Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ebook. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ebook. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 października 2018

J. Ćwiek "Stróże"

Bardzo polubiłam serię książek o Kłamcy, więc z radością powitałam wiadomość, że autor postanowił jeszcze bardziej rozszerzyć to uniwersum. Więcej nawet, gdy tylko się o tym dowiedziałam, chciałam jak najprędzej chwycić za książkę (w tym przypadku za czytnik).

czwartek, 1 marca 2018

Słów kilka o czytnikach

Jeszcze nieco ponad rok temu prawdopodobnie nie pomyślałabym, że znajdę się w posiadaniu czytnika, tymczasem w lutym tamtego zdecydowałam się na zakup Kindle Paperwhite. W międzyczasie dziwiłam się, jak niektórzy mogą mieć więcej niż jeden czytnik. Bo i po co? A teraz co? Mam i PocketBooka Touch Lux 3, bo bardzo zależało mi na dostępie do Legimi. A skoro już w miarę oswoiłam się z obydwoma czytnikami, to postanowiłam zrobić małe porównanie. Z góry przepraszam, jeśli wyszło nieco chaotycznie.

sobota, 8 lipca 2017

S. Simukka "Czarne jak heban"

Wydawnictwo: YA!  |  Liczba stron: 192  |  Seria: Lumikki Andersson (3)
Po wydarzeniach w Pradze, które przyniosły jej pewną sławę, Lumikki wraca do codziennego życia, które - o dziwo - zaczyna się układać. Wreszcie zdołała pozbierać się po rozstaniu z Liekkim, a do tego znalazła kogoś, przy kim dobrze się czuje. Sampsa zdołał ją nawet namówić na wzięcie udziału w przedstawieniu! Byłoby jednak zbyt pięknie, gdyby tak już zostało. Zaczynają się pojawiać liściki, esemesy, grożby. Lumikki ma cichego wielbiciela… czy raczej prześladowcę, który nie tylko wie to, z czego niewielu zdaje sobie sprawę, on zdaje się wiedzieć to, czego tak desperacko poszukuje Lumikki. Prawdę o jej rodzinnym sekrecie.

Poprzednie części serii czytałam dość dawno, więc nie byłam pewna, czy pamiętam wszystko, co powinnam. Na szczęście "Czarne jak heban" zawiera w sobie wystarczająco podpowiedzi, by nawet ci, którzy nieco już pozapominali, byli w stanie stopniowo zorientować się w tym wszystkim. Lumikki wciąż pozostaje silną postacią, choć do tej pory mogła przy Sampsie nieco spuścić gardę i po prostu cieszyć się tym, co ma. Wraz z pojawieniem się prześladowcy, Lumikki na nowo zaczyna się obawiać, dostrzega, że jej przeszłość wciąż kładzie się cieniem na jej życiu i jak bardzo różni ją to od Sampsy. Niespodziewanie pojawia się także Liekki. Jak w tym wszystkim odnajdzie się nasza bohaterka?

Książkę tą, choć porusza dość ciężkie tematy, czyta się lekko. Jest napisana prostym językiem i tak jak poprzednie części nawiązuje w pewien sposób do baśni. Tutaj przede wszystkim za sprawą przedstawienia, w którym Lumikki gra swoją imienniczkę, Śnieżkę. Czasami miałam wrażenie, że pewne elementy były przesadzone (podobnie jak poprzednio), chociażby umiejętności Lumikki, ale potrafię przymknąć na to oko.

"Czarne jak heban", choć króciutkie, jest dobrym zakończeniem serii. Nie rewelacyjnym, po prostu dobrym. Poznajemy odpowiedzi na dręczące nas i główną bohaterkę już od pierwszego tomu pytania. Do tego książkę czyta się szybko i tak też płynie akcja. Nada się na lekkie czytadło na jeden wieczór.

sobota, 29 kwietnia 2017

J. Ćwiek "Chłopcy"

Wydawnictwo: SQN  |  Liczba stron: 320  |  Seria: Chłopcy (1)
Na pewno kojarzycie Piotrusia Pana, Dzwoneczka i Zagubionych Chłopców, prawda? A wiecie, że ich bajka skończyła się trochę inaczej? A raczej wciąż trwa, choć już nie w magicznym świecie i bez Piotrusia Pana, o którym lepiej nie wspominajcie - to drażliwa kwestia. Zagubieni Chłopcy wciąż więc trwają - trochę wyrośnięci, choć wciąż nie dojrzali - z Dzwoneczkiem na czele, do której teraz zwracają się "mamo".

Niech Was nie zwiedzie inspiracja Piotrusiem Panem, "Chłopcy" to powieść od początku do końca wulgarna i takim też językiem pisana. Właśnie dlatego, chociaż już od dawna byłam jej ciekawa, miałam też co do niej pewne obawy. W zależności od tego, z jakim podejściem rozpoczyna się tę książkę można ją albo zmieszać z błotem, albo po prostu dobrze się przy niej bawić, a nawet i doszukiwać się w niej nieco głębszego przekazu. Ja nastawiałam bardziej na coś lekkiego, nie do końca na poważnie i na szczęście udało mi się trafić do tej drugiej grupy. Jedyne, czego żałuję, to to, że Piotrusia Pana znam dość pobieżnie i - co za tym idzie - nie udało mi się wyłapać wszystkich nawiązań do jego historii. Jest to tym bardziej przykre, że sam autor wspomina, jak ważna była dla niego ta opowieść.

Przez większość czasu "Chłopcy" to po prostu zbiór opowiadań przybliżających nam codzienność tego mocno nietypowego gangu motocyklowego, którego kwatera mieści się w starym parku rozrywki. Alkohol, kobiety, zabijanie potworów, trochę innych interesów, chociażby tych wymagających użycia magicznego pyłku - dzień jak co dzień dla Zagubionych Chłopców. Od czasu do czasu pojawia się jednak coś, co pokazuje, że ich życie nie jest wyłącznie zabawą. Stopniowo dostajemy wskazówki na temat tego, dlaczego opuścili Nibylandię, dlaczego nie ma z nimi Piotrusia Pana, a ostatni rozdział pozwala przypuszczać, że całe to wprowadzenie miało coś na celu, że w następnej części możemy się spodziewać czegoś więcej.

"Im później nauczysz się bać, ksiądz - Kruszyna dobył noża 
i rozejrzał się za jakimś patykiem - tym później dorośniesz."

Dzwoneczek, choć drobniutka, najłatwiej będzie określić terminem ostra babka. Dość wspomnieć, że ta mała blondyneczka trzyma w garści cały gang motocyklowy i nikt nie ośmieli się jej sprzeciwić. Spośród reszty wyróżniają się ci, którzy byli z nią od początku, którzy do życia w naszym świecie musieli dopiero przywyknąć. Poza tym mamy nowicjuszy, którzy na miano Zagubionych Chłopców muszą sobie dopiero zasłużyć. A czy wspominałam już, że ta zgraja dba też o dzieci z sierocińca?

Przy okazji wspomnę o opowiadaniu, które nie załapało się do tej książki i zostało wydane osobno w formie ebooka. Konkretnie "Faul to cię zrobił" zaliczające się do historii ze szkolnych lat Chłopców. Jest raczej przeciętne i spokojnie można je ominąć, ale jeśli komuś mało przygód Zagubionych Chłopców, to nie zaszkodzi na nie zerknąć.

Do "Chłopców" pochodziłam nieco z obawą, jednak naprawdę dobrze się przy tej książce bawiłam. Polubiłam tę zgraję, nawet mimo ich wulgarności i raczej przedmiotowego traktowania kobiet - cóż, najwyraźniej mają coś w sobie. A może to tylko zasługa magicznego pyłku? Tak czy inaczej, z chęcią poznam ich dalsze przygody.

"Życie życiem, realność realnością, ale gdy raz wdepniesz w jakąś bajkę,
 to twój świat będzie nią śmierdział, aż zdechniesz."

poniedziałek, 1 lutego 2016

J. Conrad "Jądro ciemności"

wolnelektury.pl  |  Ilość stron: ok. 160
Gotowi na podróż małym, już nieco zdezelowanym parostatkiem wgłąb afrykańskiej dżungli? Waszym przewodnikiem będzie Marlow, który również po raz pierwszy zapuszcza się w te strony, do miejsca, gdzie tak zwana cywilizacja jeszcze nie dotarła, a nawet jeśli, to raz po raz wystawiana jest na próbę. Tak samo, jak dotychczasowy światopogląd. Macie już dość? Jeśli nie, może wybierzecie się dalej, na spotkanie z owianym legendą agentem kolonii? Kurtz, bo o nim mowa, zawędrował dalej, niż ktokolwiek inny i właśnie jego działalność przynosi największe dochody. Jaką osobą może być człowiek, który od tak dawna żyje w środku dżungli, otoczony dzikimi plemionami?

"Przenikaliśmy wciąż głębiej i głębiej w jądro ciemności. Bardzo tam było spokojnie."

Biorąc pod uwagę tytuł, spodziewałam się czegoś bardziej szokującego, dosadnego, tymczasem okazało się, że tytułowe jądro ciemności zostało przedstawione bardziej... subtelnie, choć i tak niepokojąco. Poznając tamtejszy styl życia białych przybyszów, samemu stając się jego częścią, nie trudno o różnego rodzaju przemyślenia, a nawet dylematy moralne. Wystarczy zobaczyć, jak traktowani są rdzenni mieszkańcy, praktycznie nie uważani nawet za ludzi - ci, którzy zostali podporządkowani przybyszom, zmuszani są do niewolniczej pracy ponad siły, a gdy już przestają być potrzebni, pozostaje im jedynie umrzeć z głodu; ci, których nie udało się pojmać, budzą strach, ich niezrozumiałe zwyczaje - wstręt, stanowią jedynie zagrożenie i przeszkodę w eksploatacji nowych terenów.

Jeśli chodzi o Kurtza, dopiero pod koniec dane nam jest poznać go osobiście. Przez cały pozostały czas słyszymy jedynie wzmianki o nim od innych, co przydaje mu tym większego statusu żywej legendy. Możemy snuć domysły, ale czy okażą się one trafne? Z kolei Marlowa dość szybko polubiłam. Co prawda nie sprzeciwia się otwarcie niewolnictwu, jednak widać, że jest mu to nie w smak, a z całym tym procederem nie zamierza mieć wiele wspólnego. Nie interesują go też tamtejsze walki o wpływy, jest jakby mimowolnym obserwatorem.

Miała to być moja lektura szkolna, ale ostatecznie nie wyrobiliśmy się z materiałem i jakoś została pominięta. Ale nie przeze mnie. Słyszałam o niej sporo dobrego, dlatego też szkoda było mi tak po prostu ją sobie odpuścić, zwłaszcza że do długich nie należy. I bardzo się cieszę, że jednak ją przeczytałam. Po pierwsze, sposób przedstawienia fabuły jako opowieści snutej gdzieś na morzu przez Marlowa (o czym przypominają nam sporadyczne wtrącenia czy zwroty wprost do słuchaczy), dzięki czemu całość wydaje się jakby bardziej osobista. Zaznaczę jednak, że fakt ten może nieco zrazić osoby, które nie lubią takich gawęd. Dalej język - bardzo przyjemny i niezwykle barwny, który sprawia, że aż chce się czytać dalej (przynajmniej gdy już wciągnie się w fabułę i nieco rozezna w sytuacji).

Mogłabym czytać i czytać, jak Marlow opowiada, dlatego też byłam szczerze zaskoczona, gdy dobrnęłam do ostatniego zdania. Powieść pozostawiła po sobie jakiś niedosyt, jakby po drodze umknęło mi coś ważnego, a przez to miałam ochotę w tej samej jeszcze chwili zacząć ją ponownie, by tym razem móc się zaczytywać w większym skupieniu, uważniej, aby nie uronić ani słowa. Chwilowo zaniechałam tego pomysłu, jednak jestem pewna, że za jakiś czas jeszcze wrócę do tej książki. Nie zrażajcie się więc, jeśli z początku nie będzie Wam szło. Może to po prostu nie jest odpowiednia chwila na "Jądro ciemności"? Ja z pewnością będę tą powieść dobrze wspominać.

"Żyjemy tak, jak śnimy - samotnie."

sobota, 28 listopada 2015

S. Simukka "Białe jak śnieg"

Wydawnictwo: YA!  |  Ilość stron: 256  |  Seria: Lumikki Anderson (2)
Od wydarzeń z pierwszej części minęło już trochę czasu, nastało lato i Lumikki postanowiła wybrać się do Pragi. Miasto to bardzo jej się spodobało, jednak na kilka dni przed planowanym powrotem stało się coś całkowicie niespodziewanego, zagadnęła ją kompletnie obca dziewczyna, oświadczając, że prawdopodobnie są siostrami. Stek kłamstw? Teoretycznie tak właśnie powinno być, jednak coś nie pozwala Lumikki ot tak zignorować słów niewiele od niej starszej Lenki. Dziewczyna zdaje się wiedzieć o niej i jej ojcu nieco za wiele, zna szwedzki, a w dodatku wszystkie te rewelacje obudziły w Lumikki jakieś niejasne wspomnienia z dzieciństwa, na nowo przywołały dawno pogrzebany w zakamarkach pamięci koszmar. Co to może oznaczać? Czyżby panująca od zawsze w jej rodzinie atmosfera tajemnicy i niedomówień właśnie zaczynała nabierać sensu? Przed Lumikki trudny wybór - zignorować całe to zamieszanie, czy może uwierzyć w domniemane więzy krwi łączące ją z Lenką? Ale, ale! Jest jeszcze coś. Matka dziewczyny zmarła kilka lat temu, a ona sama ma teraz nową rodzinę - Białą Rodzinę.

Tym oto sposobem Lumikki z dnia na dzień znów wplątuje się w niebezpieczeństwo, tym razem w postaci sekty, która wcale nie jest tą dobrą rodziną, za jaką ma ją Lenka. Tylko jak udowodnić to dziewczynie, która od lat żyła pod całkowitym wpływem jej pełnego fałszu przywódcy? I czy w ogóle warto narażać się dla kogoś, kto jedynie przypuszczalnie może być jej krewnym? W międzyczasie poznajemy również Jiriego, ambitnego dziennikarza (z nie najgorszą osobowością), który ostatnio dostał cynk na Białą Rodzinę. Czyżby szykowało się coś większego?

Lumikki wciąż pozostaje twardą i zaradną dziewczyną, którą da się lubić, jednak poznanie Lenki nieco wytrąca ją z dotychczas utrzymywanej równowagi, budzi wątpliwości. Tym razem to nie wspomnienia prześladowania, jakiego doświadczyła, grają tu główną rolę. Upalne dni przypominają jej poprzednie lato, a konkretnie te dni pełne szczęścia, które utraciła. Dziewczyna boi się uwierzyć w swoje powiązania z Lenką, jednocześnie przyłapując się na tym, że coraz bardziej zależy jej na domniemanej siostrze. Czy pozwoli sobie ponownie otworzyć się na drugą osobę?

Przyznam szczerze, że z początku nie byłam przekonana do całego tego wątku z sektą i to wcale nie dlatego, że uważałam go za nieciekawy, nieprzekonujący czy coś w tym stylu - po prostu kompletnie nie miałam ochoty zagłębiać się w ten temat. Autorka jednak na swój sposób sobie z nim poradziła. Ta - co tu ukrywać - nienależąca do najprzyjemniejszych kwestia za sprawą niezwykle lekkiego stylu Simukki stała się zdecydowanie łatwiejsza w odbiorze, nie czuło się jej ciężaru, a akcja toczyła się bardzo szybko. Co więcej, nie powiedziałabym, że intryga należy do szczególnie skomplikowanych, jednak całkiem prosta też nie jest. Dzięki temu "Białe jak śnieg" świetnie sprawdza się jako niezbyt zobowiązująca lektura na wieczór czy dwa.

W końcu dostałam odpowiedź na dręczące mnie od pierwszej części ("Czerwone jak krew") pytanie - co zaszło między Lumikki a jej ukochanym. I przyznam, że wyjaśnienie mnie zaskoczyło, czegoś takiego kompletnie się nie spodziewałam. Jednocześnie dostałam kolejne niewiadome, których rozwiązania mam nadzieję znaleźć w ostatniej części przygód Lumikki, "Czarne jak heban". Oby było warto.

"Właściwe informacje otwierają te drzwi, które zazwyczaj zamknięte są na cztery spusty."

czwartek, 30 kwietnia 2015

A. Christie "Morderstwo w Orient Expressie"

Wydawnictwo Dolnośląskie  |  Ilość stron: 264
Zimową porą niezastąpiony detektyw Herkules Poirot wyrusza w drogę powrotną po kolejnej rozwiązanej sprawie. Pogoda nie skłania do podróży, tak więc pociągi są opustoszałe, a jednak gdy zostaje pilnie wezwany do powrotu, udaje mu się dostać do najbliższego pociągu jedynie dzięki wpływom napotkanego tam przyjaciela. W tytułowym Orient Expressie napotyka niezwykle różnorodną mieszankę pasażerów, spośród których praktycznie każdy reprezentuje inną klasę społeczną. Jeden z nich, starszy mężczyzna, któremu źle z oczu patrzy, proponuje Poirotowi zatrudnienie przekonany, że ktoś czyha na jego życie. Detektyw odmawia, pociąg zostaje zatrzymany ze względu na złe warunki, a niedoszły pracodawca wkrótce zostaje odnaleziony w swoim przedziale martwy, wielokrotnie dźgnięty nożem z różną siłą. Poszlaki prowadzą donikąd, nietypowe okoliczności coraz bardziej komplikują sprawę i żaden z pasażerów nie wydaje się mieć dość dobrego powodu, by popełnić morderstwo. W tej sytuacji pozostaje tylko jedno rozwiązanie - zdać się na nieprzeciętne zdolności Poirota. Przesłuchanie czas zacząć...

"Aha - mruknął detektyw, - Więc to tak. Wyzwanie. Świetnie. Podejmuję je."

Sprawa wydaje się już na wstępie przegrana - praktycznie wszyscy pasażerowie mają alibi, a ponieważ pociąg utknął gdzieś w śnieżnych zaspach, nie sposób jest zweryfikować podawanych przez nich informacji. Przynajmniej niektóre z poszlak wydają się być fałszywe, pasażerowie zgodnie twierdzą, że są dla siebie nawzajem całkowicie obcy, choć Poirot ma powody sądzić, że jest inaczej. Jedynym wyjściem pozostają więc kolejne przesłuchania i wyciągnięcie z nich odpowiednich wniosków - kto kłamie i w jakiej kwestii. A kto jak kto, ale Herkules Poirot nadaje się do tego zadania idealnie. Z zainteresowaniem podążałam za jego tokiem rozumowania, byłam świadkiem tego, jak ze znanych mi już wypowiedzi i reakcji pozostałych bohaterów potrafił wyciągnąć o wiele więcej niż ja. A inne postacie? Spośród tej barwnej mieszanki również można było wyłowić kilka naprawdę ciekawych osobowości, które wiele wniosły do powieści - w końcu bez ich mniejszych lub większych intryg cała ta sprawa nie byłaby tak zagmatwana.

"Ma to swoje zalety - oświadczył Poirot. - Gdy osobę, która kłamie, postawi się w obliczu prawdy, zwykle się przyznaje, często przez czyste zaskoczenie. Należy więc tylko prawidłowo odgadnąć, by osiągnąć spodziewany rezultat."

Powieść ta została skonstruowana w taki sposób, by dać czytelnikom jak największe pole do popisu. Najpierw zostają nam więc przedstawione poszczególne wydarzenia, mamy też czas nieco bliżej przyjrzeć się pasażerom, chociażby ofierze we własnej osobie, podróżującemu z nim McQueen'owi, hrabi i hrabinie Andrenyi, czy lubiącej być w centrum uwagi pani Hubbard. Następna jest zbrodnia, a po niej przesłuchania poszczególnych osób, jedynie sporadycznie uzupełniane spostrzeżeniami Poirota. Dostajemy szansę na poprowadzenie własnego śledztwa, wspomagając się mniej lub bardziej oczywistymi podpowiedziami naszego detektywa. Taki sposób prowadzenia akcji naprawdę dobrze się sprawdza, choć nie musi oznaczać rozwiązania zagadki na własną rękę.

Już od dawna planowałam bliżej zapoznać się z postacią Poirota (znanego mi już z "Pięciu małych świnek" i kilku opowiadań), więc cieszę się, że w końcu miałam okazję przeczytać "Morderstwo w Orient Expressie". Powieść wywarła na mnie bardzo dobre wrażenie, myślę nawet, że jest to jedna z lepszych książek Agathy Christie. Jestem pewna, że jeszcze nieraz zdarzy mi się obserwować metody śledcze Herkulesa Poirota.

"To dobre zdanie! - pochwalił go Poirot. - Niemożliwe nie może się zdarzyć, wobec tego pozornie niemożliwe musi być możliwe."

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

S. Simukka "Czerwone jak krew"

Wydawnictwo: YA!  |  Ilość stron: 256  |  Seria: Lumikki Andersson (1)
Gdy Lumikki jak co dzień weszła do szkolnej ciemni, jej oazy spokoju, nie była przygotowana na to, co tam zastała. Widok ociekających rozwodnioną już krwią banknotów był dla niej szokiem. A to tylko pierwsze z wydarzeń prowadzących do uwikłania się w pewną niebezpieczną historię. Czy dziewczyna będzie w stanie wyjść z tego bez szwanku?

Skąd na podwórku szkolnej piękności wzięła się torba pełna zakrwawionych pieniędzy? Trafiła na niewłaściwy trawnik? A może jednak to ukochany tatuś Elisy, szanowany policjant jest zamieszany w szemrane interesy? Gdy staje się jasne, że Lumikki dowiedziała się o pieniądzach, Elisa korzysta z okazji, by podzielić się z nią swoimi obawami. Z kolei nasza dotąd unikająca kłopotów jak ognia bohaterka nie potrafi odmówić tak bezpośredniej prośbie i tym samym brnie coraz dalej w nieswoje sprawy, wystawia się na niebezpieczeństwo dużo większe niż troje znajomych, którzy znaleźli pieniądze. Podejmuje ryzyko dla osób, z którymi do tej pory nie zamieniła praktycznie ani słowa.

"Była sobie raz dziewczynka, która nauczyła się bać."

Książkę czyta się szybko i sprawnie, po części dzięki krótkim rozdziałom. Nie znajdziemy tu też przydługich opisów. Poza tym potrafi wciągnąć, a rozgrywające się wydarzenia mamy okazję poznawać z różnych perspektyw. Warto wspomnieć o tym, że autorka inspirowała się bajką o Królewnie Śnieżce, choć nie na tyle, by powieść stała się przewidywalna. Znajdziemy tu kilka jej fragmentów, a także bezpośrednie nawiązanie, jakim jest imię głównej bohaterki, ponieważ Lumikki jest właśnie odpowiednikiem naszej Śnieżki. Mroźna zima jest dla tej historii ciekawym tłem. Śnieg nadaje pewnego klimatu, utrudnia ucieczkę, zabarwia się na czerwono.

Spotkałam się z porównaniem Lumikki do Holmesa. Przyznam, że jest w tym trochę prawdy, jednak nie potrafię się z tym całkowicie zgodzić. Lumikki wykształciła pewien mechanizm obronny, z którego do tej pory korzystała jedynie dla własnych potrzeb i nie uległoby to zmianie, gdyby nie została wmieszana w tę sprawę. Można powiedzieć, że jej umiejętności są przesadzone. Można to też zrzucić na karb przystosowania do niesprzyjających warunków, do których niewątpliwie można zaliczyć dręczenie, jakiego doznawała w przeszłości. Jedno jest pewne - gdyby Lumikki choć trochę bardziej przypominała rozpieszczoną Elisę, jej szanse na wyjście cało z tej niespodziewanej sytuacji drastycznie by spadły. Poza tym jej działania wcale nie były tak doskonałe, popełniała błędy jak każdy.

"Nie zbieraj sił, aby się mścić. Zbieraj siły, aby uniknąć sytuacji, po której mogłabyś szukać zemsty."

To dziewczyna nieco pesymistycznie nastawiona do świata, a jednak bardzo wytrwała i pewna siebie. Nie jest osobą, która pogrąża się w beznadziei. Zamiast poddawać się, walczy do końca i zawsze szuka rozwiązania, jednak widać, że przeszłe zdarzenia mocno odcisnęły na niej swoje piętno. Choć jest silna, brzydzi się przemocą, ponieważ sama jej doświadczyła. Można się zastanawiać, dlaczego Lumikki nie powiedziała nikomu o swoich problemach, jednak właśnie takie nastawienie panuje w jej domu, gdzie o złych rzeczach się po prostu nie rozmawia. Ale dlaczego? Czyżby nie tylko ona ukrywała dramatyczne wydarzenia? Odpowiedź na to mogą przynieść dopiero kolejne tomy.

Do "Czerwone jak krew" podchodziłam z pewnym przymrużeniem oka chociażby ze względu na nieco zbyt wymyślne niebezpieczeństwa, z którymi musiała się zmierzyć Lumikki. Wciąż jest to jednak ciekawa i wciągająca lektura z wartką akcją i inteligentną główną bohaterką, na której przeczytanie nie zaszkodzi się skusić. Chętnie zapoznam się także z pozostałymi częściami "barwnej" trylogii.

"W domu wytapetowanym milczeniem nie można ni stąd, ni zowąd zaczynać generalnego remontu."

czwartek, 19 lutego 2015

M. Chmielewski "Zrobiłbym coś złego"


Wydawnictwo: ebooks43.pl

Lata dziewięćdziesiąte, wakacje jak każde inne w pewnej podrzędnej mieścinie na północy Polski i czterech chłopców, z którymi nie każdy miałby ochotę się spotkać (a już na pewno nie działkowcy). Ja raczej też wolałabym trzymać się od nich z daleka, jednak wcale nie przeszkadzało mi to w czerpaniu przyjemności z lektury. Bardzo dobrze czyta się o ich zwykle nieprzemyślanych, niedojrzałych, często także niebezpiecznych wybrykach. Jak twierdzi sam Chyra - narrator tej historii - to lato było kwintesencją wszystkich wakacji, jakie do tej pory przeżyli, choć, niestety, zakończyło się niewesoło.

"Wiecie, zrobiłbym coś złego."

Właśnie powyższy zwrot, zwykle wypowiadany przez Szczepana, pomysłodawcę większości ich wyskoków, stanowił początek kolejnych ich przygód. Obrzucanie nadjeżdżających aut jajkami, berek na cmentarzu, zabawy wokół torów - to tylko nieliczne z ich niekoniecznie niewinnych wybryków. Widać, że chłopcy cieszą się z życia i korzystają z jego uroków, ewentualne nieprzemyślane decyzje zrzucając na młody wiek. Pełno tu wspomnień o ich wcześniejszych wygłupach oraz uwag odnośnie jeszcze nie tak dawnych sposobów spędzania wolnego czasu - poza domem, bez komputerów, internetu czy telefonów.

Nie da się zapomnieć o wydarzeniu, do którego akcja książki cały czas powoli dąży, gdyż narrator niemal w każdym rozdziale nawiązuje do niego w taki, czy inny sposób. O posiadanej przez jednego z chłopców broni, która niczym miecz Damoklesa zwiastuje coś złego. Wprowadza to pewne napięcie, oczekiwanie na to, co nieuchronne. Każde kolejne wydarzenie przybliża nas do pewnego feralnego dnia, kiedy to wszystko poszło nie tak, jak powinno. Dla kogoś wszystko się wtedy skończyło, dla kogoś innego stało się raczej początkiem całkiem innego życia, ale więcej nie zdradzę.

"Niech się dzieje, co chce, ale beze mnie."

Książka została napisana bardzo prostym, szczerym, niestroniącym od wulgaryzmów językiem, jakiego moglibyśmy się spodziewać po jej bohaterach. Nie ma tu żadnych zbędnych upiększeń. Przy każdej niemal okazji daje o sobie znać brutalna rzeczywistość - bójki, kiepskie zakończenia niebezpiecznych zabaw, chłopak siejący postrach w całej okolicy, a w ostateczności także przerwane bez ostrzeżenia dzieciństwo. Cechy te sprawiają jednak, że całość przedstawia się nieco beznamiętnie, a wszelkie emocje mogą się wydawać jakby przytłumione, choć nie poczytuję tego za wadę.

Przyznam, że autorowi udało się wprowadzić mnie w błąd. Już od początku przypuszczałam, że mniej więcej domyśliłam się przebiegu wydarzeń, które zaważą na dalszym życiu chłopców. Dopiero później przekonałam się, jak bardzo się myliłam. Książka nie jest długa, co więcej, można ją bezpłatnie pobrać tutaj, więc myślę, że nie zaszkodzi poświęcić jej trochę swojego czasu. Ja nie żałuję.

"Pierwszy raz przesłuchałem «Smells like teen spirit» z rozchylonymi ustami. Byłem w szoku,
kompletnie rozmontowany. Nie byłem na to przygotowany."
6/10

wtorek, 29 kwietnia 2014

O. Wilde "Portret Doriana Graya"



Wydawnictwo: W.A.B.
Rok wydania: 2010
Ilość stron: 304

Po tą książkę (powstałą w 1890r.) sięgnęłam, nie wiedząc praktycznie nic ani o niej samej, ani o jej autorze. Nazwisko Oscara Wilde'a oczywiście kojarzyłam, a jakże, ale niewiele ponad to. Jak więc wypadło moje pierwsze spotkanie z dziełem tego ekscentrycznego twórcy?

Dorian Gray. Młody i piękny. A także podatny na wpływy, gdyż wystarczyła jedna rozmowa z lordem Henrym Wottonem, by zasiać w nim ziarno zwątpienia w przyszłość, która w ostatecznym rozrachunku i jemu odbierze oszałamiającą powierzchowność, której każdy mu zazdrości. To właśnie za jego sprawą znienawidził swój dopiero co powstały portret i stwierdził, że oddałby wszystko, nawet własną duszę, aby to jego uwieczniona na płótnie podobizna mogła się zestarzeć zamiast niego. Choć wtedy nie zdawał sobie jeszcze sprawy z wagi wypowiedzianych w przypływie gniewu słów... Zgodnie z obawami Bazylego - jego przyjaciela i autora wspomnianego obrazu, dalsze towarzystwo Henry'ego diametralnie zmieniło jego dotychczasowe spojrzenie na świat. Nabrał śmiałości, przejął wiele poglądów i zwyczajów swojego nowego przyjaciela, powoli zaczął coraz bardziej korzystać z życia. Tymczasem Henry z satysfakcją obserwował rezultaty wpływu, jaki wywierał na młodzieńcu własnymi słowami. I tak też spokojnie mijały dni, aż do chwili, gdy pewne wydarzenie odcisnęło na Dorianie swoje piętno. Sęk jednak w tym, że nie na tym właściwym - widoczna zmiana zaszła w postaci z portretu...

"Jedynym sposobem pozbycia się pokusy jest uleganie jej."

Z czasem coraz bardziej cenił swoją niezmienną powierzchowność, którą mógł porównać do szkaradniejącego z każdym jego złym uczynkiem obrazu. Choć zachodzące w obrazie zmiany powinny go martwić, a nawet przerażać, czuł raczej rosnącą fascynację zepsuciem duszy, które zamiast w jego wyglądzie i postawie, dawało się zauważyć w portrecie. On tymczasem wciąż trwał niezmienny dla wszystkich wokół. Stał się współczesnym sobie arbitrem elegancji, człowiekiem wszechstronnym, którego wszystko interesowało, a jednocześnie niestałym, gdyż zdarzało mu się szybko to zainteresowanie tracić. Stopniowo coraz bardziej zatracał się w zepsuciu, a z czasem stał się również jego przyczyną dla innych. Ten niegdyś niewinny młodzieniec z biegiem lat sam zaczął roztaczać destrukcyjny wpływ, stał również obiektem niewybrednych domysłów, których przeważająca liczba miała w sobie więcej niż ziarnko prawdy.

"Płytki żal i płytka miłość żyją długo. Wielki żal i wielka miłość giną od własnego nadmiaru."

Ale nawet jeśli wszystkie zewnętrzne przejawy jego zepsucia zachował jedynie portret, Dorian nie zdoła uciec od własnych myśli i obsesji, którą staje się dla niego obraz. Obsesji tak silnej, że niejednokrotnie pchała go do czynów gwałtownych, nierozsądnych, czasami wręcz graniczących z szaleństwem. "Portret Doriana Graya" to studium człowieka zuchwałego, ciekawego świata, lecz niepozbawionego chorych żądz i ambicji. Człowieka nieodgadnionego, pełnego niejasności. Z początku kilkukrotnie ukierunkowany przez lorda Henry'ego chłopak zaczął na własną rękę prowadzić bliżej niesprecyzowane poszukiwania. Jaki był jego cel? Szczęście? Kwintesencja życia? A może nawet on sam tego nie wiedział? I - co najważniejsze - jaki będzie finał jego zmagań ze światem i samym sobą?
Nie zapominajmy też, że nie on jedyny towarzyszy nam na kolejnych stronach powieści. Inni bohaterowie również zostali ciekawie nakreśleni. Jest więc malarz Bazyli Hallward, dla którego Dorian stał się zarówno drogim mu przyjacielem, jak i niezwykłą inspiracją, natchnieniem, które wnosi do jego prac to, czego dotychczas tak bardzo im brakowało. Jak odbiją się na nim zmiany zachodzące w Dorianie? Jest i Henry Wotton, całkowite jego przeciwieństwo, człowiek do bólu szczery, albo wręcz odwrotnie, ceniony w towarzystwie za swoje odważne (zdaniem niektórych wręcz niebezpieczne) poglądy, zdecydowany i energiczny, mający o kobietach bynajmniej marne mniemanie.

"Życie było chaosem, ale wyobraźnia miała swoją straszliwą logikę."

Początkowo sądziłam, że nie napiszę na temat tej książki zbyt wiele, tymczasem wraz z kolejnymi słowami pojawiały się coraz to nowe tematy, o których warto byłoby wspomnieć. Zastanawiałam się też, czy aby nie zdradziłam za wiele. I znów miałam problemy z wystawieniem oceny. Jednocześnie nadal tkwiła we mnie obawa, że nie uda mi się uchwycić tego, co najważniejsze. Bo choć historia Doriana Graya sama w sobie może nie jest szczególnie odkrywcza (a przynajmniej takie odnosiłam czasem wrażenie), to niepostrzeżenie wciąga w swój świat, by następnie nieustannie zaprzątać sobą myśli czytelnika. A im dłużej tam pozostaje, tym więcej zalet zaczyna się w niej dostrzegać. Z pewnością już się tego domyśliliście, jednak dodam tak na koniec, że zdecydowanie jest to książka warta przeczytania.

"Książki, które świat nazywa niemoralnymi, to są właśnie te, które światu wykazują jego własną hańbę."
8/10

piątek, 25 kwietnia 2014

A. Ikeda "Życie jak w Tochigi. Na japońskiej prowincji"



Wydawnictwo: W.A.B.
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 320

Ile może mieć do powiedzenia Polka mieszkająca w Kraju Kwitnącej Wiśni? Najwyraźniej dość sporo, co w swojej książce udowadnia Anna Ikeda. Na początku znajdzie się krótka wzmianka o okolicznościach, które doprowadziły ją do Japonii. Co potem? Wszystkiego po trochę, jednak owe wszystko nieustannie kręci się wokół naszego głównego tematu - Japonii.

Liźniemy więc trochę historii Nikko (tam też mieszka autorka wraz z mężem i kotami) oraz pobliskich terenów, poznamy niektóre z tamtejszych zwyczajów i przekonamy się, że nie zawsze jest kolorowo. Ci, którzy liczą na jakieś konkretniejsze wzmianki na temat mangi czy anime mogą się rozczarować, gdyż autorka już na wstępie uprzedza, że w żadnym stopniu nie jest to jej dziedzina zainteresowań. Jest za to sporo o japońskim społeczeństwie, postrzeganiu gaijinów (cudzoziemców), faktach i mitach codziennego życia, oraz trochę na temat lokalnej kuchni. Nie zabraknie również wzmianek o japońskiej teściowej pani Ikedy, która bez powodzenia stale próbuje ujarzmić europejski temperament autorki. A z tego wynika oczywiście sporo ciekawych sytuacji... Dużo znajdziemy również na temat zwyczajów z pogranicza shintoizmu i buddyzmu, a to w znacznym stopniu za sprawą męża pani Anny - jak sama twierdzi - shintoistycznego otaku. Jak się okazuje, wiele wspólnego z historią Nikko i prefektury Tochigi mieli kapłani, ale tego wszystkiego możecie się dowiedzieć już bezpośrednio z książki. Dodam też, że na końcu znajduje się krótki słowniczek pojęć.

Tematów jest bez liku, jednak liczy się również forma. Czy autorka sobie z tym poradziła? Jak najbardziej! Przedstawia rzeczywistość taką, jaka jest. Szczerze, z pierwszej ręki, bez owijania w bawełnę, czy upiększania. I z bardzo przyjemną w odbiorze dozą ironii i humoru. Rozdziały są krótkie, zwykle mają po kilkanaście stron, na których swoje miejsce znajdują też różnorodne fotografie, również wykonane przez autorkę. Co więcej, pani Ikeda bywa prawdziwą mistrzynią dygresji (przy czym należy przyznać, że mimo to nadal dzielnie trzyma się tematu Japonii).

Książkę czytałam z przyjemnością. To lekka, niezobowiązująca lektura i naprawdę udany debiut. Może się oczywiście okazać, że dla osób lepiej obeznanych z tematem nie znajdzie się tu nic szczególnie odkrywczego. Taka to już kolej rzeczy. Tak czy inaczej, ostateczna decyzja należy do Was. Jeśli chcecie poznać kilka interesujących anegdotek, jesteście ciekawi skąd w Japonii wzięło się muzeum holocaustu lub jak pani Ikeda na jeden dzień została pastorem, zapraszam do lektury.

"Tubylcy spodziewają się, że będę odstawać od reszty. Zamiast więc próbować się dostosować, korzystam z okazji i rozkoszuję się swoją innością na wszystkich frontach."
7/10

niedziela, 2 lutego 2014

PM Nowak "Ani żadnej rzeczy..."



Wydawnictwo: Czarna Owca
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 352

Już od dłuższego czasu miałam w planach nieco poszerzyć znajomość naszej rodzimej literatury, jednak niewiele z tego wychodziło. Aby to zmienić w końcu sięgnęłam po długo już na tę chwilę wyczekującego ebooka "Ani żadnej rzeczy". Jest to pierwsza (i jak na razie jedyna) książka z serii o komisarzu Zakrzyńskim i prokuratorze Wilku. Czy się opłacało? Sprawdźcie.

Willa w Podkowie Leśnej staje się miejscem zabójstwa prawie czterdziestoletniej kobiety. Wkrótce podejrzenia padają na męża denatki, ekscentrycznego (fioletowy garnitur i pewne niezwykle charakterystyczne auto mówią same za siebie), starszego od niej człowieka, jednak jak na razie nie ma możliwości podważenia jego alibi. W tej sytuacji policja nie ma dużego wyboru i zaczyna prowadzić śledztwo nieco na oślep we wszystkich możliwych kierunkach. Przecież mimo wszystko pasowałoby się rozeznać w sytuacji. Jest też były mąż zamordowanej, obecnie fanatyk religijny (czy też człowiek postrzegający swoją wiarę zbyt dosłownie), który ma już za sobą pobyt w więzieniu, a i kilka innych mniej lub bardziej podejrzanych osób by się znalazło. Swoją rolę odegra także prasa (dokładniej brukowce), której nieustanne wtrącanie się od czasu do czasu nawet śledztwu może wyjść na dobre.

Pewny siebie (co niekiedy zahacza o ignorancję) policjant, który zna się na swoim fachu oraz kompletnie niedoświadczony prokurator, sprawiający wrażenie jakby pochodził z całkiem innej bajki... Jak widać duet raczej niezbyt dobrany. Ale czy to źle? Z pewnością będzie to dla obu panów nowe, a może nawet przydatne, doświadczenie. Dwa całkiem różne charaktery, inne spojrzenie na świat i swoją pracę, a co najważniejsze, na siebie nawzajem. Jak sprawdzi się to połączenie?
Bohaterowie nie wzbudzili we mnie jakiejś szczególnej sympatii, jednak nie byli mi też całkiem obojętni. Byłam raczej ciekawa innych ich cech, których jeszcze nie ujawnili (chodziło mi zwłaszcza o to, czy Wilk rzeczywiście pokaże, że jednak na coś go stać). Poza tym jest pewien szczegół dotyczący Zakrzyńskiego, którym autor zwodził mnie wręcz od samego początku, a jego rozwiązanie wywołało uśmiech na mojej twarzy.

Niemal wszystko kręci się tu wokół znalezienia mordercy. Nie znajdziemy tu wielu wątków pobocznych, nie poznamy bohaterów bliżej niż wymaga tego fabuła. Choć może nie jest to wielka strata, zwłaszcza w tym przypadku.
Całą sytuację poznajemy głównie z perspektywy Zakrzyńskiego, którego nieco ironiczne podejście do śledczych procedur i swojej pracy dobrze wpływa na odbiór powieści. Rozwiązywana sprawa może nie jest jakaś szczególnie odkrywcza (znalazło się parę faktów, których domyśliłam się prędzej niż nasi bohaterowie), jednak przystępny język stosowany przez autora sprawia, że czyta się całkiem przyjemnie. To dobre czytadło, choć właściwie nie wyróżnia się niczym niezwykłym i bez większego żalu można by było je sobie odpuścić. Podejrzewam, że nie zagrzeje na długo miejsca w mojej pamięci. Czy przeczytać? Decyzja należy do Was.

5/10

czwartek, 23 stycznia 2014

N. Gaiman "Księga cmentarna"


Wydawnictwo MAG
Rok wydania: 2009
Ilość stron: 192

Tej nocy jego rodzina została zamordowana. On również miał tak skończyć, choć był dopiero niemowlakiem. Wręcz cudem udało mu się uchronić od tego losu dzięki istotom z cmentarza, do którego zdołał się dostać (najwyraźniej szczęście mu sprzyja). Tam zmarli przejęli nad nim pieczę i nadali imię Nikt. Nikt Owens, dla przyjaciół Nik. Dorastając w tym niecodziennym środowisku wiele się dowie i wiele doświadczy, często będzie się wykazywał dziecinną naiwnością, jednak znajdą się w jego otoczeniu życzliwi ludzie (głównie zmarli zmarli) gotowi służyć mu pomocną dłonią. Wśród nich jest Silas, jego opiekun, który jako jedyny ma możliwość zapewnienia mu jedzenia i innych podstawowych dóbr materialnych. Mijają kolejne dni, miesiące, lata pełne nowych wrażeń. Jak od teraz będzie wyglądać jego życie?

Choć w dużej mierze akcja powieści poświęcona jest poszczególnym epizodom z życia Nikta, nie jest to jedyne, co autor ma nam do zaoferowania. Każdy z nich coś do tej historii wnosi, jest kolejnym etapem w rozwoju zarówno bohatera, jak i akcji. Nik gromadzi wiedzę i doświadczenie, które w odpowiednim momencie okażą się bardzo pomocne... Wiedzie dość spokojne życie na cmentarzu, jednak pewna osoba ma z nim niedokończone porachunki i powoli planuje ponowienie nieudanej próby zabójstwa. Czy i tym razem los będzie sprzyjał naszemu bohaterowi?

Neil Gaiman postanowił wrzucić nas na dość głęboką wodę i nie tłumaczyć tak od razu czekających na czytelników zawiłości. Na jakiej zasadzie funkcjonuje to miejsce? Dlaczego rodzina Nikta została zamordowana? Czym jest Swoboda Cmentarza? Co odróżnia Silasa od reszty jego mieszkańców? I kto tak właściwe czyha na jego życie?

Spodobała mi się wykreowana przez autora wizja życia pozagrobowego - wszystkie te zależności, niezwykłe istoty i niesamowite historie. Jednym z bardziej zapamiętałych wydarzeń był dla mnie wątek danse macabre, tutaj przedstawiony w nieco odmiennym znaczeniu niż miało to miejsce w średniowiecznym społeczeństwie. Trzeba jednak wspomnieć, że do akcji powieści wkradło się sporo niedopowiedzeń, wiele kwestii związanych z funkcjonowaniem owego nie zostało wyjaśnionych, gdyż nie były bezpośrednio związane z tajemnicą otaczającą naszego głównego bohatera. Takie rozwiązanie pozostawia pewien niedosyt, choć można to przeboleć.

"Księga cmentarna" przywodzi na myśl bajkę, cechuje ją pewna charakterystyczna naiwność (w pozytywnym sensie). Historie z życia Nikta są ciekawe, barwne i pełne różnego rodzaju niezwykłości, niektóre są niewinne, inne niebezpieczne, panuje wśród nich duża różnorodność. To wszystko czyni ją naprawdę przyjemną, niezbyt wymagającą lekturą, świetną na poprawę humoru. Ciekawym urozmaiceniem były też czarno-białe ilustracje. To książka dobra, choć nie rewelacyjna. Jestem z niej zadowolona.

"Gdziekolwiek się udasz, zabierasz tam siebie, jeśli rozumiesz, co mam na myśli."
6/10

czwartek, 5 grudnia 2013

Y. Ogawa "Miłość na marginesie"


Miłość na marginesie - Yōko Ogawa

Wydawnictwo: WAB
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 208

Nasza bohaterka cierpi na głuchotę czuciowo-nerwową, która może się objawiać na różny sposób - nie tylko brakiem dźwięków, ale i obecnością tych nieistniejących lub zaburzeniami w ich postrzeganiu. Dzień przed jej wystąpieniem opuścił ją mąż, wkrótce potem zdecydował o rozwodzie. Y spotkała na wywiadzie z innymi chorymi do pewnego czasopisma. Był stenografem i nikt poza nią zdawał się nie dostrzegać jego obecności. Tym, co ją zafascynowało były jego dłonie, sprawnie poruszające się po kartce. Właśnie z powodu tego artykułu mieli okazję spotkać się ponownie i wdali się w miłą, niezobowiązującą rozmowę, a jej fascynacja Y (czy raczej jego dłońmi) rosła. Po wyjściu ze szpitala powróciła do codziennego życia, jednak nie zerwali kontaktu.
Właściwie nie traktowała swojej przypadłości jak choroby. Wciąż chodziła na badania, zażywała leki, jednak te dźwięki, do których tylko ona miała dostęp przyjmowała niemal z wdzięcznością, wierząc, że tak ma być, że poświęcając im uwagę będzie mogła lepiej zrozumieć samą siebie. Tak oto uszy przywoływały jej dawno zapomnienie wspomnienia, które następnie Y spisywał. Oboje świetne się dogadywali, wymieniając się swoimi nietypowymi poglądami - o przelewaniu słów na papier, o postrzeganiu dźwięków... Ich rozmowy były swobodne i naturalne, i w taki też sposób rozwijała się ich relacja. Tylko czy łączące ich uczucie można określić mianem miłości?

Dawno nie czytałam takiej ciepłej, niezobowiązującej lektury. Lekki i przystępny styl autorki sprawił, że skończyłam ją w mgnieniu oka. Ta historia ma też pewien swój specyficzny, jakby nieco eteryczny charakter. W dużej mierze składa się z plastycznych opisów, z odczuć i przemyśleń naszej bohaterki. Jeśli nie macie więc cierpliwości, aby słuchać ciągłych wywodów na temat idealnych dłoni Y (to trochę jak jakiś podchodzący pod obsesję fetysz), może lepiej sobie odpuścić. Mimo to lektura "Miłości na marginesie" była dla mnie miłą odskocznią od codzienności i z czystym sercem mogę ją polecić zainteresowanym. Mam jednak pewne niejasne, ale i nieodparte wrażenie, że gdzieś pomiędzy kolejnymi stronami zagubiłam jej sens... Sama historia też pewnie nie pozostanie w mojej pamięci na długo. Ale było miło. ;)

"Podczas choroby odkryłam, że jeśli ludzie mówią cichym głosem, stają się wobec siebie bardziej łagodni."
7/10

piątek, 4 października 2013

"31.10 Halloween po polsku"



Wydawnictwo: WRCW
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 362
Seria: 31.10 Halloween po polsku (cz. 1)

"31.10 Halloween po polsku" to eksperymentalny zbiór opowiadań grozy stworzony przez ponad 20 polskich autorów (dociekliwych odsyłam na LC) i wydany w formie darmowego ebooka. Zawiera ponad 30 opowiadań o różnorodnej tematyce - zabawne, straszne, żartobliwe, poważne... W jednych występują duchy i zjawy, w kolejnych różnego rodzaju kreatury lub klątwy, jeszcze inne opisują po prostu nietypowe zdarzenia. Bywają te bardziej zagadkowe, w których chodzi głównie o ową niewiadomą, ale i te, gdzie celem jest rozlew krwi. Odmienna jest również ich obszerność i styl, w jakim zostały napisane.
Ta różnorodność sprawia, że trudno ocenić je jako całość (choć jednocześnie pozwoli każdemu znaleźć coś dla siebie). Jedne zaciekawiły mnie bardziej, inne mniej, co nie zmienia faktu, że przyjemnie spędziłam przy nich czas. Większość ma po kilka, kilkanaście stron, więc czyta się je szybko, nawet jeśli trafimy na mniej interesującą historię.

W wielu przypadkach nie obyło się bez przewidywalności, tu i tam brakowało literek, jednak pomijając te mankamenty było całkiem nieźle. Część opowiadań rzeczywiście było ściśle powiązanych z halloween, w innych podejście do tematu było bardzo swobodne. Pośród strasznych historii znalazło się też kilka, które zaliczają się bardziej do fantasy, niż opowiadań grozy, jednak tą różnorodność poczytuję jako zaletę.
Pomysł i wykonanie uważam za całkiem udane. Rzadko sięgam po zbiory opowiadań, jednak powoli staram się do nich przekonać (podobnie zresztą jak do ebooków, co idzie mi całkiem nieźle, bo w końcu mam na czym je czytać) i znalezione tu utwory wcale mnie od tego nie odwiodły. To dobra okazja, aby zapoznać się z twórczością mało znanych polskich autorów. Dodatkowo ebook urozmaicony jest czarno-białymi ilustracjami, w większości wykonanymi ołówkiem, które dodają mu klimatu i przykuwają uwagę.
Najwyraźniej nie tylko ja przyjęłam tą publikację dość entuzjastycznie, ponieważ dzięki swojej popularności po roku doczekała się kolejnej odsłony, jaką jest "31.10 Wioska przeklętych". Za jakiś czas chętnie sięgnę również po nią, a tymczasem zainteresowanych pierwszą częścią odsyłam tutaj. Myślę, że warto. :)

6/10

czwartek, 17 stycznia 2013

A. Pluta "Strategie uczenia się"


Strategie Uczenia Się

Wydawnictwo: Eprofess
Rok wydania: 2010
Ilość stron: 103

"W dzisiejszych czasach, kiedy wymaga się od pracowników i studentów znajomości kilku języków obcych, trening strategii uczenia się wydaje się nieunikniony. Opanowanie określonej strategii może znacznie wpłynąć na szybkość i efektywność tegoż procesu. W tajniki uczenia się wprowadza autorka tej książki, łącząc rozważania teoretyczne z przykładami zastosowania pośrednich i bezpośrednich strategii uczenia się. Książka ta jest przeznaczona dla nauczycieli, rodziców oraz studentów wszystkich języków obcych.
Książka, która uczy jak się uczyć.

Na początku autorka zamieściła uwagi wstępne, które zawierają myśli metodologiczne i lingwistyczne, dzięki czemu czytelnik będzie lepiej rozumiał myśli oraz zagadnienia poruszane w kolejnych rozdziałach. W książce można znaleźć treści dotyczące reguł funkcjonowania pamięci, wędrówki informacji po systemie pamięci oraz klasyfikacji strategii uczenia się. Warte uwagi są techniki efektywnego uczenia się słownictwa. Ponadto, w książce zostały opisane(poparte przykładami oraz zawierające ćwiczenia) praktyczne następujące strategie: Linkword - metoda słowa klucza oraz sieć skojarzeniowa - Mind Mapping Tone’go Buzana. W książce swoje miejsce znalazły również mnemotechniki takie jak: metoda łańcuszkowa, rysunkowych podstawników cyfr, lingwistycznych zastępników czy też LOCI."


Książka ta została wydana w formie ebooka, znajdziemy tu tematy takie jak: uczenie się, strategie uczenia się i ich klasyfikacja, efektywne uczenie się. Dołączone są też ćwiczenia. Możemy dowiedzieć się jakie są rodzaje inteligencji i co wpływa na proces uczenia się. Możemy zrobić test na styl uczenia się, ja jestem wzrokowcem. ;) Przedstawione są tu przede wszystkim techniki zapamiętywania słówek, jednak wiele z nich można wykorzystać przy innych zagadnieniach.

Spodobał mi się sposób nauki idiomów, których przecież nie możemy przetłumaczyć dosłownie. Jako ćwiczenia do tego typu technik przedstawione zostały słówka i wyrażenia angielskie. Jest tego całkiem dużo, czasami wydawało mi się, że aż za dużo, jednak potem uznałam je za przydatne. Możemy nauczyć się nowego słownictwa. Autorka opisuje też tzw. sieć skojarzeniową, z którą spotkałam się (a raczej dowiedziałam się o co w niej chodzi chodzi) pierwszy raz. Kto wie, może ją wypróbuję.

Nie jest to dla mnie żaden przełom, książkę kupiłam z ciekawości i jedne zawarte w niej informacje wykorzystam, innych nie tknę wcale. W ebooku znalazłam sporo literówek (najczęściej pominięte litery), co było dość kłopotliwe, zwłaszcza w angielskich słówkach. Podsumowując, nie polecam, nie odradzam. Sami zdecydujcie, czy jesteście zainteresowani tą pozycją.
"Strategie uczenia się" można kupić na stronie wydawnictwa za bardzo przystępną cenę.

-4/6

czwartek, 22 listopada 2012

D. duChemin "Dziesięć sposobów na robienie lepszych zdjęć. [...]"


Dziesięć sposobów na robienie lepszych zdjęć. Żaden z nich nie wymaga kupowania nowego sprzętu - David duChemin


Wydawnictwo: Galaktyka
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 40

"»Dziesięć sposobów na robienie lepszych zdjęć. Żaden z nich nie wymaga kupowania nowego sprzętu«. Tytuł książki dokładnie odzwierciedla jej zawartość. To przedstawienie dziesięciu technik i pomysłów, które pomogą poprawić wasz warsztat fotograficzny. Nie jest to zbiór tanich trików, dzięki którym zaczniecie robić zdjęcia jak zawodowcy. Ktokolwiek, kto jest już choć trochę obeznany z pracą fotografa wie, że »robienie zdjęć jak zawodowiec« (cokolwiek to znaczy) wymaga czasu i wysiłku, a każdy kto twierdzi inaczej zwyczajnie mija się z prawdą. Książka została napisana z myślą o osobach, które już poznały podstawy fotografii i zadają sobie pytania: »Co dalej?«, »Co mogę zrobić, aby poprawić swoje zdjęcia?«. »Dziesięć« odpowiada na te pytania i daje solidne podstawy połączone z praktycznymi ćwiczeniami, aby wyruszyć w swą dalszą podróż fotograficzną."

Jest to kolejny darmowy ebook z wydawnictwa Galaktyka. Jest to też pierwszy napisany przez Davida duChemina ebook, a moje drugie spotkanie z tym autorem (pierwsze to "W pogoni za stylem"). Bardzo polubiłam jego styl pisania i będę sięgać po kolejne książki.

Na początku jest krótki wstęp i lista tytułowych dziesięciu sposobów, które opisał autor. W ebook'u zamieszczone są zdjęcia, które mają nam pomóc w zrozumieniu i przyswojeniu tych wiadomości. No i oczywiście wspomniane w opisie ćwiczenia do każdego punktu. Na końcu znajduje się małe podsumowanie, właściwie książka kończy się na 32 stronie. Dalej jest opis kilku innych książek o fotografii z tego wydawnictwa.
Uważam, że te informacje są rzeczywiście pomocne. Nie wykonałam jeszcze wszystkich ćwiczeń, ale postaram się to zrobić, jeśli tylko będę mieć czas. Nie napisałam w tej recenzji wiele, ale i sama książka nie jest długa. Nie chciałam też zdradzać za wiele z jej treści, bo uważam, że nie jest to potrzebne.

"[...] istnieje zasada ważniejsza od wymienionych dziesięciu; brzmi ona: »Patrz oczyma, fotografuj sercem«."

Jeśli ktoś z was jest tym zainteresowany, ebook dostępny jest tutaj.

5/6

czwartek, 18 października 2012

M. Brzostowski "Zemsta kobiet"


Zemsta kobiet - Marcin Brzostowski

Wydawnictwo: e-bookowo.pl
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 66

"Zemsta kobiet" to mini-powieść kryminalna wydana w formie ebooka. Jej bohaterem jest inspektor Franco Fog, który zajmuje się sprawą zabójstwa kilku osób, a dokładniej mężczyzn. Kiedy go poznajemy, odnaleziono dopiero jedno ciało, a dowodem na to, że inni też już nie żyją są ukazujące się w jednej z gazet krótkie nekrologi z tajemniczym podpisem "KMW". Kto jest ich autorem? W międzyczasie pojawia się kolejny problem, jednak więcej nie zdradzę.
Od pierwszej strony czułam, że Brzostowski podszedł do tematu całkiem swobodnie, z przymrużeniem oka.

Każdy rozdział rozpoczyna się informacją o miejscu i czasie akcji.
Na początku nie mogłam się zorientować o co chodzi, Fog z kimś rozmawia, a właściwie to z kotem... Z kotem? Mógłby sobie do niego mówić, ale żeby ten mu odpowiadał? Najpierw myślałam, że to jakiś błąd w tekście, więc czytałam dalej. Potem robiło się coraz dziwniej. Lew? Koń? Do tego nasz pan inspektor chętnie sięga do kieliszka. W pewnym momencie na myśl przyszła mi piosenka "Whisky" z repertuaru Dżem. ;)

Na stronie autora możecie znaleźć fragment tej historii - tu.

Autor użyczył swojego imienia i nazwiska jednej z ofiar - striptizerowi, co dowodzi, że ma do siebie dystans.
Opisana tu historia jest tak absurdalna, że aż śmieszna. Działa to jednak na jej korzyść, przy czytaniu można się odstresować i zapomnieć o codziennych problemach. Do akcji nie pasowało mi wybrane przez autora miejsce - Warszawa. Mimo wszystko dobrze oceniam tą książkę. Normalnie uznałabym, że zakończenie jest niedopracowane, jednak w tym przypadku trudno mi jednoznacznie to stwierdzić. Powodem jest przede wszystkim długość książki, biorąc to pod uwagę trudno spodziewać się arcydzieła. Poza tym jest to utwór humorystyczny, gdyby nie to "Zemstę kobiet" oceniłabym bardziej krytycznie.
Nie polecam jakoś szczególnie, ale i nie odradzam. Ebook ten do długich nie należy, więc można poświęcić na niego chwilę.

4/6

wtorek, 11 września 2012

D. duChemin "W pogoni za stylem"

W pogoni za stylem. Dziesięć sposobów na poprawę własnych zdjęć. - David duChemin

Dziesięć sposobów na poprawę własnych zdjęć
Wydawnictwo: Galaktyka
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 54

"W pogoni za stylem to e-book poświęcony kwestiom świadomego wyboru sprzętu i jego ustawień w zależności od efektu estetycznego, który chcemy osiągnąć. Pomaga on w szukaniu odpowiedzi na pytanie dręczące wielu z nas: »Dlaczego moje zdjęcia nie wyglądają tak dobrze?«.
Każdy z nas patrzy na świat trochę inaczej i dlatego - po części - biorą się różnice w naszych zdjęciach. Często jednak nie przywiązujemy należnej uwagi do znaczenia każdej z decyzji podejmowanej w trakcie fotografowania i obróbki plików. W pogoni za stylem omawia wszystkie te elementy i próbuje zachęcić czytelników, by myśleli raczej o wyglądzie zdjęcia i emocjach, które ma przekazać, zamiast skupiać się wyłącznie na kwestiach technicznych."

Na tą książkę trafiłam przypadkiem. Fotografia jest jedną z moich pasji, więc chętnie sięgnęłam po darmowego ebook'a. ;) To moja pierwsza recenzja tego typu książki, więc nie będzie zbyt rozbudowana. ;)

Ebook zainteresował mnie już od pierwszej strony. Jest ozdobiony wieloma zdjęciami autora, które są świetnym dopełnieniem jego treści. Na początku jest wstęp, potem duChemin w dość prosty (jak dla mnie) sposób omawia kilka aspektów fotografii, które mają nam pomóc w polepszeniu własnych zdjęć. Dodatkowo umieścił tu kilka ćwiczeń, które mają nam pomóc w rozwijaniu swoich umiejętności. Żałowałam jedynie, że już zaczęła się szkoła i nie będę mogła od razu wykonać niektórych ćwiczeń.
Nie jest to książka dla tych, których wiedza o fotografii kończy się na tym, co wcisnąć żeby zrobić zdjęcie. By zrozumieć jej treść trzeba znać kilka podstawowych pojęć.
Podoba mi się styl pisania autora. Czasami pojawiały się rzeczy, z którymi właściwie nie miałam styczności, jednak mniej więcej wiedziałam o co chodzi.

Na końcu została umieszczona informacja o innych książkach dostępnych w tym wydawnictwie (także innych darmowych ebookach duChemin'a). Pobrałam już kolejną książkę o bardzo podobnym tytule (tu). Jeśli ktoś z was interesuje się tym tematem, ebooka znajdziecie tutaj.

5/6