Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadania. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 stycznia 2017

O. Wilde "Twarz, co widziała wszystkie końce świata"

Państwowy Instytut Wydawniczy  |  Liczba stron: 435
Po "Portrecie Doriana Graya", który utkwił mi głęboko w pamięci, niecierpliwie wypatrywałam okazji, by zapoznać się z innymi dziełami Oscara Wilde'a. W trakcie swoich poszukiwań upatrzyłam sobie właśnie zbiór bajek, opowiadań, poematów prozą i esejów - "Twarz, co widziała wszystkie końce świata", którego przez długi czas nie udawało mi się zdobyć. Teraz, już jako posiadaczka wspomnianej książki, mogę przejść do właściwej części recenzji.

Pierwsze są opowiadania. "Zbrodnia lorda Artura Savile'a", studium o obowiązku, czyli historia o tym, jak daleko można się posunąć, byle tylko mieć już przykry obowiązek za sobą. Nawet jeśli obowiązek ten można by uznać za urojony lub niedorzeczny... Z "Upiora z Canterville" dowiemy się na przykład, w jak ciężkim położeniu może być tytułowa kreatura, gdy mieszka z ludźmi tak praktycznymi, że wcale się go nie boją, nawet przy spotkaniu twarzą w twarz. Ale czy z ich strony czekają na niego jedynie przykrości? Kolejne opowiadania, "Wzór milionera" i "Sfinks bez tajemnic", są już dużo krótsze, dlatego nie będę się nad nimi rozwodzić.

"Życie rani każdego, kto się doń zbliży. W życiu wszystko trwa zbyt długo lub nie dość długo."

Dalej zaczynają się bajki, pisane prościej, nieraz wręcz z dziecięcą naiwnością, w których głos zabierają także zwierzęta oraz przedmioty nieożywione. "Szczęśliwy książę", który wbrew temu, jak go nazywają, ma obecnie sporo trosk. Wielka bezinteresowność i poświęcenie ukazane w "Słowiku i róży". "Prawdziwy przyjaciel" pełen obłudy, błędnego rozumowania oraz wyrzeczeń, z których nie przychodzi nic w zamian. "Nadzwyczajna rakieta", tak zadufana w sobie. "Urodziny infantki" o rozpieszczonej księżniczce i nieświadomym swojej ułomności karle. "Rybak i jego dusza", które... właściwie nie wiem, jak miałabym opisać w kilku słowach. "Młody król", który poznaje niesprawiedliwość świata i nie chce jej zaakceptować. Choć wymienione utwory zaliczają się do bajek, nie wszystkie nadawałyby się do opowiedzenia ich na dobranoc, zwłaszcza dla najmłodszych. Choć większość cechuje się wręcz dziecięcą prostotą, język potrafi być bardziej wyszukany, a słownictwo bogate. Do tego morał może nie być całkiem oczywisty, a nawet jeśli, zwykle okazuje się gorzki.

Kolejne są poematy prozą, tak krótkie, że nie ma sensu ich opisywać. Wilde podejmuje w nich przede wszystkim tematykę religijną i to w sposób, powiedziałabym, dość nietypowy. I na koniec zajmujące najwięcej miejsca, a także najbardziej wymagające spośród znajdujących się tu dzieł - eseje. "Krytyk jako artysta" przedstawiony w formie dialogu dwóch przyjaciół oraz "Narodziny krytyki historycznej" są raczej bardziej dla osób zainteresowanych i choć trochę obeznanych w tych tematach. Pozostali mogą z nich niewiele wynieść lub po prostu się znudzić. Jest jeszcze "Portret Pana W. H.", w którym co prawda też znajdziemy sporo bardziej szczegółowych informacji, jednak są one objaśniane i dotyczą jednej osoby - Szekspira. Jest to mianowicie historia tego, jak próbowano (z obsesyjnym wręcz zacięciem) dowieść słuszności pewnej teorii na temat jego twórczości.

"Lubię przysłuchiwać się sobie samej. To jedna z największych mych przyjemności. Nieraz prowadzę z sobą długie rozmowy i bywam często tak wymowna, że nie rozumiem ani jednego słowa z tego, co mówię."

Muszę też wspomnieć, że bardzo lubię to wydanie. Książka ma dość nietypowy, wysoki format i twardą okładkę. W środku co jakiś czas pojawiają się ilustracje Piotra Gidlewskiego, które dodają całości klimatu. No i do tego sam tytuł, który... no nie wiem, wydaje się taki niezwykły i w jakiś sposób świetnie tu pasuje.

"Twarz, co widziała wszystkie końce świata" to zbiór bardzo różnorodny, dlatego dość trudno ocenić go jako całość. Z tego samego powodu chyba każdy znalazłby tu coś dla siebie. Opowiadania są dość prześmiewcze, pełne humoru, często ciętych komentarzy, ale wcale nie wyklucza to ich poważniejszej strony. Bajki będą smutne, choć niektóre trochę mniej, a część będzie irytować zachowaniem bohaterów. Z kolei eseje... ten dotyczący Szekspira polecić mogę na pewno, co do pozostałych dwóch decyzja należy do Was, bo przyznam, że to ich przeczytanie było dla mnie najbardziej żmudne. Ogółem myślę jednak, że jest to książka warta uwagi, zwłaszcza jeśli po "Portrecie Doriana Graya" jesteście ciekawi innych prac autora.

wtorek, 6 września 2016

T. Canavan "Szepty dzieci mgły"

Wydawnictwo: Galeria Książki  |  Liczba stron: 208
Biorąc pod uwagę to, jak długie i bogate w wydarzenia są powieści Trudi Canavan, nie dziwię się, że rzadko tworzy opowiadania (co sama przyznaje w przedmowie). Mimo to wystarczyło ich do stworzenia tego zbioru, tak jak i pozostałe dzieła autorki przepełnionego magią w najróżniejszych jej odsłonach.

Pierwsze odpowiadanie, od którego tytuł wziął cały zbiór, dotyczy pewnej sory (jak się wkrótce dowiedziałam, osoby posługującej się magią), która porzuciła swoje dotychczasowe zajęcie. Ze względu na to, że zostajemy wrzuceni od razu na głęboką wodę, niezrozumiałe z początku pojęcia i okoliczności mocno dezorientują, jednak z czasem można się w tym wszystkim połapać. Akcja "Markietanki" rozgrywa się gdzieś pośród kolejnych pól bitewnych, w świecie pogrążonym wojną za sprawą pełnego ambicji króla-czarownika. Tymczasem w jednym z żołnierskich namiotów pomieszkuje Kala, która nie jest zwykłą dziewczyną do towarzystwa. A więc kim? Sprawdźcie. W "Przestrzeni dla siebie" napisanej w formie pamiętnika przenosimy się do świata współczesnego, by przekonać się, że nawet tam może istnieć magia. Magia, która może się stać wielką szansą, jednak należy się liczyć z jej konsekwencjami. I jeszcze pewne niezwykłe "Biuro Rzeczy Znalezionych", z którego lepiej korzystać uczciwie.

"Vorl jest jak miecz, którego używa się i wyrzuca, kiedy się stępi. Doradcy są niczym zwoje albo księgi - korzysta się z nich wiele razy. Nie uderzysz wroga książką i nie pójdziesz następnie radzić się miecza, prawda?"

Pośród opowiadań znalazło się także jedno ze świata Czarnego Maga - "Szalony uczeń", które rozgrywa się na długo przed właściwą akcją trylogii, a dotyczy wydarzeń, które doprowadziły do zakazu używania wyższej magii w Imardinie. Od dawna zastanawiałam się, jakie były to okoliczności - teraz w końcu wiem i myślę, że będzie to interesująca ciekawostka dla każdego, kto poznał Trylogię Czarnego Maga. Świetnym pomysłem było też umieszczenie po każdym z opowiadań posłowia, w którym autorka wyjaśnia na przykład, co ją zainspirowało, co sprawiło, że się na nie zdecydowała, choć zwykle woli skupiać się na powieściach i tak dalej.

Zaskoczyło mnie to, jak grube strony i dużą czcionkę ma ta książka. Czyta się ją więc nawet szybciej, niż przypuszczałam i chociaż nie do końca podoba mi się takie sztuczne nadawanie objętości (ale to już tylko moje marudzenie), to jednak w ogólnym rozrachunku wygląda to naprawdę dobrze.

Trudi Canavan przyzwyczaiła mnie do długich, pełnych szczegółów historii i przewijających się przez nie prędzej czy później wątków miłosnych, dlatego jej opowiadania były dla mnie czymś nowym. Zdecydowanie wolę ją w pełnowymiarowych powieściach, przy których mam wiele okazji do zżycia się z bohaterami i przez dłuższy czas nie muszę się obawiać, że książka za szybko się skończy, jednak ten zbiór opowiadań również mi się spodobał. Może nawet kiedyś przeczytam go jeszcze raz.

niedziela, 13 marca 2016

H. Murakami "Mężczyźni bez kobiet"

Wydawnictwo: Muza  |  Ilość stron: 320
Sam tytuł tego zbioru opowiadań do pewnego stopnia sugeruje nam, czego możemy się spodziewać. I rzeczywiście, występujący tu bohaterowie miłość swojego życia (choć może czasami to za dużo powiedziane) już stracili, mają ją dopiero przed sobą lub ze względu na inne okoliczności nie jest im dane się nią cieszyć.

A jakieś bardziej konkretne informacje? W "Drive My Car" poznamy historię pewnej znajomości, czegoś w rodzaju przyjaźni, a także tęsknoty za tą samą kobietą. "Yesterday" wyróżnia się przede wszystkim bardzo ciekawym i w tym przypadku niezbędnym zabiegiem - dialektyzacją mowy jednego z bohaterów (w oryginale posługiwał się akcentem z Kansai), co Anna Zielińska-Elliott wyjaśniła już we wstępie. Dzięki temu opowiadanie nabrało nietypowego charakteru, co więcej, chyba najbardziej zapadło mi w pamięć. Dalej mamy "Niezależny organ", historię chirurga plastycznego, który spotyka się z wieloma kobietami naraz, często nawet z mężatkami i nie ma najmniejszego zamiaru się ustatkować. Do czasu... Pomysł, na którym opierała się "Szeherezada", szybko mi się spodobał - z bliżej niewiadomych względów odizolowany mężczyzna oraz kobieta będąca jego jedyną łączniczką ze światem, za każdym razem snująca swoje opowieści. Opowieści nietypowe, z których trudno wywnioskować, na ile są one prawdą, a na ile wytworem wyobraźni. Opowieści te fascynowały naszego bohatera do tego stopnia, że w przypadku nagłego zniknięcia kobiety to nie braku jakiegokolwiek kontaktu ze światem się obawiał, ale niemożności usłyszenia dalszego ciągu historii. I w sumie się mu nie dziwię, sama chciałabym dowiedzieć się od jego Szeherezady czegoś więcej.

W opowiadaniu "Kino" podobało mi się to, że było złożone jakby z całkiem przypadkowych epizodów, które łączył bar i jego właściciel, tytułowy Kino. Trochę rozczarowało mnie to, ze w końcówce historia zaczęła przybierać dziwny, trudny do wyjaśnienia, a nawet ujęcia w słowa obrót - choć to dość charakterystyczny dla twórczości Murakamiego zabieg, w tym przypadku wolałabym go uniknąć. Opowiadanie samo w sobie było jednak w porządku. W "Zakochanym Samsie" autor bezpośrednio nawiązuje do "Przemiany" Kafki. Nasz bohater budzi się z przeświadczeniem, że zmienił się w Gregora Samsę. Kim lub czym w takim razie był wcześniej? Dlaczego mieszkanie jest puste? Co powinien teraz zrobić? Choć nie jest to konieczne, to opowiadanie lepiej będzie przeczytać znając już "Przemianę", mogąc dostrzec obecne tu analogie lub wręcz przeciwnie - to, co uległo zmianie. No i - jak w całym tym zbiorze - pojawia się jeszcze uczucie. Od ostatniego opowiadania wziął swoją nazwę cały zbiór. "Mężczyźni bez kobiet" stanowi jakby podsumowanie wszystkich dotychczasowych historii i skupia się właśnie na tym braku kobiet, pustce, którą po sobie zostawiają. To też najbardziej sentymentalne z opowiadań.

Przede wszystkim plus należy się za to, że mamy pewien motyw przewodni, który przewija się przez każde z opowiadań. Zdecydowanie wolę, gdy historie ze zbiorów mają jakiś punkt wspólny i nie zostały wybrane całkowicie przypadkowo. Do tego charakterystyczny dla autora styl pisania. Murakami skutecznie wciąga w wykreowane przez siebie opowiadania, zaciekawia sytuacją bohaterów, a następnie stopniowo prowadzi do ostatecznych wniosków - czasami dość wyraźnych, innym razem nieco rozmytych. Znajdzie się też kilka ciekawych cytatów. Naprawdę dobrze czytało mi się te opowiadania, jednak nie uważam, że były jakieś fenomenalne i chyba nie zapadną mi szczególnie mocno w pamięć. Mimo to nie żałuję, że po nie sięgnęłam, więc jeśli jesteście ich ciekawi, droga wolna.
"Pewnego dnia nagle stajesz się jednym z mężczyzn bez kobiet. Ten dzień przychodzi nieoczekiwanie bez żadnego ostrzeżenia, bez żadnej wskazówki, bez przeczucia, złego znaku, nikt nawet nie zapukał ani znaczącą nie chrząknął. Mijasz zakręt i orientujesz się, że już tam j e s t e ś. Ale nie możesz się cofnąć."

poniedziałek, 21 grudnia 2015

J. K. Rowling "The Tales of Beedle the Bard"

Wydawnictwo: Bloomsbury  |  Ilość stron: 105
"Baśnie barda Beedle'a" - te same, z których pochodzi "Opowieść o trzech braciach" przedstawiona przez Hermionę w "Harrym Potterze i Insygniach Śmierci" - miałam w planach już od dłuższego czasu. Powstrzymywała mnie jednak cena, aż w końcu zdecydowałam się na tańszą opcję - wydanie po angielsku. Nie przedłużając, na początek otrzymujemy wstęp z kilkoma ogólnymi informacjami. Już tutaj Rowling uczula nas na to, że w baśniach dla czarodziejów  - w przeciwieństwie do tych mugolskich - bohaterki nie czekają bezczynnie na księcia na białym koniu, ale biorą swój los we własne ręce. Z kolei magia nie jest tu jedynie atrybutem antagonistów lub dobrych wróżek i nie jest też złotym środkiem na wszystkie problemy ("magic causes as much trouble as it cures"). Dodatkowo każde z opowiadań zawiera notatki spisane przez samego Albusa Dumbledore'a, czasami dłuższe od samych baśni. A więc co tu znajdziemy?

"The Wizard and the Hopping Pot" ("Czarodziej i skaczący garnek") opowiada o czarodzieju, który - w przeciwieństwie do swojego ojca - nie zamierzał pozostawać w przyjacielskich stosunkach z mugolami, ani przy użyciu magii pomagać im w rozwiązywaniu problemów. Ojciec przewidział jednak taką sytuację i przygotował coś, co pomoże jego synowi się zmienić. W "The Fountain of Fair Fortune" jesteśmy świadkami próby odnalezienia tytułowej fontanny szczęśliwego losu, która raz w roku pozwala jednemu z nieszczęśliwych śmiałków obmyć się w swojej wodzie. A co jeśli tę szansę dostanie kilka osób? Będą w stanie połączyć swoje siły czy może pozabijają się nawzajem? I co im się bardziej opłaca? Następne jest "The Warlock's Hairy Heart" ("Włochate serce czarodzieja"), które zdecydowanie odróżnia się od pozostałych baśni, a opowiada o czarodzieju, który zakochanie i miłość uważał za coś, co osłabia człowieka. "Babbitty Rabbitty and her Cacling Stump" ("Czara Mara i jej gdaczący pieniek") przedstawia historię oszusta, który, znając parę sztuczek, postanowił wzbogacić się na naiwności króla bardzo skorego do nauki magii oraz prawdziwej czarownicy, która miała okazję całą tę farsę zobaczyć. I w końcu ostatnia, najbardziej znana baśń - "The Tale of the Three Brothers" o losach trzech braci, którzy w nagrodę za przechytrzenie Śmierci dostali od niej pewne podarki. Tylko czy aby na pewno przemyśleli swoje wybory? W końcu czy można zaufać takiemu darczyńcy?

Same baśnie mogą być ciekawą rozrywką dla osób w każdym wieku, jednak tutaj dostajemy coś więcej. Możemy nie tylko zapoznać się z historiami, które w dzieciństwie czytano bohaterom znanym nam z serii o Harrym Potterze, ale i dowiedzieć się więcej o sprawach, których dotyczą. Nie ma co przesadnie słodzić - nie są to baśnie nie wiadomo jak niezwykłe. Zwłaszcza pierwsza z nich jest prosta i mocno przewidywalna, koncepcja drugiej też nie jest jakąś nowością, z kolei przy następnej można się trochę zdziwić ze względu na jej niepozostawiający złudzeń charakter. "Babbitty..." okazało się całkiem przyjemne, a do tego w subtelny sposób sugeruje, że magia ma swoje ograniczenia, natomiast ostatnie z opowiadań (i niestety najkrótsze) jest moim zdecydowanym faworytem i jestem pewna, że jeszcze wiele razy do niego zajrzę. Notatki Dumbledore'a zawierają między innymi informacje na temat tego, jak poszczególne baśnie były odbierane przez magiczne społeczeństwo, jakim zmianom podlegały na przestrzeni lat oraz co zarzucali im ich przeciwnicy. Znajdą się też ewentualne interpretacje i różnego rodzaju ciekawostki. Zwłaszcza ostatniemu z opowiadań zostało poświęcone sporo miejsca. Tym samym dostajemy wiele informacji na temat kontrowersyjnego w pewnych kręgach zagadnienia Insygniów Śmierci. Wszystko to sprawia, że "Baśnie barda Beedle'a" stanowią prawdziwą gratkę dla fanów Harry'ego Pottera.

Książka została naprawdę ładnie wydana - ma twardą oprawę, klimatyczną, stylizowaną na starą, okładkę, a w środku ilustracje autorstwa samej J. K. Rowling. Papier nie jest najlepszej jakości, żółtawy, co dla niektórych mogłoby być wadą, jednak moim zdaniem pasuje do całości. Jeśli chodzi o język (w końcu to angielski), nie był jakoś przesadnie trudny, jednak znalazło się całkiem sporo słówek, których znaczenia nie znałam, a część z nich było ważnych dla zrozumienia całości. Ale przecież od tego są słowniki, prawda? Podsumowując, bardzo się cieszę, że w końcu miałam okazję zapoznać się z tą książką i jak najbardziej polecam to też Wam.

środa, 9 grudnia 2015

"Podaruj mi miłość. 12 świątecznych opowiadań"

Wydawnictwo Otwarte (Moondrive)  |  Ilość stron: 430  |  Autorzy:
Holly Black  |  Ally Carter  |  Matt de la Pena  |  Gayle Forman  |  Jenny Han  |  David Leviathan  |  Kelly Link 
Myra McEntire  |  Stephanie Perkins  |  Rainbow Rowell  |  Laini Taylor  |  Kiersten White
musiałam się posłużyć tym obrazkiem, bo kompletnie zapomniałam o zdjęciu >,<
Okładkę tej książki widziałam już wiele razy - trudno było nie zobaczyć, skoro była tak silnie promowana. Cały ten szum wokół niej na mnie wywarł jednak odwrotny skutek i nie chciałam mieć z nią nic wspólnego, nie wiedziałam nawet, o czym dokładnie jest. I tak by już pewnie zostało, gdybym nie uznała, że świetnie nada się na prezent. Zaczęłam więc czytać o niej więcej, a kiedy już dostałam ją w swoje ręce, nie mogłam postąpić inaczej, jak tylko zajrzeć do środka (nawet jeśli w zamierzeniu nie była przeznaczona dla mnie). Dodatkowym bodźcem było to, że spośród wymienionych wyżej autorów do tej miałam okazję przeczytać jedynie coś od Laini Taylor, podczas gdy książki kilku innych mam na oku.

A więc co dostałam? Jak to zwykle bywa ze zbiorami opowiadań, były historie lepsze i gorsze. Czy raczej przeciętne, bo w "Podaruj mi miłość" nie znalazłam opowiadania, którego czytanie przyszłoby mi z trudem. W każdym z nich święta lub chociażby zima czy śnieg odgrywają pewną rolę i rzeczywiście da się tu wyczuć świąteczny klimat. Jeśli chodzi o moich faworytów, były to przede wszystkim opowiadania z dość nietuzinkowymi bohaterami, pełne sarkastycznego humoru, chociażby "Cud Charliego Browna" Stephanie Perkins i "Coś ty narobiła, Sophie Roth?" Gayle Forman. Do tej grupy mogę też zaliczyć "Witamy w Christmas w Kalifornii" Kiersten White, które pokrótce określiłabym jako milutkie i potrafiące wzruszyć, a jednocześnie pozbawione zbędnego lukru. Znajdziemy w nim trochę nietypowej magii świąt (i jedzenia).

"Gdybyś była jedzeniem, byłabyś pierniczkiem. Dość pikantnym, żeby życie było interesujące,
 a jednocześnie tak słodkim, żeby to zrównoważyć."

Jeśli chodzi o autorów, których od początku miałam na oku, najlepiej wypadła wcześniej już wymieniona Gayle Forman. Otwierające cały zbiór opowiadanie "Północ" Rainbow Rowell było dość sympatyczne, jednak pełne lukru, choć przyznam, że podobały mi się te roczne odstępy między poszczególnymi wydarzeniami. David Leviathan, nad którego książkami zastanawiałam się już od dłuższego czasu, nieco mnie zawiódł swoim "Kryzysowym Mikołajem", czegoś mi w nim brakowało (dodam, że było to jedyne, a do tego krótkie opowiadanie o parze homoseksualnej). No i jeszcze zamykająca zbiór Laini Taylor, którą znam z "Córki dymu i kości". "Dziewczyna, która obudziła Śniącego" była najbardziej oderwanym od rzeczywistości opowiadaniem, pełnym magii, choć już niekoniecznie tej świątecznej.

W "Aniołach na śniegu" nie podobał mi się ośli upór głównego bohatera, jednak poza tym historia była dość przyjemna. "Dama i lis" to kolejna historia z rocznymi przerwami w fabule, czegoś mi tam brakowało i nie do końca polubiłam bohaterów. W króciutkim "Gwiazda Polarna wskaże ci drogę" poznajemy adoptowaną córkę św. Mikołaja. "Gwiazda betlejemska" zaczyna się nieco tajemniczo i pełno tam niedomówień, jednak pod koniec wpada w zbytnie przedramatyzowanie. Zostało jeszcze "Krampuslauf" - szalone, zabawne, z barwnymi bohaterami i elementami nadprzyrodzonymi, które wspominam całkiem miło oraz "Jezus malusieńki leży wśród wojenki", które zaczęło się od przypadkowego podpalenia szopy, a skończyło na próbie uratowania jasełek przez największego łobuza w mieście i dostrzeżeniu mylności pozorów.

Nie mogłabym również nie wspomnieć o pięknym wydaniu książki - twarda oprawa, pokryty brokatem tytuł i gwiazdy oraz służąca za zakładkę czerwona wstążka sprawiają, że aż chciałoby się ją postawić na półce lub po prostu trzymać w rękach i podziwiać. Trudno ocenić zbiór opowiadań jako całość, jednak "Podaruj mi miłość" w ogólnym rozrachunku wypada całkiem nieźle i przyznam, że spodobało mi się bardziej, niż ubiegłoroczne "W śnieżną noc". Może po części przez tą różnorodność. Myślę, że warto, chociażby dla tych kilku opowiadań.

czwartek, 14 maja 2015

A. Pilipiuk "Kroniki Jakuba Wędrowycza"

Wydawnictwo: Fabryka słów  |  Ilość stron: 292  |  Seria: Kroniki Jakuba Wędrowycza (1)
Moje pierwsze wrażenie na temat Wędrowycza nie było najlepsze. Ot, podstarzały pijaczyna z bardzo wysoką tolerancją alkoholu, bardzo nietypowym życiorysem i bardzo nieprawdopodobnymi przygodami. Pierwsze opowiadanie nie przypadło mi do gustu. A może po prostu musiałam przywyknąć do bardzo specyficznej atmosfery jaka panuje w całej książce? Jego przepis na Hot Doga niezbyt miło zapisał się w mojej pamięci, a horoskop wydał mi się nieco nużący, jednak potem było lepiej. Po pewnym czasie zdołałam zaakceptować osobliwy sposób bycia Wędrowycza, choć wiele z jego cech wciąż mi nie odpowiadało Przymykając oczy na niektóre szczegóły, skupiłam na pozytywnych aspektach opowiadań, a więc zakrawających na absurd sytuacjach, niespodziewanych zwrotach akcji oraz wszechobecnym humorze, który wywołują.

"Głową muru nie przebijesz, do tego potrzebny będzie ci kilof lub dynamit."

Co by nie mówić, to jednak opowiadania (mające od kilku do kilkudziesięciu stron i opatrzone ilustracjami autorstwa Andrzeja Łaski) są dobrym wstępem do tej serii. W ten sposób możemy poznać Jakuba od wielu różnych stron oraz dowiedzieć się, co takiego sądzą o nim osoby, które go znają. A zwykle nie są to zbyt pochlebne rzeczy. Wystarczy wspomnieć, że pobliscy mieszkańcy wystrzegają się go jak ognia i wolą nie wchodzić mu w drogę. Wyjątek stanowią jego znajomi z gospody, choć i ci wolą zrezygnować z bardziej szaleńczych spośród jego przygód. A takowych jest cała masa. Ktoś czyha na życie Wędrowycza? Niech lepiej stary bimbrownik sam sobie z tym radzi. No, chyba że ktoś przestrzeli im cały rząd flaszek, wtedy to już całkiem inna historia...

"- Słuchaj, ubijemy interes - powiedziała rybka. - Ty mnie wypuścisz, a ja spełnię twoje życzenie.
- Jeszcze czego - wściekł się. - Już ja was znam, rybki. Żadnych życzeń, tylko patelnia."

Jako pierwsze moją uwagę przykuło opowiadanie "Na rybki", w którym to znajdziemy kilka przykładów dwulicowej natury złotych rybek. Dalej "Hochsztapler", gdzie Jakub po raz pierwszy pokazał, że nie bez powodu nosi tytuł egzorcysty i od czasu do czasu potrafi spoważnieć, nawet jeśli pozostałym kolegom po fachu trudno to zaakceptować. Co więcej, jego umiejętności nie ograniczają się jedynie do wypędzania duchów, magia również nie jest mu obca, co w naprawdę dziwny sposób kontrastuje z jego codziennym zachowaniem i rolą zawodowego pasożyta społecznego. Wspomniana już wcześniej niezwykle wysoka tolerancja alkoholu także okazuje się dość ważna, może nie tyle dla fabuły, co raczej samego Wędrowycza. Kolejną dość ciekawą historią były "Tajemnice wody", a więc przygoda z czasów pobytu w sanatorium, jedna z niewielu, podczas których bohater był całkowicie trzeźwy. Z kolei "Hotel pod Łupieżcą", czyli wakacje w stylu Wędrowycza, stanowią prawdziwy misz-masz - kradzieże, napaści, policja, sataniści, ukraińska mafia i oczywiście hektolitry alkoholu (niekoniecznie wiadomego pochodzenia). A przed snem czas na "Bajeczkę dla wnuczka", jakiej na pewno jeszcze nie znaliście.

Nie ma się co oszukiwać, "Kroniki Jakuba Wędrowycza" nie każdemu przypadną do gustu. Bardzo specyficzny humor może się wydawać niektórym wręcz niesmaczny, podobnie jak to, co reprezentuje sobą sam bohater. Przyznam, że sama wielokrotnie nie byłam pewna, jak zareagować na niektóre sytuacje, zwłaszcza na końcowe "Przeciw pierwszemu przykazaniu". Ostatecznie dość dobrze bawiłam się śledząc poczynania Jakuba i nie wykluczam możliwości kolejnej wizyty w Starym Majdanie. Chociaż... raczej nie nastąpi to zbyt prędko.

"Przecież duchów nie ma. To znaczy komuniści twierdzili, że duchów nie ma, a teraz nie ma
 komunistów, to może duchy jednak są? Odganiał takie myśli."

sobota, 22 listopada 2014

J. Green, L. Myracle, M. Johnson "W śnieżną noc"


Wydawnictwo: Bukowy Las
Ilość stron: 335

Podejrzewam, że nie rozminę się za bardzo z prawdą, jeśli stwierdzę, że dla większości to właśnie Green był powodem do sięgnięcia po tę książkę. I tak też było w moim przypadku. Ale przecież nie tylko jego twórczość składa się na tę książkę. A więc jak wypadła całość?

Najpierw "Wigilijna podróż" Maureen Johnson. Jubilatka (tak, to właśnie jej imię) miała spędzić Wigilię ze swoim idealnym chłopakiem - inteligentnym, uprzejmym, popularnym... mam wymieniać dalej? Tymczasem dowiaduje się, że jej rodzice za sprawą, hm... nadmiernego zaangażowania w swoje hobby zostali zatrzymani w areszcie, a ona sama ma natychmiast wyjechać do dziadków na Florydę. I te plany zostają jednak pokrzyżowane, tym razem za sprawą wielkiej śnieżycy. Sama w obcym mieście? Do tego bez wsparcia ze strony chłopaka, który najwyraźniej znajduje czas na wszystko, tylko nie zainteresowanie własną dziewczyną. Czy może być jeszcze gorzej? A może jednak odtąd będzie tylko lepiej?

Z kolei John Green w "Bożonarodzeniowym cudzie pomponowym" znów sięga po motyw drogi, tym razem poprzez śnieżyce, a jej calem jest dotarcie do pełnego cheerleaderek Waffle House. Poznajemy Tobina, JP oraz Diuk, w której obaj chłopcy nie dostrzegają dziewczyny, a świetną kumpelę. Ale czy pozostanie tak na zawsze? Nie obejdzie się oczywiście bez pewnych utrudnień i to nie tylko w postaci ogromnych zasp śnieżnych, a cała wyprawa może zaowocować czymś więcej niż wątpliwą radością z przebywania pośród idealizowanych przez JP cheerleaderek. Na całe szczęście. Ale czy będzie łatwo?
"To, co dla jednych jest obłędem, dla innych stanowi gwarancję zdrowia psychicznego."
Całość zamyka "Święta patronka świnek" autorstwa Lauren Myracle. Addie wystarczyło małe nieporozumienie, trochę rozgoryczenia i za dużo alkoholu, by zepsuć coś naprawdę ważnego. Jak jej się wydawało, bezpowrotnie. Już samo to wprawiło ją w parszywy nastrój. Następnie usłyszała parę niedwuznacznych sugestii na temat swojego egocentryzmu, których nie chciała przyjąć do wiadomości. I w pewnym momencie zadała sobie pytanie: jeśli anioły istnieją, to gdzie się podziewa mój? A może jednak spotka na swojej drodze kogoś, kto pomoże jej się zmienić na lepsze? Nawet jeśli będzie to wyglądało inaczej, niż przypuszcza. Do czegoś przecież musi się przydać ta cała magia świąt, prawda?

Przyznam, że spodobała mi się koncepcja opowiadań różnych autorów połączonych ze sobą kilkorgiem bohaterów i nie obraziłabym się za kolejne tego typu książki. Zamieć, pełno ozdób i innych szczegółów świetnie wprowadza w zimowo-świąteczną atmosferę - to trzeba przyznać. Nie są to historie szczególnie odkrywcze, w pewnych momentach są mocno przewidywalne, zwłaszcza druga, gdzie finału można się było domyślić na samym początku. Mimo to czyta się je całkiem przyjemnie, w czym spory udział miała duża dawka humoru i bohaterowie, których da się lubić. A jednak nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że każde kolejne opowiadanie jest gorsze od poprzedniego.
"Kiedy masz szesnaście lat, musisz być geniuszem w sztuce niedopowiedzeń."
Najlepiej wypadła więc "Wigilijna podróż" - ciepła, choć nie zawsze przepełniona optymizmem opowieść z sympatycznymi bohaterami i nieco zwariowanymi rodzicami w tle. Greena dostajemy niewiele, a jego opowiadanie jest nieco krótsze od dwóch pozostałych. Tym, co najbardziej mi w nim przeszkadzało były ciągłe wzmianki na temat cheerleaderek (nabijanie się z nich naprzemiennie z zachwytami ze strony innych to taki do bólu amerykański schemat). Co więcej, tym razem autor nie wykazał się niczym szczególnym. W trzecim opowiadaniu prawie wcale nie wspomniano o cheerleaderkach, co nie zmienia faktu, że podobało mi się najmniej. Głównie ze względu na dość irytującą, użalającą się nad sobą bohaterkę. Końcówka była jednak naprawdę sympatyczna (bardzo lubię momenty, gdy okazuje się, że wszyscy bohaterowie w jakimś stopniu są sobie nawzajem znani lub dopiero się poznają), co nieco poprawiło mi odbiór całości.

Podsumowując, nie mamy co liczyć na niezwykle oryginalne historie. Mimo to wszechogarniający świąteczny klimat i (w większości przypadków) sympatyczni bohaterowie, których losy niejednokrotnie się krzyżują zdecydowanie umilają czas spędzony przy lekturze. Może nie jest to szczyt moich marzeń, może i oczekiwałam czegoś więcej, jednak nie jestem zawiedziona i nie zamierzam odradzać tej książki zainteresowanym.

6/10

środa, 22 października 2014

E. Schmitt "Małżeństwo we troje"


Wydawnictwo: Znak
Ilość stron: 313

Tym razem Schmitt bierze na warsztat związki i relacje międzyludzkie (choć i pies się znajdzie). Z wnikliwością przedstawia ludzkie troski, słabości, ale i silne strony oraz moc uczuć. Sam autor wspomina, że są to historie niewidzialnych miłości.

W dzień ślubu Genevieve i Edouarda w tej samej kaplicy, gdzieś na uboczu miała miejsce o wiele bardziej kameralna, ale równie ważna uroczystość. W cieniu jednej z kolumn Jean i Laurent również wymówili sakramentalne tak, choć nie miało ono żadnego znaczenia dla nikogo poza nimi. Bohaterowie opowiadania "Dwóch panów z Brukseli" z sentymentem wspominali o tym, wówczas młodym małżeństwie, które traktowali jako swoją bliźniaczą parę. I rzeczywiście mieli ku temu pewien powód, gdyż ich losy, choć całkowicie odseparowane, niespodziewanie się krzyżowały, wpływały na siebie. Zarówno wzloty, jak i upadki ich bliźniaczej pary przyczyniały się do wzmocnienia łączących mężczyzn więzi. Zmuszały ich jednak również do refleksji nad własnym życiem, gdyż los nie zawsze bywał łaskawy. Jak bardzo losy kogoś praktycznie obcego, kto nie zdaje sobie nawet sprawy z naszego istnienia mogą wpłynąć na nasze własne życie? Która para okaże się szczęśliwsza - ta zaakceptowana przez społeczeństwo, czy ta nieustannie kryjąca się przed niepożądanymi spojrzeniami?
W opowiadaniu "Pies" dane nam będzie poznać tajemnicę życia skrytego mężczyzny, któremu praktycznie od zawsze towarzyszył ten sam pies. Czy raczej pies tej samej rasy, któremu zawsze dawał na imię Argos. Zwykły kaprys, niezrozumiałe dziwactwo, czy może coś więcej? Jak wielką rolę w życiu człowieka może odegrać pies? Jakie wydarzenia ukształtowały tę nie zawsze pochwalaną przez innych postawę?
Dalej mamy tytułowe "Małżeństwo we troje". Konstancja, młoda jeszcze wdowa z dwójką dzieci, w końcu znalazła kogoś, kto się nią zainteresował, kto mógł wyciągnąć ją z kłopotów finansowych. I choć długo to trwało, w końcu mogła z dumą nazwać się jego żoną, ale! No właśnie, ale. Jej Duńczyk, jak zwykła go nazywać, interesuje się nie tylko nią. Jest pod wrażeniem twórczej działalności jej zmarłego męża, którego nieustannie idealizuje. Kobieta, mimo szczerych chęci, nie może więc wyrzucić z ich życia byłego, choć ten wcale taki święty nie był. Czy da się żyć w małżeństwie we troje?
Umiejscowione w odizolowanej od reszty świata, wystawionej na łaskę nieprzejednanego żywiołu Islandii "Serce w popiele" jest historią kobiety, która była dla swojego chorego siostrzeńca jak druga matka, podczas gdy z własnym synem nie potrafiła się dogadać. Ten układ nie mógł jednak trwać wiecznie. W pewnej chwili czegoś zabrakło, a Alba, zaślepiona żalem i źle ulokowanymi emocjami, całkowicie zmieniła swoje dotychczasowe nastawienie. Czy zdąży się opamiętać, zanim dojdzie do kolejnej tragedii?
Jak bardzo może poróżnić dziecko, które nigdy się nie narodziło? Czy może się to zdarzyć także parze uważanej za wzór idealnego małżeństwa? Czy jest możliwe, by z trudem odzyskane szczęście niespodziewanie prysło jak bańka mydlana? W "Dziecku upiorze" możemy być świadkami właśnie takiej sytuacji.

Z całego tego zbioru najbardziej spodobało mi się pierwsze opowiadanie - chyba najbardziej uczuciowe ze wszystkich, co więcej, poruszające kilka ważniejszych tematów. Dochowywanie wierności, troska o drugą osobę, a przede wszystkim trwanie przy niej - na dobre i na złe, w zdrowiu i w chorobie. Dostrzegamy tu również pewną zależność od innych, ludzką ciekawość i chęć działania, a jednocześnie usuwanie się w cień, gdy sprawy nie idą po naszej myśli. Szczerze mówiąc, o tej historii z chęcią napisałabym osobno i może jeszcze tak kiedyś zrobię.

Również "Pies" zasługuje na więcej uwagi. Nikt, nawet rodzona córka starego doktora, nie miał pojęcia, co tak naprawdę siedzi mu w głowie. Nikt nie wiedział, jak zaczęła się jego niezwykła miłość do psów i jak wiele im zawdzięcza, przynajmniej do czasu, gdy sam nie postanowił tego ujawnić. A kryje się za tym naprawdę ciekawa, choć niekoniecznie łatwa historia, której szczegółów wolę w tej chwili nie zdradzać. W "Małżeństwie we troje" autor kolejny raz pozwala sobie na napisanie o, jak sam twierdzi, "najważniejszym człowieku jego życia". Od razu widać fascynację, jaką go darzy, choć mnie samą nie zachwyciło jakoś szczególnie. "Serce w popiele" było dość przewidywalne, jednak po przeczytaniu tego, co autor miał na ten temat do powiedzenia, fakt ten już mi tak bardzo nie przeszkadzał. A "Dziecko upiór"? No cóż, wypadło po prostu nieźle, zwłaszcza początek, choć bez fajerwerków.

Na całe szczęście nie obeszło się również bez paru słów od autora, notatek pisanych wraz z powstawaniem powyższych opowiadań. Ciekawie było zapoznać się bliżej z okolicznościami, które zainspirowały Schmitta do ich stworzenia, przeczytać jego wyjaśnienia, lepiej poznać jego sposób myślenia. Całość czytało mi się bardzo przyjemnie i choć nie wszystkie historie były równie dobre, będę je miło wspominać. Do niektórych może nawet jeszcze powrócę.

"-I tak mi nie wmówicie, że to nie jest podejrzane tak bardzo kochać psy.
-Tak bardzo kochać psy czy tak mało kochać ludzi?"
7/10

sobota, 4 października 2014

A. Chistie "Pułapka na myszy"



Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 144

Gdy poprzednio postanowiłam wypożyczyć jakąś krótką książkę Christie, dopiero po powrocie do domu zorientowałam się, że jest to zbiór opowiadań. I tym razem niewiele do tego brakowało, jednak w porę to zauważyłam i już z pełna świadomością wzięłam "Pułapkę na myszy" ze sobą. Tak więc dumna z siebie zaczynam czytać. Aż tu nagle przy drugim opowiadaniu pojawił się zgrzyt. Okazało się, że cztery z ośmiu przedstawionych tu historii czytałam już w "Śmiertelnej klątwie". Wiem, że po części sama jestem sobie winna, skoro zignorowałam znajomo brzmiące tytuły, ale jednak pewna uraza zostaje.

Nowo otworzony przez młode małżeństwo pensjonat, pierwsi goście, dwóch niespodziewanych przybyszów i zamieć, która odcięła całe to towarzystwo od świata zewnętrznego. Dodajmy jeszcze niedawną zbrodnię w Londynie, mordercę czyhającego na kolejną ofiarę i jeden z tych z pozoru niewinnych, a jednak dziwnie niepokojących dziecięcych wierszyków - "Pułapka na myszy" gotowa. Pomimo zaledwie 60 stron (czyli i tak jest to najdłuższe z opowiadań) na poprowadzenie akcji, autorce w iście mistrzowski sposób udało się zbudować napięcie, poczucie niepewności i wywołać, zarówno u bohaterów, jak i u czytelnika szereg podejrzeń. A ostatecznie także kompletnie wywiodła mnie w pole.

Do znanych mi już wcześniej opowiadań nie będę wracać (choć były nawet niczego sobie). Wspomnę tylko, że łączy je osoba panny Marple. Z kolei z pozostałymi trzema powiązany jest Herkules Poirot, o którym zdecydowanie za rzadko miałam okazję czytać. Odkryte przez przypadek morderstwo, sprawa pewnego porwania oraz historia dowodząca siły ludzkich przyzwyczajeń - oto z czym będzie się musiał zmierzyć.

Pierwsze i jednocześnie najdłuższe opowiadanie czytało mi się świetnie. Z kolei reszta... Cóż, nie były złe, jednak dziesięć stron nie wystarczyło, by zbudować właściwe napięcie, czy potrzymać czytelnika nieco dłużej w niepewności. Zagadki kończyły się, zanim czytelnik zdołał się nimi w pełni zainteresować. A to odebrało im sporo czaru, zamieniając w zwykłe czytadła na wolną chwilkę. Mimo to nie narzekam. Wygląda na to, że znów utwierdziłam się w przekonaniu, że wolę powieści Christie od jej opowiadań (w każdym razie tych krótszych). Czy sięgnąć po "Pułapkę na myszy"? Decyzja należy do Was, jednak uważam, że warto zapoznać się przynajmniej z tytułowym opowiadaniem.

"Czyż mogę komukolwiek udowodnić, że nie jestem zbrodniczym maniakiem? Nie, nie mogę.
Bardzo trudno udowodnić, że kimś się nie jest."
6/10

niedziela, 17 sierpnia 2014

H. Murakami "Ślepa wierzba i śpiąca kobieta"



Wydawnictwo: Muza
Ilość stron: 510

Przyznam szczerze, że z początku nie szło mi czytanie tej książki. Nie potrafiłam zagłębić się w przedstawiane historie, nie całkiem wyłapywałam ich urok. Skończyło się na tym, że odłożyłam ją na półkę. I tak czekała. Gdy kolejny raz po nią sięgnęłam, planowałam poprzestać na jednym opowiadaniu. Zamiast tego zaczytywałam się w kolejnych, aż w końcu moje wątpliwości zniknęły i znów przypomniałam sobie, za co uwielbiam prozę tego pisarza. A z tego wyłania się prosty wniosek - nie ma sensu czytać niczego na siłę - zarówno my możemy na tym ucierpieć, jak i nawet bardzo dobra książka. Zamiast tego lepiej poczekać na odpowiedni nastrój. Ale już kończę te wywody, czas się skupić na książce.

Podejrzewałam, że trudno będzie ocenić tę książkę jako całość. Opowiadań jest naprawdę sporo, są bardzo różnorodne i właściwie nie mają żadnego punktu wspólnego, jak to było w przypadku "Wszystkie boże dzieci tańczą". Właśnie jego brak z początku budził moje wątpliwości, które jednak wkrótce zostały rozwiane. Ta wielorakość pozwala wyodrębnić najbardziej charakterystyczne dla autora zagadnienia, a także zdać sobie sprawę z wszechstronności poruszanych przez Murakamiego tematów. Dostajemy więc szereg różnorodnych, a jednak często do siebie podobnych bohaterów - mężczyźni, którzy bez skrupułów sypiają z mężatkami, pisarze, ci, którzy od zawsze wiedzieli, co będą w życiu robić, a także ci, którzy stale czegoś poszukują. Nie zabraknie również kobiet - spełniających się zawodowo, pewnych siebie, tajemniczych, czy też ulotnych, które z dnia na dzień mogłyby zniknąć z życia pozostałych bohaterów. Nie da się też pominąć często wykorzystywanej przez pisarza anonimowości - możemy poznawać czyjeś życie, jednocześnie nie mając pojęcia jak ma na imię, nie znając szczegółów, które normalnie uznalibyśmy za istotne. A jednak wszystko jest tak wyważone, by niczego nie zabrakło. Dość błahe tematy nabierają znaczenia dzięki pięknej oprawie w słowa, w pozornie zwyczajnych wydarzeniach można dostrzec ich wyjątkowość.

W "Robaczku świętojańskim" od razu rozpoznałam fragmenty "Norwegian Wood". Z początku było to trochę jak déjà vu, ale z każdym kolejnym zdaniem coraz bardziej utwierdzałam się w tym przekonaniu. I było to bardzo miłe spostrzeżenie, pokazujące, że wciąż całkiem nieźle tą powieść pamiętam, choć niektóre szczegóły już nie tak wyraźnie. Stanowiło to też dla mnie przypomnienie, że warto byłoby kiedyś do niej wrócić. W "Przypadkowym podróżnym" spodobało mi się pojawienie się Murakamiego we własnej osobie (choć i w innych opowiadaniach miałam wrażenie, że mocno utożsamia się z narratorem). Trochę wyjaśnień, te zwykłe-niezwykłe wydarzenia, które rzeczywiście go spotkały - odebrałam to wszystko trochę jak ukłon w stronę czytelnika i bardzo ten gest doceniam.

"Ślepa wierzba i śpiąca kobieta" (kolejny tytuł, który za nic nie chciał mi wejść do głowy) to całkiem udany zbiór opowiadań, który rzeczywiście świetnie ilustruje zmiany zachodzące w prozie autora oraz te jej punkty, którym wciąż pozostał wierny. Książka ta powinna przypaść do gustu zwłaszcza osobom, które znają już Murakamiego z innych jego dzieł, więc to właśnie im polecam ją najbardziej.

"Przyzwyczajenie to zadziwiająca rzecz. Wystarczy, żeby zabrakło jednego elementu,
i człowiek się czuje, jakby kawałek świata go porzucił."
9/10

środa, 26 lutego 2014

E. Schmitt "Oskar i pani Róża"



Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2004
Ilość stron: 78

Oskar ma dziesięć lat i jest chory na raka. Wie, że zostało mu niewiele czasu, choć nikt nie chce mu tego oświadczyć wprost, wyczuwa to w subtelnych zmianach zachowania ludzi z jego otoczenia. Prawdziwe oparcie znajduje jedynie w cioci Róży, ponoć byłej zapaśniczce, która od czasu do czasu odwiedza go w szpitalu. Za jej radą zaczyna pisać listy do Boga, choć nie jest przekonany czy to ma jakiś sens. Kolejnym pomysłem starszej pani był pewien eksperyment, w ramach którego każdy dzień miał traktować jak kolejne dziesięć lat jego życia. Czy to w ogóle możliwe? Sprawdźcie.

Choć książka ta ukazuje bardzo przykrą rzeczywistość, rozbrajająca szczerość, jaką charakteryzują się listy Oskara sprawia jednocześnie, że człowiekowi robi się ciepło na sercu. On nie rozpacza z powodu tego, co ma nadejść, wie, że umrze i jest z tym pogodzony. Na swój sposób żyje pełnią życia i docenia wszystkie, nawet te najdrobniejsze rzeczy, których często nawet nie zauważamy. Co więcej, swój optymizm przekazuje dalej, zamiast być pocieszanym - pociesza innych. Na swój sposób poznaje również Boga - od listów pisanych z przymrużeniem oka z polecenia cioci Róży, po chwile, gdy rzeczywiście zaczyna dostrzegać bożą opatrzność i doceniać to, co go otacza.

"A ja myślę, ciociu, że dla życia nie ma innego rozwiązania niż żyć."

Zadziwiające jest to, jak trafne i uniwersalne okazują się być spostrzeżenia poczynione przez Oskara, zwłaszcza w połączeniu z wyjaśnieniami energicznej starszej pani. Tych kilka opisanych przez niego dni jest piękną alegorią ludzkiego życia. Zostaje nam ukazana wiara dziecka. Nie niezłomna. Nie niezachwiana. Ale szczera, z głębi serca. Dzieciom wiele rzeczy często przychodzi łatwiej. Ich prostolinijność jest ich siłą, której tak często brakuje innym.

"Oskar i pani Róża" to pozycja bardzo krótka, którą z łatwością można pochłonąć za jednym razem. I warto. Choć jest tak mała objętościowo, znalazłam w niej wiele pięknych cytatów i zdążyłam bardzo polubić Oskara. Doceniam także panią Różę, która jako jedyna miała odwagę nie bawić się w zbędne subtelności i rozmawiać z chłopcem tak, jak tego od niej oczekiwał. Na zakończenie wspomnę o czymś jeszcze. Od początku wiedziałam jak skończy się ta historia. Nie miałam złudzeń. A jednak, gdy przyszedł czas na ostatni rozdział, łzy same napłynęły mi do oczu. Niektóre historie są po prostu tak do bólu prawdziwe, że inaczej się nie da. Przynajmniej według mnie.

"Zrozumiałem, że jesteś obok. Że zdradzasz mi swój sekret:
codziennie patrz na świat, jakbyś oglądał go po raz pierwszy."
10/10

piątek, 27 grudnia 2013

E. Schmitt "Trucicielka"


Trucicielka i inne opowiadania - Éric-Emmanuel Schmitt

Wydawnictwo: Znak, Litera Nova
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 246

I tak oto kolejny raz dopiero w domu zorientowałam się, że wypożyczona przeze mnie książka to zbiór opowiadań (czy o takich rzeczach nie powinno się wspomnieć na okładce chociaż słowem?)... Mimo to niezrażona zaczęłam lekturę. Było warto.

Marie Maurestier, tytułowa trucicielka lata temu została oskarżona o zabójstwo swoich trzech mężów, jednak śledztwo zostało umorzone. Przyzwyczaiła się do złej sławy, jaką przez to zdobyła, jednak gdy młody proboszcz pomimo tych okoliczności traktuje ją na równi z innymi, w końcu nie wytrzymuje. Postanawia wyznać mu na spowiedzi swoje winy, zafascynowania możliwością rozprawiania o owych zbrodniach tak otwarcie i ich wpływem na młodego duchownego, który wkrótce niemal cały swój czas poświęci wyłącznie jej. Ale co nią kierowało? Były to szczere wyznania, czy może raczej kpina z jego gorliwości? Co z tego wyniknie?
"Powrót" przedstawia historię pracoholika przebywającego obecnie na morzu, który otrzymuje druzgocącą wiadomość o śmierci córki. Problem w tym, że ma ich cztery i nie wie o którą z nich chodziło, a nawiązanie kontaktu z rodziną jest w tej chwili niemożliwe. W tej sytuacji Greg, który skupiał się wyłącznie na pracy, zaczyna coraz więcej czasu poświęcać na rozmyślania, które długo nie dają mu spokoju. Tym oto sposobem wkrótce dochodzi do zaskakujących wniosków...
Ogarnięty manią współzawodnictwa i chęcią wygranej chłopak, który ma na względzie jedynie własne dobro, oraz marzyciel obdarzony naturalnym talentem. Dwóch rówieśników porównanych do Kaina i Abla. A do tego wypadek, który wszystko zmienił... Nie chcę zdradzać za wiele szczegółów, jednak wspomnę, że właśnie "Koncert »Pamięci anioła«" spodobał mi się najbardziej.
"Elizejska miłość" również była ciekawa i warta uwagi. Catherine zdała sobie sprawę, że już od dawna nie kocha swojego męża prezydenta, gra jedynie wyuczoną na pamięć rolę. Wkrótce postanawia przestać udawać przed swoim małżonkiem, zaczyna z wielką gorliwością zatruwać mu życie, jednak dla opinii publicznej wciąż zachowuje pozory. Mąż nie pozostaje jej dłużny... Jak zakończy się ich historia? Choć tytułowe uczucie było nietypowe, przybierające różne formy - od miłości do nienawiści - to było szczere i dające do myślenia.

Autor tworzy ciekawe portrety psychologiczne bohaterów, z powodzeniem zagłębia się w ich psychikę, a swoje dociekania przedstawia czytelnikowi trafnie formułując je w słowa. W stosunku do pierwszego opowiadania mam dość mieszane uczucia. Nie potrafię podać jakiegoś konkretnego powodu. Tak po prostu było. Ostatecznie wszystkie opowiadania tworzą wspólną całość, dopełniają się wzajemnie, zamiast stanowić całkowicie niezależne utwory (choć i tak mogłyby funkcjonować). Co je łączy? Obsesja. Obsesja, która może przybrać najróżniejsze formy. Może być częścią codzienności, powodem ludzkiego cierpienia lub dalszej egzystencji, może niszczyć, ale i skłonić do czegoś dobrego, zmiany na lepsze.
Na końcu jest jeszcze fragmenty dziennika pisarza dotyczące powstania książki. Zarówno w nim, jak i w opowiadaniach można znaleźć wiele ciekawych cytatów. "Trucicielka" bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Co więcej, z chęcią sięgnę po inne dzieła tego autora.

"Nasze życie stworzone jest tak, że pod spojrzeniem, którym je ogarniamy, staje się straszne lub cudowne."
8/10

wtorek, 19 listopada 2013

A. Christie "Śmiertelna klątwa"


Śmiertelna klątwa - Agatha Christie

Wydawnictwo Dolnośląskie
Rok wydania: 2008
Ilość stron: 108

Nie czarujmy się, po "Śmiertelną klątwę" sięgnęłam ze względu na jej nieznaczną objętość, czasami po prostu lubię przeczytać coś krótkiego. Tak oto wypożyczyłam ją z biblioteki i... dopiero w domu zorientowałam się, że jest to zbiór opowiadań. No ale nie narzekam, w końcu nie ma tego, co by na dobre nie wyszło, czy jakoś tak. Więc co ostatecznie mam do powiedzenia na ten temat? Już spieszę z wyjaśnieniami.

W tej niewielkiej książeczce znajdziemy osiem różnych opowiadań, z których nie każde dotyczy zbrodni. Co je łączy? W sześciu z nich pojawia się osoba, bez której trudno byłoby o rozwiązanie tych zagadek, a mianowicie panna Jane Marple. O ile w powieściach Agaty Chrisie ta postać przypadła mi do gustu, o tyle w opowiadaniach nieco mnie irytowała - wciąż na nowo przedstawiana jako świetny detektyw (czego się oczywiście wypierała, skromnie tłumacząc, że po prostu zna się na ludziach), w co trudno było uwierzyć samym zainteresowanym, do tego nieustannie porównywała osoby, których dotyczyła zagadka do członków własnej rodziny, tym samym wyjaśniając ich postępowanie (co z czasem przestało być tak zauważalne). Ostatnie dwa opowiadania są całkiem inne i zawierają pewne wątki paranormalne, przy czym to właśnie jedno z nich - "Lalka krawcowej" najbardziej przypadło mi do gustu.
Jeśli chodzi o poruszane zagadnienia, bywa różnie - morderstwa, poszukiwania ukrytego spadku, domniemana klątwa. Opowiadania mają po kilka, kilkanaście stron, więc i intryga nie może być zbyt skomplikowana. Poza tym z początku może nie być łatwo spamiętać kto jest kim (na co nie mamy wiele czasu). To wszystko sprawia, że trudno w pełni wczuć się w sytuację i zainteresować śledztwem, które kończy się już po kilku stronach. Do tego jedno z opowiadań oparte jest na angielskim powiedzeniu, które będzie prawdopodobnie nie do końca zrozumiałe dla polskiego czytelnika (tak też było ze mną). Mimo to część z nich była ciekawa - takie lekkie czytadło.

"Śmiertelna klątwa" nie zachwyca, jednak można poświęcić jej chwilę - w końcu tych sto stron, to nie jest wiele (zwłaszcza w przypadku formatu wydania kieszonkowego). Mimo wszystko nie żałuję, że sięgnęłam po ten zbiór. Teraz przynajmniej wiem, że wolę skupić się na pełnowymiarowych powieściach tej autorki, co i Wam proponuję. Przeczytać, czy nie? Tą kwestię będziecie musieli rozstrzygnąć sami.

5/10

środa, 16 października 2013

H. Murakami "Wszystkie boże dzieci tańczą"


Wszystkie boże dzieci tańczą - Haruki Murakami


Wydawnictwo: MUZA
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 182

To pierwszy zbiór opowiadań Murakamiego, jaki miałam okazję przeczytać. Uogólniając, są to krótkie epizody z życia różnych osób, które dają ich bohaterom okazję do przemyśleń, wspominania przeszłych wydarzeń i snucia różnorakich wniosków. Są owiane tajemnicą, pełne niedopowiedzeń, można potraktować je jako zwyczajne opowiadania lub spróbować doszukiwać się w nich jakiegoś ukrytego sensu. Koniec opowiadania nie jest równoznaczny z końcem przedstawionej historii. Autor pozostawia nam wiele swobody w kwestii interpretacji jego utworów i tylko od nas zależy jak to wykorzystamy.

Choć opowiadania to nie to samo, co pełnowymiarowa powieść, Murakami radzi sobie z nimi równie dobrze. Przedstawiony w nich świat kreuje z umiarem - ni mniej, ni więcej niż to, czego potrzeba nam do odpowiedniego odbioru jego tekstów. Nie widzę sensu w opisywaniu wszystkich sześciu opowiadań - przy tak krótkich utworach lepiej zapoznać się z nimi na własną rękę - jednak wspomnę co nieco na ich temat. W każdym z nich w pewnym momencie wspomniane jest trzęsienie ziemi w Kobe. Poza tym bohaterom towarzyszy wiele objawiających się w różny sposób niepewności. Mężczyzna, którego porzuciła żona, pracownik biura ubezpieczeń, którego odwiedza wielka żaba... Niektóre historie wydają się nieco oderwane od rzeczywistości, inne całkiem surrealistyczne. Przy ograniczonych możliwościach, jakie daje opowiadanie, Murakami zdołał przekazać czytelnikowi to, co zamierzał.
Historie te bardzo się od siebie różnią, jednak czyta się je równie przyjemnie. Wyraźnie odznacza się charakterystyczny dla Murakamiego styl, który nadaje im ten niepowtarzalny klimat. Poza tym podoba mi się wydanie książki. Powoli coraz bardziej zaczynam lubić opowiadania, jednak tym, którzy dopiero planują sięgnąć po któreś z dzieł tego autora, proponuję zacząć od jednej z jego powieści.

"Ciężko jest być młodym. Są takie rzeczy, na które nawet myślenie nie poradzi."
7/10

piątek, 4 października 2013

"31.10 Halloween po polsku"



Wydawnictwo: WRCW
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 362
Seria: 31.10 Halloween po polsku (cz. 1)

"31.10 Halloween po polsku" to eksperymentalny zbiór opowiadań grozy stworzony przez ponad 20 polskich autorów (dociekliwych odsyłam na LC) i wydany w formie darmowego ebooka. Zawiera ponad 30 opowiadań o różnorodnej tematyce - zabawne, straszne, żartobliwe, poważne... W jednych występują duchy i zjawy, w kolejnych różnego rodzaju kreatury lub klątwy, jeszcze inne opisują po prostu nietypowe zdarzenia. Bywają te bardziej zagadkowe, w których chodzi głównie o ową niewiadomą, ale i te, gdzie celem jest rozlew krwi. Odmienna jest również ich obszerność i styl, w jakim zostały napisane.
Ta różnorodność sprawia, że trudno ocenić je jako całość (choć jednocześnie pozwoli każdemu znaleźć coś dla siebie). Jedne zaciekawiły mnie bardziej, inne mniej, co nie zmienia faktu, że przyjemnie spędziłam przy nich czas. Większość ma po kilka, kilkanaście stron, więc czyta się je szybko, nawet jeśli trafimy na mniej interesującą historię.

W wielu przypadkach nie obyło się bez przewidywalności, tu i tam brakowało literek, jednak pomijając te mankamenty było całkiem nieźle. Część opowiadań rzeczywiście było ściśle powiązanych z halloween, w innych podejście do tematu było bardzo swobodne. Pośród strasznych historii znalazło się też kilka, które zaliczają się bardziej do fantasy, niż opowiadań grozy, jednak tą różnorodność poczytuję jako zaletę.
Pomysł i wykonanie uważam za całkiem udane. Rzadko sięgam po zbiory opowiadań, jednak powoli staram się do nich przekonać (podobnie zresztą jak do ebooków, co idzie mi całkiem nieźle, bo w końcu mam na czym je czytać) i znalezione tu utwory wcale mnie od tego nie odwiodły. To dobra okazja, aby zapoznać się z twórczością mało znanych polskich autorów. Dodatkowo ebook urozmaicony jest czarno-białymi ilustracjami, w większości wykonanymi ołówkiem, które dodają mu klimatu i przykuwają uwagę.
Najwyraźniej nie tylko ja przyjęłam tą publikację dość entuzjastycznie, ponieważ dzięki swojej popularności po roku doczekała się kolejnej odsłony, jaką jest "31.10 Wioska przeklętych". Za jakiś czas chętnie sięgnę również po nią, a tymczasem zainteresowanych pierwszą częścią odsyłam tutaj. Myślę, że warto. :)

6/10