Pokazywanie postów oznaczonych etykietą light-novel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą light-novel. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 listopada 2016

Shin Towada "Tokyo Ghoul: Codzienność" [LN]

Wydawnictwo: Waneko  |  Ilość stron: 240
"Tokyo Ghoul: Codzienność" to zbiór opowiadań z życia ghuli oraz tych, którzy - nawet nieświadomie - się z nimi zadają. Aby sięgnąć po tę light novel nie trzeba znać całej głównej serii, jednak pewna wiedza o postaciach i wydarzeniach z mangi (czy też z anime), pomimo znajdującego się na początku spisu bohaterów, byłaby bardzo pomocna. Opowiadania nie są długie, żadne z nich nie przekracza pięćdziesięciu stron, a biorąc do tego pod uwagę format nowelki, czyta się je bardzo szybko.

Pierwsze z opowiadań, "Biblia", obejmuje pewien czas przed i po tym, jak Kaneki stał się ghulem, a naszym narratorem jest tu Hide. Chłopak, zaczepiony przez dwójkę studentów z Okultystycznego Koła Naukowego, którzy zaczynają wypytywać go o nawyki żywieniowe przyjaciela, postanawia pomóc im w badaniach i tym samym dowieść, że Kaneki ghulem nie jest. "Bentou" na przykładzie Touki i Yoriko pokazuje, jak ciężkie dla ghula może być utrzymanie bliskich (a szczególnie przyjacielskich) relacji ze zwykłymi ludźmi. Obserwujemy, jak Touka zmaga się z wieloma trudnościami, często postępuje wbrew sobie, by dopasować się do świata ludzi. Zadaje sobie czasem pytanie po co to wszystko, choć jednocześnie wie, że towarzystwo Yoriko jest jej zbyt drogie, by miała tak po prostu odpuścić.

Kolejne opowiadanie, "Zdjęcie", nie było mi obce, znałam je już wcześniej z OVA "Tokyo Ghoul: Pinto" (wspomniałam o nim tutaj). Jest to historia o początkach znajomości Tsukiyamy z Chie Hori, która pewnego wieczoru przyłapała naszego Smakosza w czasie posiłku i zrobiła mu zdjęcie. Pewnie najrozsądniejszym posunięciem ze strony ghula byłoby natychmiastowe jej uciszenie, jednak uważana w szkole za dziwaczkę Hori wzbudziła w nim ciekawość swoim niecodziennym zachowaniem. A więc: zabić czy oswoić? "Przyjazd do Tokio" opowiada o ghulu z aspiracjami na muzyka, który po przeprowadzce do Tokio musi przyzwyczaić się do życia w nowym miejscu, przy czym najchętniej trzymałby się z daleka od innych przedstawicieli swojego gatunku. Historia ta częściowo łączy się z pierwszym opowiadaniem, a do tego możemy tu spotkać parę znanych nam już postaci.

Dalej mamy "Zakładkę", której akcja dotyczy Hinami, dotąd siedzącej całymi dniami w mieszkaniu Touki. Kaneki postanawia zabrać dziewczynkę do biblioteki i na jednej wizycie się nie kończy. Z początku aż miło było czytać o tym, jak Kaneki odnosi się do książek, a Hinami z coraz większym entuzjazmem lawiruje między bibliotecznymi półkami (mój wewnętrzny mól książkowy był z nich dumny). Później jednak i w tę historię wkrada się przykra rzeczywistość w postaci komplikacji, na jakie ghule prędzej czy później muszą się natknąć, znów przypominając o przykrych ograniczeniach. A jeśli przypadkiem chcielibyście się dowiedzieć nieco więcej o ghulu, którego Kaneki przyłapał w pierwszym tomie mangi na posiłku, z pomocą przychodzi ostatnie i najkrótsze z opowiadań, "Yoshida", które nieco przybliży Wam postać tego pracującego w klubie fitness ghula.

Opowiadania bywają lepsze i gorsze, poza tym nie wnoszą właściwie nic ważnego do fabuły, ale jako ciekawostkę nie zaszkodzi ich przeczytać. "Biblia" pokazuje na przykład, że chociaż Hide może się zachowywać wręcz głupio, to jednak potrafi być całkiem sprytny. "Bentou", gdyby nie istnienie ghuli, byłoby po prostu historią o tym, jak czasami ciężko zrobić pierwszy krok na drodze do pogodzenia się i jak mijający czas utrudnia to jeszcze bardziej. "Zdjęcie" ma najbardziej humorystyczny wydźwięk i całkiem miło je wspominam, a "Przyjazd do Tokio" opisuje bardzo specyficzne jak na ghula dzieciństwo, co samo w sobie jest ciekawe. "Zakładka", jak już wspomniałam, ujęła mnie obecnością książek, z kolei "Yoshida" ukazuje codzienność niezbyt bystrego, jednak chcącego żyć uczciwie ghula.

W kwestii pojawiających się co jakiś czas ilustracji może nie ma rewelacji, ale tragicznie też nie jest (chociaż biorąc pod uwagę, że naprawdę nie ma ich wiele, można było poświęcić im więcej uwagi…). Nie są to dzieła sztuki, wielu szczegółów tu nie uświadczymy, a o zjawiskowych tłach można na wstępie zapomnieć (ba! W tle praktycznie nigdy niczego nie ma). Podoba mi się za to fakt, że nie zawsze zajmują całą stronę i często występują w postaci kilku kadrów. Tłumaczenie wydaje mi się w porządku, dobrze się to wszystko czyta, a zastrzeżenia miałabym jedynie do pewnego momentu, kiedy w czasie ataku ghula nagle dostajemy informację na temat tego, czym jest kagune - myślę, że lepiej byłoby to po prostu umieścić w przypisie. Wychwyciłam też jedną literówkę. Wydanie jest ładne, pasujące do mangowej serii, jednak nie zaszkodziłoby, gdyby okładka była z sztywniejszego papieru. W środku znajdziemy rozkładaną kolorową ilustrację, całkiem ładną i w przeciwieństwie do reszty dość szczegółową.

Nie ma się co czarować, "Tokyo Ghoul: Codzienność" nowelką najwyższych lotów nie jest, jednak będzie stanowić dość ciekawy dodatek dla fanów serii, zwłaszcza tych, którzy chcieliby spojrzeć na świat ghuli z nieco zwyczajniejszej strony i to nie tylko z perspektywy bohaterów ważnych dla głównej fabuły. Czyta się szybko, więc tak czy inaczej nie stracicie na nią zbyt wiele czasu. Ja nie żałuję, chociaż wątpię, żebym kiedykolwiek wróciła do tych opowiadań. A! I taki szczegół na koniec, szkoda, że w żadnym z nich nie pojawił się Uta.

czwartek, 5 lutego 2015

KattLett "Hunting For Online Demons"


Wydawnictwo: Kotori
Ilość stron: 120

Przyznam od razu, że "Hunting For Online Demons" kupiłam niejako w porywie chwili. Byłam ciekawa kolejnej historii stworzonej przez KattLett, więc ligth-novel jej autorstwa jakoś tak naturalnie trafiło na moją półkę.

Nie każdy je widzi, jednak nawet ci nieliczni woleliby pozostać nieświadomi ich obecności (niektórzy decydują się nawet na drastyczne metody z nadzieją uwolnienia się od tego koszmaru). Zjawiają się zawsze wraz z rozpoczęciem nowego roku, a znikają w ostatni dzień stycznia. Nie są miłym towarzystwem. Ich rozkładające się ciała i nieodłączny odór zgnilizny mogą przyprawić o mdłości. Wiele osób doświadczających ich obecności prędzej czy później trafia na pewną stronę internetową, tytułowe HFOD, gdzie mogą wspólnie dyskutować o tym, co spotyka ich co roku w styczniu, gdzie po wypowiedzi "widzę duchy" nikt nie zwątpi w zdrowie psychiczne rozmówcy.

Także w tym roku nie jest inaczej. Wraz z wybiciem północy Sammie dostrzega znienawidzoną sylwetkę w zaawansowanym stadium rozkładu. Nie spodziewa się jednak, że na skutek splotu pewnych wydarzeń oraz własnych działań uwikła się w niebezpieczną historię pełną niewiadomych. Doświadczy zarówno miłości i chwil szczęścia, jak i bólu czy strachu, a w ostatecznym rozrachunku pozna fakty, w które nawet osobie widzącej duchy będzie trudno uwierzyć. Co takiego może chcieć jej przekazać stale podążająca za nią zjawa? Komu może ufać, a kogo omijać szerokim łukiem? Jak wiele odkryje na temat tego, co dzieje się wokół i czy aby na pewno chce to wiedzieć?

Z pewnością nie jest do pozycja dla tych, którzy szczególny nacisk kładą na piękny styl wypowiedzi. Język w książce jest prosty, zawiera wiele potocznych zwrotów i wulgaryzmów, choć od czasu do czasu zdarzają się także bardziej fachowe określenia, zwłaszcza dotyczące zjaw. Osoby zaznajomione z twórczością KattLett z pewnością zauważą, że wszystko to jest bardzo w jej stylu. Pojawia się kilka dość makabrycznych scen powiązanych głównie z obecnością zjaw. Wyłapałam też parę literówek. Nie lepiej jest w przypadku postaci - dość jednowymiarowych, pozbawionych jakiejś głębi.

Z pojawiającymi się co jakiś czas ilustracjami było różnie. Niektóre prezentowały się naprawdę świetnie, inne były nieco niedbałe, jednak najbardziej rzuciło mi się w oczy to, że czasami trudno było wywnioskować płeć ukazanych postaci (chociażby tej z okładki). Były też momenty, w których jeden z bohaterów wyglądał zdecydowanie bardziej kobieco niż Sammie. Zdecydowanie nie jest to poziom prezentowany w "Exitus Letalis", choć i tak nie jest źle. Książka została wydana w formacie zbliżonym do standardowych rozmiarów mangi, choć jest zdecydowanie cieńsza.

Mówiąc krótko, nie ma tu czegoś, co by mnie zachwyciło, kazało zatrzymać się przy tej historii na dłużej, choć czytało się dość miło (przy czym zaznaczam, że nie miałam zbyt wygórowanych wymagań). Komu polecam "HFOD"? Przede wszystkim osobom, które znają i lubią twórczość KattLett, które wiedzą, czego się spodziewać. Nie jest to żadna ambitna pozycja, a raczej krótka lektura na jeden wieczór. Nie żałuję tego, że po nią sięgnęłam, jednak jej nieznajomość też nie wyrządziłaby mi żadnej szkody.

6/10