Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BL. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BL. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 grudnia 2016

Nakamura Asumiko "Absolwenci" [BL]

Wydawnictwo: Waneko  |  Liczba stron: 366 (2w1)  |  "Koledzy z klasy" (manga & anime)  |  Sotsugyo Album
"Absolwenci" kontynuują losy Sajou i Kusakabe z "Kolegów z klasy". Ostatnia klasa liceum, zbliżające się zakończenie szkoły. Dla Sajou jest to (jak właściwie zawsze) czas intensywnej nauki. Bardzo dobrze rozumie, dlaczego zdaniem uczestników szkoły przygotowawczej nie jest to odpowiednia pora na związki. Rozumie, ale zdaje sobie również sprawę z tego, że nie potrafiłby sobie odpuścić spotkań z Kusakabe. Ten z kolei, choć nie ma przed sobą egzaminów na studia, także zaczyna na poważnie myśleć o swojej przyszłości. Ich wspólny czas bywa więc w taki czy inny sposób ograniczany, jednak nie odbija się to w sposób negatywny na ich związku. Co prawda nie obejdzie się pewnych (większych lub mniejszych) problemów, ale czasami przecież nie da się tego uniknąć, prawda?

Wiecie, co uwielbiam w "Absolwentach"? (No dobra, jest wiele takich rzeczy, ale tym razem mam na myśli coś konkretnego) To, że chociaż Kusakabe i Sajou zdarza się kłócić, opacznie zrozumieć jakąś sytuację lub po prostu się obrazić, to nie ciągną tego w nieskończoność. Rozmawiają, wyjaśniają wszystko i koniec sprawy (nawet jeśli nie tak całkiem od razu), bez wprowadzania zbędnego dramatyzmu. Po co robić z igły widły? Kolejną rzeczą jest po prostu to, jak Nakamura Asumiko przedstawiła ich wzajemne relacje oraz pogłębianie się uczuć. Po tym, co myślą, co mówią, co robią od razu widać, jak bardzo im na sobie zależy. Moje serce podbił zwłaszcza jeden szczegół - to, że ze względu na pewne okoliczności (nie chcę zdradzić za dużo) Kusakabe nie wykorzystał okazji, by posunąć się o krok dalej, wziął pod uwagę sytuację i stwierdził, że nie byłoby to w tamtym momencie właściwie z jego strony. Czy to nie dowodzi szczególnie wyraźnie, jak bardzo poważnie myśli o swoim związku z Sajou? I jak go tu za to nie kochać?

Chciałabym też zwrócić uwagę na pewną rzecz. Czy ktoś tu nie przepada za Harasenem (czy też, jak widnieje w polskim przekładzie, Haraczem)? Ja go uwielbiam, choć do tej opinii musiałam chwilę dojrzeć. Ostatecznie można przecież uznać, że jest takim dobrym duchem związku naszych dwóch bohaterów (nawet jeśli metody wspierania ich ma raczej specyficzne…). Tak, lubi prowokować Kusakabe i z chęcią wykorzystuje każdą nadarzającą się okazję, by spędzić choć trochę czasu z Sajou, ale tak naprawdę rozumie, że jego uczucie pozostanie jednostronne i nie ma co się łudzić, że jest inaczej. Przy bliższym poznaniu naprawdę go polubiłam, więc tym bardziej cieszę się, że w mandze "Sora to Hara" zostało mu poświęcone więcej miejsca.
Historia jest naprawdę dobrze poprowadzona - pojawiają się momenty zabawne, poważne, urocze, czasami niezręczne, a nawet i do pewnego stopnia zawstydzające, ale wszystko to w sposób zamierzony i z umiarem (no dobra, może pojawi się nieco przesady, ale nie tak znowu wiele). Poza głównymi rozdziałami znajdziemy tu też kilka krótkich, głównie humorystycznych historii. Do tego oczywiście cudowne postaci! O Sajou i Kusakabe już chyba wystarczy (chociaż mogłabym się jeszcze trochę rozpisać). Będzie też okazja, by nieco lepiej poznać Haracza, zerknąć, co kryje się pod pozorami, które stara się utrzymywać. No i jeszcze jedna osoba, o której aż szkoda byłoby nie wspomnieć. Tani (przyjaciel Kusakabe), choć niepozorny i nie pojawia się za często, potrafi na swój sposób zabłysnąć, czym bardzo prędko zaskarbił sobie moją sympatię.

W kwestii kreski chyba nie ma się co rozpisywać - każdy, kto czytał "Kolegów z klasy" wie, czego mniej więcej się spodziewać. Nakamura zdaje się rysować bardzo swobodnie, zwłaszcza w kadrach typowo humorystycznych na dość sporo sobie pozwala, co dodatkowo potęguje ich komizm. Mogę jednak dodać, że jest coraz lepiej, kreska autorki z czasem staje się coraz bardziej wyrobiona i mniej kulfoniasta, więc i osoby, dla których była to drażliwa kwestia, mogą się mile zaskoczyć (a przynajmniej taką mam nadzieję). Oryginalnie dwutomowa manga dostała wydanie 2w1 i została włączona do serii Jednotomówek Waneko. Z dwóch okładek do wyboru (Zima i Wiosna) na obwolutę trafiła ta druga, co uważam za dobrą decyzję. Zimową natomiast znajdziemy w środku, a wraz z nią dwie inne kolorowe ilustracje. Należy też wspomnieć o tym, że po ustawieniu "Absolwentów" obok "Kolegów z klasy" chłopcy spoglądają na siebie z grzbietów tomików.

Ale żeby nie było, że nic tylko słodzę, czas wspomnieć o minusach. Tym, czego po prostu nie mogę wybaczyć Waneko jest taki a nie inny opis umieszczony na obwolucie (która w dodatku przebija i to dość mocno), który bardzo spłyca tę historię. Mam też pewne zastrzeżenia co do tłumaczenia, które w pewnych momentach potrafi brzmieć bardzo nienaturalnie i czasami jakby zatraca znaczenie, które do tej pory odnajdywałam w tych wypowiedziach (a ze względu na to, jak uwielbiam tę mangę jestem na to szczególnie wyczulona). Dalej w kwestii przekładu, nie za bardzo pasuje mi tu używanie słowa "peniać", w pierwszej chwili naprawdę myślałam, że to jakiś błąd w druku (a skoro już o tym mowa, to tak, parę literówek też się pojawiło). Gdyby nie tych parę wad byłabym naprawdę przeszczęśliwa, jednak i tak bardzo się cieszę, że doczekałam się wydania "Absolwentów" i bardzo polecam tę mangę.

piątek, 2 września 2016

Yuki Fumino "Usłyszeć ciepło słońca"

Wydawnictwo: Dango  |  Ilość stron: 188
Z powodu problemów ze słuchem Kohei ma również trudności z nawiązywaniem relacji z innymi. Z jednej strony są ci, których jego przypadłość zniechęca, z drugiej osoby, które chciałyby go we wszystkim wyręczyć, a przecież jego problemem jest jedynie słuch. Nie chce niczyjego współczucia, więc świadomie się izoluje. Na szczęście na jego drodze staje Taichi, chłopak tak bezpośredni, że za nic ma aurę niedostępności, która ponoć otacza Koheia. Tym samym stopniowo zaczyna dostrzegać, jaki jest naprawdę, przypomina mu, że nie jest niczemu winien i nie należy poddawać się już na samym początku.

Bardzo podoba mi się to, w jaki sposób autorka poprowadziła fabułę. Wszystko przebiega naturalnie, ani za szybko, ani za wolno, a charaktery obu bohaterów są dobrze nakreślone i świetnie się patrzy na to, jak się dogadują, jak dzięki Taichiemu Kohei stopniowo zaczyna się na nowo otwierać na świat. Jedynie do wątku romantycznego mam pewne zastrzeżenia, ale o tym za chwilę. Kwestia niepełnosprawności Koheia została potraktowana z należytą uwagą, poznamy tu chociażby jego własne zdanie na ten temat i przyjrzymy się reakcjom otoczenia, często w pewien sposób krzywdzącym. Wszystko to pozwala spojrzeć na problem porozumienia się niedosłyszących z dobrze słyszącymi z różnych perspektyw. Świetna robota, zwłaszcza jak na debiut!

Problem (jeśli mogę to tak określić) z tą mangą polega na tym, że balansuje gdzieś na granicy bycia i nie bycia historią z gatunku boys love. Co prawda zapowiada to opis ("Więcej niż przyjaźń, nie do końca miłość") i nieco wyjaśnia posłowie (przypomnienie autorce, że tworzy dla magazynu BL), jednak wciąż coś mi tu nie grało. Gdyby nie dosłownie kilka kadrów, parę słów ich relację można by było uznać za czysto przyjacielską (co wcale by mi nie przeszkadzało), a tak dostajemy coś bliżej nieokreślonego. I tu dochodzimy do kolejnej kwestii - wydawnictwo słowem nie napomknęło, że istnieje kontynuacja (poprawka: informacja była, jednak wciąż brakuje mi wspomnienia o tym w samym tomiku) i nie miałabym o tym pojęcia, gdyby nie MAL (swoją drogą tam całość zalicza się do jednej, wciąż powstającej mangi). Bogatsza o tę wiedzę mogę przyznać, że jako pojedynczy tom "Usłyszeć ciepło słońca" wydaje mi się lekko (naprawdę lekko!) niedorobione, natomiast z dalszym ciągiem... No, nad tym będę się rozwodzić mając już w rękach kolejny tom, jednak przyznaję, że zabrakło mi cierpliwości i zerknęłam na angielskie skany, a to, co tam zobaczyłam całkiem dobrze rokuje. Bardzo możliwe, że moja ocena tej mangi jeszcze wzrośnie.
Dość szkicowa kreska Yuki Fumino jest naprawdę ładna, co robi jeszcze większe wrażenie ze świadomością, że to jej pierwsza manga. Co prawda nie jest idealnie, przy niektórych ujęciach - głównie z daleka, choć i z bliska parę się trafiło - oczy są na przykład zbyt szeroko rozstawione, sporadycznie można też mieć wątpliwości co do proporcji. Te błędy można jednak wybaczyć, zwłaszcza że niektóre kadry potrafią być naprawdę piękne, a tła są porządnie narysowane i nie ma się tu wrażenia pustki.

Mangę kupiłam w przedsprzedaży, więc wspomnę jeszcze o dodatkach od wydawnictwa, a są to zakładka (przyzwyczaiłam się do tych Waneko, więc nieco zaskoczył mnie szerszy format), notesik z Koheiem oraz liścik z podziękowaniami od Dango (to naprawdę miłe ^^). Jeśli chodzi o wydanie, tak jak w przypadku "Monster Petite Panic" nie ma obwoluty, dostajemy za to matową okładkę ze skrzydełkami (swoją drogą naprawdę podoba mi się ta kolorystyka i słoneczne refleksy). W środku znajdziemy kolorową stronę, onomatopeje są wyczyszczone i przetłumaczone, a całość dobrze się czyta i nie wyłapałam żadnych błędów.

Druga manga z dorobku Dango spełniła moje oczekiwania (choć, jak już wcześniej wspomniałam, dziwi mnie brak informacji o kontynuacji). Dostałam pokrzepiającą, dobrze wyważoną historię i naprawdę lekko zarysowany wątek romantyczny, do tego w świetnej oprawie graficznej. Z niecierpliwością czekam na dalszy ciąg!

środa, 9 marca 2016

Asumiko Nakamura "Koledzy z klasy" [BL]

Doukyuusei  |  Wydawnictwo: Waneko  |  Ilość stron: 182  |  Jednotomówki Waneko
Mawia się, że przypadki chodzą po ludziach. I tak właśnie jest. Weźmy na przykład takich Kusakabe i Sajou. Pierwszy z nich to uwielbiający muzykę, grający w zespole lekkoduch, a w nauce żaden z niego orzeł. Drugi to szkolny prymus, sprawiający wrażenie cichego, nietowarzyskiego, a czasami wręcz wyniosłego. Gdyby nie właśnie przypadek, ta dwójka mogłaby się nigdy nie poznać, nie zamienić ze sobą nawet słowa. Ale stało się inaczej.

Ich klasa miała pierwszą próbę przed występem chóru i Kusakabe zauważył, że Sajou nie śpiewa. Nie potrafi? A może nie ma czasu ani ochoty przejmować się jakąś głupią piosenką? Cóż, jego sprawa. Gdy jednak po lekcjach Kusakabe wraca się po coś do klasy, ku swojemu zdziwieniu, spotyka tam właśnie nucącego pod nosem Sajou. Trochę z przyzwyczajenia, trochę z ciekawości poprawia go, a gdy dowiaduje się o problemie chłopaka z odczytaniem nut z tablicy, bez zastanowienia (i ku obopólnemu zaskoczeniu) proponuje mu swoją pomoc.

Bardzo prosty początek, prawda? Ale tak właśnie było. I tak od zdania do zdania, od jednego spotkania do drugiego ich znajomość zaczęła się rozwijać, stopniowo przeradzając się w coś więcej. Jak to zwykle bywa, nie obyło się jednak bez sprzeczek i nieporozumień, a niektóre z nich były dość poważne. Różnice w priorytetach naszych dwóch bohaterów mogą sporo namieszać. Jest też Hara, znany jako Haracz (w oryginale Harasen) nauczyciel muzyki, który wyraźnie interesuje się Sajou, a widząc, że chłopak coraz lepiej dogaduje się z Kusakabe, jakby nieco traci grunt pod nogami. Czy stanie się dla nich przeszkodą? Ta konkurencja niepokoi Kusakabe, z kolei Sajou wciąż trudno uwierzyć, że ktoś taki, jak Kusakabe zainteresował się właśnie nim. Chłopcy przeżywają swoje wzloty i upadki, jest uroczo, zabawnie (humoru jest naprawdę pełno), w odpowiednich momentach też trochę poważniej, z czym autorka świetnie sobie poradziła.
Kreska autorki jest bardzo specyficzna - to nie ulega wątpliwości i właśnie ten fakt może niektórych zniechęcać. Sama przyznam, że nie od razu doceniłam kreskę Nakamury, najpierw musiałam do niej przywyknąć. Jej rysunki wydają się bardzo swobodne... czasami nawet za bardzo, co widać po niektórych ujęciach rąk, ale i to ma swój urok. Obecnie mogę wręcz rozpływać się w zachwytach nad jej kreską, a więc moja rada brzmi: dajcie jej trochę czasu.

Manga została wydana w serii Jednotomówek Waneko, a więc w powiększonym formacie. Onomatopeje są, jak zwykle u Waneko, wyczyszczone i ogólnie całość prezentuje się całkiem nieźle, chociaż tusz na pierwszej stronie dość mocno przebija. Trochę dziwi mnie też, że tytuły poszczególnych rozdziałów pozostawiono w języku angielskim. Z tłumaczenia jestem raczej zadowolona, czasami nawet bardzo; miałabym do niego parę uwag, ale może to już tylko moje widzimisię - po wielokrotnym czytaniu tej mangi na skanach oraz niemal równie częstemu odsłuchiwaniu dramy CD mam po prostu wrażenie, że niektóre kwestie brzmiałyby lepiej,  gdyby inaczej ubrać je w słowa.

Trochę dziwnie jest mi pisać tylko o "Kolegach z klasy", skoro wiem już o wiele więcej z kolejnych mang powiązanych z tą. I chociaż to recenzja tego jednego tytułu, nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała choć słowem o "Sotsugyousei" (tłum. absolwenci), bo to właśnie ta manga sprawiła, że zakochałam się w historii Sajou i Kusakabe. Na pierwszy rzut oka "Koledzy z klasy" mogą się wydawać mangą bardzo zwyczajną, wręcz banalną (czego powód po części wyjaśnia autorka w krótkim posłowiu) i nie ukrywam, że przez jakiś czas sama właśnie za taką ją uważałam. Dopiero dalszy ciąg ich losów pokazał mi, jak poważnie myślą o swoim związku. To właśnie "Sotsugyousei" pozwoliło mi spojrzeć na tę historię z szerszej perspektywy, docenić drobne gesty, niuanse, na które wcześniej nie zwróciłam należytej uwagi, a których jest pełno także w "Kolegach z klasy". To, jak lemoniada cały czas przewija się przez mangę, nabierając symbolicznego znaczenia. To, jak naturalnie rozwija się ich relacja. To, jak autorka wykorzystała piosenkę, dzięki której pierwszy raz się do siebie odezwali, a później także pewien wiersz - oba te utwory stały się jakby myślami przewodnimi rozdziałów, w których występują. Ach! I jeszcze ten motyw wstążki (przeczytacie, a zrozumiecie)! Moją uwagę zaczęły zwracać nawet najmniejsze szczegóły i to ich wynajdywanie sprawiało mi sporą przyjemność.
Wyszło trochę przydługo, ale nic na to nie poradzę - na ich temat mogłabym pisać i pisać, a wciąż wynajdywałabym coś, o czym mogłabym jeszcze wspomnieć. Pokusiłabym się wręcz o stwierdzenie, że "Koledzy z klasy" (wraz z "Sotsugyousei") to moja ulubiona manga, którą mogłabym czytać raz za razem cały czas z tym samym (a może nawet i większym) zainteresowaniem. Mam więc ogromną nadzieję, że Waneko nie poprzestanie tylko na tym jednym tytule i doczekam się kolejnych prac Nakamury Asumiko w Polsce. Wniosek z tego prosty - koniecznie dajcie tej historii szansę! Na koniec dodam, że "Koledzy z klasy" doczekali się swojego anime. Jest to jednak film kinowy, więc na jego dostępność wciąż przyjdzie nam niestety dłuższą chwilę poczekać (a tutaj trailer). Już nie mogę się doczekać!

"A boy met a boy.
They were in flush of youth.
They were in love that felt like a dream,
like a sparkling soda pop."

sobota, 26 września 2015

Tagura Tohru "Koimonogatari" [BL]

Zwykle nie lubię recenzować pojedynczych tomów mang (oczywiście spośród tych, które liczą ich sobie więcej) czy też serii wciąż trwających i to nie tylko dlatego, że moje odczucia względem nich mogą ulec zmianie. Po prostu wolę wiedzieć więcej o opisywanych tytułach, lepiej poznać bohaterów, okoliczności, mieć pełny wgląd w sytuację. A jednak, jak to często bywa, istnieją również wyjątki i właśnie dlatego macie teraz okazję poczytać o "Koimonogatari" - mandze shounen-ai, która od samego początku oczarowała mnie nie tylko piękną kreską, ale i bardzo świeżym spojrzeniem na ten gatunek, wolnym od tak często powielanych schematów. Mam jednocześnie ogromną nadzieję, że któreś z wydawnictw spojrzy na ten tytuł łaskawym okiem i będę mogła się cieszyć upragnionym, papierowym wydaniem "Koimonogatari" na półce. Ale po kolei, na początek trochę na temat fabuły.

Hasegawa Yuiji już od pewnego czasu podejrzewał, że Yoshinaga Yamato jest gejem, a pewność zyskał, gdy przypadkiem podsłuchał jego rozmowę. Uwadze chłopaka nie umknęły również ukradkowe spojrzenia rzucane w stronę jego przyjaciela, wiedział jednak, że Yamato nie ma szans - Kyousuke uwielbia dziewczyny, a szczególną słabość ma do idolek. Nie zamierza jednak wnikać w sprawy Yoshinagi. Zrządzenie losu w postaci niezwykle sympatycznej Shibaty Natsumi i zorganizowanych z jej inicjatywy spotkań (wzajemna pomoc w nauce) sprawiło, że Yuiji, choć z początku nieco uprzedzony i niechętny, wkrótce przekonał się, że Yamato jest naprawdę w porządku. Zdążył go przez ten czas polubić, dlatego, kiedy dalsze udawanie, że o niczym nie ma pojęcia traci sens, Yuiji podejmuje decyzję i mówi mu o tym wprost - nie zamierza w żaden sposób ingerować w jego relacje z Kyousuke czy też zdradzać komukolwiek jego sekretu. Zamiast tego oferuje dalszą znajomość oraz coś niezwykle cennego - możliwość swobodnych rozmów na delikatne tematy, które dotąd z oczywistych powodów mógł poruszać jedynie przy zdającej sobie sprawę z jego orientacji Natsumi.

Tytuł tej mangi może być dość mylący. "Koimonogatari", a więc "Historie miłosne" w sposób naturalny kojarzy się z romansem, którego, jak dotąd, nie przyjdzie nam tu uświadczyć. Jest tylko nieodwzajemnione uczucie Yamato oraz Yuiji i jego dziewczyna (których związkowi również zostało poświęcone nieco miejsca). Zamiast tego dostajemy piękną, stopniowo rozwijającą przyjaźń. Yuiji, jak to ma w zwyczaju, jest szczery do bólu i, co ważne, nie zamierza traktować Yamato jakoś inaczej przez wzgląd na jego orientację. Chociaż zdaje się być lekkoduchem (i po części rzeczywiście nim jest), naprawdę bierze pod uwagę uczucia innych i chce być wobec nich w porządku, co dobrze widać po jego chęci wspierania Yamato. I to działa. Dzięki temu nasz drugi bohater może poczuć się nieco pewniej, ma przed kim wyznać swoje obawy, których nie brakuje. W mangach boys love jest to raczej rzadkość, jednak w tym przypadku nie miałabym kompletnie nic przeciwko, gdyby do końca zostali jedynie przyjaciółmi (zwłaszcza że na razie na nic więcej się nie zanosi). Dalej mamy jeszcze Natsumi, którą uwielbiam za jej otwartość, radosną postawę, przyjazne usposobienie i wsparcie, jakie od dawna zapewnia Yamato. Warto też wspomnieć o Sekim, którego Yamato uważa za najlepszego przyjaciela i czasami czuje się winny, że ukrywa przed nim swoją orientację. I na koniec (choć przez mangę przewija się zdecydowanie więcej postaci) Kyousuke, który również sprawia wrażenie całkiem sympatycznego. Podsumowując, "Koimonogatari" może się poszczycić naprawdę ciekawymi, umiejętnie wykreowanymi bohaterami, których zachowanie jest naturalne i zrozumiałe. Co więcej, znajdziemy tu sporo humoru, z którym autorka radzi sobie równie dobrze.

Tym, czego zdecydowanie nie mogłabym pominąć, jest kreska. Tagura Tohru naprawdę pokazała, na co ją stać, zwłaszcza w porównaniu z jej wcześniejszym zbiorem opowiadań, "Cello Mellow", gdzie kreska, choć już wtedy dość interesująca, miała sporo niedoróbek, szczególnie w kwestii anatomii i zachowania proporcji. Tutaj widać, że jej warsztat znacznie się rozwinął. Można powiedzieć, że postaci są nieco kanciaste, jednak ta cecha jest u autorki bardzo charakterystyczna i podoba mi się. Wprost uwielbiam kadry, na których autorka do cieniowania używa kresek - wygląda to naprawdę pięknie i przypomina mi trochę rysunki Hozumi. No i oczywiście postaci. Jeśli szukacie urodziwych chłopców, "Koimonogatari" jest strzałem w dziesiątkę, jednak i pojawiającym się tu dziewczynom nie brakuje uroku i można by się w nie wpatrywać przez dłuższą chwilę. Tagura Tohru nie ma też problemów z odpowiednim ukazaniem mimiki bohaterów, a niektórzy z nich mają charakterystyczne dla siebie gesty. Samo otoczenie również wygląda dobrze, a choć sporo teł pozostaje białych, nie sprawiają wrażenia pustki. W tle możemy znaleźć pełno roślinności, nie są to jednak kwiaty, a liście (czasami mam wręcz wrażenie, że to taka mała obsesja autorki).

Jak na razie manga Tagury Tohru liczy sobie jeden tom (cztery rozdziały). Sama autorka planuje zamknąć tę historię w trzech tomach, ale co z tego wyjdzie - zobaczymy. W każdym razie jestem bardo ciekawa, jak dalej potoczą się losy bohaterów i niecierpliwie czekam na kolejne rozdziały.

środa, 9 września 2015

V. Tachibana, R. Takarai "Seven Days" [BL]

Wydawnictwo: Kotori  |  Ilość tomów: 2  |  Scenariusz: Venio Tachibana  |  Rysunek: Rihito Takarai
Mówi się, że najważniejsze jest wnętrze, a miłość jest ślepa, ale jak jest naprawdę? Bywa różnie, o czym dobrze wie trzecioklasista Shino Yuzuru. Jego powierzchowność godna księcia z bajki przysparza mu niemałej popularności i jest przyczyną równie wielu wyznań miłosnych. Czar jednak szybko pryska, gdy dziewczyny przekonują się, że charakter tego nieco nierozgarniętego chłopaka, który nierzadko działa bez dłuższego zastanowienia, znacznie odbiega od ich wyobrażenia rycerza na białym koniu. I wtedy nadchodzi rozstanie.

Znacznie inne podejście do tych spraw ma równie popularny pierwszoroczniak, Seryou Touji, znany ze swoich tygodniowych związków. Chłopak, zgodnie z twierdzeniem, że nie wygląd jest najważniejszy, nie marnuje żadnej szansy na zakochanie - zaczyna chodzić z pierwszą osobą, która poprosi go o to w poniedziałek. W ten sposób ma szansę poznać jej charakter, a siedem dni to dla niego wystarczająco czasu, by móc rozeznać się w swoich uczuciach. Uczuciach, które, jak dotąd, nie były na tyle silne, by przedłużyć związek. Co więcej, gdy nadchodzi niedziela, dziewczyny, choć zawiedzione, nie mają mu tego za złe, gdyż tydzień spędzony z Seryou jest dla nich jak wygrany los na loterii. Kto nie chciałby choć przez chwilę być w centrum uwagi takiego chłopaka?

Przypadek sprawił, że w pewien poniedziałkowy ranek Shino spotyka Seryou przed bramą szkoły, zaczyna rozmowę i, wiedziony ciekawością oraz wrodzoną skłonnością do pochopnych działań, proponuje, by zaczęli ze sobą chodzić. Wkrótce, wbrew swoim najśmielszym przypuszczeniom, przekonuje się, że Seryou potraktował jego słowa jak najbardziej poważnie. Właśnie tak rozpoczyna się obfity w niespodzianki tydzień, który obojgu z nich uświadomi parę rzeczy i pozostawi po sobie wiele niezapomnianych wrażeń.

Po pierwszym zaskoczeniu, jakim jest dla Yuzuru akceptacja jego propozycji, chłopak postanawia popłynąć z prądem i dobrze wykorzystać tych siedem dni - przecież nie liczy na więcej. Z kolei gdy Seryou uświadamia sobie, że jego senpai nie traktuje tego związku poważnie, chce jak najszybciej z tym skończyć, jednak ujmująca bezpośredniość Yuzuru raz po raz powstrzymuje go od podjęcia działania. Również za jego sprawą Seryou zaczyna regularniej chodzić na treningi łucznictwa. W międzyczasie Yuzuru próbuje zasięgnąć informacji od swojej przyjaciółki Keiko, która tygodniowy związek ma już za sobą. Jak zazwyczaj wygląda chodzenie z Seryou? Jak się wtedy zachowuje? Tego typu myśli mimowolnie zaprzątają mu głowę, także gdy są razem, a tymczasem sprawy zaczynają przybierać niespodziewany obrót.
To właśnie bohaterowie i rodzące się między nimi uczucie stanowią najmocniejszą stroną tej mangi. Dla stale doświadczających nieudanych związków chłopców ta nowa znajomość okazała się prawdziwym powiewem świeżości. Yuzuru nie jest kolejną zapatrzoną w Seryou jak w obrazek dziewczyną. Co więcej, z początku nawet nie zależy mu na nim za bardzo, wychodząc z założenia, że to taka tygodniowa zabawa w związek. Najistotniejsze jest jednak to, że we wszystkich swoich działaniach Yuzuru jest szczery, bezpośredni i nikogo nie udaje, co widać chociażby po kilku scenach zazdrości, których sam się po sobie nie spodziewał, czy zwyczajnych, spontanicznych działaniach. Również dla niego związek ten stanowi w wielu kwestiach nowe doświadczenie - Seryou nie idealizuje go, nie stawia wymagań, a liczne rozbieżności między jego wyglądem i charakterem nie traktuje jako wadę, gdyż właśnie to czyni go jeszcze bardziej interesującym i nieprzewidywalnym.

"Seven Days" ma w sobie sporą dawkę świetnego, niebanalnego humoru, którego dostarczają nam zarówno dialogi bohaterów, jak i różne sytuacje. Zachowania bohaterów wypadły bardzo naturalnie, bez zbędnego przegadania czy sztuczności, a niektóre ich reakcje potrafią być naprawdę urocze. Nie znaczy to jednak, że patrzą na wszystko przez różowe okulary - mają swoje wątpliwości i obawy. Dla Seryou jest to niepewność wywołana początkową postawą Yuzuru. On z kolei przejmuje się dziewczyną, która kiedyś była (a może nadal jest?) dla Seryou bardzo ważna, z którą nie zerwał kontaktu nawet po rozstaniu. W drugim tomie wyraźnie można dostrzec nieuchronność nadejścia siódmego dnia oraz związaną z tym, rosnącą z każdą chwilą niepewność. To wszystko zostało naprawdę wiarygodnie ukazane.

Tę świetnie wyważoną historię, którą nie ważne ile razy, mogłabym wciąż czytać z tym samym zainteresowaniem, i bardzo naturalnie rozwijające się uczucie zawdzięczamy Venio Tachibanie, a za jej stronę graficzną odpowiedzialna była Rihito Takarai. Kreska jest naprawdę ładna i staranna, a postaci w większości przypadków wyglądają po prostu uroczo. Poza tym wprost uwielbiam ich pojawiające się od czasu do czasu zabawne miny. Manga została wydana w standardowy dla Kotori sposób, a więc ze skrzydełkami i bez obwoluty. W każdym z tomików dostajemy też kolorową stronę. Wszystkie onomatopeje zostały wyczyszczone, a tłumaczeniu nie mam nic do zarzucenia. "Seven Days" to manga lekka, którą czyta się naprawdę przyjemnie i można się przy niej nieźle uśmiać, choć niektórym mogłaby się wydać nieco przesłodzona. Zdecydowanie mogę ją polecić i myślę, że mogłaby przypaść do gustu nie tylko fanom tego gatunku.

niedziela, 9 sierpnia 2015

Abe Miyuki "Komatta Toki ni wa Hoshi ni Kike!" [BL]

Tym razem nieco nietypowo, bo o mandze długiej (26 tomów), niewydanej w Polsce, a do tego nieco starszej (1997r.). Uprzejmie informuję, że zawiera wątki boys love. Wszystkich, którzy po tym stwierdzeniu nie zamierzają uciekać gdzie pieprz rośnie, zachęcam do przeczytania recenzji, bo myślę, że jest to manga naprawdę warta uwagi.
Po śmierci ukochanej babci Fujishima Takara, chłopak o dziewczęcej urodzie, która jednak w żaden sposób nie współgra z jego porywczą osobowością,  ma się wprowadzić do szkolnego dormitorium Kaze no Mon (Brama Wiatru). I tak też by było, gdyby nie mający miejsce już pierwszego dnia liceum incydent. Sprowokowany zaczepkami siedzącego obok ucznia Fujishima zakłóca ceremonię rozpoczęcia roku szkolnego i zostaje zawieszony w prawach ucznia na dwa tygodnie. Z tego właśnie powodu rozpoczyna szkołę nieco później, zaczyna od zera, w czasie gdy pozostali uczniowie zdążyli już nawiązać pierwsze znajomości. Co więcej, jego współlokatorem okazuje się być wzbudzający grozę Hosaka Kiyomine, ten sam, z którym pokłócił się już pierwszego dnia. No cóż, początek ich znajomości do łatwych nie należał, podobnie z resztą jak i dalsze jej etapy, jednak przy ich charakterach nie można się było spodziewać niczego innego.

Czyżby kolejne banalne love story rozgrywające się w męskim akademiku? W żadnym wypadku! Już po ilości tomów (26) można przypuszczać, że jest w tym coś więcej. W końcu jak długo można by było pisać o niczym, wciąż powielając mocno utarte schematy? Co do przydługiego tytułu, nie niesie ze sobą jakiegoś większego przesłania, a znaczy tyle, co "Jeśli masz kłopot, poproś gwiazdy o pomoc!". Autorka sama wspomniała, że kiepsko jej idzie wymyślanie tytułów.

"Komatta Toki ni wa Hoshi ni Kike!" (w skrócie "KomaHoshi") nie skupia się jedynie na dwójce głównych bohaterów - mamy tu całą gamę postaci pobocznych, w tym i przedstawicielki płci pięknej. Sporo miejsca zostało poświęcone sprawującym władzę w Kaze no Mon. Są to Kashiwagi Reiichi i Okuno Yoshiya. Niech was nie zmyli  wygląd i uprzejme zachowanie tego pierwszego - mimo pozorów, jakie sprawia, jest kuzynem Kiyomine, co już samo w sobie powinno stanowić ostrzeżenie. A trzeba wam wiedzieć, że rodzina Kashiwagich jest niezwykle wpływowa. Reiichi pod powłoką przykładnego ucznia (którym rzeczywiście jest) skrywa wiele cech charakterystycznych dla jego rodziny. Jest bardzo pewny siebie, potrafi być przebiegły, próżny, a nawet złośliwy. Ze swoim współlokatorem i zastępcą zna się od dziecka i bardzo dobrze się dogadują, jednak czuje się winny za coś, co w przeszłości spotkało Okuno. Z pozostałych mieszkańców dormitorium najbardziej wyróżnia się Aritomo, właściciel śnieżnej fretki imieniem Sakura i wielbiciel wszystkiego, co urocze. Szczególnie upodobał sobie Fujishimę, przez co często zdarza mu się od niego oberwać.

Mutsume i Nanase są przyjaciółkami Fujishimy z dzieciństwa, z którymi kiedyś był praktycznie nierozłączny. Obie traktują go jak członka rodziny, troszczą się o niego i martwią zmianami, jakie zaszły w nim po śmierci babci. Początkowo mają również wątpliwości co do towarzystwa, w jakim zaczął się obracać Fujishima, zwłaszcza co do jego współlokatora. Kiyomine nie należy do osób szczególnie towarzyskich - to nie ulega wątpliwości. A jednak zauroczona nim w gimnazjum Akari nie zamierzała stracić swojej szansy na znajomość z nim i nie poddawała się, choć jako jedyna się starała. Czy się opłaciło? Ta kwestia w znacznej mierze zależy od oczekiwanych rezultatów. Tak czy inaczej, odkąd pojawił się Fujishima i ona mogła zacząć lepiej dogadywać się z Kiyomine. Akari bywa dość porywcza, a jej hobby i jednocześnie źródło zarobku to robienie zdjęć dwójce naszych głównych bohaterów (najlepiej wspólnie), które następnie sprzedaje (w szkole jest to bardzo ceniony towar, zarówno wśród dziewcząt, jak i chłopców). Dalej mamy starszą siostrę Kiyomine, pracującą w policji Ayako, dla której chłopak zrobiłby praktycznie wszystko. I nawet nie próbujcie wspominać przy nim o jego siostrzanym kompleksie, chyba że życie wam niemiłe. Tata Fujishimy i jednocześnie jego jedyny krewny jest stale podróżującym fotografem i choć bardzo troszczy się o syna, czasami trudno jest mu to wyrazić słowami, a to, że widują się jedynie parę razy w roku również w niczym nie pomaga. Z chęcią napisałabym o jeszcze kilku postaciach, jednak pojawiają się one dopiero później, a nie chcę zdradzać za wiele.
Relacja między dwójką głównych bohaterów została przedstawiona iście mistrzowsko! Zaczęło się więc od obopólnej niechęci wywołanej kiepskim pierwszym wrażeniem. Ta z kolei nie przekształciła się ni stąd ni zowąd w zażyłość. Chłopcy powoli poznawali siebie nawzajem (co w dużym stopniu ułatwiało mieszkanie w jednym pokoju) - nie tylko zalety, ale przede wszystkim wady i słabości. Ze strony Kiyomine będzie to więc zwłaszcza jego trudny charakter, przez który wszyscy wolą trzymać się od niego z daleka i nie wchodzić mu w drogę, przygodne znajomości ze starszymi od siebie kobietami, a także siostrzany kompleks, który podchodzi już właściwie pod obsesję. Z kolei Fujishima przechodzi przez dość ciężki okres - śmierć babci mocno się na nim odbiła, nie może też liczyć na wsparcie ojca, który jako zawodowy fotograf jedynie sporadycznie przyjeżdża do Japonii; nie licząc Mutsumi i Nanase, których nie chce kłopotać, jest więc zdany na siebie. Jego początkowo wrogie nastawienie, porywczość i upartość również nie przysparza mu popularności, jednak stopniowo próbuje wprowadzać w życie rady ukochanej babci. Ale nie można się skupiać tylko na wadach, prawda? Ostatecznie Fujishima jest przecież odpowiedzialny, pracowity i życzliwy, a Kiyomine... też ma swoje dobre strony, choć nie pozwala tego dostrzec byle komu. Z czasem sytuacja między tą dwójką się klaruje, co wcale nie oznacza, że nie ma już nic, czego by o sobie nie wiedzieli. Praktycznie każde kolejne okoliczności przynoszą ze sobą coś nowego, a my otrzymujemy coraz lepiej rozwinięte portrety psychologiczne naszych nieco pokręconych bohaterów. Strach Fujishimy przed samotnością, pragnienie akceptacji i bycia kochanym; przeszłość, która kryje się za obecną postawą Kiyomine, wpływ tej dwójki na siebie nawzajem oraz wiele, wiele więcej tylko czeka na odkrycie. Ponadto autorka uwzględnia nie tylko bohaterów pobocznych, ale i tych epizodycznych. Wielu z nich będzie można się bliżej przyjrzeć, gdyż czasami to właśnie na nich skupia się fabuła.

Więc jak to jest z tymi wątkami boys love? Pocałunki są jedynie sporadyczne, jednak nawet wtedy nie uświadczymy tu żadnych namiętności. Jest to raczej jeden z wielu sposobów Kiyomine na drażnienie się z Takarą, czasami wręcz robienie mu na złość. Choć jeśli chodzi o przytulanie lub pewne sytuacje, które mogą zostać dwuznacznie odebrane, znajdzie się tego o wiele więcej (czasami nawet w miejscach publicznych). Ich relacja nie daje się łatwo określić - niby wykracza już poza ramy przyjaźni, a jednak trudno ją jednoznacznie zdefiniować i właściwie nikt się tego nie podejmuje, zachowując swoje spostrzeżenia dla siebie. Właśnie ten minimalizm sprawia, że istniejąca między nimi więź jest tym bardziej wyjątkowa. Urocze, a nawet i chwytające za serce momenty nie są jednak taką rzadkością - wiele razy będzie nam dane doświadczyć, jak wielkim są dla siebie nawzajem wsparciem, nawet jeśli poprzedzą to błędami i nieporozumieniami. Kiyomine nieco łagodnieje, staje się bardziej towarzyski (o ile w jego przypadku można w ogóle brać coś takiego pod uwagę), a Fujishima, który dotąd ze wszystkimi problemami radził sobie sam, pozwala sobie na odrobinę egoizmu, gdyż w jego towarzystwie czuje się swobodnie. Większość po prostu akceptuje taki stan rzeczy, choć są też osoby, którym to nie odpowiada. A jak to jest z pozostałymi bohaterami? Cóż, wśród nich również można zauważyć pewne przejawy bliższych relacji, jednak u nikogo nie jest to tak widoczne, jak w przypadku Fujishimy i Kiyomine.

Choć wiele osób daje się zwieść delikatnej powierzchowności Fujishimy, szybko zostają wyprowadzeni z błędu.  Czasami nawet dość gwałtownie. Tego typu sytuacje przewijają się przez całą mangę wielokrotnie, jednak nie na tyle często, by zaczęły być nudne. Przez wszystkie 26 tomów przewija się cała masa zarówno dramatów, jak i sytuacji komicznych, nie brakuje też wzruszeń i choć autorce zdarza się zahaczyć o przesadę, całość czyta się naprawdę przyjemnie. Kreska z początku mnie do siebie nie przekonywała, jednak należy pamiętać, że manga ta bierze swój początek w roku 1997. Zwłaszcza na początku można mieć kłopoty z odróżnieniem niektórych postaci (czasami jedyną różnicą jest właściwie fryzura), a Fujishima rzeczywiście bywa bardziej dziewczęcy od niektórych dziewczyn. Pomimo drobnego zniechęcenia, wkrótce się do tego przyzwyczaiłam i nie stanowiło to dla mnie żadnego problemu. Co więcej, o ile w kwestii postaci kreska raczej nie zachwyca, to już piękne krajobrazy, zwierzęta i skrupulatnie narysowane miejsca mogą robić wrażenie.

"KomaHoshi" nie należy do mang zbyt popularnych, nad czym przyszło mi ubolewać już wiele razy. To naprawdę interesująca, wielowątkowa historia, którą mogłabym czytać praktycznie bez końca, wciąż znajdując w niej coś nowego, przypominając sobie te szczegóły, które zatarły mi się w pamięci. I chociaż przeczytałam tę mangę już w całości (nie licząc kilku rozdziałów pod koniec, których po prostu nigdzie nie mogłam znaleźć), wiem, że jeszcze nieraz do niej powrócę. Zdaję sobie sprawę, że szanse na to są niezwykle znikome, jednak z ogromną chęcią postawiłabym sobie tę serię na półce.