero. On używa prawdziwej magii, sprawiając jedynie pozory sztuczności i właśnie dlatego uważany jest za najlepszego z najlepszych. Pewnego dnia otrzymuje niespodziewaną... przesyłkę, a jest nią jego córka, którą od teraz ma się zajmować. A jakże, Prospero bierze ją pod opiekę, choć bynajmniej nie z poczucia obowiązku. Rzecz w tym, że mała Celia odziedziczyła po nim naturalny magiczny talent, a on już wie, jak go wykorzysta. Niecały rok później przedstawia dziewczynkę pewnemu znajomemu i proponuje rozpoczęcie kolejnej rozgrywki - Celia przeciwko przygotowanemu przez przybysza uczniowi. Układ zostaje zawarty, a jego zasady są co najmniej niejasne.

Mijają lata. Obserwujemy zarówno przygotowania Celii, jak i Marca, którego wybrał na jej przeciwnika mężczyzna w szarym garniturze. Dostrzegamy, jak różne są metody nauczania obu magików - przedmiotowe traktowanie Celii, ciężkie, a nawet okrutne treningi oraz zwykle zostawianego sam na sam z książkami Marca. Po pewnym czasie zapada decyzja w sprawie miejsca pojedynku, a jest nim nowo utworzony, niezwykły pod każdym wręcz względem cyrk. Celia zostaje tam zatrudniona jako iluzjonistka, jednak jej oponent będzie zmuszony działać, nie będąc bezpośrednio związany z cyrkiem. Marco ma jednak pewną przewagę - wie, że to ona jest jego przeciwniczką. Nie mając jasno określonych zasad, zostają skazani na błądzenie po omacku z nadzieją, że ich działania okażą się trafne. Ich rozgrywką stają się kolejne cyrkowe namioty, magicznie pomieszczenia, z początku stawiane osobno, a z czasem dopełniające siebie nawzajem. Połączeni tym samym przeznaczeniem odnajdują w ten sposób wspólny, pozbawiony słów język. Jednak taka bliskość z przeciwnikiem nigdy nie jest dobrym pomysłem. Zwłaszcza, gdy w rozgrywkę nieświadomie wplątani są także wszyscy ludzie powiązani z cyrkiem. Jak wiele zmieni rodzące się między nimi uczucie? Na czym tak naprawdę polega ta rozgrywka i jakie będą jej konsekwencje?

"To wydaje im się takie proste: poszczuć na siebie dwoje ludzi. Ale to nigdy nie jest proste."

Le Cirque des Rêves (Cyrk Snów) to naprawdę niezwykłe miejsce, którego magiczna atmosfera nakreślona przez autorkę jest niemal namacalna. Plastyczne opisy cyrku pozwalają nam lepiej zrozumieć jego specyfikę, wrażenie, jakie wywiera na odwiedzających. Gąszcz czarno-białych namiotów, zamiast jednego dużego, a w każdym z nich dopracowane wręcz do perfekcji atrakcje - zarówno przedstawienia (iluzjonistka, akrobaci), jak i niepowtarzalne pomieszczenia, takie jak Lodowy Ogród czy Labirynt. Magia wylewa się praktycznie z każdej strony. Bardzo ciekawym zjawiskiem są również subtelne przejścia od monochromatycznych atrakcji tego niezwykłego cyrku do wielobarwnych widowisk poza nim (chociażby Kolacje o Północy u Chandresh'a).

W powieści nie brakuje ciekawych postaci. Na początek główni bohaterowie, a więc silna i zdecydowana Celia, która w życiu doświadczyła już wielu nieprzyjemności oraz bystry i pracowity Marco, niekiedy nie całkiem świadomy manipulant. Dalej ich nauczyciele - samolubny, arogancki Prospero i roztaczający wokół siebie aurę tajemniczości Alexander - oraz współtwórcy cyrku, m.in. jego właściciel, ekscentryczny Chandresh i pan Barris, bardzo sympatyczny architekt. Spośród kadry cyrkowej warto wspomnieć o nietuzinkowej kobiecie gumie Tsukiko, wróżce Isobel (a prywatnie dobrej znajomej Marca) i cudownym bliźniętom Murray, również wykazującym niezwykłe zdolności, których uwielbiam. Nie mogłabym również zapomnieć o Herr Thiessenie, twórcy sławnego cyrkowego zegara i zapoczątkowanej przez niego społeczności  rêveurs, charakterystycznej grupie największych miłośników cyrku, który z chęcią trzymają się razem i bez mrugnięcia okiem pomagają sobie nawzajem.

"Ludzie widzą to, co chcą zobaczyć. W większości przypadków to, co im się wmawia."

Nie jest to jednak powieść doskonała. O ile autorka potrafi oczarować światem, jaki wykreowała, to jednak w uczuciu, które rozwija się między Celią a Markiem tej magii mi zabrakło, jakoś nie byłam w stanie do końca w nie uwierzyć. Może to ten przesyt baśniowości (niewątpliwy atut) sprawił, że oczekiwałam czegoś więcej, a powieściowa rzeczywistość nie była w stanie temu podołać. Następnie sam pojedynek, a więc kluczowy element powieści wydawał mi się nieco niedopracowany. Enigmatyczne przedstawienie tej nieprzewidywalnej gry, nad którą nie da się do końca zapanować to jedno, ale nawet po skończeniu książki nie byłam całkiem pewna, o co tam w ogóle chodziło.

Rozmowy, wróżenie z kart, wizje, a także wybieganie w przyszłość - autorka daje nam całkiem sporo podpowiedzi, z których część można dość łatwo zrozumieć, podczas gdy inne dają nam jedynie niejasne pojęcie na temat mających dopiero nadejść zdarzeń. Podawane na początku rozdziałów czas i miejsce akcji okazują się bardzo przydatne w obliczu dość częstych przeskoków. Cała historia ciągnie się przez lata, a rozdziały nie zawsze zachowują chronologię, co z początku może być dezorientujące, jednak można do tego przywyknąć.

"Przeszłość zostaje w tobie tak samo jak cukier puder na palcach. Niektórym udaje się jej pozbyć, ale ona ciągle tam jest, wydarzenia i rzeczy, które doprowadziły cię w miejsce, gdzie jesteśmy dzisiaj."

Ukłon w stronę czytelnika stanowią pojawiające się co jakiś czas rozdziały, dzięki którym możemy poczuć, jakbyśmy sami spacerowali po tym niezwykłym cyrku. Tak jak cała powieść, mają one w sobie wiele czaru. Nie mogłabym też pominąć pięknego wydania tej książki. Całość, zgodnie ze stylistyką samego cyrku, utrzymana jest w monochromatycznych barwach, uzupełnionych jednak o czerwone detale. Co więcej, wewnętrzna część okładki pokryta jest czarno-białymi pasami. Pozostaje Wam jedynie uwierzyć na słowo, że na żywo wygląda to jeszcze lepiej.

"Cyrk nocy" niewątpliwie ma swoje wady, czy raczej niedoróbki, które mogą nieco zaburzyć jego odbiór, jednak ciekawi bohaterowie, a przede wszystkim przepełniony magią świat, jaki miałam okazję poznać za sprawą powieści Erin Morgenstern zdecydowanie był warty czasu spędzonego na czytaniu. I właśnie dlatego bez wahania mogę tę książkę polecić, zwłaszcza osobom szczególnie wrażliwym na piękno i prawdziwie czarującą tajemniczość.

"Najprawdziwsze opowieści potrzebują czasu, musimy się z nimi oswoić, żeby mogły się stać tym, czym są."

sobota, 25 kwietnia 2015

T. Canavan "Łotr"

Wydawnictwo: Galeria Książki  |  Ilość stron: 567  |  Seria: Trylogia Zdrajcy (2)
Cały czas nie mogę wyjść z podziwu nad tym, jak swobodnie autorka kreuje stworzony przez siebie świat, jak niepostrzeżenie wciąga w niego czytelnika i pozwala kompletnie zatracić poczucie czasu. Właśnie tak wygląda każde moje kolejne spotkanie z twórczością Trudi Canavan, za co bardzo ją sobie cenię i niezmiennie będę polecać. W "Łotrze" właściwie trudno wskazać jeden główny wątek, dlatego też postaram się bez zbędnego przedłużania i zdradzania zbyt wielu istotnych szczegółów przedstawić Wam nadchodzące wydarzenia.

Na początek sytuacja w Imardinie. Sonea w dalszym ciągu dość bezskutecznie próbuje schwytać dzikiego maga, który wciąż stanowi ważną figurę w przestępczym półświatku. Cery'emu pozostaje życie w ukryciu, chociaż Anyi coraz bardziej nuży bezczynność. W mieście na dłużej pojawia się Dorrien, niedoszła miłość Sonei, którego córka ma wkrótce wstąpić do Gildii. Czy sytuacja ta w jakiś sposób zmieni ich dotychczasową relację? Problemem wciąż pozostaje także gnil, rosnąca liczba uzależnionych oraz lekceważenie, z jakim podchodzi do tego tematu wielu magów.

Tak jak kiedyś autorka postanowiła wprowadzić (i całkiem nieźle rozwinąć) wątek miłości między mężczyznami, tak teraz przyszedł czas na związek kobiet, dwóch nowicjuszek. Ten, niestety, okazał się niezbyt fortunny (delikatnie mówiąc) dla oszołomionej nową znajomością Lilii i doprowadził do szeregu konsekwencji, mających duże znaczenie dla dalszego rozwoju fabuły. Sama Lilia nie była zbyt imponującą postacią - niby rozsądna, a jednak straciła głowę i dała się wplątać w poważne kłopoty. Odznaczyła się sporą naiwnością, jednak pod wpływem kolejnych wydarzeń znacznie się zmieniła - na lepsze. A tak swoją drogą, dość pretensjonalne wydaje mi się to, że imię bohaterki jest jednocześnie nazwą kwiatu stanowiącego symbol miłości między kobietami.

"Celem życiowym dzieci jest przysparzanie nam zmartwień."

Tymczasem do Sachaki w roli ambasadora Elyne przybywa Tayend, czym nieco zbija z tropu byłego kochanka, którego badania nad historią magii po raz kolejny stanęły w miejscu, a poważanie wśród wpływowych Sachakan spadło po tym, jak Lorkin dołączył do Zdrajców. Przez dłuższy czas miałam wrażenie, że problemy Dannyla w znacznej mierze koncentrują się na miłosnych perypetiach, a zwłaszcza kuszącej, choć pełnej niewiadomych perspektywy związania się z sachakańskim magiem, Achatim. Spostrzeżenie to przyjmowałam jednak raczej z nieco ironicznym uśmiechem, niż irytacją, a ostatecznie przekonałam się, że nie tylko miłostki będą zaprzątać głowę Ambasadora Gildii.

A wspomniany już wcześniej Lorkin? Doświadcza wad i zalet życia w Azylu, który wcale nie jest taki idealny i sprawiedliwy, jak chciałyby Zdrajczynie. Różnica polega na tym, że to mężczyźni są dyskryminowani, nie pobierają nauk magicznych, o ile nie jest to konieczne, a już na pewno nie poznają tajników wyższej magii. Lorkin radzi sobie całkiem nieźle, posłusznie dostosowując się do panujących tam reguł, jednak brakuje mu towarzystwa Tyvary, a bardzo nieprzychylnie nastawiona do niego Kalia potrafi mocno uprzykrzyć życie. Przed magiem wciąż jeszcze sporo kłopotów i dylematów, jednak nie wszyscy w Azylu są przeciwko niemu. Przyznam, że Lorkin jest dość imponującą postacią - rozsądny, inteligentny, pracowity, rzeczywiście czuje się, że jest synem Sonei i Akkarina, również reprezentujących szereg cech, za które można, a nawet należy ich podziwiać.

Jak zwykle z przyjemnością pozwoliłam się wciągnąć w wykreowany przez autorkę świat i z żalem opuściłam go wraz z przeczytaniem ostatniej strony. Nie bez powodu zaliczam Trudi Canavan do moich ulubionych powieściopisarzy. Koniec następuje nagle, co jeszcze bardziej wzmaga ciekawość odnośnie kolejnej części. Jedyne, co mnie martwi, to fakt, że z każdą kolejną książką zmniejsza się ilość jej powieści, których wciąż jeszcze nie znam. To jest jednak nieuniknione i będę się musiała z tym pogodzić.

"Wśród buntowników także są buntownicy"
poprzednia część: "Misja Ambasadora"

czwartek, 22 stycznia 2015

J. Kristoff "Tancerze Burzy"


Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 448
Seria: Wojna Lotosowa (1)

Narcystyczny, bezwzględny szogun wyznacza swojemu mistrzowi łowczemu zadanie - ma schwytać arashitorę, tygrysa burzy. Problem w tym, że ten mistyczny stwór już lata temu został uznany za gatunek wymarły, a co dopiero teraz, w tym zanieczyszczonym do granic możliwości kraju. A jednak rozkaz to rozkaz, więc Masaru, już nie tak młody, a do tego uzależniony od lotosu samuraj, wraz z córką Yukiko, dwojgiem kompanów - Akihito i Kasumi oraz wyznaczoną załogą wyrusza na poszukiwania legendarnego, budzącego grozę i podziw podniebnego stworzenia. To z kolei zapoczątkuje szereg niespodziewanych zdarzeń, otworzy Yukiko oczy na wiele nowych spraw, a także całkowicie odmieni jej dotychczasowe życie. I nie tylko jej.

"Tak właśnie deszcz zamienia się w powódź. Kropla po kropli."

Nie jest to historia, która już od pierwszych stron porywa czytelnika w wir akcji. Potrzeba czasu, by zapoznać się z rzeczywistością wysp Shima - szkarłatnym niebem, wszechobecnymi trującymi wyziewami, zanieczyszczonymi miastami i rozciągającymi się na wszystkie strony polami krwawego lotosu, stopniowo wyniszczającego glebę, na której rośnie. Trzeba przywyknąć do niesprawiedliwego podziału społeczeństwa i ciągłego widoku ludzi w goglach, z aparatami oddechowymi lub chustami nasuniętymi na usta. A to wszystko przez lotos, którego okupiona tak wielką ceną eksploatacja wzbogaca ludzi najbardziej wpływowych, pozwala na coraz większą mechanizację kraju, a najbiedniejszym odbiera nawet te nieliczne dobra, które posiadają.

Potem jednak akcja szybko się rozkręca i możemy w pełni dostrzec inne oblicze kraju - przepełnionego japońskimi wierzeniami i tradycjami, samurajami, walką, kapryśnymi bóstwami oraz czającymi się w mroku demonami. Autor wykorzystał tu motyw, który bardzo lubię - dzikie stworzenie i człowiek, z początku niechętni, jednak z każdą chwilą pogłębiający istniejącą między sobą więź. Lektura "Tancerzy burzy" może być także okazją do bliższego przyjrzenia się japońskim wierzeniom: od historii Izanami i Izanagiego, po kilka innych spośród ważniejszych bóstw. Na końcu książki znajduje się słownik pojęć, który nie zaszkodziłoby przejrzeć jeszcze przed rozpoczęciem lektury.

"Pewnego dnia pojmiesz, że czasami wszyscy musimy coś poświęcić w imię czegoś większego."

Yukiko jest temperamentna, narwana, pyskata, odważna, uczciwa i nie potrafi w spokoju przejść obok czyjejś tragedii. Ma też za złe ojcu wiele rzeczy, chociażby jego uzależnienie oraz nieobecność matki. Właśnie taką ją poznajemy, jednak w trakcie lektury zachodzi w niej wiele poważnych zmian, dziewczyna znacznie wydorośleje. Nieco pretensjonalne są jej ciągłe westchnienia do kogoś, kogo widziała tylko raz, jednak nawet sama Yukiko gani się za tego typu myśli. Co do pozostałych bohaterów, wielu z nich również jest wartych uwagi - Masaru, który w zamglonym lotosowymi oparami umyśle skrywa dawną tragedię i niewłaściwe wybory, dumny arashitora, któremu za sprawą Yukiko coraz bliżej do ludzkiego świata, Kin, który nie miał wpływu na wybór swojej drogi życiowej, a także postacie, które poznajemy dopiero później i w związku z tym nie będę się o nich rozpisywać.

Miłość i zauroczenie, przyjaźń i poświęcenie, honor lub jego brak, lojalność, wątpliwości i trudne wybory, a to wciąż nie wszystko, co znajdziemy w "Tancerzach burzy". Autor wykreował bardzo ciekawy świat, w którym boskie wpływy konkurują z wszechogarniającą kolejne połacie ziemi mechanizacją. Świat, gdzie lotos jest źródłem większości zła, a społeczeństwo mimo to nieustannie z niego korzysta. Nie zabrakło tu też wątku romantycznego, który na całe szczęście nie zdominował reszty. Całość mogłaby się właściwie zakończyć na tym jednym tomie, więc nie wiem, czy sięgnę po kontynuację (o ile w ogóle zostanie wydana). Tak czy inaczej, polecam.

"Bo każdy z nas, Yukiko-chan, ma w sobie coś, co uwielbia siłę tłumu, co nakazuje nam płynąć
 z prądem wraz z towarzyszami. Coś, co pragnie przynależeć."
7/10

sobota, 17 stycznia 2015

M. Strandberg, S. B. Elfgren "Krąg"


Wydawnictwo: Czarna Owca
Ilość stron: 574
Seria: Engelsfors (1)

Małe, zapomniane i zdecydowanie nie należące do przytulnych miasteczko gdzieś na końcu świata nagle staje się centrum wydarzeń ściśle powiązanych z magią. Właśnie tam sześć jakby przypadkowo wybranych dziewczyn, w blasku czerwonego księżyca wiedzionych tajemniczą siłą, spotyka się w jednym miejscu. Tam też dowiadują się o swoim przeznaczeniu i czyhającym na nie śmiertelnym niebezpieczeństwie. Coś jest jednak nie tak - zamiast jednego Wybrańca z przepowiedni pojawiła się ich szóstka. A nawet siódemka, licząc nieżyjącego już Eliasa. Gdzieś w pobliżu czai się zło, które nie spocznie, zanim pozostali Wybrańcy nie podzielą losu chłopaka.

Wydawałoby się, że w takiej sytuacji współpraca byłaby dość oczywistą reakcją. Nie ma jednak tak łatwo. Dziewczyny różnią się od siebie tak bardzo, że nawiązanie jakiegokolwiek porozumienia wydaje się czystą abstrakcją, a próby zignorowania całej tej sprawy bynajmniej nie pomagają. Jak podchodząca do nauki poważnie Minoo, powszechnie lubiana Rebeca z zaburzeniami odżywiania, prześladowana od podstawówki Anna-Karin, zbuntowana Vanessa, Linnea ze swoim nietypowym stylem i będąca prawdziwą zołzą Ida mają się zaprzyjaźnić, skoro łączące je relacje są tak dalekie od koleżeńskich? I czy zdążą tego dokonać, zanim dojdzie do kolejnej tragedii?

Bohaterki mają wiele wad - to nie ulega wątpliwości. W wielu momentach zachowują się nieodpowiedzialnie, unoszą się dumą, wiecznie się kłócą i nie mogą dojść do porozumienia. Z jednej strony jest to dość denerwujące, bo zamiast dopingować poszczególne bohaterki pozostaje nam jedynie wytykanie im błędów z płonną nadzieją, że w czymś to pomoże. Zaletą tak wykreowanych postaci jest jednak pewna autentyczność - w żadnym wypadku nie są ideałami a ludźmi z krwi i kości. Daje to też możliwość zaobserwowania zmian zachodzących w nich samych (nie zawsze na lepsze), jak i w ich wzajemnych relacjach. Kolejnym plusem jest możliwość przyjrzenia się sytuacji rodzinnej niemal każdej z nich, co stanowi ciekawy i dość dobrze rozbudowany wątek, choć Ida została tu niejako pominięta.

"Bo tak jest w tym cholernym mieście, myśli Minoo. Jesteś tylko tym, kim inni myślą, że jesteś."

Z powodu natłoku postaci i fragmentaryczności rozdziałów (zwłaszcza na początku) łatwo o dezorientację, jednak pozwala to szybko dać się porwać w wir wydarzeń, których z pewnością tu nie brakuje. Magia została tu przedstawiona ciekawie, w dość staroświeckim wydaniu - magiczne księgi, rytuały i wywary, co, podobnie jak ładne wydanie, dodaje powieści pewnego uroku. Bohaterkom stale towarzyszy poczucie niepewności, nie wiedzą komu ufać, obawiają się zawierzyć nawet sobie nawzajem, a wskazówek mają tyle, co kot napłakał. W połączeniu z zapomnianym przez świat miasteczkiem świetnie buduje to klimat powieści i sprawia, że po prostu chce się czytać.

Książka skierowana jest główne do młodzieży - to widać.  Choć powieść z pewnością ma swoje wady, jest również wciągająca. Choć bohaterki niejednokrotnie działały mi na nerwy, lektura okazała się całkiem przyjemna. Dzieje się dużo, wydarzenia są ciekawe i niejednokrotnie owiane aurą tajemnicy. Chwile, jakie spędziłam razem z mieszkańcami Engelsfors, pomimo wszystkich zgrzytów, będę miło wspominać i z chęcią sięgnę po kolejną część serii - "Ogień".

"-[...] Musicie ukrywać przed innymi waszą przyjaźń.
- W szkole też? - pyta Anna-Karin.
- Zwłaszcza w szkole. To miejsce zła.
- Wiedziałam - mruczy Linnea."
7/10

sobota, 3 stycznia 2015

L. Patrignani "Wszechświaty"


Wydawnictwo: Dreams
Ilość stron: 272
Seria: Wszechświaty (1)

Z początku w ogóle nie planowałam sięgnąć po tę książkę. Jej zakup był całkowicie spontaniczny i w dużej mierze zaważyła tu okazja do zdobycia książki z podpisem autora. No i tak właśnie przyszło mi się zapoznać z nie tylko z teorią Wieloświatów, ale i wieloma występującymi tam zależnościami.

Alex i Jenny nie mają ze sobą prawie nic wspólnego. On mieszka we Włoszech, ona w Australii. Tym, co ich łączy są niespodziewane utraty przytomności, podczas których mogą się ze sobą komunikować. I choć przypadłość ta może być dokuczliwa, bardzo ją sobie cenią. Mają też nadzieję, że pewnego dnia będzie im dane się spotkać. A jak powszechnie wiadomo, czasami szczęściu trzeba pomóc, dlatego też w chwili, gdy Alex przypadkiem znajduje osobliwe, niezwykle niepokojące nagranie, nie waha się ani chwili dłużej - wbrew wszelkim przeciwnościom wyrusza do Australii, by spotkać się z Jenny. Rzeczywistość okaże się jednak bardziej przewrotna, niż kiedykolwiek śmiał przypuszczać...

Początkowo każdy kolejny rozdział jest nieustannym wyczekiwaniem na chwilę, gdy bohaterowie powinni się spotkać. I jednocześnie chwili, w której cały ich dotychczasowy świat, wszystko, w co wierzyli legnie w gruzach. A co potem? Niepewność, osamotnienie, zwątpienie - tego typu odczuć będzie na pęczki. Alex ma jednak Marco, a Jenny ma Alexa. Czy razem znajdą rozwiązanie? Czy dwójka głównych bohaterów, zamiast zwątpić we własne zdrowie psychiczne, jak tonący brzytwy chwyci się teorii Wieloświatów? Jak mogą odkryć, co ich tak naprawdę ze sobą łączy i jakie niebezpieczeństwo ich czeka? Czy w porę opanują swoje umiejętności i zrozumieją, czym jest Pamięć?

Bohaterów da się lubić. Zwłaszcza obok Marco, ekscentrycznego komputerowego geniusza na wózku nie mogłam przejść obojętnie. Powiedzmy to sobie szczerze, bez jego pomocy tych dwoje nie miało by nawet szansy na spotkanie. Taki przyjaciel to prawdziwy skarb. Alex niejednokrotnie wykazał się zdecydowaniem i odwagą. I oczywiście wielką miłością do Jenny. W tym towarzystwie to właśnie dziewczyna wypada najsłabiej, jednak nie ma co robić wokół tego wielkiego szumu. Ostatecznie nie jest przecież z nią tak źle.

"Wszechświaty" nie zachwyciły mnie jakoś szczególnie, nie zapadły też w pamięć na dłużej. Mimo to nie narzekam, bo w ogólnym rozrachunku czytało mi się całkiem nieźle. Sama teoria Wieloświatów, na której opiera się cała fabuła, przedstawia się interesująco, a uwarunkowane przez obecność Marco nowinki techniczne dodawały całości pewnego smaczku (przynajmniej ja tak to widzę). Nie jestem jednak pewna, czy zdecyduję się na kontynuację. Nie było tu czegoś, co wbiłoby mnie w fotel. Zrozumienie, czym jest Pamięć też nie było szczególnie trudne. Kolejną część mogłabym sobie bez większego żalu odpuścić.

"Pamiętasz, Alex? Aby móc podróżować, wpatrywaliśmy się w pas."
7/10

sobota, 27 września 2014

T. Canavan "Misja Ambasadora"

Akcja rozgrywa się po wydarzeniach z Trylogii Czarnego Maga

Wydawnictwo: Galeria Książki
Ilość stron: 570
Seria: Trylogia Zdrajcy (1)

Pisanie o książkach Trudi Canavan zawsze sprawia mi pewną trudność. I to nie z powodu braku tematów, a właśnie sporej ich ilości. Prawda jest taka, że najchętniej streściłabym sporą część powieści, tymczasem muszę uwzględnić, ile wypada zdradzić osobom niezaznajomionym z danym tytułem, aby przypadkiem nie zepsuć im efektu zaskoczenia czy po prostu przyjemności z lektury. A to naprawdę spore wyrzeczenie. Tym razem zmierzę się z tym zadaniem przy okazji "Misji Amasadora".

Nie jest to już ten sam Imardin - zniesienie czystek i podziału miasta, przebudowy, zachwianie stosunków między Złodziejami, szerzące się uzależnienie od nowej używki, gnilu... Znanym nam bohaterom przybyło lat, pojawiły się też nowe twarze. Zmieniło się praktycznie wszystko. Kyralia próbuje unormować swoje stosunki z Sachaką. W Gildii zostało utworzone stanowisko Czarnego Maga piastowane przez dwie osoby. Jedną z nich jest Sonea, która musi pogodzić się z narzuconymi na nią ograniczeniami. Cery powoli się starzeje, a wysiłek nie przychodzi mu już z taką łatwością. Tymczasem jego rodzina zostaje zamordowana, prawdopodobnie przez Łowcę Złodziei, który już od jakiegoś czasu grasuje w mieście. I ponoć używa magii. Czyżby kolejny dziki mag? Czy Cery zdoła go odnaleźć i pomścić rodzinę?
Dannyl po powrocie do Kyralii zamieszkał wraz z Tayendem w Imardinie i choć stale krążą pogłoski na temat ich wzajemnej relacji, nikt nie robi im żadnych wyrzutów. Jego badania nad historią magii utknęły w miejscu. Możliwości na ich kontynuację upatruje w wyjeździe do Sachaki, gdzie planuje objąć funkcję Ambasadora. Potrzebuje jednak pomocnika, a o tego trudno ze względu na pogłoski o jego preferencjach. I tu wkracza Lorkin, syn Sonei i Akkarina, który w prowadzonych przez przyjaciela matki badaniach doszukuje się swojej szansy na wykazanie się i odnalezienie zapomnianego rodzaju magii. Ale czy jego pochodzenie nie będzie problemem? Pomimo protestów Sonei, jej syn wyrusza do Sachaki. A tam? Hm... by dalej nie przedłużać wspomnę tylko, że sporo się wydarzy.

Przed bohaterami wiele wyzwań. Cery poszukuje Łowcy Złodziei, do którego złapania będzie potrzebował pomocy Sonei. Ta z kolei chce znaleźć sposób na uświadomienie innym, jak szkodliwy jest gnil, także dla magów, którzy przez wzgląd na umiejętność uzdrawiania lekceważą problem. Jest też sprawa zmiany pewnych przepisów i oczywiście nieustanna obawa o życie Lorkina. Wraz z nim i Dannylem będzie nam dane lepiej poznać społeczeństwo sachakańskie - ich obyczaje, sposób myślenia i istniejące między nimi rozłamy, w tym jeden bardzo znaczący. Na wierzch wypłynie sprawa wiedzy o uzdrawianiu, niedotrzymane obietnice i dawne urazy. Do głosu dojdzie poczucie odpowiedzialności, wdzięczność i odwaga. Jak to wszystko wpłynie na panujący w świecie porządek? A jak na naszych bohaterów?

"Ach tak. Sachakańska roślinność bywa równie czepialska jak tutejsi ludzie."

Wspomniałam wcześniej, że nie jest to już ten sam Imardin i nie wycofuję się z tego, jednak mimo to miło było móc zarówno znów śledzić losy znanych z "Trylogii Czarnego Maga" bohaterów, jak i poznać tych nowych, którzy wiele wnieśli do tej historii. Sonea, choć z początku nieco wycofana i przesadnie ugodowa, wkrótce nabiera tak charakterystycznego dla niej zdecydowania i uporu. Widać, że Lorkin odziedziczył po swoich rodzicach sporo cech i chociażby dlatego trudno go nie polubić. Jest ambitny, czasami nieco porywczy, ale jednak rozsądny. Chce coś osiągnąć, jednak nie przesłania mu to całego świata i zdaje sobie sprawę z możliwych zagrożeń. Na uwagę zasłużyła sobie także Anyi, córka Cery'ego, choć nie znalazło się zbyt wiele okazji, by poznać ją lepiej. Mam nadzieję, że w kolejnych częściach to nadrobię. Pozytywnie zaskoczył mnie Regin, który dawno wyrósł ze swojej szczeniackiej postawy i stał się całkiem kompetentnym magiem.

Książki Trudi Canavan mają to do siebie, że można by o nich długo rozprawiać, jednak trudno jest w taki sposób dawkować informacje, by nie zdradzić za wiele osobom z nimi niezaznajomionym. Wciąż coś się dzieje, akcja jest wartka, a różnego typu sytuacje nieraz stawiają bohaterów przed trudnymi wyborami. Taki już ich urok, który bardzo sobie cenię. Jest jednak jeszcze coś - pomimo swojej niemałej objętości wciąż są za krótkie i sprawiają, że najchętniej od razu  sięgnęłabym po kolejną część (gorzej jeżeli takowej nie ma). Tak było i w tym przypadku. Czy polecam? To chyba oczywiste.

"Tylko kiedy wiesz, że twój towarzysz może cię opuścić, doceniasz to, że pozostaje.
Tylko wtedy, kiedy nie jest mu łatwiej lubić cię, niż nie lubić, doceniasz to, że cię lubi."
8/10

piątek, 22 sierpnia 2014

T. Canavan "Głos Bogów"


Wydawnictwo: Galeria Książki
Ilość stron: 644
Seria: Era Pięciorga (3)

Auraya podjęła trudną decyzję - zrezygnowała ze stanowiska Białej. A jednak przed nią wciąż wiele niełatwych wyborów. Huan najchętniej by się jej pozbyła, nie przebierając przy tym w środkach. Chaia wciąż stoi jednak po jej stronie. Na temat jej rezygnacji krążą rozliczne domysły. Tymczasem zostaje powołana nowa Biała - Ellareen, która już wkrótce będzie musiała sprostać swoim pierwszym zadaniom. Mirar wędruje na południu pośród tkaczy snów, zastanawiając się, czy może pozwolić sobie na ujawnienie prawdziwej tożsamości. Nowy Pierwszy Głos wydaje śmiałe decyzje, często bez konsultacji z pozostałymi, a Reivan stale do niego wzdycha. Emerahl odłożyła na później poszukiwania Zwoju Bogów, by na prośbę Mirara nauczyć Aurayę osłaniania umysłu. Ale czy była Biała zgodzi się na poznanie czegoś, co z pewnością nie spodobałoby się bogom? To jedynie nieliczne z wydarzeń, które będą miały miejsce, jednak nie chcę zdradzać za wiele. Zamiast tego już teraz zapraszam do lektury.

Ostatnia część "Ery Pięciorga" pełna jest miłosnych uniesień, romansów, skrywanych lub niepewnych uczuć i rozterek na tym tle. Na pierwszy rzut oka widać, że autorka postawiła na uczucia i ambicje, jednak z czasem pojawia się również coraz więcej intryg, podstępów i niespodziewanych zwrotów akcji. Poza tym nie zabrakło też humoru. Co prawda w trakcie lektury dość szybko zdążyłam się domyślić czegoś, co ostatecznie zostało potwierdzone dopiero na końcu, jednak nie uważam tego za wielki uszczerbek dla odbioru całej powieści. Finał tej historii nie był dla mnie szczególnym zaskoczeniem. Od pewnego momentu właśnie do tego wszystko zmierzało, jednak przy całej mojej sympatii dla "Ery Pięciorga" nie potrafię mieć tego autorce za złe. Poza tym dodatkowy plus należy się za epilog.

Powieść składa się z występujących naprzemiennie fragmentów poszczególnych historii. Dzięki temu możemy z łatwością śledzić rozgrywające się na wielu płaszczyznach jednocześnie wydarzenia. Poza tym są to dość krótkie fragmenty, co nie tylko nie daje okazji, by znudzić się żadnym z wątków, ale też zachęca do lektury, by poznać ich dalszy ciąg. Autorka pisze bardzo plastycznym językiem, dzięki czemu czytanie było dla mnie prawdziwą przyjemnością i wcale mi się nie dłużyło, pomimo sporej ilości stron. Bywało, że wprost nie mogłam się oderwać.

Mamy tu całą gamę różnorodnych bohaterów - tych, którzy szybko zdobywają naszą sympatię oraz tych, którzy budzą całkowicie odmienne uczucia; tych, którzy imponują sprytem i zaradnością, jak i tych, którymi inni stale manipulują. Nie zabrakło też miejsca dla tych, którzy w tej hierarchii stoją gdzieś pomiędzy. Obie strony sporu posiadają zarówno uczciwych, jak i zdeprawowanych przedstawicieli, praktycznie nic nie jest tu czarno-białe.

Utwierdziłam się w przekonaniu, że Emerahl to moja ulubiona postać - śmiała, sprytna, sarkastyczna... Również Mirar należy do bohaterów, o których czytało mi się z przyjemnością. Z kolei Ellareen od początku nie polubiłam, co z czasem tylko się pogłębiło. Dość stwierdzić, że z perspektywy bogów musiała być idealną kandydatką na Białą - zdecydowana, całkowicie posłuszna i nieprzebierająca w środkach. Do Nekauna też nie żywiłam szczególnej sympatii, a strzępki tej, którą zyskał w poprzedniej części szybko się ulotniły. Auraya jest pełna rozterek, jednak nie zamierza postępować wbrew swoim zasadom, a jej szacunek dla bogów zostanie poddany wielkiej próbie. Jakie będą tego skutki?

Choć trudno uznać, że ponad 600 stron to mało, to jednak, gdy już dostatecznie wciągnęłam się w akcję (a o to nie było trudno), z żalem uświadamiałam sobie, że każda kolejna strona przybliża mnie do końca. Gdy już do tego doszło, jakoś się z tym pogodziłam, jednak nieco przykro było mi opuszczać Dzikich i tych spośród pozostałych bohaterów, którzy zasłużyli sobie na moją sympatię. Cóż, zawsze pozostaje mi jeszcze możliwość powrócenia do tej serii. A tymczasem z wielką chęcią zapoznam się z pozostałymi powieściami autorki.

"Ukraść Zwój Myślicielom, najmądrzejszym ludziom w Ithanii Południowej, i to kiedy patrzą na to
 ich bogowie?
Emerahl ogarnęło rozbawienie. To by było niezłe."
8/10

niedziela, 6 lipca 2014

J. R. R. Tolkien "Hobbit, czyli tam i z powrotem"


Wydawnictwo: Libros
Ilość stron: 320

Słyszeliście kiedyś o hobbitach? Jeśli nie, opowiem Wam pokrótce na ich temat. Hobbici są mniejsi od krasnoludów, jednak więksi od liliputów. Potrafią przemieszczać się szybko i niemal bezszelestnie, nie są skorzy do przygód ani żadnych zaskakujących zachowań. A zwłaszcza Bagginsowie, znani i szanowani za swoją przewidywalność. Z kolei w rodzinie Tooków od czasu do czasu zdarzały się przypadki hobbitów, którzy wyruszali w świat w poszukiwaniu przygód. I często stawało się to sprawą powszechnie wiadomą, pomimo usilnych prób zatajenia całej sprawy. My jednak skupimy się na Bilbo Bagginsie, potomku obu tych rodów.

Zapraszając na herbatę przechodzącego akurat Gandalfa, Bilbo nie przypuszczał nawet, jak bardzo odmieni to jego dotychczasowe życie. Zamiast czarodzieja w drzwiach jego mieszkania pojawia się krasnolud. Potem następny. I tak jeszcze parę razy, aż do chwili, gdy jako czternasty zjawia się i Gandalf. Biedny Bilbo dwoił się i troił, aby odpowiednio ugościć nieproszonych przybyszów - bądź co bądź, hobbicka uprzejmość na pozwalała mu na wyrzucenie ich za drzwi. Ci tymczasem ustalali plan wielkiej wyprawy, której celem było pokonanie smoka i odzyskanie skarbów odebranych krasnoludom. Mało tego! Nasz hobbit domator ma wyruszyć wraz z nimi. Dlaczego? Cóż, taki to już wymysł Gandalfa, a Bilbo właściwie nie ma innego wyjścia, musi się dostosować.

"Przygody! To znaczy: nieprzyjemności, zburzony spokój, brak wygód. Przez takie rzeczy można się spóźnić na obiad."

Jak głosi opis na okładce, "Hobbit" powstał na podstawie historii, które Tolkien wymyślał dla swoich dzieci. I to widać, choć nie jest to jednak bajeczka dla dzieci, w której z wszystkich sytuacji wychodzi się bez większego uszczerbku na zdrowiu. Tu praktycznie nikt nie zawaha się zawalczyć o swoje, nawet nasz hobbit z utęsknieniem wyczekujący powrotu do przytulnego saloniku. Na naszych śmiałków czekać będzie wiele niebezpieczeństw - od niefortunnych zbiegów okoliczności, po zaplanowane ataki wrogo nastawionych stworzeń. A przecież na końcu wyprawy wciąż jeszcze trzeba będzie unieszkodliwić smoka... I czy aby nikogo z nich nie zaślepi żądza bogactwa? Odwagi i sprytu im jednak nie brakuje, a i szczęście zdaje się być po ich stronie. Zwłaszcza w przypadku Bilba, który, dając upust swojej tookowskiej stronie natury, odkryje w sobie wiele cech, o których posiadanie nigdy wcześniej siebie nie podejrzewał.

Jeśli chodzi o krasnoludów, nie mają oni zbyt wielu okazji, by się wykazać, czy też raczej nie wykorzystują ich. Pomimo swoich ambitnych planów nie są zbyt skorzy do podejmowania ryzyka, co ostatecznie prowadzi do wysługiwania się hobbitem. Jakoś przecież musi zasłużyć na swój udział w skarbie. A że udowodnił to już wielokrotnie, to widocznie całkiem inna sprawa... Mimo pewnej przewrotności z ich strony
(najwyraźniej z góry uwarunkowanej), to jednak nadal całkiem ciekawe postacie i da się ich lubić, o ile akurat nam w jakiś sposób nie podpadną.

Stworzony przez Tolkiena świat zachwyca rozmachem i różnorodnością żyjących w nim stworzeń. Jest przemyślany i barwnie opisany, a sposób narracji oraz pieśni śpiewane przez krasnoludów, elfy czy inne stworzenia dodatkowo podkreśla baśniowość "Hobbita". Poza tym twórczość Tolkiena to klasyka sama w sobie i chociażby z tego powodu warto byłoby się z nią zapoznać.

"Jak się mieszka niedaleko żywego smoka, niewiele pomoże wyłączenie go ze swoich kalkulacji."
8/10

czwartek, 12 czerwca 2014

C. R. Zafón "Marina"



Wydawnictwo: MUZA
Ilość stron: 304

"Marina" to ostatnia z powieści Zafóna zaliczających się jeszcze do młodzieżowych i jednocześnie ta, którą - jak sam autor twierdzi - darzy szczególnym sentymentem.  A choć nie czytałam jeszcze późniejszych jego dzieł, nie dziwię się, że tak właśnie jest. Ale o tym za chwilę...

Tajemnicze uliczki Barcelony, a gdzieś pośród nich z pozoru opuszczony dom, w którym jakby za zrządzeniem losu Óscar poznaje Marinę, piękną i równie zagadkową, jak otaczające ich miasto. Ale to nie koniec zbiegów okoliczności, gdyż już wkrótce ta dwójka nieświadomie wplątuje się w niebezpieczną sprawę, która od lat pozostaje poza świadomością ogółu. I może właśnie tak powinno zostać...

"Czas robi za ciałem to samo co głupota z duszą."

Choć był to początek czegoś niespodziewanego, nie musiało minąć dużo czasu, by niedawne wydarzenia stały się jedynie niewyraźnym zarysem, bliżej niesprecyzowaną obawą. Przynajmniej na razie. Tymczasem Óscar raz po raz wymyka się ze szkoły z internatem i spędza kolejne dni w towarzystwie Mariny i Germana, jej ojca, czując, że w końcu znalazł swoje miejsce. Nie są to jednak chwile pozbawione trosk, gdyż Óscar, choć niewtajemniczony w szczegóły, zdaje sobie sprawę, że za jakiś czas mogą nie spotkać się już w tym samym składzie.

A jednak wkrótce tajemnicze wydarzenia zaczynają konkurować z niezwykłą codziennością bohaterów, aż w końcu stają się na tyle poważne, na tyle natarczywe, by zdominować troski dnia powszedniego. Óscar i Marina wkraczają na pełną niebezpieczeństw drogę do poznania prawdy o pewnym okrytym złą sławą człowieku, Michale Kolveniku. Nie zabraknie elementów grozy, chociażby groteskowych postaci, zniekształconych chorych ludzi i bardzo nietypowych upodobań. Znajdzie się też miejsce na miłość, choć w dość niespodziewanej formie.

Przepełniona baśniowością, podszyta mrokiem - tak właśnie w dużym skrócie opisałabym "Marinę". Powieść ta jest inna od poprzednich dzieł autora (a tak się składa, że czytałam je zgodnie z kolejnością ich powstawania), jakby dojrzalsza, czy nawet lepiej przemyślana Jest magiczna, ujmuje swoim urokiem, na który składa się wiele czynników - od tytułowej bohaterki, poprzez malowniczą scenerię, aż po skrywaną od lat tajemnicę pełną sprzecznych emocji i ludzkich tragedii.

"Czasami to, co najbardziej prawdziwe, dzieje się tylko w wyobraźni. Wspominamy tylko to, co nigdy się nie wydarzyło."

Spośród bohaterów na pierwszy plan wybija się Marina - piękna, inteligentna i pełna zalet, jednak nie miałam wrażenia, by była zbytnio wyidealizowana. A jeśli już, to jedynie z powodu narracji z perspektywy Óscara, całkowicie podporządkowanego swojej fascynacji dziewczyną. German z kolei zwykle żyje jakby w półśnie - jak przystało na niezwykłego artystę, którym kiedyś był. Cóż, ten starszy pan z pewnością zasługuje na sympatię ze strony czytelnika. O innych nie będę się wypowiadać, gdyż bliżej można ich poznać wraz z rozwojem fabuły. Mogę jednak zapewnić, że znajdzie się tu jeszcze kilka ciekawych charakterów.

"Marina" naprawdę wciągnęła mnie w swój świat, zasypała mnogością wartych zapamiętania cytatów, zainteresowała niezwykłą tajemnicą, a także zaskoczyła niespodziewanym zakończeniem. Poza tym emocje bohaterów były tu równie ważne, jak tragiczna historia Kolvenika, co uważam za dobre rozwiązanie.Tak jak i autor, będę do tej książki żywić pewien sentyment, niewykluczone też, że za jakiś czas do niej wrócę, a jak na razie serdecznie ją polecam.

"Wszystkie baśnie są kłamstwem, choć nie wszystkie kłamstwa są baśniami."
9/10

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

T. Canavan "Ostatnia z dzikich"



Wydawnictwo: Galeria Książki
Rok wydania: 2009
Ilość stron: 645
Seria: Era Pięciorga (cz. 2)
część 1 - "Kapłanka w bieli"

W pierwszej części nie było trudno popierać cyrklian (w większości przypadków). Oni przecież tylko się bronili. Ale co będzie w przypadku, gdy zapoznamy się z racjami wszystkich stron? Gdy losy poszczególnych pentadrian nie będą nam już obojętne? A co z tkaczami snów? Po czyjej stronie staniemy? Jeśli o mnie chodzi, miałam z tym niemały problem. Ale po kolei...

Wojna dobiegła końca, jednak jej skutki, a zwłaszcza świadomość strat wśród ludności, wciąż dają o sobie znać. Wszyscy starają się stanąć na nogi po tragicznych wydarzeniach. Cyrklianie próbują ustalić, czy bogowie pentadrian rzeczywiście mogą się okazać prawdziwi. Ci z kolei po śmierci swojego przywódcy muszą wybrać nowy Pierwszy Głos, a w dalszej kolejności czeka ich szereg różnych działań, mających na celu powiększenie ich wpływów. Ciężkie chwile czekają również na Siyee, którzy będą musieli zmierzyć się z nieznaną dotąd zarazą, zbierającą obfite żniwo. Przykrych zdarzeń nie uniknie także młoda księżniczka Elai, której za swoją samowolną wyprawę przyjdzie słono zapłacić... Nie zapominajmy również o Leiardzie/Mirarze, który z pomocą Emerahl spróbuje sobie odpowiedzieć na pytanie, która z jego osobowości jest tą prawdziwą. A nie będzie to sprawa łatwa, gdyż żaden z nich nie zamierza tak po prostu dać za wygraną.

To nadal jedynie część wydarzeń, jakich możecie się spodziewać w "Ostatniej z Dzikich", jednak nie chcę zdradzić za dużo, by nie zepsuć Wam niespodzianki. Jak naszego Tkacza Snów przyjmą Siyee? Która z osobowości - Mirar czy Leiard - przejmie władzę nad dzielonym dotąd ciałem? Czy Emerahl zdoła odnaleźć innych Dzikich? Co w Si czeka Aurayę i dlaczego Chaia, jeden z bogów, tak się nią interesuje? Jak wygląda codzienność pentadriańskich kapłanów? Jakie będą konsekwencje nieposłuszeństwa księżniczki podwodnego ludu? Mogłabym tak jeszcze długo wymieniać, jednak najlepiej będzie, jeśli przekonacie się o tym sami.

"Nie żałuj swojej przeszłości, powiedział Chaia. Wszystko, co robisz, uczy cię czegoś o świecie
 i o tobie. Do ciebie należy czerpanie mądrości z własnych błędów."

Akcja jest mocno rozczłonkowana, dzięki czemu łatwo możemy rozeznać się w wydarzeniach mających miejsce w poszczególnych miejscach oraz w zachodzących między nimi zależnościach. Takie poprowadzenie narracji świetnie się w tym przypadku sprawdza i pozwala stopniowo zagłębiać się w stworzony przez autorkę świat. Poza tym takie krótkie rozdziały dodatkowo potęgują chęć poznania kolejnych wydarzeń.

Drugi tom Ery Pięciorga pozwala bliżej przyjrzeć się Ithanii Południowej, a zwłaszcza pentadrianom i ich życiu. Przestają być dla nas jedynie bezdusznymi najeźdźcami, zamiast tego wielokrotnie ukazują się w zdecydowanie lepszym świetle. Jednocześnie sytuacja pomiędzy obiema nacjami pozostaje niezmienna - uważają siebie nawzajem za wyznawców fałszywych bogów i nie dopuszczają do siebie możliwości istnienia innych niż ci, w których wierzą. A jeśli już o bogach mowa, ci wciąż pozostają nieuchwytni dla czytelników, choć o niektórych dane nam będzie dowiedzieć się nieco więcej. Wyraźnie rzuca się również w oczy ich odmienny sposób działania - ci cyrkliańscy coraz częściej ingerują w decyzje Białych, podczas gdy pentadriańscy najwyraźniej pozostawiają swoim przedstawicielom wolną rękę.

Bohaterowie nadal pozostają różnorodni i wielowymiarowi. Każdy z nich ma swoje własne przekonania, każdy ma pewne wątpliwości. Widoczne jest to zwłaszcza u Aurai, z powodu pewnych wydarzeń rozdartej między własnymi osądami, a posłuszeństwem wobec bogów, których przecież przyrzekała czcić, oraz u Leiarda/Mirara, który musi zmierzyć się nie tylko z obecnością drugiej osobowości, ale i niechcianymi uczuciami. Dawne wątpliwości nie dają spokoju także Juranowi.

Autorka wciąż trzyma poziom. Powiedziałabym nawet, że ta część podobała mi się bardziej. W końcu dana mi była możliwość poznania drugiej strony sporu, dowiedziałam się także nieco więcej o Dzikich i o czasach sprzed Wojny Bogów, a pewne decyzje bohaterów stają się coraz odważniejsze, co bardzo dobrze o nich świadczy. Choć "Ostatnia z Dzikich" nie należy do najkrótszych książek, to jednak po jej skończeniu wciąż było mi mało. Stąd już nietrudno o stwierdzenie, że ją polecam i już wkrótce z przyjemnością zabiorę się za ostatnią część trylogii.

"Ludzie potrafią przekonać się do czegokolwiek, jeśli tylko chcą na kogoś zrzucić winę."
8/10

sobota, 15 marca 2014

N. Gaiman "Nigdziebądź"


Wydawnictwo: MAG, Nowa Proza
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 318

Richard Mayhew żył sobie spokojnym życiem zwykłego człowieka. Miał pracę, mieszkanie, narzeczoną. Potem uratował ranną dziewczynę o imieniu Drzwi, poszukiwaną przez dwóch podejrzanych typków, panów Croup'a i Vandemara. A już następnego dnia przestał istnieć. Przynajmniej dla mieszkańców Londynu Nad. Trzeba wam bowiem wiedzieć, że jest też Londyn Pod, rządzący się własnymi prawami, będący skupiskiem różnorodnych indywiduów o niekoniecznie przyjaznym nastawieniu; miejsce, w którym zjawiska dziwne i nieprawdopodobne są na porządku dziennym. A wracając do naszej historii, Richard, nie mając lepszych perspektyw, postanowił odnaleźć Drzwi i jakimś bliżej nieokreślonym sposobem odzyskać swoje dawne życie. Jednocześnie nasz bohater wplątuje się w niebezpieczną przygodę, w czasie której jego dotychczasowe postrzeganie świata zostanie wywrócone do góry nogami, a on sam również zmieni się nie do poznania.
Zaczęło się od zamordowania niemal całej rodziny. Od podzielenia ich losu uchroniła się jedynie Drzwi, jednak teraz jest ścigana. I mogłoby być już po niej gdyby nie bezinteresowna pomoc Richarda. Następnie dziewczyna postanawia poznać powód, dla którego ktoś pozbył się jej bliskich, członków znanego i szanowanego w Londynie Pod rodu. Wraz z Richardem, markizem de Carabas i dzielną Łowczynią u boku oraz Croup'em i Vandemarem siedzącym im na ogonie decyduje się na podróż w poszukiwaniu prawdy.

Zacznę od tego, że Richard jest mało wyrazisty, z resztą nie on jeden. Z wszystkich postaci ciekawszym charakterem może się poszczycić głównie otoczony sporą dozą tajemniczości markiz de Carabas. No i Croup i Vandemar też nieźle dają sobie radę jako czarne charaktery. Jest trochę tak, jakby bohaterowie mieli być jedynie dodatkiem do wykreowanego przez Gaimana niezwykłego, zarówno mrocznego, jak i magicznego świata. A ten z kolei wyszedł autorowi naprawdę dobrze. Z pewnością jest oryginalnie, nie uświadczymy tu typowych nadprzyrodzonych istot, jak chociażby wampiry. Znajdzie się za to sporo innych, o wiele bardziej tajemniczych, niespotykanych w innych powieściach istot.

"Każdą chwilę należy przeżywać. Czekanie to grzech przeciw czasom, które dopiero nadejdą, jak również przeciw obecnym, zlekceważonym chwilom."

Bywało śmiesznie, czasem nieco strasznie, choć nieszczególnie, ale przede wszystkim było nietypowo, co poczytuję tej powieści na plus. Autor postanowił dać nam szansę rozwikłać zagadkę na własną rękę, stawiając przed bohaterami sporo pytań. Kto wynajął ścigających ich zabójców? Dlaczego? Czy Drzwi rzeczywiście może ufać wszystkim swoim towarzyszom? Będziemy mogli szukać odpowiedzi na te pytania, jednocześnie dobrze się bawiąc. Czasami brakowało mi jednak związków przyczynowo-skutkowych, jakby niektóre wydarzenia miały miejsce tylko dlatego, że tak miało być. A może w świecie, gdzie logika niejednokrotnie jest pojęciem abstrakcyjnym, tego typu zabiegi tracą swój pierwotny sens?

Muszę przyznać, że spodziewałam się czegoś więcej. Miałam nadzieję, że dzieło Gaimana wywrze na mnie większe wrażenie, tymczasem dostałam pomysłową i całkiem ciekawą historię, która jednak nie wciągnęła mnie na tyle, na ile na to liczyłam. I chociaż nie żałuję, że poświęciłam jej swój czas, wciąż odczuwam pewną gorycz, bo gdyby nieco bardziej popracować nad kreacją bohaterów (i może jeszcze kilkoma innymi szczegółami), mogłaby to być naprawdę genialna historia. Jednak, jako że był to powieściowy debiut Gaimana, tym razem nieco przymknę oko, by przy następnej okazji przekonać się, czy sprosta moim wymaganiom.

"(...) wydarzenia to tchórze. Nie lubią występować pojedynczo, lecz zbierają się w stada i atakują wszystkie naraz."
7/10

sobota, 15 lutego 2014

C. Clare "Miasto kości"


Wydawnictwo: MAG
Rok wydania: 2009
Ilość stron: 507
Seria: Dary Anioła (cz. 1)

Seria znana, wręcz kultowa, która zjednała sobie serca wielu czytelników. Miałam ją w planach już od dłuższego czasu, jednak dopiero teraz wpadła mi w ręce. Jak w moich oczach wypadła pierwsza część "Darów Anioła"? Przekonajcie się...

Clary na jednej z imprez w klubie zauważa, jak grupa nastolatków atakuje pewnego chłopaka. Próbuje ingerować, jednak wkrótce orientuje się, że niewiele zdziała. Co najdziwniejsze, nikt inny nawet nie dostrzega przybyszów. Jest pewna tego, co widziała, jednak postanawia nie martwić swojego przyjaciela Simona. Następnego dnia, po kłótni z matką wybiega z domu. Wszystko zdaje się być względnie normalne, jednak wkrótce znów spotyka jednego z napastników z klubu, jasnowłosego Jace'a. Wtedy też postanawia odebrać telefon od wciąż wydzwaniającej do niej matki. Wyraźnie spanikowana kobieta każe jej pod żadnym pozorem nie wracać do domu. A jednak Clary ignoruje jej ostrzeżenie i biegnie na pomoc. Niestety, jest już za późno. Na miejscu zastaje spustoszony dom i stwora, który rzuca się na nią. Udaje się jej ujść z życiem, jednak gdyby nie pomoc Jace'a nie trwałoby to długo. Ranna trafia do Instytutu, gdzie poznaje dotąd tak skrzętnie skrywany przed nią świat. Wampiry, wilkołaki, czarownice, Wyklęci i wiele innych stworzeń, a do tego Nocni Łowcy stojący na straży porządku. Co jeszcze ukrywała przed nią matka? I dlaczego?

W ten sposób Clary wkracza w całkiem inny, choć mimo wszystko jakby znajomy, świat, który może jednocześnie zachwycać i przerażać. Na swojej drodze w odzyskaniu porwanej matki i poznaniu prawdy napotka wiele przeciwności i tajemnic, jednak znajdzie także sojuszników gotowych nieść pomoc. Kim jest Valentine? Dlaczego zdobycie Kielicha Anioła jest tak ważne? Jakie sekrety kryje w sobie przeszłość? Tego możecie się dowiedzieć sami.

Ciekawie wykreowany świat, bohaterowie, których da się lubić, sporo akcji, miłość pod różną postacią, a także humor - to wszystko składa się na atrakcyjność tej historii. Autorka korzysta z wielu utartych schematów obecnych w tego typu historiach, jednak trzeba przyznać, że wychodzi jej to całkiem nieźle. Nie obyło się też od pewnej dawki przewidywalności, ale temu akurat trudno byłoby zapobiec. Choć znalazły się fragmenty, które mnie nieco irytowały, książkę czytało mi się bardzo przyjemnie. A jednak właściwie dopiero ostatnie rozdziały przekonały mnie do wystawienia takiej, a nie innej oceny. W przeciwnym razie byłaby ona nieco niższa (w sumie nadal się nieco waham).

Wiele razy miałam wrażenie, że Jace za bardzo niańczy Clary. Zachowuje się jak jakiś nadopiekuńczy anioł stróż, który oburza się, jeśli tylko jego mała podopieczna zdecyduje się na odrobinę samodzielności. Na szczęście w późniejszych rozdziałach stało się to mniej widoczne. Jak już wcześniej wspomniałam, bohaterowie są ciekawi. Nie są wyidealizowani, każdy z nich ma jakieś wady i słabości. Autorka nie wciągnęła mnie bez reszty w świat Nocnych Łowców, jednak z pewnością zaciekawiła mnie na tyle, by poznać kolejne części serii. Niedługo z chęcią zabiorę się za "Miasto popiołów".

"Kochać to niszczyć, a być kochanym, to zostać zniszczonym."
8/10

sobota, 21 grudnia 2013

C. R. Zafon "Pałac północy"


Pałac Północy - Carlos Ruiz Zafón

Wydawnictwo: MUZA
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 287

W dniu, gdy stworzona przez grupkę podopiecznych St. Patrick organizacja ma zostać oficjalnie rozwiązana (ponieważ wkrótce mają opuścić sierociniec), historia opowiedziana przez Sheere zmienia wszystko. Do Chowbar Society, organizacji zobowiązującej swoich członków do niesienia sobie wzajemnej pomocy, dołącza kolejna osoba (choć przyjechała tu na krótko). Za cel stawiają sobie odnalezienie w Kalkucie pewnego domu, jednak niespodziewanie sprawy bardzo się komplikują. Ben dowiaduje się, że ktoś czyha na jego życie i nie tylko on sam jest w niebezpieczeństwie. Niedopowiedzenia, tajemnice, niezwykłe zdarzenia i morderca, który nie cofnie się przed niczym... Czy w tej sytuacji członkowie Chowbar Society wywiążą się z nałożonych na siebie zobowiązań?

Wciągająca, przepełniona mieszanką magii i tajemnicy, a jednocześnie lekka, napisana przystępnym i barwnym językiem. Taka jest właśnie ta historia. Bohaterowie są różnorodni, może nieszczególnie zaskakujący czy warci większej uwagi (może poza Benem), po prostu zwyczajni i dzięki temu wiarygodni. Widać, że ich wzajemne oddanie jest szczere. Chętnie dowiedziałabym się więcej o samym Benie, charakteryzującym się ciekawą osobowością, której jednak nie było mi dane poznać bliżej, gdyż na pierwszy plan niezmiennie wysuwała się owa tajemnica, mająca swój początek w nieznanej mu przeszłości. Przeszłości, od której nie da się uciec, nawet nie będąc świadomym, czego dotyczyła. Ucieczka jest jedynie odwlekaniem w czasie nieuniknionego, ponieważ demony przeszłości bywają bardzo cierpliwe. Czy nasi bohaterowie będą w stanie sprostać czekającym na nich wyzwaniom? Ile będą musieli poświęcić, aby wyjść cało z niebezpieczeństwa?

Choć ta książka nie wywarła na mnie aż takiego wrażenia, jak "Książę Mgły", nie można odmówić jej swoistego uroku, sprawiającego, że tak dobrze się ją czyta. Mimo to muszę przyznać, że opisana tu historia nie do końca mnie przekonała. Czegoś mi brakowało, jednak nie przeszkodziło mi to w czerpania przyjemności z lektury. Właściwie dopiero teraz poczułam chęć zapoznania się z późniejszymi powieściami autora i z niecierpliwością będę wyczekiwać tej sposobności. Czy przeczytać "Pałac północy"? Na to pytanie niech każdy odpowie sobie sam. Ja w każdym razie nie żałuję tej decyzji.

"Bo dać wiarę prawdzie, to rzecz najtrudniejsza i nic tak nie kusi jak kłamstwo, zwłaszcza potężne."
7/10