Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 10/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 10/10. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 września 2018

Gong Ji-young "Nasze szczęśliwe czasy" + Book Tour

Ostatnio przeczytałam tę książkę po raz czwarty, już po dłuższej przerwie. Chciałam się przekonać, czy wciąż będzie mi równie droga. Są takie książki, przy których, choć bardzo dobrze je wspominam, mam opory przed sięgnięciem po nie ponownie z obawy, że nie wytrzymają próby czasu. W tą wierzyłam od początku i, jak się okazało już po paru stronach, nie był to błąd.
Wydawałoby się, że trzydziestoletnia Yu-jeong ma wszystko, co można sobie wymarzyć, od pieniędzy i wpływowej rodziny zaczynając, a jednak uważa się za najbardziej nieszczęśliwego człowieka na świecie. Czyżby z nadmiaru dobrobytu poprzewracało jej się w głowie? Po trzeciej już próbie samobójczej dostaje wybór. Może zostać w szpitalu na terapię lub przez miesiąc towarzyszyć swojej ciotce zakonnicy w spotkaniach z więźniem skazanym na śmierć. Cóż, chyba lepsze to, niż wujek lekarz w kółko powtarzający, że powinna się wypłakać. Z drugiej strony dlaczego miałaby poświęcać swój czas dla kogoś, kto zdaniem społeczeństwa zasłużył na śmierć? I choć właśnie z takim nastawieniem przychodzi na spotkanie, z niepokojem odnosi niejasne wrażenie, że może jednak mają ze sobą coś wspólnego.

"Po raz pierwszy zrozumiałam, że zbrodnia, jak słowa, które zostaną wypowiedziane, nigdy nie znika. Nie przemija jak powiew wiatru, który pojawia się nagle, pozostawiając jedynie znikomy ślad."

Z początku planowałam jeszcze raz napisać recenzję tej książki, jednak kiedy zajrzałam do tej pierwszej, napisanej już cztery lata temu, z pewnym zaskoczeniem (choć i z zadowoleniem) odkryłam, że zawarłam tam chyba wszystko, co chciałam. Tak więc jeśli jeszcze nie znacie tej książki albo wciąż macie wątpliwości czy warto ją przeczytać, odsyłam tutaj. Choć i tak dopiszę jeszcze trochę poniżej.

Znając już dobrze fabułę (nawet jeśli mimo wszystko wiele szczegółów zdążyło rozmyć mi się w pamięci) łatwiej było mi tak po prostu skupić się na tekście, bez pośpiechu docenić styl i barwne opisy... Choć z czasem znów coraz szybciej przewracałam strony. Poza tym praktycznie co chwilę miałam ochotę zaznaczyć jakiś fragment, wiele było momentów wywołujących u mnie rozczulenie, często też pomieszane ze smutkiem. Zostawiam jednak pole do popisu Wam i chętnie się przekonam, co takiego wyróżnicie (mile widziane także dodatkowe komentarze czy inne dopiski, także w wypadku, gdy interesujący Was fragment został już zaznaczony).

Tym razem nieco irytowało mnie to ciągłe przeskakiwanie między zwykłymi rozdziałami i niebieskimi karteczkami. Chciałam ciągłości, przy czym z początku chodziło o narrację Yu-jeong, za to kiedy nieco bardziej rozwinęła się historia Yun-su - właśnie o nią. A potem jeszcze raz na odwrót, co dowodzi, że oba wątki potrafią być równie wciągające. Myślę, że jeszcze spróbuję przeczytać je oddzielnie, ale jeszcze nie teraz. Z kolei za pierwszym razem zdecydowanie radzę czytać tak, jak jest.

Czasami lekko zgrzytało mi tłumaczenie, jednak są to nieliczne i niezbyt znaczące przypadki, przypuszczalnie wynikające ze specyfiki języka koreańskiego. Przykładowo siostra Monika wyjaśniająca co to empatia - może po koreańsku jest to słowo wymagające dookreślenia, jednak po polsku wydało mi się to nienaturalne, zwłaszcza w rozmowie między dorosłymi ludźmi. Jest też fragment, kiedy Yun-su przeprasza za użycie słowa "dupek". Wydaje mi się, że jest to za mało dosadne wyrażenie, aby sprawiło, że ktoś jego pochodzenia poczuł potrzebę zreflektowania się.

A teraz, już bez przedłużania, zapraszam na pierwszy u mnie Book Tour, właśnie z "Naszymi szczęśliwymi czasami". Więcej informacji znajdziecie tutaj.
Ta sama strona będzie też cały czas podlinkowana po lewej.

czwartek, 11 sierpnia 2016

Anime "Doukyuusei"

Czas trwania: 1h  |  Ocena: 10/10  |  recenzja mangi
LET'S FALL IN LOVE. A SLOW, SERIOUS LOVE
Tak długo wyczekiwałam na Doukyuusei! Jak dotąd obejrzałam to anime już cztery razy, za pierwszym bez napisów, które wtedy nie były jeszcze dostępne. Jakiś czas temu pisałam o jego mangowym pierwowzorze, więc nie będę się za wiele rozpisywać na temat samej historii (chociaż mogłabym, oj, mogłabym ♥) i skupię się na innych kwestiach.

Szkolny festiwal, konkurs chórów, przypadkowe spotkanie oraz spontaniczna decyzja - właśnie tak w telegraficznym skrócie rozpoczyna się znajomość dwóch całkowicie różnych chłopców, którzy do tej pory znali się jedynie z widzenia. Jest to też początek pięknego, stopniowo rozwijającego się uczucia. Jeśli chcecie poznać więcej szczegółów, serdecznie zapraszam do przeczytania recenzji mangi (link u góry) albo i samych "Kolegów z klasy", a tymczasem przejdę do kolejnej kwestii.
Przede wszystkim mogę z zadowoleniem stwierdzić, że wersja anime zdołała zachować charakterystyczny klimat pierwowzoru. Specyficzna kreska Nakamury Asumiko świetnie prezentuje się również w kolorze, a do tego zachowane zostały różne jej dziwactwa (dla mnie samej bardzo ujmujące) - komiczne miny (zwłaszcza paru nauczycieli…  no i oczywiście ta wyprana z emocji twarz Tani-kuna! Uwielbiam tego gościa!) czy sytuacje, czasami brak oczu lub nawet całej twarzy. Wiele z tych rzeczy pojawia się w tle, łatwo je przeoczyć, dlatego tym większą radość sprawia mi wyszukiwanie ich przy okazji ponownego oglądania. W przypadku wielu postaci stosowane są pewne  uproszczenia, ale - jak już wspomniałam - to także jedna z cech stylu autorki. Z kolei tła potrafią być naprawdę szczegółowe, co w połączeniu z pastelowymi kolorami i charakterystyczną fakturą (powiedziałabym, że przypomina papier kredowy) daje naprawdę fenomenalny efekt. Poza tym w Doukyuusei został wykorzystany dość specyficzny sposób kadrowania (nie żebym się na tym jakoś szczególnie znała, tak tylko wspominam), a ekran czasami dzielony jest na kilka paneli (zwykle nie za bardzo lubię tego typu zabiegi, ale tu wypada to raczej nieźle).
No i oczywiście muzyka. W pierwszej kolejności Koutarou Oshio i Yuuki Ozaki ze wspaniałym tytułowym utworem, który można usłyszeć na samym końcu. Naprawdę go uwielbiam. Poza tym "Moyuru Wakaba" - piosenka śpiewana przez klasę naszych bohaterów podczas konkursu, ta, która sprawiła, że po raz pierwszy się do siebie odezwali. Muzyka w tle to głównie spokojne gitarowe melodie, ewentualnie pianino (plus nieodłączny od czasu do czasu dźwięk cykad), odpowiednio budujące klimat anime i pasujące do jego głównego hasła. Dodatkowym plusem jest też możliwość posłuchania zespołu, w którym gra Kusakabe, zamiast gdybania, jaką to oni muzykę zwykle grają.
Dobór seiyuu bardzo mi odpowiada. Nojima Kenji jako Sajou, Kamiya Hiroshi w roli Kusakabe, a do tego Ishikawa Hideo jako Harasen - w moim odczuciu wszystkie te głosy świetnie pasują do poszczególnych osób (choć może to być kwestia tego, że zdążyłam się do nich przyzwyczaić), a intonacja odpowiednio oddaje ich charaktery i emocje. Trochę żałuję, że w filmie pominięty został jeden z rozdziałów - pierwsze spotkanie Sajou i Harasena (czy też - jak to widnieje w polskim wydaniu "Kolegów z klasy" - Haracza), jednak widzę też, że w ten sposób anime zachowuje większą ciągłość fabuły (albo po prostu tak to sobie tłumaczę). Ogólnie uważam, że studio A-1 Pictures spisało się na medal i mam ogromną nadzieję, że pokuszą się także o kontynuację.
Myślę, że "Doukyuusei" jest na tyle lekkie, by przypaść do gustu nie tylko fanom gatunku. Historia Sajou i Kusakabe jest dobrze przemyślana i chociaż znajdzie się parę momentów, które można by było posądzić o pewną przesadę, większość z nich potrafię sobie wytłumaczyć (w razie potrzeby służę pomocą ;p). Uważam też, że będzie to świetny wybór dla osób, które do tej pory z shounen-ai nie miały styczności i chcą to zmienić. A na koniec podrzucam Wam jeszcze trailer z nadzieją, że choć w pewnym stopniu uda mi się zarazić Was moim uwielbieniem dla tego anime. ♥

niedziela, 2 listopada 2014

E. Brontë "Wichrowe Wzgórza

Wydawnictwo: Zakład Narodowy im. Ossolińskich
Ilość stron: 350 (nie licząc szczegółowego opracowania)

Ta niepozorna książka (wydanie z 1990r.) już od dłuższego czasu leżała sobie na jednej z półek domowej biblioteczki. Od dawna też planowałam ją przeczytać, ale zawsze odkładałam ją na później. Aż w końcu się doczekała. Pierwszy raz z "Wichrowymi Wzgórzami" miałam styczność przypadkiem, gdy natrafiłam na ich ekranizację (a było to już dawno), czego z początku żałowałam, bo z chęcią zagłębiłabym się w tą powieść, nie znając już na wstępie historii w niej przedstawionej. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, jak niewielkie miałam pojęcie na jej temat.

Miłość przybiera różne oblicza. Od miłości platonicznej, poprzez silne uczucie, chęć dzielenia z drugą osobą każdej chwili, radości i smutków, aż po miłość szaleńczą, trudną, zaborczą, bezkompromisową czy nawet toksyczną. Uczucie, jakie połączyło Katarzynę i Heathcliffa z pewnością zalicza się do ostatniej kategorii, co pociąga za sobą szereg konsekwencji, które wpłyną nie tylko na nich, ale i na całe ich otoczenie.
Czarnowłosy przybłęda staje się oczkiem w głowie ojca rodziny, najlepszym przyjacielem psotnej Katarzyny i największym wrogiem jej brata, Hindley'a. Chłopiec, choć często dręczony, potrafił umiejętnie wykorzystać swoje wpływy u ojca, a z Katarzyną wkrótce stał się nierozłączny, zwłaszcza w trudnych czasach, gdy to Hindley przejął opiekę nad młodszym rodzeństwem. A jednak przyszła chwila, gdy dziewczyna z niesfornej, nieobytej panienki stała się prawdziwą młodą damą i wkrótce przyjęła oświadczyny. Tymczasem Heathcliff, zdruzgotany odrzuceniem ze strony Katarzyny, którą przecież kochał z wzajemnością, ucieka bez słowa. A co potem? Cóż, jest spokojnie. Przynajmniej do czasu, gdy na horyzoncie znów pojawia się Heathcliff, powoli szykując swoją zemstę...

"Oboje dążyli do wspólnego celu, bo on kochał i pragnął ją wielbić - a ona kochała i pragnęła być uwielbiana."

Zaledwie ko kilku stronach nie mogłam już pojąć, dlaczego tak długo zwlekałam z sięgnięciem po "Wichrowe Wzgórza". Czytało mi się naprawdę świetnie (między innymi ze względu na czarujący styl wypowiedzi) i z żalem przerywałam lekturę choćby na chwilę. Przy tej opowieści nie da się zachować całkowitego opanowania. W obliczu mających tam miejsce niegodziwości nie da się nie współczuć osobom na nie wystawionym, choć bywa, że odczucie to zostaje szybko zastąpione przez gniew czy nawet nienawiść, gdy opada maska pozorów. Nawet osoby przepełnione pewnością siebie mogą mieć swoje chwile słabości, nawet draniom można w pewnych momentach współczuć, tak samo, jak można mieć chęć potrząsnąć kimś, kto przecież zwykle jawi nam się jako ofiara, nie łotr. Nieraz miałam też ochotę czymś rzucić (choć nie książką, za bardzo obawiałam się o jej późniejszy stan), nie mogąc znieść pewnych sytuacji. Wyraźna granica między dobrem a złem? Na pewno nie tutaj.

"Nasze dusze są jednakowe, niezależnie od tego, co w nich tkwi."

Bohaterowie "Wichrowych Wzgórz" nie są bez wad. Wręcz przeciwnie - mają ich całą masę, jednak właśnie to świadczy o ich autentyzmie i sprawia, że są pełni życia, jakby byli prawdziwymi ludźmi wciągniętymi na karty powieści. Świetnie sprawdził się również sposób, w jaki autorka przedstawiła całą tę historię - nie jako bezpośredni opis zdarzeń, ale opowieść snutą przez osobę dobrze zorientowaną w przeszłych wydarzeniach i zaznajomioną z wszystkimi, których dotyczy. "Wichrowe Wzgórza" z pewnością są lekturą ponadczasową, pełną skrajnych emocji, często wynikających z tego samego uczucia - miłości. Bezsprzecznie zaskarbiła sobie moje uznanie i... właściwie nie wiem, co miałabym jeszcze pisać. Z pewnością jeszcze do niej powrócę, może wtedy dodam na jej temat coś więcej. A więc, jeśli jeszcze macie jakieś wątpliwości, proponuję szybko się ich pozbyć i sięgnąć po "Wichrowe Wzgórza".

"Gość, który nie zamierza więcej powrócić, bywa mile widziany."
10/10

wtorek, 14 października 2014

Gong Ji-Young "Nasze szczęśliwe czasy"

Wciąż mam wrażenie, że nie udało mi się w pełni odzwierciedlić tego, co zamierzałam. Wciąż czegoś brakuje. Cóż, może gdy przeczytam tą książkę kolejny raz (a na pewno to zrobię)...


Wydawnictwo: Kwiaty Orientu
Ilość stron: 314

Tak, jak już kiedyś wspomniałam, najpierw miałam okazję zapoznać się z mangą na podstawie tej powieści, a dopiero później dowiedziałam się o pierwowzorze. Oczywiście miałam pewne obawy odnośnie tego, jak znajomość mangi (więc i zakończenia oraz ogólnego przebiegu akcji) wpłynie na mój odbiór powieści, jednak chęć jej przeczytania była większa. Poza tym, czy od samego początku nie przewidywałam, że finał może być tylko jeden?

Yu-jeong ma trzydziestkę na karku, a za sobą już trzy próby samobójcze. Po tej ostatniej dostała wybór - mogła przez miesiąc uczęszczać na terapię lub towarzyszyć cioci Monice, zakonnicy, w jej cotygodniowych spotkaniach ze skazanymi na śmierć. Wybrała to drugie i tym oto sposobem poznała Yun-su oskarżonego o gwałt i trzy zabójstwa. Była pewna, że będzie do niego czuć niechęć i tak też z początku było. A jednak wraz z kolejnymi spotkaniami coraz trudniej było jej wykrzesać z siebie wrogość, zamiast której coraz częściej pojawiały się o wiele przyjaźniejsze emocje. Yun-su okazał się całkiem inny, niż przypuszczała - zamiast bezwzględnego łotra stał przed nią skruszony, wciąż jeszcze dość młody chłopak pozbawiony chęci do życia i jakiejkolwiek nadziei, któremu nie obce były próby samobójcze, choć już i tak został skazany na śmierć. Nie daje jej też spokoju myśl, że więzień jest w pewien sposób do niej podobny. Jak wielki wpływ na ich życie może wywrzeć ta znajomość? Czy będzie to zmiana na lepsze?

"Po raz pierwszy zrozumiałam, że zbrodnia, jak słowa, które zostaną wypowiedziane, nigdy nie znika. Nie przemija jak powiew wiatru, który pojawia się nagle, pozostawiając jedynie znikomy ślad."

Miesiąc mija, a jednak Yu-jeong przez splot pewnych wydarzeń nie przestaje odwiedzać seulskiego więzienia. Stawia jednak warunek - nie interesują jej żadne grzeczności czy omawianie pogody, oczekuje prawdziwej rozmowy. Szczerość za szczerość. W ten sposób ich relacja stopniowo się pogłębia, a spotkania przybierają coraz bardziej osobisty charakter. A nie tylko Yun-su ma swoje demony. Coś przecież musiało sprawić, że Yu-jeong od wszystkich się odcięła i trzykrotnie targnęła na własne życie. Coś, co odebrało jej wiarę w ludzi i chęć do dalszego życia.

Czy piękna i bogata, jednak zgorzkniała kobieta i zrezygnowany więzień mogą stać się dla siebie nawzajem oparciem? Czy zdołają rozliczyć się ze swoją przeszłością? Obojgu było ciężko, oboje doświadczyli czegoś, co w dużym stopniu ukształtowało ich obecne ja. Tu nic nie jest czarno-białe. Każdy ma swoje racje, swoje winy, może zarówno ranić, jak i być ranionym. Zasługiwać na współczucie, jednocześnie będąc obiektem czyjeś nienawiści. To historia do bólu prawdziwa, pełna różnego rodzaju niesprawiedliwości i właśnie przez to tak okrutna i wzruszająca. Czy właściwym jest na nowo rozpalić chęć życia w skazanym na śmierć? I czy prawo to jest w ogóle słuszne? Na to odpowiedzcie sobie sami.
Powieść Gong Ji-young potrafi wywołać wiele emocji - smutek, współczucie, żal, rozgoryczenie, ale także radość i pełno wzruszeń. Znajdziemy tu sporo przemyśleń obojga naszych bohaterów, których sposób myślenia został świetnie odwzorowany. Jest też mowa o wierze, karze śmierci i wielu innych tematach.

Książka składa się z występujących naprzemiennie rozdziałów z perspektywy Yu-jeong, różnorodnych, wpasowujących się w jej tematykę cytatów oraz niebieskich karteczek, z których dowiadujemy się, jak wyglądało życie Yun-su. Bardzo spodobał mi się ten nietypowy układ treści. Było to moje pierwsze spotkanie z literaturą koreańską i z pewnością nie ostatnie. To prawdziwy powiew świeżości pośród tak wielu podobnych do siebie zachodnich powieści, którymi jesteśmy obecnie zalewani. Smutek, radość, nadzieja, ale także jej brak oraz cała gama innych emocji, a to wszystko bez zbędnego moralizatorskiego tonu. "Nasze szczęśliwe czasy" to książka, z którą z pewnością warto się zapoznać.

"Tylko ktoś, kto był kochany, potrafi kochać. Tylko ktoś, komu wybaczono, potrafi wybaczyć. Teraz to rozumiem."
10/10

środa, 26 lutego 2014

E. Schmitt "Oskar i pani Róża"



Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2004
Ilość stron: 78

Oskar ma dziesięć lat i jest chory na raka. Wie, że zostało mu niewiele czasu, choć nikt nie chce mu tego oświadczyć wprost, wyczuwa to w subtelnych zmianach zachowania ludzi z jego otoczenia. Prawdziwe oparcie znajduje jedynie w cioci Róży, ponoć byłej zapaśniczce, która od czasu do czasu odwiedza go w szpitalu. Za jej radą zaczyna pisać listy do Boga, choć nie jest przekonany czy to ma jakiś sens. Kolejnym pomysłem starszej pani był pewien eksperyment, w ramach którego każdy dzień miał traktować jak kolejne dziesięć lat jego życia. Czy to w ogóle możliwe? Sprawdźcie.

Choć książka ta ukazuje bardzo przykrą rzeczywistość, rozbrajająca szczerość, jaką charakteryzują się listy Oskara sprawia jednocześnie, że człowiekowi robi się ciepło na sercu. On nie rozpacza z powodu tego, co ma nadejść, wie, że umrze i jest z tym pogodzony. Na swój sposób żyje pełnią życia i docenia wszystkie, nawet te najdrobniejsze rzeczy, których często nawet nie zauważamy. Co więcej, swój optymizm przekazuje dalej, zamiast być pocieszanym - pociesza innych. Na swój sposób poznaje również Boga - od listów pisanych z przymrużeniem oka z polecenia cioci Róży, po chwile, gdy rzeczywiście zaczyna dostrzegać bożą opatrzność i doceniać to, co go otacza.

"A ja myślę, ciociu, że dla życia nie ma innego rozwiązania niż żyć."

Zadziwiające jest to, jak trafne i uniwersalne okazują się być spostrzeżenia poczynione przez Oskara, zwłaszcza w połączeniu z wyjaśnieniami energicznej starszej pani. Tych kilka opisanych przez niego dni jest piękną alegorią ludzkiego życia. Zostaje nam ukazana wiara dziecka. Nie niezłomna. Nie niezachwiana. Ale szczera, z głębi serca. Dzieciom wiele rzeczy często przychodzi łatwiej. Ich prostolinijność jest ich siłą, której tak często brakuje innym.

"Oskar i pani Róża" to pozycja bardzo krótka, którą z łatwością można pochłonąć za jednym razem. I warto. Choć jest tak mała objętościowo, znalazłam w niej wiele pięknych cytatów i zdążyłam bardzo polubić Oskara. Doceniam także panią Różę, która jako jedyna miała odwagę nie bawić się w zbędne subtelności i rozmawiać z chłopcem tak, jak tego od niej oczekiwał. Na zakończenie wspomnę o czymś jeszcze. Od początku wiedziałam jak skończy się ta historia. Nie miałam złudzeń. A jednak, gdy przyszedł czas na ostatni rozdział, łzy same napłynęły mi do oczu. Niektóre historie są po prostu tak do bólu prawdziwe, że inaczej się nie da. Przynajmniej według mnie.

"Zrozumiałem, że jesteś obok. Że zdradzasz mi swój sekret:
codziennie patrz na świat, jakbyś oglądał go po raz pierwszy."
10/10

sobota, 22 lutego 2014

J. Green "Szukając Alaski"



Wydawnictwo: Bukowy Las
Rok wydania: 2013
Ilość stron: 317

Są książki, po które sięgam w ciemno, nawet nie wiedząc dokładnie (lub wcale) o czym są. Lubię ten element zaskoczenia, gdy nie wiem czego się spodziewać, a jednocześnie jestem wręcz pewna, że się nie rozczaruję. Jest tak chociażby w przypadku książek Murakamiego. I tak też było w przypadku "Szukając Alaski".

Miles Halter postanawia wybrać się do oddalonej od domu szkoły z internatem, aby tam rozpocząć poszukiwania Wielkiego Być Może. Pomimo jego obaw okazało się, że trafił na całkiem niezłe towarzystwo. Co prawda może niezbyt normalne, ale ponoć tylko szaleńcy są coś warci na tym świecie. Już na wstępie został przechrzczony na Kluchę, przeciwko czemu jakoś zawzięcie nie oponował. Co do owego towarzystwa, są to Pułkownik o niesamowitej pamięci i zamiłowaniu do opracowywania szczegółowych planów, Alaska, która sama w sobie jest niezwykła oraz rapujący Takumi. On sam również ma swoje dziwactwo, a jest nim zapamiętywanie ostatnich słów znanych ludzi. Uwielbia też czytać biografie, nawet jeśli nie ma najmniejszego pojęcia na temat twórczości opisywanych osób.

Miles szybko przekonał się jak to dobrze jest mieć przy sobie przyjaciół, w szkole też szło mu całkiem nieźle, a choć jego życie nie było pozbawione trosk, cieszył się z tego co ma. Wkrótce jednak wyrosła przed nim przeszkoda, której nie da się tak łatwo przeskoczyć. A może raczej labirynt, bo właśnie to określenie byłoby w tym przypadku bardziej adekwatne...

A co jeśli osoba, która jest dla ciebie najważniejsza nagle zniknie z twojego życia? Co jeśli bez podania przyczyny, bez żadnego wytłumaczenia i definitywnie stracisz ją z oczu? Pogodzisz się z tą myślą, czy może będziesz szukać sensu, jakiegokolwiek pocieszenia? A co w takiej sytuacji zrobił Miles i jego przyjaciele?

"W którymś momencie wszyscy podnosimy wzrok i uświadamiamy sobie, że zgubiliśmy się w labiryncie."

W książkach Greena uwielbiam to, że wykreowane przez niego postacie są pełne życia, nietypowe i różnorodne, a każda z nich ma swój niepowtarzalny charakter. No i jest jeszcze jedna niezaprzeczalna zaleta dla moli książkowych - lubią czytać. Miles to dość niepozorny chłopak, który pragnąc wyrwać się z monotonii dotychczasowego życia zdecydował się na konkretne działania. Jego decyzja z pewnością nie okazała się daremna, bo choć o Alasce można powiedzieć wiele, zdecydowanie nie jest osobą, przy której da się nudzić. Nieprzewidywalna, inteligentna, humorzasta, szalona i piękna - taka jest właśnie Alaska Young, a i to nie oddaje w pełni jej charakteru.

Pojawiające się w książce ostatnie słowa (zawsze oznaczone pogrubioną czcionką) nieodzownie przywodzą na myśl tematy związane z przemijaniem. Również wzmianki na temat religii, ich znaczenia w życiu człowieka, podobieństw i różnic w poszczególnych wyznaniach sprzyjają tego typu rozmyślaniom. Bohaterowie próbują sobie odpowiedzieć na pytania, które od zawsze nurtowały ludzkość, a także na kilka pomniejszych, choć również bardzo dla nich ważnych.

Moje kolejne spotkanie z twórczością Johna Greena uważam za jak najbardziej udane. Książka ta prezentuje sobą wiele wartości, jest kopalnią trafnych cytatów, a jej lektura to czysta przyjemność. Nieodzownym elementem jest również humor w najlepszej odsłonie. Nie mogę się doczekać wydania w Polsce kolejnych powieści tego autora. Może i Wy wyruszycie razem z Milesem na poszukiwania Wielkiego Być Może?

"Jasne, że głupio tęsknić za kimś, z kim ci się nie układało.
Ale nie wiem, fajnie było mieć kogoś, z kim można się kłócić."
10/10

wtorek, 28 stycznia 2014

H. Murakami "Kafka nad morzem"


Kafka nad morzem - Haruki Murakami

Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2007
Ilość stron: 623

Mając nadzieję na ucieczkę przed klątwą ojca, piętnastoletni Kafka Tamura ucieka z domu i trafia na wyspę Shikoku. Swój czas spędza głównie w prywatnej bibliotece wyróżniającej się bardzo rodzinną atmosferą, jednak będzie miał również okazję nawiązać kilka cennych znajomości. Ale czym jest owa klątwa? Nie chcę zdradzać za wiele...
Poza losami Kafki dowiadujemy się co nieco na temat tajemniczego incydentu, który miał miejsce jeszcze w czasie wojny. Jest też pan Nakata, podstarzały, niezwykle sympatyczny i na swój sposób ujmujący analfabeta, który swoje braki nadrabia chociażby umiejętnością rozmowy z kotami. I, jak zauważył jeden z nich, ma zbyt jasny cień, jakby ktoś ukradł jego część. Do niedawna wiódł spokojne życie w dzielnicy Nakano, jednak śmierć ojca Kafki zmieniła wszystko... Dlaczego? Sprawdźcie sami.

Akcja posuwa się do przodu już od pierwszych stron. Autor nie traci wiele czasu na tłumaczenia, pozostawia nas w niepewności, abyśmy w gąszczu słów spróbowali wyłapać co się tu dzieje. Taki sposób narracji wzbudza jeszcze większą ciekawość, która wręcz nie pozwalała mi się oderwać od lektury. Chciałam zrozumieć sens rozgrywających się wydarzeń, a jednocześnie nie miałam zamiaru się spieszyć, aby móc w pełni rozkoszować się słowem pisanym. Choć z czasem towarzysząca nam niepewność nieco blednie, nie zanika całkowicie, ukazując się od czasu do czasu na kartach powieści. Cała akcja zdaje się dążyć do jakiegoś bliżej nieokreślonego sensu i zbliża się do niego powoli, ale systematycznie.

Powieść jest pełna różnorodnych sytuacji, poglądów i ludzkich charakterów. To wszystko (a nawet więcej) składa się na jej niepowtarzalny klimat. Murakami pisze ciekawie, z humorem, jest bezpośredni i nie unika tematów kontrowersyjnych. Część zastosowanych przez autora rozwiązań mogłoby się niektórym nie spodobać, ja przyjmowałam je z pewnym przymrużeniem oka. A może po prostu przywykłam już do części japońskich dziwactw? Z początku niewiele wskazuje na to, że jest to książka z gatunku fantastyki, jednak po pewnym czasie staje się to oczywiste, a nadnaturalne zdarzenia stają się codziennością bohaterów.

"Są różni ludzie i są... różne koty."

Już podczas lektury towarzyszyło mi uczucie, że chciałabym kiedyś (może nawet wkrótce) przeczytać tą książkę jeszcze raz. Jedną z przyczyn były interesujące wywody na różne tematy (i co za tym idzie, wiele ciekawych cytatów), przypisywane zwykle panu Oshimie, człowiekowi elokwentnemu i niezwykłemu (w różnym tego słowa znaczeniu). Poza tym, jako że akcja często ma miejsce w bibliotece, a Kafkę i Oshimę z powodzeniem można by nazwać bibliofilami, miałam okazję dowiedzieć się co nieco o japońskiej literaturze (głównie z dawnych czasów), z czego chętnie skorzystałam. Jeśli chodzi o innych bohaterów, wymienię chociażby tajemniczą panią Saeki i nieco zakręconego pana Hoshino.

Jak już wcześniej wspomniałam, Murakami nie tłumaczy wszystkiego. W wielu przypadkach nie świadczyłoby to o książce najlepiej, jednak w tym przypadku widać, że był to zabieg jak najbardziej celowy (dowodem niech będzie chociażby poniższy cytat). Pod koniec czar, który roztaczała ta powieść nieco osłabł (może najważniejsze było samo dążenie do sedna, a nie jego osiągnięcie?), jednak myślę, że mimo wszystko zasługuje na najwyższą ocenę.

"Tego, czego się nie da właściwie wytłumaczyć i przekazać słowami, najlepiej w ogóle nie tłumaczyć."
10/10