Sporo czasu minęło odkąd ostatnio czytałam powieść Johna Greena. Byłam co prawda ciekawa, zwłaszcza gdy była to jeszcze nowość, co swoim czytelnikom zaserwuje tym razem i jak wyszła mu współpraca z innym pisarzem, jednak… jakoś zabrakło motywacji. Kiedy jednak przyszło do wybrania pierwszej książki, jaką przeczytam dzięki Legimi, doszłam do wniosku, że czas poznać Willa Graysona. A nawet dwóch. Czy było warto?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą młodzieżowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą młodzieżowa. Pokaż wszystkie posty
środa, 2 sierpnia 2017
sobota, 8 lipca 2017
S. Simukka "Czarne jak heban"
Wydawnictwo: YA! | Liczba stron: 192 | Seria: Lumikki Andersson (3)
Po wydarzeniach w Pradze, które przyniosły jej pewną sławę, Lumikki wraca do codziennego życia, które - o dziwo - zaczyna się układać. Wreszcie zdołała pozbierać się po rozstaniu z Liekkim, a do tego znalazła kogoś, przy kim dobrze się czuje. Sampsa zdołał ją nawet namówić na wzięcie udziału w przedstawieniu! Byłoby jednak zbyt pięknie, gdyby tak już zostało. Zaczynają się pojawiać liściki, esemesy, grożby. Lumikki ma cichego wielbiciela… czy raczej prześladowcę, który nie tylko wie to, z czego niewielu zdaje sobie sprawę, on zdaje się wiedzieć to, czego tak desperacko poszukuje Lumikki. Prawdę o jej rodzinnym sekrecie.
Poprzednie części serii czytałam dość dawno, więc nie byłam pewna, czy pamiętam wszystko, co powinnam. Na szczęście "Czarne jak heban" zawiera w sobie wystarczająco podpowiedzi, by nawet ci, którzy nieco już pozapominali, byli w stanie stopniowo zorientować się w tym wszystkim. Lumikki wciąż pozostaje silną postacią, choć do tej pory mogła przy Sampsie nieco spuścić gardę i po prostu cieszyć się tym, co ma. Wraz z pojawieniem się prześladowcy, Lumikki na nowo zaczyna się obawiać, dostrzega, że jej przeszłość wciąż kładzie się cieniem na jej życiu i jak bardzo różni ją to od Sampsy. Niespodziewanie pojawia się także Liekki. Jak w tym wszystkim odnajdzie się nasza bohaterka?
Książkę tą, choć porusza dość ciężkie tematy, czyta się lekko. Jest napisana prostym językiem i tak jak poprzednie części nawiązuje w pewien sposób do baśni. Tutaj przede wszystkim za sprawą przedstawienia, w którym Lumikki gra swoją imienniczkę, Śnieżkę. Czasami miałam wrażenie, że pewne elementy były przesadzone (podobnie jak poprzednio), chociażby umiejętności Lumikki, ale potrafię przymknąć na to oko.
"Czarne jak heban", choć króciutkie, jest dobrym zakończeniem serii. Nie rewelacyjnym, po prostu dobrym. Poznajemy odpowiedzi na dręczące nas i główną bohaterkę już od pierwszego tomu pytania. Do tego książkę czyta się szybko i tak też płynie akcja. Nada się na lekkie czytadło na jeden wieczór.
środa, 8 czerwca 2016
A. Łacina "Niebo nad pustynią" (Book Tour)
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia | Liczba stron: 432
Kiedy Anastazja dowiedziała się, że kolega z klasy, którym skrycie się interesuje, ferie prawdopodobnie spędzi w Egipcie, myśl o wyjeździe nie dawała jej spokoju. Nie przypuszczała, że kiedy wspomni o wycieczce rodzicom, oni potraktują jej propozycję poważnie. A jednak stało się i tak oto coś, co w pierwszej chwili wydawało się niedorzecznym kaprysem, przybrało realny kształt. Traf chciał, że nie tylko trafili w to samo miejsce, ale i do tego samego hotelu. Czy to początek historii o wielkiej, nastoletniej miłości? Bynajmniej. Anastazja szybko przekonuje się, że Damianowi daleko do jej wyobrażeń i nie zamierza sobie wmawiać, że jest inaczej. Tymczasem do ich grona wkrótce dołącza także Klara (wmanewrowana w tą znajomość przez babcię) oraz kilka lat starszy Albert.
Choćby nawet z pozoru nic na to nie wskazywało, każde z nich niesie ze sobą swój własny ciężar. Klara z wyraźną niechęcią odnosi się do całego wyjazdu, nawet na plaży nie zdejmuje ciemnych ubrań i gdyby nie troska o babcię na pewno by jej tam nie było. Damian od prawdziwego świata zdecydowanie woli wirtualną rzeczywistość, dlatego nie uśmiecha mu się wizja spędzenia calutkich ferii bez laptopa i innych sprzętów. Zasady wirtualnych rozgrywek próbuje więc zastosować w rzeczywistości. Dwójkę pozostałych bohaterów już trudnej rozszyfrować. Niewiele świadczy o tym, że Anastazja ma za sobą ciężkie przejścia. Jedynym zewnętrznym przejawem wydają się być skrywane na nadgarstkach rany, jednak jej problemy sięgają o wiele głębiej. A Albert? W jego przypadku trudno w ogóle stwierdzić, że coś go gryzie. Przystojny, miły, uczynny, a do tego potrafi się dogadać z miejscowymi (w wielu sytuacjach bardzo przydatna umiejętność), prawdziwy ideał! Jedynie sporadyczne chwile słabości świadczą o tym, że i jego życie nie jest wyłącznie pasmem przyjemności i sukcesów.
Autorka stworzyła bardzo wyrazistych, realnych bohaterów, którzy ciekawią, czasami nieco irytują, a jednak da się ich lubić - jednych mniej, innych bardziej. Nie są idealni i właśnie to sprawia, że łatwiej w nich uwierzyć. Również w kwestii problemów, z którymi się zmagają, nie jest jednakowo, a ich wzajemne relacje stanowią pasmo wzlotów i upadków, czasem martwiąc, a innym razem pokrzepiając czytelnika, przede wszystkim skłaniając jednak do rozmyślania, jakich to ludzi skrywa cała ta masa pozorów i niedomówień. Jednocześnie autorce udaje się uniknąć przesady czy moralizatorskiego tonu. Na tej czwórce powieść się jednak nie kończy. Są jeszcze rodzice Anastazji i jej kochany, choć często sprawiający kłopoty dwuletni brat, któremu poświęca mnóstwo uwagi, rodzice Damiana, z którymi chłopakowi raczej trudno znaleźć wspólny język oraz babcia Klary, bardzo energiczna starsza pani, która chce dla wnuczki jak najlepiej, choćby i wbrew jej woli. Te postaci, choć już nie tak ważne, również odgrywają tu swoją rolę.
Miejsce akcji oraz wiedza Alberta dają dodatkowo możliwość nieco bliższego poznania kultury arabskiej, w tym i paru zwrotów w tym języku, jeśli ktoś jest zainteresowany. Znajdzie się okazja do paru dyskusji, czy to na temat obecnych we współczesnym świecie konwenansów i społecznego przymusu, czy paru innych kwestii. Przy odrobinie chęci można się także dowiedzieć co nieco o występujących tam niesamowitych rybach czy innych żyjątkach, nie ma się więc co martwić, że znajdziemy tu jedynie poważne tematy.
Już od dawna chciałam sięgnąć po jakąś książkę Anny Łaciny, więc Book Tour był do tego świetną okazją. Za "Niebo nad pustynią" zabrałam się z ciekawością, jednak bez konkretnych oczekiwań. Teraz mogę stwierdzić, że moje pierwsze spotkanie z twórczością tej autorki było jak najbardziej udane i z chęcią poznam inne jej powieści.
Choćby nawet z pozoru nic na to nie wskazywało, każde z nich niesie ze sobą swój własny ciężar. Klara z wyraźną niechęcią odnosi się do całego wyjazdu, nawet na plaży nie zdejmuje ciemnych ubrań i gdyby nie troska o babcię na pewno by jej tam nie było. Damian od prawdziwego świata zdecydowanie woli wirtualną rzeczywistość, dlatego nie uśmiecha mu się wizja spędzenia calutkich ferii bez laptopa i innych sprzętów. Zasady wirtualnych rozgrywek próbuje więc zastosować w rzeczywistości. Dwójkę pozostałych bohaterów już trudnej rozszyfrować. Niewiele świadczy o tym, że Anastazja ma za sobą ciężkie przejścia. Jedynym zewnętrznym przejawem wydają się być skrywane na nadgarstkach rany, jednak jej problemy sięgają o wiele głębiej. A Albert? W jego przypadku trudno w ogóle stwierdzić, że coś go gryzie. Przystojny, miły, uczynny, a do tego potrafi się dogadać z miejscowymi (w wielu sytuacjach bardzo przydatna umiejętność), prawdziwy ideał! Jedynie sporadyczne chwile słabości świadczą o tym, że i jego życie nie jest wyłącznie pasmem przyjemności i sukcesów.
"Wartości człowieka nie mierzy się tym, czy ktoś ją dostrzegł."
Autorka stworzyła bardzo wyrazistych, realnych bohaterów, którzy ciekawią, czasami nieco irytują, a jednak da się ich lubić - jednych mniej, innych bardziej. Nie są idealni i właśnie to sprawia, że łatwiej w nich uwierzyć. Również w kwestii problemów, z którymi się zmagają, nie jest jednakowo, a ich wzajemne relacje stanowią pasmo wzlotów i upadków, czasem martwiąc, a innym razem pokrzepiając czytelnika, przede wszystkim skłaniając jednak do rozmyślania, jakich to ludzi skrywa cała ta masa pozorów i niedomówień. Jednocześnie autorce udaje się uniknąć przesady czy moralizatorskiego tonu. Na tej czwórce powieść się jednak nie kończy. Są jeszcze rodzice Anastazji i jej kochany, choć często sprawiający kłopoty dwuletni brat, któremu poświęca mnóstwo uwagi, rodzice Damiana, z którymi chłopakowi raczej trudno znaleźć wspólny język oraz babcia Klary, bardzo energiczna starsza pani, która chce dla wnuczki jak najlepiej, choćby i wbrew jej woli. Te postaci, choć już nie tak ważne, również odgrywają tu swoją rolę.
Miejsce akcji oraz wiedza Alberta dają dodatkowo możliwość nieco bliższego poznania kultury arabskiej, w tym i paru zwrotów w tym języku, jeśli ktoś jest zainteresowany. Znajdzie się okazja do paru dyskusji, czy to na temat obecnych we współczesnym świecie konwenansów i społecznego przymusu, czy paru innych kwestii. Przy odrobinie chęci można się także dowiedzieć co nieco o występujących tam niesamowitych rybach czy innych żyjątkach, nie ma się więc co martwić, że znajdziemy tu jedynie poważne tematy.
Już od dawna chciałam sięgnąć po jakąś książkę Anny Łaciny, więc Book Tour był do tego świetną okazją. Za "Niebo nad pustynią" zabrałam się z ciekawością, jednak bez konkretnych oczekiwań. Teraz mogę stwierdzić, że moje pierwsze spotkanie z twórczością tej autorki było jak najbardziej udane i z chęcią poznam inne jej powieści.
Za możliwość udziału w Book Tourze (wciąż jest okazja dołączyć) bardzo dziękuję!
poniedziałek, 22 lutego 2016
M. Musierowicz "Feblik"
Wydawnictwo: Akapit Press | Ilość stron: 276 | Seria: Jeżycjada (21)
W tej części, która to zachowuje ciągłość fabularną w stosunku do "Wnuczki do orzechów", znów poznajemy nową twarz. Tym razem jest to Agnieszka, dawna koleżanka z klasy Ignacego, a obecnie studentka ASP, która artyzm i awersję do związków ma właściwie zapisane w genach - zarówno jej matka, jak i starsza siostra spełniają się artystycznie, a swego czasu zostały porzucone przez mężów. Nic więc dziwnego, że Adze nie w głowie młodzieńcze miłostki. Od czasu, gdy Ignacy widział ją po raz ostatni swój długi blond warkocz zmieniła na krótką czarną fryzurę, dlatego też nie poznaje jej od razu, gdy pewnego upalnego sierpniowego dnia wsiada do tego samego autobusu. Dziewczyna tymczasem staje się świadkiem jego przykrej rozmowy z Magdusią, przez co jeszcze niezręczniej byłoby jej się przedstawić. I pewnie zwyczajnie rozeszliby się w swoje strony, gdyby Ignacy nie był dżentelmenem, a Aga bliską omdlenia dziewczyną z ciężkim pakunkiem. Lądują więc w pobliskiej cukierni, gdzie chłopak w końcu ją rozpoznaje i za punkt honoru wyznacza sobie pomoc w dostarczeniu opakowanego bezpiecznie dzbana do nowego właściciela. A - jak wiadomo - los bywa przewrotny i może postawić przed tą dwójką całkiem sporo przeszkód.
Choć to na tej dwójce i tytułowym febliku (słabość, sympatia) skupia się najnowsza powieść Małgorzaty Musierowicz, znajdziemy tu także sporo innych wątków, a także, co mnie bardzo cieszy, wiele wspomnień oraz informacji na temat tego, co dzieje się u innych, znanych nam z poprzednich powieści bohaterów. Wszystko to sprawiło, że na nowo obudziła się we mnie ochota, by przypomnieć sobie choć kilka spośród wcześniejszych części Jeżycjady.
A wracając do dwójki głównych bohaterów, bardzo przyjemnie obserwowało się ich odnawiającą się relację. Co prawda spośród dwójki kuzynów to małomówny, odpowiedzialny, ale i pełen ciepła Józef zawsze cieszył się większą sympatią z mojej strony, jednak "Feblik" i Ignacemu dał szansę pokazania się z lepszej strony. Ten zwykle chodzący z głową w chmurach erudyta, czasami tak niepasujący do współczesnych czasów zauważalnie wydoroślał, jednocześnie wciąż pozostając troskliwym i elokwentnym. No i jeszcze Agnieszka, z którą dogadywał się tak dobrze, że prawdziwą przyjemnością było oglądanie ich razem i czytanie rozgrywających się między nimi dialogów, pełnych humoru i sarkastycznych uwag (względnie monologów Ignacego). I do tego jeszcze ten jeden szczegół, który jest tak pięknym dopełnieniem całości - że z początku byli dla siebie jedynie przyjaciółmi.
Choć to na tej dwójce i tytułowym febliku (słabość, sympatia) skupia się najnowsza powieść Małgorzaty Musierowicz, znajdziemy tu także sporo innych wątków, a także, co mnie bardzo cieszy, wiele wspomnień oraz informacji na temat tego, co dzieje się u innych, znanych nam z poprzednich powieści bohaterów. Wszystko to sprawiło, że na nowo obudziła się we mnie ochota, by przypomnieć sobie choć kilka spośród wcześniejszych części Jeżycjady.
"Kiedy lubię jakąś książkę, chcę, żeby wszyscy ją przeczytali. A już zwłaszcza miłe osoby.""Feblikowi" można by było wytknąć nadmierne przesłodzenie - można, ale nie zrobię tego, bo moim zdaniem powieść ta jest dokładnie taka, jaka powinna być. A jest urocza, pełna naturalnej, niewymuszonej miłości z dodatkiem różnego rodzaju rozczulających sentymentów (choć pojawiają się i bardziej przykre momenty). Jest tu też Mila, zwana obecnie Babi, którą za każdym razem uwielbiam jeszcze bardziej, a jednocześnie zazdroszczę jej tak idealnej, wieloletniej miłości. Nie mogłabym również zapomnieć o całej reszcie ukazanych tu postaci, spośród których wybijają się chociażby Józef (wraz z kontynuacją jego wątku z "Wnuczki do orzechów"), Ida oraz Gabriela.
A wracając do dwójki głównych bohaterów, bardzo przyjemnie obserwowało się ich odnawiającą się relację. Co prawda spośród dwójki kuzynów to małomówny, odpowiedzialny, ale i pełen ciepła Józef zawsze cieszył się większą sympatią z mojej strony, jednak "Feblik" i Ignacemu dał szansę pokazania się z lepszej strony. Ten zwykle chodzący z głową w chmurach erudyta, czasami tak niepasujący do współczesnych czasów zauważalnie wydoroślał, jednocześnie wciąż pozostając troskliwym i elokwentnym. No i jeszcze Agnieszka, z którą dogadywał się tak dobrze, że prawdziwą przyjemnością było oglądanie ich razem i czytanie rozgrywających się między nimi dialogów, pełnych humoru i sarkastycznych uwag (względnie monologów Ignacego). I do tego jeszcze ten jeden szczegół, który jest tak pięknym dopełnieniem całości - że z początku byli dla siebie jedynie przyjaciółmi.
Przyznam, że z początku nie spieszyło mi się do przeczytania "Feblika". Przypuszczałam nawet, że spora część zachwytu nad Jeżycjadą zdążyła mi już przejść, jednak, jak możecie łatwo wywnioskować na podstawie wszystkich powyższych słów, bardzo się pomyliłam. Małgorzata Musierowicz z łatwością ponownie wciągnęła mnie w wykreowany przez nią świat i naprawdę żałuję, że nie przytrzymała mnie w nim choć trochę dłużej. Pozostaje mi więc jedynie czekać (oby nie za długo) na koleją część - "Ciotka Zgryzotka".
"I okazuje się nagle, że każdy człowiek jest niezastąpiony. Nawet najmniej ważny, najskromniejszy, najbardziej cichy. Po każdym tworzy się wyrwa, mniejsza lub większa. Tyle miliardów ludzi, popatrz! I wszyscy niezastąpieni. I po każdym zostaje coś nieuchwytnego, ale dziwnie realnego, coś, co należy ponieść dalej."
poniedziałek, 13 kwietnia 2015
S. Simukka "Czerwone jak krew"
Wydawnictwo: YA! | Ilość stron: 256 | Seria: Lumikki Andersson (1)
Gdy Lumikki jak co dzień weszła do szkolnej ciemni, jej oazy spokoju, nie była przygotowana na to, co tam zastała. Widok ociekających rozwodnioną już krwią banknotów był dla niej szokiem. A to tylko pierwsze z wydarzeń prowadzących do uwikłania się w pewną niebezpieczną historię. Czy dziewczyna będzie w stanie wyjść z tego bez szwanku?
Skąd na podwórku szkolnej piękności wzięła się torba pełna zakrwawionych pieniędzy? Trafiła na niewłaściwy trawnik? A może jednak to ukochany tatuś Elisy, szanowany policjant jest zamieszany w szemrane interesy? Gdy staje się jasne, że Lumikki dowiedziała się o pieniądzach, Elisa korzysta z okazji, by podzielić się z nią swoimi obawami. Z kolei nasza dotąd unikająca kłopotów jak ognia bohaterka nie potrafi odmówić tak bezpośredniej prośbie i tym samym brnie coraz dalej w nieswoje sprawy, wystawia się na niebezpieczeństwo dużo większe niż troje znajomych, którzy znaleźli pieniądze. Podejmuje ryzyko dla osób, z którymi do tej pory nie zamieniła praktycznie ani słowa.
"Była sobie raz dziewczynka, która nauczyła się bać."
Książkę czyta się szybko i sprawnie, po części dzięki krótkim rozdziałom. Nie znajdziemy tu też przydługich opisów. Poza tym potrafi wciągnąć, a rozgrywające się wydarzenia mamy okazję poznawać z różnych perspektyw. Warto wspomnieć o tym, że autorka inspirowała się bajką o Królewnie Śnieżce, choć nie na tyle, by powieść stała się przewidywalna. Znajdziemy tu kilka jej fragmentów, a także bezpośrednie nawiązanie, jakim jest imię głównej bohaterki, ponieważ Lumikki jest właśnie odpowiednikiem naszej Śnieżki. Mroźna zima jest dla tej historii ciekawym tłem. Śnieg nadaje pewnego klimatu, utrudnia ucieczkę, zabarwia się na czerwono.
Spotkałam się z porównaniem Lumikki do Holmesa. Przyznam, że jest w tym trochę prawdy, jednak nie potrafię się z tym całkowicie zgodzić. Lumikki wykształciła pewien mechanizm obronny, z którego do tej pory korzystała jedynie dla własnych potrzeb i nie uległoby to zmianie, gdyby nie została wmieszana w tę sprawę. Można powiedzieć, że jej umiejętności są przesadzone. Można to też zrzucić na karb przystosowania do niesprzyjających warunków, do których niewątpliwie można zaliczyć dręczenie, jakiego doznawała w przeszłości. Jedno jest pewne - gdyby Lumikki choć trochę bardziej przypominała rozpieszczoną Elisę, jej szanse na wyjście cało z tej niespodziewanej sytuacji drastycznie by spadły. Poza tym jej działania wcale nie były tak doskonałe, popełniała błędy jak każdy.
"Nie zbieraj sił, aby się mścić. Zbieraj siły, aby uniknąć sytuacji, po której mogłabyś szukać zemsty."
To dziewczyna nieco pesymistycznie nastawiona do świata, a jednak bardzo wytrwała i pewna siebie. Nie jest osobą, która pogrąża się w beznadziei. Zamiast poddawać się, walczy do końca i zawsze szuka rozwiązania, jednak widać, że przeszłe zdarzenia mocno odcisnęły na niej swoje piętno. Choć jest silna, brzydzi się przemocą, ponieważ sama jej doświadczyła. Można się zastanawiać, dlaczego Lumikki nie powiedziała nikomu o swoich problemach, jednak właśnie takie nastawienie panuje w jej domu, gdzie o złych rzeczach się po prostu nie rozmawia. Ale dlaczego? Czyżby nie tylko ona ukrywała dramatyczne wydarzenia? Odpowiedź na to mogą przynieść dopiero kolejne tomy.
Do "Czerwone jak krew" podchodziłam z pewnym przymrużeniem oka chociażby ze względu na nieco zbyt wymyślne niebezpieczeństwa, z którymi musiała się zmierzyć Lumikki. Wciąż jest to jednak ciekawa i wciągająca lektura z wartką akcją i inteligentną główną bohaterką, na której przeczytanie nie zaszkodzi się skusić. Chętnie zapoznam się także z pozostałymi częściami "barwnej" trylogii.
"W domu wytapetowanym milczeniem nie można ni stąd, ni zowąd zaczynać generalnego remontu."
środa, 4 marca 2015
M.Quick "Wybacz mi, Leonardzie"
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 408
Leonarda Peacocka poznajemy w dniu jego osiemnastych urodzin, o których nikt nie pamiętał. W dniu, który ma być jego ostatnim. Wtedy to pakuje do plecaka trzy prezenty i pistolet, a następnie wychodzi. Plan jest prosty: dostarczyć wspomniane podarunki, odebrać życie najbardziej znienawidzonej osobie, a następnie samemu pójść w jego ślady. Szalone? Może i tak, jednak Leonard jest już na to zdecydowany. A przynajmniej tak sobie wmawia.
W rzeczywistości chłopak wciąż się waha. Powoli wprowadza swój plan w życie, jednocześnie cały czas mając nadzieję, że ktoś go powstrzyma. Igra z losem i już po chwili zaczyna się obawiać, że ktoś w końcu połapie się w jego zamiarach. I skrycie właśnie na to liczy, choć szybko by się wycofał, gdyby tylko stanął przed taką możliwością. Łże jak z nut, decyduje się na fałszywe deklaracje, choć już w tym samym momencie tego żałuje.
Co skłoniło Leonarda do tak drastycznej decyzji? Tego przez długi czas nie będzie nam dane się dowiedzieć. Na początku możemy się jedynie domyślać, że ma to związek z chłopakiem, który niegdyś był jego najlepszym przyjacielem. Leonard roztrząsa wydarzenia z przeszłości oraz te całkiem nowe, przy czym umiejętnie unika głównego tematu. Z czasem dostajemy wskazówki, które naprowadzają nas na właściwy trop, choć autor wielu rzeczy nie podaje nam wprost, pozostawiając miejsce na niedopowiedzenia i własne domysły.
Portret psychologiczny bohatera wygląda bardzo wiarygodnie. Przyznam, że Leonard rzeczywiście nie potrafił przystosować się do otaczającej go rzeczywistości. Z jednej strony wydawał się nieco zbyt arogancki, jednak w dużej mierze przemawiał przez niego żal. Był inteligentny i kompletnie odstawał od reszty przedstawionych w powieści rówieśników. Miał przy tym pewne swoje dziwactwa, chociażby wtapiane się w tłum beznamiętnie zmierzających do pracy dorosłych, a następnie podążanie za najsmutniejszym z nich. Dlaczego? To może Wam wyjaśnić już sam Leonard.
Z pozostałych bohaterów postanowiłam napisać jedynie o dwóch, najbardziej bliskich Leonardowi, bardzo pozytywnych postaciach. Pierwszym jest sąsiad Walt. Nieco podstarzały wielbiciel filmów z Bogartem jest dla Leonarda jak ojciec. Następny to Herr Silverman, prowadzący w szkole lekcje na temat holocaustu - zdaniem chłopaka jeden z nielicznych przykładów pozytywnie nastawionego do życia dorosłego, który nie traktuje uczniów jak zło konieczne, co więcej, do każdego odnosi się z uwagą i szacunkiem. To świetny, niezwykle pozytywny człowiek, którego nie sposób nie lubić. Chociażby przez wzgląd na niego cieszę się, że przeczytałam tę książkę.
Powieść czyta się w ekspresowym tempie, co po części jest zasługą dość swobodnego układu tekstu, który w pewnych momentach sam w sobie służy wyrażaniu emocji. Ciekawy element stanowią również obszerne przypisy (niektóre z nich zajmują ponad stronę), które służą Leonardowi za okazję do licznych dygresji. To dość niepozorna, jednak głęboko zapadająca w pamięć powieść i choć były momenty, w których nie wiedziałam co o niej sądzić, nie mogłam przestać o niej myśleć. Najważniejsze pytanie: czy Leonard zrealizuje swój plan? Pewne szczegóły pozwalały mi przypuszczać, że mimo wszystko poniecha samobójstwa, a jednak z czasem nie byłam już tego taka pewna. Do już i tak wątpliwych zapewnień zaczęły się wkradać niepasujące elementy, przez co moja niepewność jeszcze bardziej wzrastała.
"Wybacz mi, Leonardzie" to prawdziwa huśtawka uczuć - raz po raz wywołuje uśmiech na twarzy, by chwilę później bez ostrzeżenia wylać nam na głowę kubeł zimnej wody. To historia pełna cierpienia i samotności, także wśród tłumu, która jednak pokazuje, że nie warto się poddawać, bo są ludzie, którym na nas zależy, jest nieodgadniona przyszłość, która może przynieść wiele szczęśliwych chwil. Z chęcią przeczytam kolejne książki autora.
W rzeczywistości chłopak wciąż się waha. Powoli wprowadza swój plan w życie, jednocześnie cały czas mając nadzieję, że ktoś go powstrzyma. Igra z losem i już po chwili zaczyna się obawiać, że ktoś w końcu połapie się w jego zamiarach. I skrycie właśnie na to liczy, choć szybko by się wycofał, gdyby tylko stanął przed taką możliwością. Łże jak z nut, decyduje się na fałszywe deklaracje, choć już w tym samym momencie tego żałuje.
Co skłoniło Leonarda do tak drastycznej decyzji? Tego przez długi czas nie będzie nam dane się dowiedzieć. Na początku możemy się jedynie domyślać, że ma to związek z chłopakiem, który niegdyś był jego najlepszym przyjacielem. Leonard roztrząsa wydarzenia z przeszłości oraz te całkiem nowe, przy czym umiejętnie unika głównego tematu. Z czasem dostajemy wskazówki, które naprowadzają nas na właściwy trop, choć autor wielu rzeczy nie podaje nam wprost, pozostawiając miejsce na niedopowiedzenia i własne domysły.
"Kiedy zrozumiemy, w jaki sposób system kontroluje dorosłych, manipulowanie nimi staje się banalnie proste."
Portret psychologiczny bohatera wygląda bardzo wiarygodnie. Przyznam, że Leonard rzeczywiście nie potrafił przystosować się do otaczającej go rzeczywistości. Z jednej strony wydawał się nieco zbyt arogancki, jednak w dużej mierze przemawiał przez niego żal. Był inteligentny i kompletnie odstawał od reszty przedstawionych w powieści rówieśników. Miał przy tym pewne swoje dziwactwa, chociażby wtapiane się w tłum beznamiętnie zmierzających do pracy dorosłych, a następnie podążanie za najsmutniejszym z nich. Dlaczego? To może Wam wyjaśnić już sam Leonard.
Z pozostałych bohaterów postanowiłam napisać jedynie o dwóch, najbardziej bliskich Leonardowi, bardzo pozytywnych postaciach. Pierwszym jest sąsiad Walt. Nieco podstarzały wielbiciel filmów z Bogartem jest dla Leonarda jak ojciec. Następny to Herr Silverman, prowadzący w szkole lekcje na temat holocaustu - zdaniem chłopaka jeden z nielicznych przykładów pozytywnie nastawionego do życia dorosłego, który nie traktuje uczniów jak zło konieczne, co więcej, do każdego odnosi się z uwagą i szacunkiem. To świetny, niezwykle pozytywny człowiek, którego nie sposób nie lubić. Chociażby przez wzgląd na niego cieszę się, że przeczytałam tę książkę.
Powieść czyta się w ekspresowym tempie, co po części jest zasługą dość swobodnego układu tekstu, który w pewnych momentach sam w sobie służy wyrażaniu emocji. Ciekawy element stanowią również obszerne przypisy (niektóre z nich zajmują ponad stronę), które służą Leonardowi za okazję do licznych dygresji. To dość niepozorna, jednak głęboko zapadająca w pamięć powieść i choć były momenty, w których nie wiedziałam co o niej sądzić, nie mogłam przestać o niej myśleć. Najważniejsze pytanie: czy Leonard zrealizuje swój plan? Pewne szczegóły pozwalały mi przypuszczać, że mimo wszystko poniecha samobójstwa, a jednak z czasem nie byłam już tego taka pewna. Do już i tak wątpliwych zapewnień zaczęły się wkradać niepasujące elementy, przez co moja niepewność jeszcze bardziej wzrastała.
"Wybacz mi, Leonardzie" to prawdziwa huśtawka uczuć - raz po raz wywołuje uśmiech na twarzy, by chwilę później bez ostrzeżenia wylać nam na głowę kubeł zimnej wody. To historia pełna cierpienia i samotności, także wśród tłumu, która jednak pokazuje, że nie warto się poddawać, bo są ludzie, którym na nas zależy, jest nieodgadniona przyszłość, która może przynieść wiele szczęśliwych chwil. Z chęcią przeczytam kolejne książki autora.
"Jesteś inny. Ja też jestem inny. Inność to cecha pozytywna. Ale inność jest również trudna. Uwierz mi, wiem."
8/10
sobota, 17 stycznia 2015
M. Strandberg, S. B. Elfgren "Krąg"
Wydawnictwo: Czarna Owca
Ilość stron: 574
Seria: Engelsfors (1)
Małe, zapomniane i zdecydowanie nie należące do przytulnych miasteczko gdzieś na końcu świata nagle staje się centrum wydarzeń ściśle powiązanych z magią. Właśnie tam sześć jakby przypadkowo wybranych dziewczyn, w blasku czerwonego księżyca wiedzionych tajemniczą siłą, spotyka się w jednym miejscu. Tam też dowiadują się o swoim przeznaczeniu i czyhającym na nie śmiertelnym niebezpieczeństwie. Coś jest jednak nie tak - zamiast jednego Wybrańca z przepowiedni pojawiła się ich szóstka. A nawet siódemka, licząc nieżyjącego już Eliasa. Gdzieś w pobliżu czai się zło, które nie spocznie, zanim pozostali Wybrańcy nie podzielą losu chłopaka.
Wydawałoby się, że w takiej sytuacji współpraca byłaby dość oczywistą reakcją. Nie ma jednak tak łatwo. Dziewczyny różnią się od siebie tak bardzo, że nawiązanie jakiegokolwiek porozumienia wydaje się czystą abstrakcją, a próby zignorowania całej tej sprawy bynajmniej nie pomagają. Jak podchodząca do nauki poważnie Minoo, powszechnie lubiana Rebeca z zaburzeniami odżywiania, prześladowana od podstawówki Anna-Karin, zbuntowana Vanessa, Linnea ze swoim nietypowym stylem i będąca prawdziwą zołzą Ida mają się zaprzyjaźnić, skoro łączące je relacje są tak dalekie od koleżeńskich? I czy zdążą tego dokonać, zanim dojdzie do kolejnej tragedii?
Bohaterki mają wiele wad - to nie ulega wątpliwości. W wielu momentach zachowują się nieodpowiedzialnie, unoszą się dumą, wiecznie się kłócą i nie mogą dojść do porozumienia. Z jednej strony jest to dość denerwujące, bo zamiast dopingować poszczególne bohaterki pozostaje nam jedynie wytykanie im błędów z płonną nadzieją, że w czymś to pomoże. Zaletą tak wykreowanych postaci jest jednak pewna autentyczność - w żadnym wypadku nie są ideałami a ludźmi z krwi i kości. Daje to też możliwość zaobserwowania zmian zachodzących w nich samych (nie zawsze na lepsze), jak i w ich wzajemnych relacjach. Kolejnym plusem jest możliwość przyjrzenia się sytuacji rodzinnej niemal każdej z nich, co stanowi ciekawy i dość dobrze rozbudowany wątek, choć Ida została tu niejako pominięta.
Z powodu natłoku postaci i fragmentaryczności rozdziałów (zwłaszcza na początku) łatwo o dezorientację, jednak pozwala to szybko dać się porwać w wir wydarzeń, których z pewnością tu nie brakuje. Magia została tu przedstawiona ciekawie, w dość staroświeckim wydaniu - magiczne księgi, rytuały i wywary, co, podobnie jak ładne wydanie, dodaje powieści pewnego uroku. Bohaterkom stale towarzyszy poczucie niepewności, nie wiedzą komu ufać, obawiają się zawierzyć nawet sobie nawzajem, a wskazówek mają tyle, co kot napłakał. W połączeniu z zapomnianym przez świat miasteczkiem świetnie buduje to klimat powieści i sprawia, że po prostu chce się czytać.
Książka skierowana jest główne do młodzieży - to widać. Choć powieść z pewnością ma swoje wady, jest również wciągająca. Choć bohaterki niejednokrotnie działały mi na nerwy, lektura okazała się całkiem przyjemna. Dzieje się dużo, wydarzenia są ciekawe i niejednokrotnie owiane aurą tajemnicy. Chwile, jakie spędziłam razem z mieszkańcami Engelsfors, pomimo wszystkich zgrzytów, będę miło wspominać i z chęcią sięgnę po kolejną część serii - "Ogień".
"Bo tak jest w tym cholernym mieście, myśli Minoo. Jesteś tylko tym, kim inni myślą, że jesteś."
Z powodu natłoku postaci i fragmentaryczności rozdziałów (zwłaszcza na początku) łatwo o dezorientację, jednak pozwala to szybko dać się porwać w wir wydarzeń, których z pewnością tu nie brakuje. Magia została tu przedstawiona ciekawie, w dość staroświeckim wydaniu - magiczne księgi, rytuały i wywary, co, podobnie jak ładne wydanie, dodaje powieści pewnego uroku. Bohaterkom stale towarzyszy poczucie niepewności, nie wiedzą komu ufać, obawiają się zawierzyć nawet sobie nawzajem, a wskazówek mają tyle, co kot napłakał. W połączeniu z zapomnianym przez świat miasteczkiem świetnie buduje to klimat powieści i sprawia, że po prostu chce się czytać.
Książka skierowana jest główne do młodzieży - to widać. Choć powieść z pewnością ma swoje wady, jest również wciągająca. Choć bohaterki niejednokrotnie działały mi na nerwy, lektura okazała się całkiem przyjemna. Dzieje się dużo, wydarzenia są ciekawe i niejednokrotnie owiane aurą tajemnicy. Chwile, jakie spędziłam razem z mieszkańcami Engelsfors, pomimo wszystkich zgrzytów, będę miło wspominać i z chęcią sięgnę po kolejną część serii - "Ogień".
"-[...] Musicie ukrywać przed innymi waszą przyjaźń.
- W szkole też? - pyta Anna-Karin.
- Zwłaszcza w szkole. To miejsce zła.
- Wiedziałam - mruczy Linnea."
7/10
sobota, 20 grudnia 2014
M. Musierowicz "Wnuczka do orzechów"
Wydawnictwo: Akapit Press
Ilość stron: 265
Seria: Jeżycjada (20)
Minęło już trochę czasu, odkąd miałam okazję spędzić czas w towarzystwie rodziny Borejków. Wiązało się z tym sporo oczekiwań, a także i obawa, że to już nie będzie to samo. Jak się okazało - całkiem niepotrzebna, gdyż po początkowym zdezorientowaniu spowodowanym pojawieniem się nowej bohaterki, na scenę wkroczyła Ida, która z marszu rozwiała wszystkie moje wątpliwości.
A więc co tym razem wymyśliła nasza rudowłosa (obecnie już nie tak młoda) pani doktor? No cóż, po nabawieniu się kontuzji postanawia zaszyć się gdzieś w leśnej głuszy i w miłym towarzystwie spędzić cały swój urlop. A ponieważ Dorocie, jej młodej, tryskającej pozytywną energią wybawicielce (w dodatku szczerze zainteresowanej medycyną) najwyraźniej brakuje towarzystwa, Ida (z nadzieją na zapewnienie siostrze idealnej synowej) postanawia sprowadzić tam również Ignacego. Ale czy wciąż przeżywający niedawny zawód miłosny chłopak w ogóle dostrzeże intencje ciotki? I czy aby na pewno ta dwójka do siebie pasuje?
Teraz czas na parę słów na temat tytułowej bohaterki. Dorota to sympatyczna, odpowiedzialna i pewna siebie realistka, której od dziecka wpajano zachowanie dystansu do relacji damsko-męskich. Nie dla niej wszelkie nowinki techniczne, ona woli pracę w gospodarstwie i obcowanie z naturą, która na każdym kroku daje powody do zachwytu. Stanowi więc całkowite przeciwieństwo nieporadnego, cechującego się ogromnym sentymentalizmem i uczuciowością Ignacego, który w dodatku bywa nieco zadufany w sobie. Ta diametralna różnica nie tylko niechybnie prowadzi do wielu zabawnych sytuacji, ale i daje Ignasiowi możliwość pewnych zmian na lepsze (na całe szczęście, bo bywał irytujący).
Nie zabraknie oczywiście innych, znanych nam z poprzednich części bohaterów. Znajdzie się okazja, by dowiedzieć się co nieco o obecnym życiu wielu z nich, jeśli nie bezpośrednio, to z relacji pozostałych członków rodziny. Nie mogłabym też nie wspomnieć o Józefie, który we "Wnuczce do orzechów" odegra sporą rolę. Jaką? Hm... Może jednak pozwolę Wam odkryć to samodzielnie. Sporo do powiedzenia będzie miała oczywiście Ida - wzorowa lekarka oraz kochająca, choć nieco szurnięta żona, matka i siostra, która pomimo upływu lat nie straciła nic ze swojej dawnej żywotności.
Zakończenie uważam za lekko przesłodzone. Cała seria nie jest pozbawiona szczęśliwych zbiegów okoliczności czy lekkiego wyidealizowania niektórych postaci, jednak towarzyszący temu wszystkiemu humor (Ida, mój mistrzu!) sprawnie odwraca od tego uwagę. Pod koniec mi tego zabrakło, przez co nie obyło się bez pewnego przedramatyzowania. Mimo to dwudzieste już spotkanie z rodziną Borejków było dla mnie bardzo przyjemnym doświadczeniem. A teraz pozostaje mi cierpliwie czekać na kolejną część serii - "Feblik".
A więc co tym razem wymyśliła nasza rudowłosa (obecnie już nie tak młoda) pani doktor? No cóż, po nabawieniu się kontuzji postanawia zaszyć się gdzieś w leśnej głuszy i w miłym towarzystwie spędzić cały swój urlop. A ponieważ Dorocie, jej młodej, tryskającej pozytywną energią wybawicielce (w dodatku szczerze zainteresowanej medycyną) najwyraźniej brakuje towarzystwa, Ida (z nadzieją na zapewnienie siostrze idealnej synowej) postanawia sprowadzić tam również Ignacego. Ale czy wciąż przeżywający niedawny zawód miłosny chłopak w ogóle dostrzeże intencje ciotki? I czy aby na pewno ta dwójka do siebie pasuje?
Teraz czas na parę słów na temat tytułowej bohaterki. Dorota to sympatyczna, odpowiedzialna i pewna siebie realistka, której od dziecka wpajano zachowanie dystansu do relacji damsko-męskich. Nie dla niej wszelkie nowinki techniczne, ona woli pracę w gospodarstwie i obcowanie z naturą, która na każdym kroku daje powody do zachwytu. Stanowi więc całkowite przeciwieństwo nieporadnego, cechującego się ogromnym sentymentalizmem i uczuciowością Ignacego, który w dodatku bywa nieco zadufany w sobie. Ta diametralna różnica nie tylko niechybnie prowadzi do wielu zabawnych sytuacji, ale i daje Ignasiowi możliwość pewnych zmian na lepsze (na całe szczęście, bo bywał irytujący).
"Czasem, widzisz, wystarczy, że jeden człowiek nie zapomni jak to jest: być człowiekiem."
Nie zabraknie oczywiście innych, znanych nam z poprzednich części bohaterów. Znajdzie się okazja, by dowiedzieć się co nieco o obecnym życiu wielu z nich, jeśli nie bezpośrednio, to z relacji pozostałych członków rodziny. Nie mogłabym też nie wspomnieć o Józefie, który we "Wnuczce do orzechów" odegra sporą rolę. Jaką? Hm... Może jednak pozwolę Wam odkryć to samodzielnie. Sporo do powiedzenia będzie miała oczywiście Ida - wzorowa lekarka oraz kochająca, choć nieco szurnięta żona, matka i siostra, która pomimo upływu lat nie straciła nic ze swojej dawnej żywotności.
Zakończenie uważam za lekko przesłodzone. Cała seria nie jest pozbawiona szczęśliwych zbiegów okoliczności czy lekkiego wyidealizowania niektórych postaci, jednak towarzyszący temu wszystkiemu humor (Ida, mój mistrzu!) sprawnie odwraca od tego uwagę. Pod koniec mi tego zabrakło, przez co nie obyło się bez pewnego przedramatyzowania. Mimo to dwudzieste już spotkanie z rodziną Borejków było dla mnie bardzo przyjemnym doświadczeniem. A teraz pozostaje mi cierpliwie czekać na kolejną część serii - "Feblik".
"Fatum to złośliwe bydlę."
7/10środa, 13 sierpnia 2014
J. Green "19 razy Katherine"
Wydawnictwo: Bukowy Las
Ilość stron: 303
Colin Singleton, szerzej znany jako cudowne dziecko, właśnie skończył szkołę. I został porzucony przez Katherine. Dziewiętnasty raz z rzędu. I to wcale nie przez tą samą. Możecie to nazywać zrządzeniem losu, przeznaczeniem, fatum, czy jak tam wolicie, jednak prawda jest taka, że każda dziewczyna, z którą chodził (choć w niektórych przypadkach to za dużo powiedziane) miała na imię Katherine. Tym razem zraniło go to do żywego. Tak oto chłopak aspirujący na miano geniusza (choć do faktu tego podchodzi z pewną rezerwą) popada w stan bliski załamaniu. Aby do tego nie dopuścić Hassan, jego jedyny przyjaciel, postanawia wraz z nim zapakować się do auta (znanego jako Katafalk Szatana) i wyruszyć w podróż.
Ta jednak kończy się zanim się na dobre zaczyna. I tym oto sposobem lądują w zapomnianej przez świat mieścinie o nazwie Gutshot, która stanie się dla nich miejscem wielu nowych doświadczeń. Tam też poznają Lindsey - wbrew ich pierwszemu wrażeniu całkiem inteligentną osóbkę - i jej paczkę, dostają propozycję pracy oraz tymczasowe zakwaterowanie, a Colin w końcu wykrzykuje swoje upragnione eureka! i zaczyna prace nad Teorematem o zasadzie przewidywalności Katherine. Spokojnie, to wciąż nie koniec niespodzianek, jednak resztę proponuję poznać już podczas lektury.
"Ja mam taką metodę zapamiętywania wydarzeń: pamiętam je jako opowieści. Łącze poszczególne punkty i z nich powstaje historia. A te punkty, które do niej nie pasują, wymazuję."
Przyznaję, że z początku wcale nie byłam zachwycona tym, co sugerował opis. Sam pomysł chłopaka, który umawia się jedynie z dziewczynami o imieniu Katherine, wydał mi się co najmniej naciągany. A jednak wiedziałam, że prędzej czy później i tak po tę książkę sięgnę. I nie żałuję. Może i znalazło się trochę denerwujących mnie szczegółów (które dziwnym trafem wraz z rozwojem akcji albo zanikły, albo przestały mi przeszkadzać; nie potrafię tego jednoznacznie stwierdzić), jednak nie zabrakło też kilku całkiem ciekawych rozwiązań, chociażby ciągłych przypisów nieco rozjaśniających sytuację, zawierających różnego typu ciekawostki, czy też pozbawione większego znaczenia wtrącenia. A przede wszystkim ten charakterystyczny dla Greena styl. Co więcej, autorowi udało się bardzo naturalnie wprowadzić do powieści młodzieżowej zagadnienia matematyczne - trochę wykresów, wzorów - i udowodnić, że ta niekwestionowana (choć często niedoceniana) królowa nauk może mieć bardzo wiele zastosowań.
Jeśli chodzi o bohaterów, przyznam szczerze, że z początku nie polubiłam Colina. Wydawał mi się zbyt zaaferowany swoją powszechną opinią, cała ta sytuacja z Katherine też jakoś nie nastawiała mnie do niego zbyt pozytywnie, jednak ostatecznie udało mu się zdobyć moją sympatię i poparcie. Dzieląc swój czas między tęsknotę za Katherine, wysłuchiwanie mieszkańców, pracę nad Teorematem oraz towarzystwo Hassana i Lindsey stopniowo wyrastał z bycia cudownym dzieckiem, odkrywając i kształtując swoje prawdziwe ja. Swoją drogę do przejścia ma także pozostała dwójka, zwłaszcza Lindsey, która swoje zachowanie zawsze dostosowuje do swojego otoczenia. A co poza tym? Trochę o przyjaźni, egocentryzmie, o tym, jak opowiadać historie i o tym, czy matematyką można wyjaśnić każde zjawisko.
"19 razy Katherine" zdecydowanie różni się od poprzednich powieści tego autora, wciąż jednak pozostaje bardzo greenowska, że tak to ujmę (nie ja jedyna z resztą). Świetnie mi się ją czytało, znalazłam też trochę ciekawych cytatów, choć może nie tyle, co w pozostałych dziełach pisarza. Tak więc polecam (chyba że macie alergię na wszystko, co związane z matematyką). Już nie mogę się doczekać kolejnych książek Greena.
"Książki to notoryczni Porzucani: gdy je odkładasz, mogą na ciebie czekać wiecznie,
a gdy poświęcisz im uwagę, zawsze odwzajemniają twoją miłość."
a gdy poświęcisz im uwagę, zawsze odwzajemniają twoją miłość."
8/10
niedziela, 20 lipca 2014
K. Millay "Morze Spokoju"
Wydawnictwo: Jaguar
Ilość stron: 460
Nastya od dłuższego czasu nie chodziła do szkoły. Teraz przenosi się do ciotki, by tam zacząć od nowa. Swoim wyzywającym strojem i makijażem, który ukrywa jej prawdziwą urodę, chce przekazać światu wiadomość: nie zbliżajcie się do mnie. Josh z kolei nie musi się wcale wysilać, by ludzie trzymali się od niego z daleka. No... z jednym wyjątkiem. Ona chce się zemścić na chłopaku, który odebrał jej wszystko, co kochała, choć nikt nie wie, co tak naprawdę dzieje się w jej głowie. On nie ma nic do ukrycia. Jego historia, historia jego straty jest wszystkim dobrze znana. I tak żyją: ona napędzana chęcią (graniczącej z niemożliwością) zemsty, on oddając się swojej pasji, jaką jest stolarstwo. Oboje nie potrafią zapomnieć o przeszłości. Oboje nie potrafią ruszyć naprzód. Czy razem zdołają się zmienić?
Może przeznaczenie, może chęć trzymania ludzi na dystans, może coś całkiem innego. Nieważne co. Tak czy inaczej coś sprawiło, że ta dwójka zaczyna spędzać ze sobą coraz więcej czasu. I bardzo to sobie cenią, nawet jeśli nie przyznaliby się do tego. Powoli stają się coraz bardziej otwarci, choć w ich relacji wciąż obecnych jest wiele sekretów.
Nastya jest pełna sprzeczności - z jednej strony twierdzi, że nie wini się za to, co ją spotkało, a jednak nie pozwala sobie ruszyć dalej, czy chociażby spróbować. Zmusza się do udawania kogoś, kim nie jest niezależnie od tego, jak bardzo chciałaby tego uniknąć. Dla innych jest jedną wielką zagadką. Ale czy naprawdę ma zamiar nią na zawsze zostać? Josh jest dość typowym dla powieści New Adult bohaterem. Przystojny, utalentowany (stolarstwo było w tym przypadku świetnym pomysłem) i z niewesołą przeszłością, którą wkrótce mamy okazję poznać. Nastya z resztą też. Ona z kolei nie zamierza się za szybko rewanżować i o ile czytelnicy nie pozostaną zbyt długo w całkowitej nieświadomości, o tyle jemu przyjdzie się z tym jeszcze borykać. Nie mogłabym też zapomnieć o Drew, który jako pierwszy wyciągnął do naszej bohaterki dłoń (nawet jeśli w nie do końca czystych intencjach). Z pozoru jest on typowym podrywaczem, który może mieć każdą dziewczynę i chętnie z tego korzysta. A jednak to właśnie on jako jedyny wciąż otwarcie zadaje się z Joshem. Cóż, nie chcę zdradzić za wiele, jednak uprzedzam, że jest to całkiem interesująca postać.
Warto też zauważyć, że pomimo postawy Nastyi znalazły się osoby, które nie dały się odepchnąć, które powoli zmniejszały istniejący dystans, chcąc poznać jej prawdziwe ja. A jej relacja z Joshem? Wyszła autorce bardzo dobrze i dość wiarygodnie, choć nie obyło się bez odrobiny przedramatyzowania. Gdy byli szczęśliwi, cieszyłam się razem z nimi, gdy dochodziło do nieporozumień nie mogła mnie nie zirytować ich upartość, a gdy (świadomie lub nie) ranili siebie nawzajem, najchętniej sama bym zainterweniowała.
Jedną z pierwszych rzeczy, jakie rzuciły mi się w oczy był dość wulgarny język, który, nie będę ukrywać, nieco psuł mi odbiór powieści. Oczywiście rozumiem, że miał on na celu podkreślenie postawy Nastyi i typu środowiska, w jakim się obracała, jednak teksty najeżone wulgaryzmami bynajmniej nie umilały mi odbioru całości. Na szczęście nie było tak cały czas i zwłaszcza w relacji Nastyi i Josha wkrótce zanikło. Poza tym nie można odmówić tej powieści całkiem przyjemnego w odbiorze humoru.
Do tej pory jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się przesiedzieć nad książką niemal całą noc - zmęczenie prędzej czy później zawsze wygrywało. A jednak gdy w trakcie czytania "Morza Spokoju" spojrzałam w stronę okna, zaskoczyło mnie to, co zobaczyłam. I dopiero po chwili zorientowałam się, że zaczyna się przejaśniać. To chyba wystarczająco dobrze pokazuje, jak bardzo wciągnęła mnie książka Katji Millay. Nie jest idealna, mogą się też znaleźć elementy bardziej lub mniej irytujące, jednak i tak bardzo dobrze mi się ją czytało i szczerze mogę ją polecić.
Może przeznaczenie, może chęć trzymania ludzi na dystans, może coś całkiem innego. Nieważne co. Tak czy inaczej coś sprawiło, że ta dwójka zaczyna spędzać ze sobą coraz więcej czasu. I bardzo to sobie cenią, nawet jeśli nie przyznaliby się do tego. Powoli stają się coraz bardziej otwarci, choć w ich relacji wciąż obecnych jest wiele sekretów.
Nastya jest pełna sprzeczności - z jednej strony twierdzi, że nie wini się za to, co ją spotkało, a jednak nie pozwala sobie ruszyć dalej, czy chociażby spróbować. Zmusza się do udawania kogoś, kim nie jest niezależnie od tego, jak bardzo chciałaby tego uniknąć. Dla innych jest jedną wielką zagadką. Ale czy naprawdę ma zamiar nią na zawsze zostać? Josh jest dość typowym dla powieści New Adult bohaterem. Przystojny, utalentowany (stolarstwo było w tym przypadku świetnym pomysłem) i z niewesołą przeszłością, którą wkrótce mamy okazję poznać. Nastya z resztą też. Ona z kolei nie zamierza się za szybko rewanżować i o ile czytelnicy nie pozostaną zbyt długo w całkowitej nieświadomości, o tyle jemu przyjdzie się z tym jeszcze borykać. Nie mogłabym też zapomnieć o Drew, który jako pierwszy wyciągnął do naszej bohaterki dłoń (nawet jeśli w nie do końca czystych intencjach). Z pozoru jest on typowym podrywaczem, który może mieć każdą dziewczynę i chętnie z tego korzysta. A jednak to właśnie on jako jedyny wciąż otwarcie zadaje się z Joshem. Cóż, nie chcę zdradzić za wiele, jednak uprzedzam, że jest to całkiem interesująca postać.
Warto też zauważyć, że pomimo postawy Nastyi znalazły się osoby, które nie dały się odepchnąć, które powoli zmniejszały istniejący dystans, chcąc poznać jej prawdziwe ja. A jej relacja z Joshem? Wyszła autorce bardzo dobrze i dość wiarygodnie, choć nie obyło się bez odrobiny przedramatyzowania. Gdy byli szczęśliwi, cieszyłam się razem z nimi, gdy dochodziło do nieporozumień nie mogła mnie nie zirytować ich upartość, a gdy (świadomie lub nie) ranili siebie nawzajem, najchętniej sama bym zainterweniowała.
Jedną z pierwszych rzeczy, jakie rzuciły mi się w oczy był dość wulgarny język, który, nie będę ukrywać, nieco psuł mi odbiór powieści. Oczywiście rozumiem, że miał on na celu podkreślenie postawy Nastyi i typu środowiska, w jakim się obracała, jednak teksty najeżone wulgaryzmami bynajmniej nie umilały mi odbioru całości. Na szczęście nie było tak cały czas i zwłaszcza w relacji Nastyi i Josha wkrótce zanikło. Poza tym nie można odmówić tej powieści całkiem przyjemnego w odbiorze humoru.
Do tej pory jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się przesiedzieć nad książką niemal całą noc - zmęczenie prędzej czy później zawsze wygrywało. A jednak gdy w trakcie czytania "Morza Spokoju" spojrzałam w stronę okna, zaskoczyło mnie to, co zobaczyłam. I dopiero po chwili zorientowałam się, że zaczyna się przejaśniać. To chyba wystarczająco dobrze pokazuje, jak bardzo wciągnęła mnie książka Katji Millay. Nie jest idealna, mogą się też znaleźć elementy bardziej lub mniej irytujące, jednak i tak bardzo dobrze mi się ją czytało i szczerze mogę ją polecić.
"Czasami łatwiej udawać, że wszystko jest w porządku niż zmierzyć się z faktem, że nic nie jest takie,
jakie powinno, ale nic nie możesz z tym zrobić."
7/10jakie powinno, ale nic nie możesz z tym zrobić."
czwartek, 12 czerwca 2014
C. R. Zafón "Marina"
Wydawnictwo: MUZA
Ilość stron: 304
"Marina" to ostatnia z powieści Zafóna zaliczających się jeszcze do młodzieżowych i jednocześnie ta, którą - jak sam autor twierdzi - darzy szczególnym sentymentem. A choć nie czytałam jeszcze późniejszych jego dzieł, nie dziwię się, że tak właśnie jest. Ale o tym za chwilę...
Tajemnicze uliczki Barcelony, a gdzieś pośród nich z pozoru opuszczony dom, w którym jakby za zrządzeniem losu Óscar poznaje Marinę, piękną i równie zagadkową, jak otaczające ich miasto. Ale to nie koniec zbiegów okoliczności, gdyż już wkrótce ta dwójka nieświadomie wplątuje się w niebezpieczną sprawę, która od lat pozostaje poza świadomością ogółu. I może właśnie tak powinno zostać...
"Czas robi za ciałem to samo co głupota z duszą."
Choć był to początek czegoś niespodziewanego, nie musiało minąć dużo czasu, by niedawne wydarzenia stały się jedynie niewyraźnym zarysem, bliżej niesprecyzowaną obawą. Przynajmniej na razie. Tymczasem Óscar raz po raz wymyka się ze szkoły z internatem i spędza kolejne dni w towarzystwie Mariny i Germana, jej ojca, czując, że w końcu znalazł swoje miejsce. Nie są to jednak chwile pozbawione trosk, gdyż Óscar, choć niewtajemniczony w szczegóły, zdaje sobie sprawę, że za jakiś czas mogą nie spotkać się już w tym samym składzie.
A jednak wkrótce tajemnicze wydarzenia zaczynają konkurować z niezwykłą codziennością bohaterów, aż w końcu stają się na tyle poważne, na tyle natarczywe, by zdominować troski dnia powszedniego. Óscar i Marina wkraczają na pełną niebezpieczeństw drogę do poznania prawdy o pewnym okrytym złą sławą człowieku, Michale Kolveniku. Nie zabraknie elementów grozy, chociażby groteskowych postaci, zniekształconych chorych ludzi i bardzo nietypowych upodobań. Znajdzie się też miejsce na miłość, choć w dość niespodziewanej formie.
Przepełniona baśniowością, podszyta mrokiem - tak właśnie w dużym skrócie opisałabym "Marinę". Powieść ta jest inna od poprzednich dzieł autora (a tak się składa, że czytałam je zgodnie z kolejnością ich powstawania), jakby dojrzalsza, czy nawet lepiej przemyślana Jest magiczna, ujmuje swoim urokiem, na który składa się wiele czynników - od tytułowej bohaterki, poprzez malowniczą scenerię, aż po skrywaną od lat tajemnicę pełną sprzecznych emocji i ludzkich tragedii.
"Czasami to, co najbardziej prawdziwe, dzieje się tylko w wyobraźni. Wspominamy tylko to, co nigdy się nie wydarzyło."
Spośród bohaterów na pierwszy plan wybija się Marina - piękna, inteligentna i pełna zalet, jednak nie miałam wrażenia, by była zbytnio wyidealizowana. A jeśli już, to jedynie z powodu narracji z perspektywy Óscara, całkowicie podporządkowanego swojej fascynacji dziewczyną. German z kolei zwykle żyje jakby w półśnie - jak przystało na niezwykłego artystę, którym kiedyś był. Cóż, ten starszy pan z pewnością zasługuje na sympatię ze strony czytelnika. O innych nie będę się wypowiadać, gdyż bliżej można ich poznać wraz z rozwojem fabuły. Mogę jednak zapewnić, że znajdzie się tu jeszcze kilka ciekawych charakterów.
"Marina" naprawdę wciągnęła mnie w swój świat, zasypała mnogością wartych zapamiętania cytatów, zainteresowała niezwykłą tajemnicą, a także zaskoczyła niespodziewanym zakończeniem. Poza tym emocje bohaterów były tu równie ważne, jak tragiczna historia Kolvenika, co uważam za dobre rozwiązanie.Tak jak i autor, będę do tej książki żywić pewien sentyment, niewykluczone też, że za jakiś czas do niej wrócę, a jak na razie serdecznie ją polecam.
"Marina" naprawdę wciągnęła mnie w swój świat, zasypała mnogością wartych zapamiętania cytatów, zainteresowała niezwykłą tajemnicą, a także zaskoczyła niespodziewanym zakończeniem. Poza tym emocje bohaterów były tu równie ważne, jak tragiczna historia Kolvenika, co uważam za dobre rozwiązanie.Tak jak i autor, będę do tej książki żywić pewien sentyment, niewykluczone też, że za jakiś czas do niej wrócę, a jak na razie serdecznie ją polecam.
"Wszystkie baśnie są kłamstwem, choć nie wszystkie kłamstwa są baśniami."
9/10
niedziela, 25 maja 2014
C. Bradford "Młody samuraj. Droga wojownika"
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Ilość stron: 316
Seria: Młody samuraj (cz. 1)
Do tej pory nie zwracałam na tę serię najmniejszej uwagi. Podobnie było z samym tematem samurajów, jednak gdy przypadkiem natrafiłam na opis "Drogi wojownika", postanowiłam przy najbliższej wizycie w bibliotece zabrać tę książkę ze sobą. I tak oto wkroczyłam w świat samurajów...
Młody Jack Fletcher zdecydował wyruszyć wraz z ojcem do Japonii. Na angielskim statku zaskarbił sobie sympatię załogi swoją odwagą, sprawnością i sprytem. Po wielu trudach ich oczom w końcu ukazały się wybrzeża Japonii. Niestety, pod osłoną nocy zostali napadnięci, jak się później okazało, przez ninja poszukujących ruttera, wręcz bezcennego dla ludzi chcących bezpiecznie przemierzać przez morza i oceany świata. Jak nie trudno się domyślić, wszystko skończyło się tragicznie, natomiast Jack cudem przeżył, trafiając pod opiekę potężnego samuraja Masamoto. Bariera językowa i kulturowa stanowiła niewątpliwy problem, jednak chłopiec wkrótce pojął, że jego gospodarze nie mają złych zamiarów, co więcej, kilku z nich polubił. Na czele z piękną i utalentowaną Akiko, która stała się jego nową przyjaciółką. Jakiś czas później po raz pierwszy spotkał Masamoto i przy udziale portugalskiego misjonarza w roli tłumacza mógł rozeznać się w obecnej sytuacji, a także opowiedzieć swoją historię.
Jack dobrze pamiętał człowieka, który zaatakował statek. A zwłaszcza jego jedyne, jadowicie zielone oko, znane również samurajom. Tym człowiekiem był Dokugan Ryu, który dwa lata wcześniej zabił starszego z synów Masamoto. Na skutek tego zrządzenia losu samuraj podejmuje decyzję o adopcji Jacka, który do czasu ponownego przybycia Masamoto do Kioto ma opanować język japoński. Tak oto chłopiec rozpoczyna swoje nowe życie w Japonii. Pomimo panującej w domu przyjaznej atmosfery jest ktoś, kto wciąż odnosi się do Jacka niechętnie, a jest to Yamato, obecnie jego nowy brat, który nie może się pogodzić z decyzją ojca. Czy wspólne treningi w posługiwaniu się bokkenem (drewnianym mieczem) będą w stanie ich jakoś do siebie zbliżyć? A tymczasem ktoś wciąż ma chrapkę na znajdujący się w posiadaniu Jacka rutter - jedyne, co zostało mu po ojcu. Niebezpieczeństwa mogą czyhać na każdym kroku...
"Droga wojownika" obfituje w o wiele więcej wydarzeń, jednak nie pozwolę sobie psuć wam możliwości poznania ich na własną rękę (a muszę przyznać, że najchętniej streściłabym naprawdę sporą część tej książki). Autor nie pozwala się nudzić, oferując nam wartką akcję, sympatycznych bohaterów oraz wiele ciekawostek na temat samurajów i ich sztuki walki. W treść zostało wplecionych wiele japońskich zwrotów, co dodatkowo urozmaicało lekturę (poza tym miło było stwierdzić, że w większości przypadków nie potrzebowałam przypisów). Na końcu znajduje się słowniczek, który nie zaszkodziłoby przejrzeć jeszcze przed lekturą. Poza tym znajdziemy również krótki opis niektórych technik i trochę ciekawostek na temat samego autora, który również trenował sztuki walki.
Przyjęcie do rodu Yamamoto, choć bardzo znamienne, dla wielu nie zmienia faktu, że Jack wciąż pozostaje gaijinem, czego nie omieszkają mu wypominać. Czego by nie mówić prawdą jest, że Anglik znacznie wyróżnia się na tle ciemnowłosych Japończyków. Tak więc na naszego bohatera czeka jeszcze wiele przeszkód i przykrości, a choć język nie stanowi już większego problemu, wciąż pozostaje kwestia niezliczonych zwyczajów i specyficznej kultury. Czy Jack zdoła zmierzyć się z otaczającą go ignorancją, stereotypami? I czy możliwe jest, by ci dumni Japończycy uznali go za jednego ze swoich, by zobaczyli w nim samuraja? Wciąż pozostaje też kwestia rozdarcia pomiędzy starym a nowym życiem. Jaką drogą podąży Jack? Nie myślcie jednak, że jest on jedyną postacią wartą uwagi. Jest też przecież Akiko, stanowiąca świetny przykład silnej, niezależnej, a przy tym wciąż czarującej bohaterki. O reszcie proponuję dowiedzieć się już przy okazji lektury.
Młody Jack Fletcher zdecydował wyruszyć wraz z ojcem do Japonii. Na angielskim statku zaskarbił sobie sympatię załogi swoją odwagą, sprawnością i sprytem. Po wielu trudach ich oczom w końcu ukazały się wybrzeża Japonii. Niestety, pod osłoną nocy zostali napadnięci, jak się później okazało, przez ninja poszukujących ruttera, wręcz bezcennego dla ludzi chcących bezpiecznie przemierzać przez morza i oceany świata. Jak nie trudno się domyślić, wszystko skończyło się tragicznie, natomiast Jack cudem przeżył, trafiając pod opiekę potężnego samuraja Masamoto. Bariera językowa i kulturowa stanowiła niewątpliwy problem, jednak chłopiec wkrótce pojął, że jego gospodarze nie mają złych zamiarów, co więcej, kilku z nich polubił. Na czele z piękną i utalentowaną Akiko, która stała się jego nową przyjaciółką. Jakiś czas później po raz pierwszy spotkał Masamoto i przy udziale portugalskiego misjonarza w roli tłumacza mógł rozeznać się w obecnej sytuacji, a także opowiedzieć swoją historię.
Jack dobrze pamiętał człowieka, który zaatakował statek. A zwłaszcza jego jedyne, jadowicie zielone oko, znane również samurajom. Tym człowiekiem był Dokugan Ryu, który dwa lata wcześniej zabił starszego z synów Masamoto. Na skutek tego zrządzenia losu samuraj podejmuje decyzję o adopcji Jacka, który do czasu ponownego przybycia Masamoto do Kioto ma opanować język japoński. Tak oto chłopiec rozpoczyna swoje nowe życie w Japonii. Pomimo panującej w domu przyjaznej atmosfery jest ktoś, kto wciąż odnosi się do Jacka niechętnie, a jest to Yamato, obecnie jego nowy brat, który nie może się pogodzić z decyzją ojca. Czy wspólne treningi w posługiwaniu się bokkenem (drewnianym mieczem) będą w stanie ich jakoś do siebie zbliżyć? A tymczasem ktoś wciąż ma chrapkę na znajdujący się w posiadaniu Jacka rutter - jedyne, co zostało mu po ojcu. Niebezpieczeństwa mogą czyhać na każdym kroku...
"Im większa przeszkoda, tym większa chwała z jej pokonania."
"Droga wojownika" obfituje w o wiele więcej wydarzeń, jednak nie pozwolę sobie psuć wam możliwości poznania ich na własną rękę (a muszę przyznać, że najchętniej streściłabym naprawdę sporą część tej książki). Autor nie pozwala się nudzić, oferując nam wartką akcję, sympatycznych bohaterów oraz wiele ciekawostek na temat samurajów i ich sztuki walki. W treść zostało wplecionych wiele japońskich zwrotów, co dodatkowo urozmaicało lekturę (poza tym miło było stwierdzić, że w większości przypadków nie potrzebowałam przypisów). Na końcu znajduje się słowniczek, który nie zaszkodziłoby przejrzeć jeszcze przed lekturą. Poza tym znajdziemy również krótki opis niektórych technik i trochę ciekawostek na temat samego autora, który również trenował sztuki walki.
Przyjęcie do rodu Yamamoto, choć bardzo znamienne, dla wielu nie zmienia faktu, że Jack wciąż pozostaje gaijinem, czego nie omieszkają mu wypominać. Czego by nie mówić prawdą jest, że Anglik znacznie wyróżnia się na tle ciemnowłosych Japończyków. Tak więc na naszego bohatera czeka jeszcze wiele przeszkód i przykrości, a choć język nie stanowi już większego problemu, wciąż pozostaje kwestia niezliczonych zwyczajów i specyficznej kultury. Czy Jack zdoła zmierzyć się z otaczającą go ignorancją, stereotypami? I czy możliwe jest, by ci dumni Japończycy uznali go za jednego ze swoich, by zobaczyli w nim samuraja? Wciąż pozostaje też kwestia rozdarcia pomiędzy starym a nowym życiem. Jaką drogą podąży Jack? Nie myślcie jednak, że jest on jedyną postacią wartą uwagi. Jest też przecież Akiko, stanowiąca świetny przykład silnej, niezależnej, a przy tym wciąż czarującej bohaterki. O reszcie proponuję dowiedzieć się już przy okazji lektury.
Choć docelową grupą odbiorców są raczej nieco młodsi czytelnicy, nie widzę żadnych przeciwwskazań do tego, by także inni zainteresowali się stworzoną przez Chrisa Bradforda historią (z pasjonatami Japonii na czele). Ja sama bardzo dobrze bawiłam się śledząc poczynania Jacka i jego towarzyszy i z chęcią spotkam się z nimi ponownie w kolejnej części serii. Powiem nawet więcej, wręcz nie mogę się tego doczekać.
"Porażką jest jedynie nie próbować więcej."
7/10wtorek, 15 kwietnia 2014
C. R. Zafon "Światła września"
Wydawnictwo: MUZA
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 255
"Książę Mgły" naprawdę mi się spodobał i zachwycił niepowtarzalnym klimatem. Z "Pałacem Północy" już nie było tak dobrze, jednak dalej całkiem nieźle. I choć obiło mi się o uszy kilka mniej pochlebnych opinii odnośnie "Świateł września", postanowiłam na własną rękę przekonać się, czy rzeczywiście jest to najgorsza z wymienionych wyżej książek. Jakie były moje wnioski? Przekonajcie się.
Po wielu ciężkich chwilach, jakie nastały dla rodziny Sauvelle po śmierci Armanda - męża Simone i ojca Irene oraz Doriana - wreszcie uśmiechnął się los. Dobrze płatna praca na północy Francji i zapewnione zakwaterowanie było dla nich wybawieniem. Co więcej, ich gospodarz, choć ekscentryczny, sprawia wrażenie naprawdę miłego człowieka. Również nadmorskie miasteczko wraz z wszystkimi mieszkańcami bez komplikacji przyjęło ich w swoje progi. To ich szansa na lepsze życie. Coś jest jednak nie tak, a mające wkrótce miejsce niewyjaśnione morderstwo jedynie to potwierdza. Wraz z nim zaczynają się szerzyć pogłoski o podobnej sprawie z przeszłości. Jest też pewna legenda, tytułowe światła września. Co to wszystko ma znaczyć? I co takiego kryje się w otaczającym Cravenmoore lesie oraz samej posiadłości?
Wszechwiedzący narrator potęguje baśniowość powieści, jednak jest ona podszyta mrokiem, bliżej nieokreśloną obawą, która często towarzyszy bohaterom. Wystarczyło kilka barwnych opisów posiadłości pełnej lalek i wszelkiego rodzaju rękodzieł (zwłaszcza tych groteskowych), bym pozwoliła się wciągnąć w świat tej powieści. Uwielbiam takie klimaty. Niewątpliwą zaletą jest również dość kunsztowny, choć pozbawiony zbędnego patosu język, jakim posługuje się autor.
Po latach niedostatku cała rodzina Sauvelle'ów z ulgą i wdzięcznością przyjmuje nastające w ich życiu zmiany. Dorian w końcu ma możliwość oddania się swojej pasji, Irene znajduje nie tylko przyjaciółkę, ale i swoją pierwszą, prawdziwą sympatię. Z kolei Simone powoli odnajduje się w swoich nowych obowiązkach, a także odkrywa, że Lazarus, jej chlebodawca może być świetnym kompanem do rozmów. Nie da się jednak nie zauważyć pewnych niepokojących faktów, chociażby korespondencji, która, nieotwierana, stale ląduje w płomieniach kominka. Poza tym rodząca się między nimi sympatia do niczego nie doprowadzi - ona jest wdową, on wciąż ma żonę, choć ta na skutek tajemniczej choroby od lat nie opuściła swojego pokoju. Ale czy uczucia można od tak zignorować?
Wszechwiedzący narrator potęguje baśniowość powieści, jednak jest ona podszyta mrokiem, bliżej nieokreśloną obawą, która często towarzyszy bohaterom. Wystarczyło kilka barwnych opisów posiadłości pełnej lalek i wszelkiego rodzaju rękodzieł (zwłaszcza tych groteskowych), bym pozwoliła się wciągnąć w świat tej powieści. Uwielbiam takie klimaty. Niewątpliwą zaletą jest również dość kunsztowny, choć pozbawiony zbędnego patosu język, jakim posługuje się autor.
"Na tym świecie cieni i świateł wszyscy, każdy z nas, musimy odnaleźć swoją własną drogę."
Po latach niedostatku cała rodzina Sauvelle'ów z ulgą i wdzięcznością przyjmuje nastające w ich życiu zmiany. Dorian w końcu ma możliwość oddania się swojej pasji, Irene znajduje nie tylko przyjaciółkę, ale i swoją pierwszą, prawdziwą sympatię. Z kolei Simone powoli odnajduje się w swoich nowych obowiązkach, a także odkrywa, że Lazarus, jej chlebodawca może być świetnym kompanem do rozmów. Nie da się jednak nie zauważyć pewnych niepokojących faktów, chociażby korespondencji, która, nieotwierana, stale ląduje w płomieniach kominka. Poza tym rodząca się między nimi sympatia do niczego nie doprowadzi - ona jest wdową, on wciąż ma żonę, choć ta na skutek tajemniczej choroby od lat nie opuściła swojego pokoju. Ale czy uczucia można od tak zignorować?
Czytając "Światła września" nie mogłam się powstrzymać od skojarzeń z przeczytanymi wcześniej dziełami Zafona. Miałam wrażenie, że to już było, że autor się powtarza. I tak to właśnie wygląda, bo Zafon niejednokrotnie wykorzystuje użyte już w poprzednich historiach schematy. Zwłaszcza obecność latarni morskiej nieodmiennie przywodziła mi na myśl "Księcia Mgły". Poza tym nie przypadł mi do gustu wątek miłosny między Irene i Ismaelem (głównie jego początek) - ot, widzą się pierwszy raz, razem płyną na wyspę i już się w sobie po uszy zakochują. Taka banalna i zupełnie bezpodstawna miłość od pierwszego wejrzenia. Nie twierdzę, że nie mogłoby tak być, ale pasowałoby to jakoś umiejętniej rozegrać.
Nieodmiennie powraca również motyw błędów przeszłości, które nieustannie kładą cień na życie bohaterów, w tym przypadku właśnie Lazarusa Janna, utalentowanego fabrykanta zabawek i gospodarza rodziny Sauvelle. Co takiego zdarzyło się w przeszłości i jaki miało na niego wpływ? I oczywiście, jakie skutki dawne wydarzenia wywrą w obecnej sytuacji? Tego nie zdradzę, sprawdźcie sami.
Nieodmiennie powraca również motyw błędów przeszłości, które nieustannie kładą cień na życie bohaterów, w tym przypadku właśnie Lazarusa Janna, utalentowanego fabrykanta zabawek i gospodarza rodziny Sauvelle. Co takiego zdarzyło się w przeszłości i jaki miało na niego wpływ? I oczywiście, jakie skutki dawne wydarzenia wywrą w obecnej sytuacji? Tego nie zdradzę, sprawdźcie sami.
Mimo tych kilku moich skarg książkę czytało mi się całkiem przyjemnie. Podobała mi się również sama historia, na której oparta była akcja. Kolejna książka Zafona również ma w sobie coś magicznego, choć to już nie to samo uczucie, co za pierwszym razem. Jeśli nie macie względem niej zbyt wygórowanych wymagań lub będzie to Wasze pierwsze spotkanie z twórczością autora, śmiało możecie po nią sięgnąć.
"Szkoda czasu na jakiekolwiek próby zmieniania świata, wystarczy uważać, by świat nie zmienił ciebie."
7/10sobota, 22 lutego 2014
J. Green "Szukając Alaski"
Wydawnictwo: Bukowy Las
Rok wydania: 2013
Ilość stron: 317
Są książki, po które sięgam w ciemno, nawet nie wiedząc dokładnie (lub wcale) o czym są. Lubię ten element zaskoczenia, gdy nie wiem czego się spodziewać, a jednocześnie jestem wręcz pewna, że się nie rozczaruję. Jest tak chociażby w przypadku książek Murakamiego. I tak też było w przypadku "Szukając Alaski".
Miles Halter postanawia wybrać się do oddalonej od domu szkoły z internatem, aby tam rozpocząć poszukiwania Wielkiego Być Może. Pomimo jego obaw okazało się, że trafił na całkiem niezłe towarzystwo. Co prawda może niezbyt normalne, ale ponoć tylko szaleńcy są coś warci na tym świecie. Już na wstępie został przechrzczony na Kluchę, przeciwko czemu jakoś zawzięcie nie oponował. Co do owego towarzystwa, są to Pułkownik o niesamowitej pamięci i zamiłowaniu do opracowywania szczegółowych planów, Alaska, która sama w sobie jest niezwykła oraz rapujący Takumi. On sam również ma swoje dziwactwo, a jest nim zapamiętywanie ostatnich słów znanych ludzi. Uwielbia też czytać biografie, nawet jeśli nie ma najmniejszego pojęcia na temat twórczości opisywanych osób.
Miles szybko przekonał się jak to dobrze jest mieć przy sobie przyjaciół, w szkole też szło mu całkiem nieźle, a choć jego życie nie było pozbawione trosk, cieszył się z tego co ma. Wkrótce jednak wyrosła przed nim przeszkoda, której nie da się tak łatwo przeskoczyć. A może raczej labirynt, bo właśnie to określenie byłoby w tym przypadku bardziej adekwatne...
A co jeśli osoba, która jest dla ciebie najważniejsza nagle zniknie z twojego życia? Co jeśli bez podania przyczyny, bez żadnego wytłumaczenia i definitywnie stracisz ją z oczu? Pogodzisz się z tą myślą, czy może będziesz szukać sensu, jakiegokolwiek pocieszenia? A co w takiej sytuacji zrobił Miles i jego przyjaciele?
Miles szybko przekonał się jak to dobrze jest mieć przy sobie przyjaciół, w szkole też szło mu całkiem nieźle, a choć jego życie nie było pozbawione trosk, cieszył się z tego co ma. Wkrótce jednak wyrosła przed nim przeszkoda, której nie da się tak łatwo przeskoczyć. A może raczej labirynt, bo właśnie to określenie byłoby w tym przypadku bardziej adekwatne...
A co jeśli osoba, która jest dla ciebie najważniejsza nagle zniknie z twojego życia? Co jeśli bez podania przyczyny, bez żadnego wytłumaczenia i definitywnie stracisz ją z oczu? Pogodzisz się z tą myślą, czy może będziesz szukać sensu, jakiegokolwiek pocieszenia? A co w takiej sytuacji zrobił Miles i jego przyjaciele?
"W którymś momencie wszyscy podnosimy wzrok i uświadamiamy sobie, że zgubiliśmy się w labiryncie."
W książkach Greena uwielbiam to, że wykreowane przez niego postacie są pełne życia, nietypowe i różnorodne, a każda z nich ma swój niepowtarzalny charakter. No i jest jeszcze jedna niezaprzeczalna zaleta dla moli książkowych - lubią czytać. Miles to dość niepozorny chłopak, który pragnąc wyrwać się z monotonii dotychczasowego życia zdecydował się na konkretne działania. Jego decyzja z pewnością nie okazała się daremna, bo choć o Alasce można powiedzieć wiele, zdecydowanie nie jest osobą, przy której da się nudzić. Nieprzewidywalna, inteligentna, humorzasta, szalona i piękna - taka jest właśnie Alaska Young, a i to nie oddaje w pełni jej charakteru.
Pojawiające się w książce ostatnie słowa (zawsze oznaczone pogrubioną czcionką) nieodzownie przywodzą na myśl tematy związane z przemijaniem. Również wzmianki na temat religii, ich znaczenia w życiu człowieka, podobieństw i różnic w poszczególnych wyznaniach sprzyjają tego typu rozmyślaniom. Bohaterowie próbują sobie odpowiedzieć na pytania, które od zawsze nurtowały ludzkość, a także na kilka pomniejszych, choć również bardzo dla nich ważnych.
Moje kolejne spotkanie z twórczością Johna Greena uważam za jak najbardziej udane. Książka ta prezentuje sobą wiele wartości, jest kopalnią trafnych cytatów, a jej lektura to czysta przyjemność. Nieodzownym elementem jest również humor w najlepszej odsłonie. Nie mogę się doczekać wydania w Polsce kolejnych powieści tego autora. Może i Wy wyruszycie razem z Milesem na poszukiwania Wielkiego Być Może?
Pojawiające się w książce ostatnie słowa (zawsze oznaczone pogrubioną czcionką) nieodzownie przywodzą na myśl tematy związane z przemijaniem. Również wzmianki na temat religii, ich znaczenia w życiu człowieka, podobieństw i różnic w poszczególnych wyznaniach sprzyjają tego typu rozmyślaniom. Bohaterowie próbują sobie odpowiedzieć na pytania, które od zawsze nurtowały ludzkość, a także na kilka pomniejszych, choć również bardzo dla nich ważnych.
Moje kolejne spotkanie z twórczością Johna Greena uważam za jak najbardziej udane. Książka ta prezentuje sobą wiele wartości, jest kopalnią trafnych cytatów, a jej lektura to czysta przyjemność. Nieodzownym elementem jest również humor w najlepszej odsłonie. Nie mogę się doczekać wydania w Polsce kolejnych powieści tego autora. Może i Wy wyruszycie razem z Milesem na poszukiwania Wielkiego Być Może?
"Jasne, że głupio tęsknić za kimś, z kim ci się nie układało.
Ale nie wiem, fajnie było mieć kogoś, z kim można się kłócić."
10/10Ale nie wiem, fajnie było mieć kogoś, z kim można się kłócić."
sobota, 21 grudnia 2013
C. R. Zafon "Pałac północy"
Wydawnictwo: MUZA
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 287
W dniu, gdy stworzona przez grupkę podopiecznych St. Patrick organizacja ma zostać oficjalnie rozwiązana (ponieważ wkrótce mają opuścić sierociniec), historia opowiedziana przez Sheere zmienia wszystko. Do Chowbar Society, organizacji zobowiązującej swoich członków do niesienia sobie wzajemnej pomocy, dołącza kolejna osoba (choć przyjechała tu na krótko). Za cel stawiają sobie odnalezienie w Kalkucie pewnego domu, jednak niespodziewanie sprawy bardzo się komplikują. Ben dowiaduje się, że ktoś czyha na jego życie i nie tylko on sam jest w niebezpieczeństwie. Niedopowiedzenia, tajemnice, niezwykłe zdarzenia i morderca, który nie cofnie się przed niczym... Czy w tej sytuacji członkowie Chowbar Society wywiążą się z nałożonych na siebie zobowiązań?
Wciągająca, przepełniona mieszanką magii i tajemnicy, a jednocześnie lekka, napisana przystępnym i barwnym językiem. Taka jest właśnie ta historia. Bohaterowie są różnorodni, może nieszczególnie zaskakujący czy warci większej uwagi (może poza Benem), po prostu zwyczajni i dzięki temu wiarygodni. Widać, że ich wzajemne oddanie jest szczere. Chętnie dowiedziałabym się więcej o samym Benie, charakteryzującym się ciekawą osobowością, której jednak nie było mi dane poznać bliżej, gdyż na pierwszy plan niezmiennie wysuwała się owa tajemnica, mająca swój początek w nieznanej mu przeszłości. Przeszłości, od której nie da się uciec, nawet nie będąc świadomym, czego dotyczyła. Ucieczka jest jedynie odwlekaniem w czasie nieuniknionego, ponieważ demony przeszłości bywają bardzo cierpliwe. Czy nasi bohaterowie będą w stanie sprostać czekającym na nich wyzwaniom? Ile będą musieli poświęcić, aby wyjść cało z niebezpieczeństwa?
Choć ta książka nie wywarła na mnie aż takiego wrażenia, jak "Książę Mgły", nie można odmówić jej swoistego uroku, sprawiającego, że tak dobrze się ją czyta. Mimo to muszę przyznać, że opisana tu historia nie do końca mnie przekonała. Czegoś mi brakowało, jednak nie przeszkodziło mi to w czerpania przyjemności z lektury. Właściwie dopiero teraz poczułam chęć zapoznania się z późniejszymi powieściami autora i z niecierpliwością będę wyczekiwać tej sposobności. Czy przeczytać "Pałac północy"? Na to pytanie niech każdy odpowie sobie sam. Ja w każdym razie nie żałuję tej decyzji.
"Bo dać wiarę prawdzie, to rzecz najtrudniejsza i nic tak nie kusi jak kłamstwo, zwłaszcza potężne."
7/10
środa, 30 października 2013
G. Green "Papierowe miasta"
Wydawnictwo: Bukowy Las
Rok wydania: 2013
Ilość stron: 397
Quentin to zwyczajny chłopak kończący szkołę średnią. Margo z kolei trudno byłoby określić jako zwyczajną. Od dzieciństwa są sąsiadami, jednak z czasem ich drogi się rozeszły, a Margo stała się żywą legendą. Była znana ze swojej wyjątkowej osobowości - towarzyska, lubiana, sympatyczna, niekiedy szalona... Wiele można by wymieniać. Od czasu do czasu nagle znikała, by po kilku dniach wrócić równie niespodziewanie i choć pozostawiała po sobie pewne wskazówki, nikt nie potrafił rozszyfrować ich na czas. A może nikt nawet nie próbował? W końcu zawsze wracała z własnej inicjatywy.
Pewnej majowej nocy Quentin dostrzega w swoim oknie Margo. A raczej jej oczy, bo całą twarz ma umazaną na czarno. Dziewczyna prosi go, aby pomógł jej w pewnym przedsięwzięciu i tak oto wkrótce już jadą przez opustoszałe ulice, aby wcielić w życie plan Margo - równie szalony jak ona sama. Tej nocy dziewczyna spaliła za sobą wiele mostów, jednak odnowiła znajomość z Quentinem. Jak będą wyglądać kolejne dni? Właśnie takie pytanie zadaje sobie Q.
A jednak w szkole zmienia się niewiele. Przynajmniej nie licząc zniknięcia Margo, jednak to nie pierwszy raz, nie ma co panikować. Dopiero po kilku dniach Quentin odnajduje pozostawione przez nią wskazówki, które najwyraźniej skierowane są do niego. Przejęty swoim odkryciem, natychmiast zaczyna poszukiwania. Do jakich wniosków go doprowadzą?
Ta książka pokazuje nam, jak dalekie od rzeczywistości mogą być nasze wyobrażenia na temat innych. To też opowieść o przyjaźni - zarówno tej z prawdziwego zdarzenia, jak i tej, która może nie sprostać naszym oczekiwaniom. Dodatkowym jej atutem jest ciekawy i przystępny styl autora - z jednej strony nie brakuje tu plastycznych opisów czy porównań (nie można zapomnieć o metaforach, które odegrały tu znaczną rolę), a z drugiej cechuje ją pewna bezpośredniość. To wszystko sprawia, że jej czytanie to prawdziwa przyjemność.
Jeśli chodzi o bohaterów, to choć nie wszyscy mogą poszczycić się niezwykle interesującą osobowością, z pewnością wydają się realni. Nieprzewidywalna Margo, Q, który ze wszystkich sił stara się ją odnaleźć i jego przyjaciele, którzy chcą go wspierać, jednak nie zapominają o swoim własnym życiu i, co za tym idzie, nie podporządkowują go całkowicie odnalezieniu dziewczyny. Pozostaje jednak pytanie: czy ona rzeczywiście chce zostać odnaleziona? Co nią kierowało? Jaki będzie finał tej historii? Tego dowiecie się już bezpośrednio z książki.
John Green porusza wiele ważnych kwestii - od wspomnianej już wcześniej przyjaźni, do zrozumienia samego siebie, innych i swojej roli w społeczeństwie. Nie zabrakło przy tym sporej dawki humoru i wielu wartych zapamiętania cytatów. Cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko polecić Wam "Papierowe miasta" i zacząć polowania na kolejną książkę tego autora. ;)
Pewnej majowej nocy Quentin dostrzega w swoim oknie Margo. A raczej jej oczy, bo całą twarz ma umazaną na czarno. Dziewczyna prosi go, aby pomógł jej w pewnym przedsięwzięciu i tak oto wkrótce już jadą przez opustoszałe ulice, aby wcielić w życie plan Margo - równie szalony jak ona sama. Tej nocy dziewczyna spaliła za sobą wiele mostów, jednak odnowiła znajomość z Quentinem. Jak będą wyglądać kolejne dni? Właśnie takie pytanie zadaje sobie Q.
A jednak w szkole zmienia się niewiele. Przynajmniej nie licząc zniknięcia Margo, jednak to nie pierwszy raz, nie ma co panikować. Dopiero po kilku dniach Quentin odnajduje pozostawione przez nią wskazówki, które najwyraźniej skierowane są do niego. Przejęty swoim odkryciem, natychmiast zaczyna poszukiwania. Do jakich wniosków go doprowadzą?
Ta książka pokazuje nam, jak dalekie od rzeczywistości mogą być nasze wyobrażenia na temat innych. To też opowieść o przyjaźni - zarówno tej z prawdziwego zdarzenia, jak i tej, która może nie sprostać naszym oczekiwaniom. Dodatkowym jej atutem jest ciekawy i przystępny styl autora - z jednej strony nie brakuje tu plastycznych opisów czy porównań (nie można zapomnieć o metaforach, które odegrały tu znaczną rolę), a z drugiej cechuje ją pewna bezpośredniość. To wszystko sprawia, że jej czytanie to prawdziwa przyjemność.
Jeśli chodzi o bohaterów, to choć nie wszyscy mogą poszczycić się niezwykle interesującą osobowością, z pewnością wydają się realni. Nieprzewidywalna Margo, Q, który ze wszystkich sił stara się ją odnaleźć i jego przyjaciele, którzy chcą go wspierać, jednak nie zapominają o swoim własnym życiu i, co za tym idzie, nie podporządkowują go całkowicie odnalezieniu dziewczyny. Pozostaje jednak pytanie: czy ona rzeczywiście chce zostać odnaleziona? Co nią kierowało? Jaki będzie finał tej historii? Tego dowiecie się już bezpośrednio z książki.
John Green porusza wiele ważnych kwestii - od wspomnianej już wcześniej przyjaźni, do zrozumienia samego siebie, innych i swojej roli w społeczeństwie. Nie zabrakło przy tym sporej dawki humoru i wielu wartych zapamiętania cytatów. Cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko polecić Wam "Papierowe miasta" i zacząć polowania na kolejną książkę tego autora. ;)
"Pamiętaj, że czasami nasze wyobrażenie drugiej osoby niewiele ma wspólnego z tym, kim ona naprawdę jest."
9/10sobota, 7 września 2013
M. Mous "Boy 7"
Wydawnictwo: Dreams
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 248
Pewnego dnia budzisz się gdzieś na pustkowiu i nie pamiętasz praktycznie niczego. Nie wiesz kim jesteś, skąd się tu wziąłeś, nie wiesz nawet jak wyglądasz. W pobliżu leży plecak, a w nim kilka mniej lub bardziej przydatnych rzeczy, między innymi... komórka! No ale tu kolejne rozczarowanie, bo z nagranej na nim wiadomości dowiadujesz się, że pod żadnym pozorem nie wolno ci zadzwonić na policję. Co jeszcze dziwniejsze, ze słuchawki dobiega twój własny głos. Na szczęście ktoś tamtędy przejeżdża i zabiera cię ze sobą. Co dalej? Nie pozostaje ci nic innego, jak tylko spróbować zorientować się we własnej sytuacji. Nie wiesz od czego zacząć, komu zaufać, nie wiesz praktycznie nic. A jednak masz parę wskazówek, które mogą naprowadzić cię na jakiś ślad. Jak je wykorzystasz?
Właśnie tak pokrótce przedstawia się sytuacja Boy'a 7 (w każdym razie właśnie takie imię zdecydował się na razie przyjąć). Z jego przeszłością łączą go jedynie nieliczne przedmioty znalezione w plecaku, takie jak paragon z Pizza Hut, mały kluczyk z numerem 31 i zdjęcie pewnego budynku. Choć to prawie nic, z odrobiną szczęścia i pomocy ze strony .. (dziewczyny, która znalazła go wtedy na drodze) może mu się udać. Tylko czy może jej ufać? Wydaje się miła, ale czasami zachowuje się podejrzanie. A może to tylko wybujała wyobraźnia Boy'a?
Tak oto zdany na siebie (którego wcale nie zna) próbuje dociec prawdy, zrozumieć dlaczego stracił pamięć i jak udało mu się to przewidzieć. Pomysł na fabułę zdecydowanie interesujący, wykonanie również całkiem niezłe, a książka wciągająca. Mimo to mam kilka drobnych ale. Przede wszystkim autorka nie daje czytelnikowi nawet szansy na rozwiązanie tej zagadki na własną rękę. Owszem, z początku jesteśmy skazani na snucie domysłów wraz z bohaterem, jednak ostatecznie dostajemy rozwiązanie podane jak na talerzu i nawet jeśli wciąż pozostaje wiele niewiadomych, ogólną koncepcję już znamy. Poza tym bywało, że język powieści nieco mnie irytował i nie obeszło się bez paru literówek (to wydawnictwo tak już chyba ma). O Boy'u nie będę się zbytnio rozpisywać, skoro na początku on sam nic o sobie nie wiedział. Najlepiej gdybyście poznali go na własną rękę, bo mimo wszystko uważam, że "Boy'a 7" warto przeczytać.
Jeśli macie ochotę na lekką i wciągającą lekturę, w dodatku z zagadką do rozwiązania i kilkoma nagłymi zwrotami akcji, myślę, że będzie to dobry wybór. To niezbyt wymagająca, a jednak przyjemna historia, choć nazywanie jej thrillerem jest trochę na wyrost. Skierowana jest głównie do młodzieży, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby i ci starsi czytelnicy się na nią zdecydowali.
Tak oto zdany na siebie (którego wcale nie zna) próbuje dociec prawdy, zrozumieć dlaczego stracił pamięć i jak udało mu się to przewidzieć. Pomysł na fabułę zdecydowanie interesujący, wykonanie również całkiem niezłe, a książka wciągająca. Mimo to mam kilka drobnych ale. Przede wszystkim autorka nie daje czytelnikowi nawet szansy na rozwiązanie tej zagadki na własną rękę. Owszem, z początku jesteśmy skazani na snucie domysłów wraz z bohaterem, jednak ostatecznie dostajemy rozwiązanie podane jak na talerzu i nawet jeśli wciąż pozostaje wiele niewiadomych, ogólną koncepcję już znamy. Poza tym bywało, że język powieści nieco mnie irytował i nie obeszło się bez paru literówek (to wydawnictwo tak już chyba ma). O Boy'u nie będę się zbytnio rozpisywać, skoro na początku on sam nic o sobie nie wiedział. Najlepiej gdybyście poznali go na własną rękę, bo mimo wszystko uważam, że "Boy'a 7" warto przeczytać.
Jeśli macie ochotę na lekką i wciągającą lekturę, w dodatku z zagadką do rozwiązania i kilkoma nagłymi zwrotami akcji, myślę, że będzie to dobry wybór. To niezbyt wymagająca, a jednak przyjemna historia, choć nazywanie jej thrillerem jest trochę na wyrost. Skierowana jest głównie do młodzieży, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby i ci starsi czytelnicy się na nią zdecydowali.
7/10
środa, 7 sierpnia 2013
K. Garcia, M. Stohl "Istoty chaosu"
Wydawnictwo: Łyński Kamień
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 507
Seria: Kroniki Obdarzonych (cz. 3)
Tego lata wiele się wydarzyło: Ethan był bliski utraty Leny, przekonał się, że Gatlin wciąż potrafi go zaskoczyć, aby uratować ukochaną zagłębił się w podziemne tunele i odkrył wiele tajemnic; Lena w końcu się naznaczyła - tak Ciemnością, jak i Światłem, Ridley straciła swoje syrenie moce, a Link stał się czymś w rodzaju inkuba.
A teraz? Chciałoby się powiedzieć, że Gatlin pozostało niezmienne, jednak to nie do końca prawda. Pogoda płata figle, panują nieznośne upały, a szarańcza skutecznie zwalcza wszelką roślinność. Także Amma wydaje się nie być do końca sobą, a moce Obdarzonych wciąż wymykają się spod kontroli. Jedynie Ravenwood wydaje się niemal niezmienne. Ale na jak długo? Nietrudno się domyślić, że ma to związek z siedemnastym księżycem Leny, jej nietypową decyzją, która zaważyła na losie świata - nie tylko Obdarzonych, ale i śmiertelników. Do tego Ethana znów nękają koszmary. Tym razem to on sam jest ich bohaterem i kończą się jego upadkiem. Co mogą oznaczać? Po raz kolejny towarzyszą mu zwiastopieśni, a przeszłość ujrzy wraz z Leną za sprawą pewnej wysłużonej książki. Na każdym kroku czekają kolejne tajemnice, zaczyna się robić niebezpiecznie, także dla jego najbliższych i to właśnie dlatego Ethan postanawia odszukać znienawidzonego Johna Breeda, na którym najwyraźniej bardzo zależy Abrahamowi. Z jakiegoś powodu został przecież wybrany na przewodnika.
Przed bohaterami piętrzą się kolejne niewiadome. Zwłaszcza Ethan napotyka ich coraz więcej. Przy części z nich pozwala sobie pomóc, jednak resztę zachowuje dla siebie. Bo nie chce nimi nikogo obarczać. Bo przecież to on jest przewodnikiem i musi dać sobie radę. Nawet jeśli to właśnie od jego decyzji zależą dalsze losy świata, nie tylko śmiertelników. Z drugiej jednak strony irytowało mnie to, że ignorował to, co się z nim działo. Zaniki pamięci, poczucie czyjejś tajemniczej obecności, przecież to nie jest normalne. Cóż, mówią, że pod latarnią najciemniej. Jego zachowanie sprawiło, że w końcu sama zaczęłam wątpić w trafność moich tez. Czy słusznie?
Jeśli chodzi o bohaterów, znajdzie się kilku godnych uwagi. Co ważne, ani przez chwile nie miałam wrażenia żeby byli idealni, może trochę nierealni przez wzgląd na wszechobecną magiczną aurę, ale nie idealni. Byli ludzcy. Mieli swoje wady, zalety, nadzieje i obawy - to wszystko tworzyło ich unikalny wizerunek. Niektórzy byli naprawdę zdesperowani, inny wykazali się niebywałą odwagą, nawet jeśli nie posiadali magicznych mocy. W obliczu kolejnych wydarzeń przyszło im na nowo określić kto jest wrogiem, a kto przyjacielem.
Warto byłoby też wspomnieć o tłumaczu, który wykonał kawał dobrej roboty. W książce znajdziemy sporo przypisów, w których wyjaśnia większość niejasności, a ze sposobu, w jaki to zrobił można wywnioskować, że rzeczywiście się starał, co pozytywnie wpłynęło na mój odbiór książki.
Ostrzegam tych, którzy nie tolerują ciągłych miłosnych wyznań - tutaj pełno jest tego typu sytuacji, Lena i Ethan nie przepuszczą żadnej okazji, aby zapewnić siebie nawzajem o łączącym ich gorącym uczuciu. Mogę jednak zagwarantować, że i całkiem przyjemnego w odbiorze humoru nie zabraknie. Uwielbiam ten występujący w "Kronikach Obdarzonych" wręcz przesiąknięty magią klimat, który (do kompletu z wszystkimi innymi zaletami) sprawił, że nie mogłam oderwać się od lektury i nawet jeśli dopatrzyłam się jakichś minusów, nie przywiązywałam do nich większej wagi. Jeśli lubicie tego typu książki, świetnie sprawdzi się jako lekkie, wakacyjne czytadło. Kolejna część serii planowana jest na grudzień tego roku. Gdy już zostanie wydana, na pewno trafi na moją półkę. :)
"Koło Losu zmiażdży nas wszystkich."
Przed bohaterami piętrzą się kolejne niewiadome. Zwłaszcza Ethan napotyka ich coraz więcej. Przy części z nich pozwala sobie pomóc, jednak resztę zachowuje dla siebie. Bo nie chce nimi nikogo obarczać. Bo przecież to on jest przewodnikiem i musi dać sobie radę. Nawet jeśli to właśnie od jego decyzji zależą dalsze losy świata, nie tylko śmiertelników. Z drugiej jednak strony irytowało mnie to, że ignorował to, co się z nim działo. Zaniki pamięci, poczucie czyjejś tajemniczej obecności, przecież to nie jest normalne. Cóż, mówią, że pod latarnią najciemniej. Jego zachowanie sprawiło, że w końcu sama zaczęłam wątpić w trafność moich tez. Czy słusznie?
Jeśli chodzi o bohaterów, znajdzie się kilku godnych uwagi. Co ważne, ani przez chwile nie miałam wrażenia żeby byli idealni, może trochę nierealni przez wzgląd na wszechobecną magiczną aurę, ale nie idealni. Byli ludzcy. Mieli swoje wady, zalety, nadzieje i obawy - to wszystko tworzyło ich unikalny wizerunek. Niektórzy byli naprawdę zdesperowani, inny wykazali się niebywałą odwagą, nawet jeśli nie posiadali magicznych mocy. W obliczu kolejnych wydarzeń przyszło im na nowo określić kto jest wrogiem, a kto przyjacielem.
Warto byłoby też wspomnieć o tłumaczu, który wykonał kawał dobrej roboty. W książce znajdziemy sporo przypisów, w których wyjaśnia większość niejasności, a ze sposobu, w jaki to zrobił można wywnioskować, że rzeczywiście się starał, co pozytywnie wpłynęło na mój odbiór książki.
Ostrzegam tych, którzy nie tolerują ciągłych miłosnych wyznań - tutaj pełno jest tego typu sytuacji, Lena i Ethan nie przepuszczą żadnej okazji, aby zapewnić siebie nawzajem o łączącym ich gorącym uczuciu. Mogę jednak zagwarantować, że i całkiem przyjemnego w odbiorze humoru nie zabraknie. Uwielbiam ten występujący w "Kronikach Obdarzonych" wręcz przesiąknięty magią klimat, który (do kompletu z wszystkimi innymi zaletami) sprawił, że nie mogłam oderwać się od lektury i nawet jeśli dopatrzyłam się jakichś minusów, nie przywiązywałam do nich większej wagi. Jeśli lubicie tego typu książki, świetnie sprawdzi się jako lekkie, wakacyjne czytadło. Kolejna część serii planowana jest na grudzień tego roku. Gdy już zostanie wydana, na pewno trafi na moją półkę. :)
Piękne istoty | Istoty ciemności | Istoty chaosu | Beautiful Redemption
+5/6
piątek, 17 maja 2013
C. R. Zafón "Książę Mgły"
Wydawnictwo: MUZA
Rok wydania: 2010
Ilość stron: 198
"Rodzina Carverów przeprowadza się w roku 1943 do malej osady rybackiej na wybrzeżu Atlantyku. Zamieszkuje w domu należącym niegdyś do rodziny Fleischmannów, których dziewięcioletni syn Jacob utonął w morzu. Od pierwszych dni dzieją się tutaj dziwne rzeczy; nocą w ogrodzie Max widzi posągi artystów cyrkowych. Dzieci poznają kilkunastoletniego Rolanda, od którego usłyszą różne ciekawostki o miasteczku i o zatopionym pod koniec pierwszej wojny statku. Poznają również dziadka Rolanda, latarnika Victora Kraya. To on opowie im o złym czarowniku, Księciu Mgły, który gotów jest spełnić każde życzenie lub każdą prośbę, ale w zamian żąda bardzo wiele. Coś, co dzieciom wydaje się jeszcze jedną miejscową legendą, niebawem okazuje się zatrważającą prawdą."
Opinie na temat przeprowadzki były podzielone – ojciec zachwycał się nowym miejscem, matka przyjmowała to wszystko bez większego entuzjazmu, młodsza z sióstr, Irina, była raczej pozytywnie nastawiona ze względu na przygarniętego pupila, a Alicja podchodziła do tej sytuacji z rezerwą. Jeśli chodzi o Maksa, podobało mu się nowe miejsce, jednak nie mógł oprzeć się wrażeniu, że jest tu intruzem. Odczucie to jedynie potęgowały dziwne zdarzenia, napotykany w wielu miejscach tajemniczy symbol oraz pełen posągów zapuszczony ogród, który napawał go nieokreślonym lękiem. Wkrótce chłopiec poznaje Rolanda, który staje się jego przyjacielem. Razem z nim Max i Alicja spędzają dużo czasu i mają okazję na własne oczy zobaczyć wrak zatopionego wiele lat wcześniej statku. Poznają też związaną z nim historię, która, w połączeniu z kolejnymi wydarzeniami, zaczyna bardzo niepokoić całą trójkę…
"Pewne obrazy z dzieciństwa zostają w albumie pamięci wyryte niczym fotografie, niczym sceneria, do której człowiek zawsze wraca pamięcią, choćby upłynęło nie wiadomo jak wiele czasu."
Ciągłe tajemnice spędzają sen z powiek naszym bohaterom, robi się niebezpiecznie, a słowa dziadka Rolanda jedynie pogłębiają ich niepewność. Maksowi wydaje się, że nadal nie znają całej prawy, a stary latarnik najwyraźniej nie zamierza się nią z nimi podzielić. Czy uda im się dostrzec sens tego wszystkiego zanim będzie za późno? Co planuje złowieszczy Książę Mgły? I kim on właściwie jest?
Książka już od samego początku roztacza aurę magii i tajemniczości (także za sprawą urzekającej okładki), która sprawia, że trudno się od niej oderwać nawet na chwilę. Podobny skutek wywiera lekki język powieści. Bardzo spodobał mi się wykreowany przez autora świat - z jednej strony taki prawdziwy i niezwykle interesujący, a jednocześnie baśniowy. Z wielką chęcią śledziłam losy bohaterów, dałam się porwać w wir wydarzeń i niemal całą książkę przeczytałam za jednym razem. Przeczytamy tu o przyjaźni, pierwszej miłości, a także poświęceniu i wielu innych tematach, które warto poruszyć. Ponadto, choć "Książę Mgły" jest raczej krótką książką, nie pozostawia po sobie uczucia niedosytu, jak to czasami bywa.
Tak się złożyło, że swoją przygodę z twórczością Zafóna rozpoczęłam właśnie od pierwszej jego książki i jestem pewna, że na tym nie poprzestanę. Choć "Książę Mgły" zaliczany jest do literatury młodzieżowej, moim zdaniem dzięki tej baśniowości każdy znalazłby tu coś dla siebie. To świetna lektura, aby oderwać się na chwilę od rzeczywistości. Polecam. :)
„Ale błędem, poważnym błędem jest wiara w to, że można ziścić swoje marzenia, nie dając nic w zamian.
Nie wydaje ci się? Powiedzmy, że nie byłoby to sprawiedliwe.”
6/6Nie wydaje ci się? Powiedzmy, że nie byłoby to sprawiedliwe.”
wyzwanie: czytam fantastykę
środa, 7 listopada 2012
D. Terakowska "Tam gdzie spadają Anioły"
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2002
Ilość stron: 312
"»Czarny Anioł trzymał Avego zakrzywionymi szponami i uśmiechał się. Drugą ręką wyrywał mu puszyste, złotobiałe pióra. Ave spadł na Ziemię w głębi lasu dokładnie w tej samej sekundzie, w której mała Ewa wpadła do głębokiego kłusowniczego dołu. Jeszcze jedna ludzka Istota, tracąc Anioła Stróża, została skazana na kaprysy losu.«
Co stanie się z Ewą, pozbawioną niewidocznej, lecz czujnej opieki nadprzyrodzonego stróża?
Co pocznie strącony, okaleczony Ave, utraciwszy anielską moc?
Anioły mają wpływ na losy ludzi. Czy człowiek może przyjąć rolę anioła i zmienić przeznaczenie?
Niezwykle ciekawa, ciepła i mądra powieść Doroty Terakowskiej, wyróżniona tytułem Najlepszej Książki Roku 1999 przez polską sekcję IBBY, mówi o rzeczach, które dotyczą wszystkich - zarówno dorosłych, jak i dzieci. Któż nie zastanowił się chociaż raz nad »zakrętami losu«, nie stanął przed problemem choroby i śmierci, nie przeżył konfliktu rozumu i wiary?"
Gdy poznajemy Ewę, ma ona 5 lat. Jej rodzice zajęci są pracą i nie poświęcają jej wiele uwagi, jednak jest do tego przyzwyczajona. Pewnego dnia straciła swojego Anioła Stróża, choć nie miała o tym pojęcia. Wpadła wtedy do wilczego dołu i złamała trzy żebra. Później nie było lepiej, a na drzewie przed jej oknem zaczął przesiadywać czarny ptak podobny do kruka, ale większy. Czy ma z tym coś wspólnego? I co będzie z Ave? Nie jest już Aniołem, nie jest też człowiekiem. Jaki los go czeka?
Co postanowi rodzina Ewy w obliczu choroby? Czy jej ojciec zatopiony w świecie komputerów i logiki zdoła uwierzyć w Anioły? Czy wiara jest silniejsza od rozumu?
"Człowiekowi zawsze wydaje się, że kiedyś było lepiej. To niekoniecznie prawda, bo nie umiemy docenić naszego dziś."
Książka została napisana prostym językiem. Poza losami Ewy na jej treść składa się też dialog Vei (Czarnego Anioła) z Avem. Czarny wie więcej o świecie ludzi i tą wiedzą chce się podzielić, próbuje przekonać towarzysza, że Zło musi współistnieć z Dobrem, że od tego zależy równowaga. Vea pragnie miłości lub przynajmniej zrozumienia, chce żeby Ave choć trochę go polubił, w końcu są braćmi. Akcja nie pędzi jak szalona, wręcz przeciwnie - rozwija się powoli, ale wcale mi to nie przeszkadzało. Spędziłam z tą książką bardzo miłe chwile.
"Jest bowiem kilka odmian ciszy; najlepsza jest ta, która zapada z wyboru człowieka, a nie przeciw niemu."
Zaistniałe sytuacje zmieniają nie tylko Ewę, ale też jej rodziców. Zaczynają inaczej patrzeć na pewne sprawy, uświadamiają sobie jak ważna jest dla nich córka. Sama Ewa staje się doroślejsza, zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że o ludzkim losie decydować mogą z pozoru nic nieznaczące momenty.
Autorka stworzyła naprawdę ciekawy świat. Stworzyła Drabinę, na której żyją Anioły, wiele historii o ich losach, wszystkie zasady, którymi muszą się kierować. Ponadto znajdziemy tu pełno cytatów wartych zapamiętania, najchętniej dodałabym tu większość z nich, ale ograniczam się do kilku.
"Strach potęguje Zło, i to jest najgorsze."
"Sądzisz, że Zło jest pewne siebie i wszechmocne, a ono najczęściej jest samotne i nieszczęśliwe."
"Najbardziej upokarzające to gardzić samym sobą."
5,5/6
Subskrybuj:
Posty (Atom)



