Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 9/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 9/10. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 marca 2017

K. Hancock "Tańcząc na rozbitym szkle"

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka  |  Liczba stron: 608
Lucy i Mickey tworzą szczęśliwe małżeństwo. Szczęśliwe, choć stale zmagające się z problemami. Nad nią (i jej rodziną) unosi się widmo nowotworu, który co prawda raz pokonała, a jednak nie może być pewna, czy za jakiś czas nie powróci ze zdwojoną siłą. On zmaga się z chorobą afektywną dwubiegunową i zachowuje równowagę psychiczną jedynie dzięki sporej dawce leków. Balansuje na krawędzi i czasami przegrywa walkę z samym sobą. Oboje wiedzieli, na co się piszą, a jednak nie zrezygnowali ze swojego uczucia, byli dla siebie zbyt ważni, potrzebowali siebie nawzajem.

Ze względu na swoją sytuację nałożyli jednak na siebie pewne ograniczenia, zasady, których zobowiązali się przestrzegać. Jedną z nich był brak potomstwa, jednak pomimo usilnych starań, by temu zapobiec, Lucy zaszła w ciążę. I co teraz? Cieszyć się z szansy podarowanej przez los, czy może zamartwiać się tym, jak bardzo obciążone genetycznie może być ich dziecko?

"Tańcząc na rozbitym szkle" kupiło mnie już na samym początku, a to za sprawą niezwykle czarującego prologu, który pomimo smutnego wydźwięku w naprawdę piękny sposób przedstawia śmierć oraz miłość. Autorka czaruje słowami, naprawdę. Co więcej, była w tym pewna domieszka niesamowitości, która co jakiś czas występowała także w późniejszych momentach. Nie tylko prolog zaskarbił sobie jednak moje uznanie. Ka Hancock bardzo umiejętnie wykreowała realistyczny obraz małżeństwa, a także więzów rodzinnych, które czasami wykraczają poza więzy krwi. Nie zadowoliła się przy tym przypisaniem każdemu z bohaterów kilku podstawowych cech, ale stopniowo odkrywała przed czytelnikami kolejne strony ich charakterów.
"Lucy, każde małżeństwo to taniec, czasem kłopotliwy, czasem dający wiele radości, a przez większość czasu po prostu spokojny. Z Mickeyem zaś czasami będziesz musiała tańczyć na rozbitym szkle. Pojawi się cierpienie. Pod jego wpływem albo się wycofasz, albo wzmocnisz uścisk, by kontynuować taniec, aż w końcu znów będzie wam łatwo."
Wciąż pozostaję pod ogromnym wrażeniem wewnętrznej siły, jaka cechowała Lucy. Niezwykle zaimponowało mi to, jak mimo niezliczonych trudności przez całe życie stara się iść z podniesioną głową, nosząc w sercu słowa wypowiedziane przez ojca, gdy była jeszcze małą dziewczynką. Podziwiam ją też za odwagę, by zawalczyć o szczęście u boku ukochanego mężczyzny, nawet jeśli jest ono okupione licznymi wyrzeczeniami. Mickey… jemu też potrzebna jest odwaga. Odwaga, aby stawiać czoła światu oraz swoim wewnętrznym demonom, aby nie zatracić się w euforii lub depresji, jakie może nieść ze sobą choroba. Bo przecież ulec byłoby tak łatwo… Ważną rolę odgrywają tu także siostry Lucy. Pełna serdeczności Lily - jej bratnia dusza - oraz Priscilla, prawdziwa kobieta sukcesu. Ten opis wydaje się jednak tak bardzo pobieżny (a i postaci przewinie się tu zdecydowanie więcej)… Możecie mi jednak wierzyć, że w powieści ich charaktery są o wiele bardziej złożone.

Tej książce od samego początku zawiesiłam poprzeczkę dość wysoko i mogę z zadowoleniem stwierdzić, że nie zawiodła moich oczekiwań. To powieść pełna emocji, niekoniecznie tych pozytywnych, często przytłaczających, a jednak wciąż niosąca ze sobą nadzieję (nawet jeśli nie zawsze znajdziemy ją tam, gdzie byśmy sobie tego życzyli). I - co ważne - jest pięknie ubrana w słowa. Zdecydowanie jedna z lepszych książek, jakie czytałam!

"Śmierć to ta łatwa część. Umieranie to już inna historia."

sobota, 3 grudnia 2016

Nakamura Asumiko "Absolwenci" [BL]

Wydawnictwo: Waneko  |  Liczba stron: 366 (2w1)  |  "Koledzy z klasy" (manga & anime)  |  Sotsugyo Album
"Absolwenci" kontynuują losy Sajou i Kusakabe z "Kolegów z klasy". Ostatnia klasa liceum, zbliżające się zakończenie szkoły. Dla Sajou jest to (jak właściwie zawsze) czas intensywnej nauki. Bardzo dobrze rozumie, dlaczego zdaniem uczestników szkoły przygotowawczej nie jest to odpowiednia pora na związki. Rozumie, ale zdaje sobie również sprawę z tego, że nie potrafiłby sobie odpuścić spotkań z Kusakabe. Ten z kolei, choć nie ma przed sobą egzaminów na studia, także zaczyna na poważnie myśleć o swojej przyszłości. Ich wspólny czas bywa więc w taki czy inny sposób ograniczany, jednak nie odbija się to w sposób negatywny na ich związku. Co prawda nie obejdzie się pewnych (większych lub mniejszych) problemów, ale czasami przecież nie da się tego uniknąć, prawda?

Wiecie, co uwielbiam w "Absolwentach"? (No dobra, jest wiele takich rzeczy, ale tym razem mam na myśli coś konkretnego) To, że chociaż Kusakabe i Sajou zdarza się kłócić, opacznie zrozumieć jakąś sytuację lub po prostu się obrazić, to nie ciągną tego w nieskończoność. Rozmawiają, wyjaśniają wszystko i koniec sprawy (nawet jeśli nie tak całkiem od razu), bez wprowadzania zbędnego dramatyzmu. Po co robić z igły widły? Kolejną rzeczą jest po prostu to, jak Nakamura Asumiko przedstawiła ich wzajemne relacje oraz pogłębianie się uczuć. Po tym, co myślą, co mówią, co robią od razu widać, jak bardzo im na sobie zależy. Moje serce podbił zwłaszcza jeden szczegół - to, że ze względu na pewne okoliczności (nie chcę zdradzić za dużo) Kusakabe nie wykorzystał okazji, by posunąć się o krok dalej, wziął pod uwagę sytuację i stwierdził, że nie byłoby to w tamtym momencie właściwie z jego strony. Czy to nie dowodzi szczególnie wyraźnie, jak bardzo poważnie myśli o swoim związku z Sajou? I jak go tu za to nie kochać?

Chciałabym też zwrócić uwagę na pewną rzecz. Czy ktoś tu nie przepada za Harasenem (czy też, jak widnieje w polskim przekładzie, Haraczem)? Ja go uwielbiam, choć do tej opinii musiałam chwilę dojrzeć. Ostatecznie można przecież uznać, że jest takim dobrym duchem związku naszych dwóch bohaterów (nawet jeśli metody wspierania ich ma raczej specyficzne…). Tak, lubi prowokować Kusakabe i z chęcią wykorzystuje każdą nadarzającą się okazję, by spędzić choć trochę czasu z Sajou, ale tak naprawdę rozumie, że jego uczucie pozostanie jednostronne i nie ma co się łudzić, że jest inaczej. Przy bliższym poznaniu naprawdę go polubiłam, więc tym bardziej cieszę się, że w mandze "Sora to Hara" zostało mu poświęcone więcej miejsca.
Historia jest naprawdę dobrze poprowadzona - pojawiają się momenty zabawne, poważne, urocze, czasami niezręczne, a nawet i do pewnego stopnia zawstydzające, ale wszystko to w sposób zamierzony i z umiarem (no dobra, może pojawi się nieco przesady, ale nie tak znowu wiele). Poza głównymi rozdziałami znajdziemy tu też kilka krótkich, głównie humorystycznych historii. Do tego oczywiście cudowne postaci! O Sajou i Kusakabe już chyba wystarczy (chociaż mogłabym się jeszcze trochę rozpisać). Będzie też okazja, by nieco lepiej poznać Haracza, zerknąć, co kryje się pod pozorami, które stara się utrzymywać. No i jeszcze jedna osoba, o której aż szkoda byłoby nie wspomnieć. Tani (przyjaciel Kusakabe), choć niepozorny i nie pojawia się za często, potrafi na swój sposób zabłysnąć, czym bardzo prędko zaskarbił sobie moją sympatię.

W kwestii kreski chyba nie ma się co rozpisywać - każdy, kto czytał "Kolegów z klasy" wie, czego mniej więcej się spodziewać. Nakamura zdaje się rysować bardzo swobodnie, zwłaszcza w kadrach typowo humorystycznych na dość sporo sobie pozwala, co dodatkowo potęguje ich komizm. Mogę jednak dodać, że jest coraz lepiej, kreska autorki z czasem staje się coraz bardziej wyrobiona i mniej kulfoniasta, więc i osoby, dla których była to drażliwa kwestia, mogą się mile zaskoczyć (a przynajmniej taką mam nadzieję). Oryginalnie dwutomowa manga dostała wydanie 2w1 i została włączona do serii Jednotomówek Waneko. Z dwóch okładek do wyboru (Zima i Wiosna) na obwolutę trafiła ta druga, co uważam za dobrą decyzję. Zimową natomiast znajdziemy w środku, a wraz z nią dwie inne kolorowe ilustracje. Należy też wspomnieć o tym, że po ustawieniu "Absolwentów" obok "Kolegów z klasy" chłopcy spoglądają na siebie z grzbietów tomików.

Ale żeby nie było, że nic tylko słodzę, czas wspomnieć o minusach. Tym, czego po prostu nie mogę wybaczyć Waneko jest taki a nie inny opis umieszczony na obwolucie (która w dodatku przebija i to dość mocno), który bardzo spłyca tę historię. Mam też pewne zastrzeżenia co do tłumaczenia, które w pewnych momentach potrafi brzmieć bardzo nienaturalnie i czasami jakby zatraca znaczenie, które do tej pory odnajdywałam w tych wypowiedziach (a ze względu na to, jak uwielbiam tę mangę jestem na to szczególnie wyczulona). Dalej w kwestii przekładu, nie za bardzo pasuje mi tu używanie słowa "peniać", w pierwszej chwili naprawdę myślałam, że to jakiś błąd w druku (a skoro już o tym mowa, to tak, parę literówek też się pojawiło). Gdyby nie tych parę wad byłabym naprawdę przeszczęśliwa, jednak i tak bardzo się cieszę, że doczekałam się wydania "Absolwentów" i bardzo polecam tę mangę.

poniedziałek, 26 września 2016

C. R. Zafon "Gra anioła"

Wydawnictwo: Muza  |  Liczba stron: 512  |  Seria: Cmentarz Zapomnianych Książek (2)
Hmm, od czego by tu zacząć? Może na początek wspomnę, że nie do końca dowierzałam temu, jakoby powieści z cyklu Cmentarza Zapomnianych Książek można było czytać w całkiem dowolnej kolejności, ale może jednak? Choć pewne miejsca i osoby łączą te historie, robią to w sposób tak subtelny, że nie powinno to mieć wpływu na czerpanie przyjemności z lektury którejś z nich, można całkiem spokojnie zacząć od "Gry anioła", zwłaszcza że chronologicznie to ona jest pierwsza (chociaż z tego, co słyszałam, "Więźnia nieba" lepiej przeczytać po "Cieniu wiatru"). Tym razem przyjdzie nam obserwować, jak młody David Martin stawia swoje pierwsze kroki w literackim świecie. Począwszy od nic nieznaczącego gryzipiórka, poprzez dobrze zapowiadającego się debiutanta, aż po poczytnego autora - a to wciąż nie koniec. W trakcie swojej kariery David trafiał różnie - raz lepiej, raz gorzej i zwłaszcza na początku trudno mu było wiązać koniec z końcem. Nie musiało minąć wiele czasu, by zainteresował się nim pewien tajemniczy wydawca, którego propozycję pracy David przyjmuje jednak dużo później… Tylko czy naprawdę powinien? Dalej będziemy obserwować kolejne zmagania naszego bohatera: z terminami, wydatkami, uczuciami… ale nie będę się nad tym bardziej rozwodzić. Dodam jednak, że w końcu natrafi na ślad człowieka, który niegdyś był w całkiem podobnej do niego sytuacji, na pogrzebaną w przeszłości tajemnicę, której ujawnieniu pewni ludzie będą się starali zapobiec, a która może zaważyć na jego życiu. Czy będzie niebezpiecznie? Zdecydowanie.

"Nie da się żyć zbyt długo w realnym świecie. W każdym razie istota ludzka nie potrafi. 
Większą część życia spędzamy śniąc, przede wszystkim na jawie."

David to człowiek z pasją. Jego miłość do książek i pisania widać od samego początku. Zajęcie to pochłania go tak bardzo, że nieraz podporządkowuje mu wszystko inne, zamyka się na całe tygodnie w domu, pisze nocami, a w ciągu dnia odsypia, jada przy tym nieregularnie, na czym cierpi jego zdrowie. Pisanie jest więc nie tylko jego powołaniem, ale i przekleństwem. I chociaż z wiekiem stał się raczej oschły, wciąż potrafi wykrzesać z siebie trochę dobrej woli. Wiele zawdzięcza swojemu mentorowi, który nie tylko stale go wspierał, ale i stworzył mu szansę na debiut (chociaż uprzedzam, że z czasem ich relacje dość mocno się skomplikowały). Sporą rolę w życiu Davida odegrał także stary Sempere, służył swoją przyjaźnią i pomocą w trudnych chwilach, a także wprowadził go do Cmentarza Zapomnianych Książek. Jest też Cristina, do której David wzdychał od najmłodszych lat, nie licząc właściwie na wzajemność oraz Isabella, młoda pasjonatka literatury, którą, chcąc nie chcąc wziął pod swoje skrzydła (chociaż czasami można by się zastanawiać, czy aby nie było na odwrót). A tajemniczy wydawca o nazwisku Corelli? No cóż, myślę, że będzie najlepiej, jeśli poznacie go sami, aby nie uszczknąć nic z jego tajemniczości.

"- Proszę nie zmieniać tematu. Ja szukam przeciwieństwa intelektualisty, 
to znaczy kogoś inteligentnego. I już znalazłem.
- Schlebia mi pan.
- Nawet więcej, płacę panu."

Wierzcie lub nie, ale wiele razy musiałam się powstrzymywać (zwłaszcza na początku), żeby z tej mojej całej pisaniny nie wyszła recenzja porównawcza względem "Cienia wiatru". Wybaczcie więc (chyba że Waszym zdaniem nie ma czego), ale chociaż w tym akapicie chcę trochę się na ten temat rozpisać. O ile w kwestii bohaterów to Daniela polubiłam bardziej, to jednak mam wrażenie, że właśnie w "Grę anioła" łatwiej było mi się wgryźć, a czytanie szło mi po prostu szybciej. Życie Davida pełne jest niespodzianek, przeciwności, wciąż coś się zmienia, coś się dzieje. Nie ma więc miejsca na nudę, podczas gdy w "Cieniu wiatru" przez pewien czas wisząca nad Danielem groźba znacznie się oddaliła, by ponownie dać o sobie znać dopiero po latach. A co z elementami łączącymi obie historie? Na początku po prostu miło było znów usłyszeć o znajomych miejscach czy bohaterach oraz wszechobecnej na kartach powieści literaturze (jaki mól książkowy tego nie uwielbia?), jednak z czasem kolejne elementy układanki zaczęły do siebie pasować, dostajemy szerszy obraz całości.

"Nie ufam tym, którzy są przekonani, że mają wielu przyjaciół. To znak, iż nie znają ludzi."

Zafon w dalszym ciągu czaruje słowami, co sprawia, że powieść czyta się z przyjemnością, a opisywaną przez niego Barcelonę chce się poznawać coraz lepiej. Nie brakuje tu literatury, nie brakuje tajemniczości, zagadek i niebezpieczeństw. Jest też miłość, ale nie jakaś banalna. Jest miłość pod różnymi postaciami, ale jest też nienawiść, uraza oraz poczucie obowiązku, wszystko to należycie oddane, wciągające coraz głębiej w pogmatwaną, miejscami mroczną historię. Znalazłam tu także całą masę wartych zapamiętania cytatów (więc wybór tylko kilku, które tu umieszczę był naprawdę trudny). Mój powrót do Cmentarza Zapomnianych Książek okazał się bardzo udany i już nie mogę się doczekać, by sięgnąć po kolejną powieść autora (a Wam polecam zrobić to samo).

"[...] książki mają duszę, duszę tych, którzy je piszą, którzy je czytają i którzy o nich marzą."

środa, 8 czerwca 2016

A. Łacina "Niebo nad pustynią" (Book Tour)

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia  |  Liczba stron: 432
Kiedy Anastazja dowiedziała się, że kolega z klasy, którym skrycie się interesuje, ferie prawdopodobnie spędzi w Egipcie, myśl o wyjeździe nie dawała jej spokoju. Nie przypuszczała, że kiedy wspomni o wycieczce rodzicom, oni potraktują jej propozycję poważnie. A jednak stało się i tak oto coś, co w pierwszej chwili wydawało się niedorzecznym kaprysem, przybrało realny kształt. Traf chciał, że nie tylko trafili w to samo miejsce, ale i do tego samego hotelu. Czy to początek historii o wielkiej, nastoletniej miłości? Bynajmniej. Anastazja szybko przekonuje się, że Damianowi daleko do jej wyobrażeń i nie zamierza sobie wmawiać, że jest inaczej. Tymczasem do ich grona wkrótce dołącza także Klara (wmanewrowana w tą znajomość przez babcię) oraz kilka lat starszy Albert.

Choćby nawet z pozoru nic na to nie wskazywało, każde z nich niesie ze sobą swój własny ciężar. Klara z wyraźną niechęcią odnosi się do całego wyjazdu, nawet na plaży nie zdejmuje ciemnych ubrań i gdyby nie troska o babcię na pewno by jej tam nie było. Damian od prawdziwego świata zdecydowanie woli wirtualną rzeczywistość, dlatego nie uśmiecha mu się wizja spędzenia calutkich ferii bez laptopa i innych sprzętów. Zasady wirtualnych rozgrywek próbuje więc zastosować w rzeczywistości. Dwójkę pozostałych bohaterów już trudnej rozszyfrować. Niewiele świadczy o tym, że Anastazja ma za sobą ciężkie przejścia. Jedynym zewnętrznym przejawem wydają się być skrywane na nadgarstkach rany, jednak jej problemy sięgają o wiele głębiej. A Albert? W jego przypadku trudno w ogóle stwierdzić, że coś go gryzie. Przystojny, miły, uczynny, a do tego potrafi się dogadać z miejscowymi (w wielu sytuacjach bardzo przydatna umiejętność), prawdziwy ideał! Jedynie sporadyczne chwile słabości świadczą o tym, że i jego życie nie jest wyłącznie pasmem przyjemności i sukcesów.

"Wartości człowieka nie mierzy się tym, czy ktoś ją dostrzegł."

Autorka stworzyła bardzo wyrazistych, realnych bohaterów, którzy ciekawią, czasami nieco irytują, a jednak da się ich lubić - jednych mniej, innych bardziej. Nie są idealni i właśnie to sprawia, że łatwiej w nich uwierzyć. Również w kwestii problemów, z którymi się zmagają, nie jest jednakowo, a ich wzajemne relacje stanowią pasmo wzlotów i upadków, czasem martwiąc, a innym razem pokrzepiając czytelnika, przede wszystkim skłaniając jednak do rozmyślania, jakich to ludzi skrywa cała ta masa pozorów i niedomówień. Jednocześnie autorce udaje się uniknąć przesady czy moralizatorskiego tonu. Na tej czwórce powieść się jednak nie kończy. Są jeszcze rodzice Anastazji i jej kochany, choć często sprawiający kłopoty dwuletni brat, któremu poświęca mnóstwo uwagi, rodzice Damiana, z którymi chłopakowi raczej trudno znaleźć wspólny język oraz babcia Klary, bardzo energiczna starsza pani, która chce dla wnuczki jak najlepiej, choćby i wbrew jej woli. Te postaci, choć już nie tak ważne, również odgrywają tu swoją rolę.

Miejsce akcji oraz wiedza Alberta dają dodatkowo możliwość nieco bliższego poznania kultury arabskiej, w tym i paru zwrotów w tym języku, jeśli ktoś jest zainteresowany. Znajdzie się okazja do paru dyskusji, czy to na temat obecnych we współczesnym świecie konwenansów i społecznego przymusu, czy paru innych kwestii. Przy odrobinie chęci można się także dowiedzieć co nieco o występujących tam niesamowitych rybach czy innych żyjątkach, nie ma się więc co martwić, że znajdziemy tu jedynie poważne tematy.

Już od dawna chciałam sięgnąć po jakąś książkę Anny Łaciny, więc Book Tour był do tego świetną okazją. Za "Niebo nad pustynią" zabrałam się z ciekawością, jednak bez konkretnych oczekiwań. Teraz mogę stwierdzić, że moje pierwsze spotkanie z twórczością tej autorki było jak najbardziej udane i z chęcią poznam inne jej powieści.

Za możliwość udziału w Book Tourze (wciąż jest okazja dołączyć) bardzo dziękuję!

czwartek, 12 maja 2016

G. Orwell "Rok 1984"

Wydawnictwo: Muza  |  Liczba stron: 354
Zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądałoby życie pod stałą obserwacją? Niezbyt przyjemna wizja, prawda? Ale właśnie taka jest rzeczywistość Winstona Smitha i wielu jemu podobnych obywateli Oceanii. A nawet gorzej, bo ciągłej inwigilacji towarzyszy także życie wręcz na skraju ubóstwa. W każdym mieszkaniu znajduje się teleekran, który stale przypomina, że Wielki Brat patrzy. A nawet gdyby nie, zawsze znajdzie się ktoś gotowy, by na Ciebie donieść. W końcu dzieci od najmłodszych lat są wychowywane na kapusiów. Rzeczywistość jest stale fałszowana, wszelkie zapiski bez mrugnięcia okiem zmienia się tak, aby potwierdzały nieomylność Partii, a obywatele sami uczestniczą w tym procederze. Co więcej, zdają się nie dostrzegać w tym nic podejrzanego. Przynajmniej w większości, bo od czasu do czasu zdarzy się i ktoś pokroju Winstona Smitha, który, nawet gdyby chciał, nie potrafi bezgranicznie zawierzyć obecnej władzy.
"Wolność oznacza prawo do twierdzenia, że dwa i dwa to cztery. Z niego wynika reszta."
Właśnie jego, naszego głównego bohatera, już od dłuższego czasu dręczą nasilające się wątpliwości. Co jak co, ale pamięć ma całkiem niezłą. Zdaje sobie na przykład sprawę, że przeciwnik Oceanii w stale toczącej się wojnie nie od zawsze był ten sam, choć Partia twierdzi inaczej. Wie też, że "sprostowania", którymi zajmuje się w pracy to zwykłe fałszerstwo. Co mógłby jednak zdziałać on jeden? Pewnego dnia w porywie chwili decyduje się kupić notes (nie do pomyślenia! po co mu coś tak nieużytecznego?) i rozpoczyna swoje zapiski, choć ryzyko jest spore. Gdyby ktoś je znalazł... oj, nie byłoby wesoło. Z jednej strony jest to dla niego sposób na uporządkowanie myśli, z innej cichy bunt przeciwko niesprawiedliwości świata, w którym żyje, ale czy nie ma tu jeszcze jednego znaczenia? Myśli tak nieśmiałej, że nawet przed sobą samym trudno byłoby mu się do niej przyznać? Cichej nadziei na odmianę losu?

Dalsze wydarzenia tylko potwierdzają fałsz całego systemu. Pod przewodnictwem Winstona poznajemy tajniki ansocu, dwójmyślenia, a także nowomowy - wciąż udoskonalanego języka, którego przekaz ma być jak najbardziej precyzyjny przy użyciu jak najmniejszej ilości słów (to jednak mocno okrojony opis; temat ten został rozwinięty w aneksie na końcu książki). Dowiadujemy się, jak wygląda podział społeczeństwa, a jest on bardzo nierówny - tak naprawdę jedynie nieliczny procent mieszkańców Oceanii (o wiele rozleglejszej, niż ta, którą znamy) to członkowie Partii, a więc uznani obywatele, a jeszcze mniej żyje w rzeczywiście dobrych warunkach. Zdecydowaną większość stanowią Prole, pozostawieni sami sobie przez rząd. I chociaż są powszechnie pogardzani, przynależność do tej najniższej z grup społecznych ma zasadniczą zaletę - mogą żyć tak, jak chcą. Może bez wielkich ambicji, ale i bez ograniczeń. Właśnie tej szansy coraz częściej zazdrości im Winston. Czy ta tęsknota za wolnością zmotywuje go do działania? Czy w ogóle znajdzie się ktoś jeszcze gotowy podjąć ryzyko przy tak znikomych szansach powodzenia?

"Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość; kto rządzi teraźniejszością, w tego rękach jest przeszłość"

Świat wykreowany przez Orwella (którego dotąd, podobnie jak fabuły, przedstawiłam jedynie zalążek) zaskakuje swoją szczegółowością, przeraża uprzedmiotowieniem i zniewoleniem. Choć reguły angsocu od początku wydają się absurdalne, dopiero po bliższym poznaniu obowiązującej ideologii (z reguły niedostępnej zwykłym obywatelom) dostrzega się skalę całego przedsięwzięcia. Jest dobrze przemyślane, oparte na chorych, a jednak w tym przypadku skutecznych zasadach i właśnie dlatego tak niepokoi. W końcu kto wie, co by się stało, gdyby historia potoczyła się inaczej? W kwestii bohaterów nie mam za wiele do zarzucenia - jedynie to, że rozwijające się jakiś czas później uczucie pojawiło się jakby znikąd, przez co wydawało się mało realne, ale to da się zrzucić na karb sytuacji, w jakiej żyją bohaterowie. Ostatecznie coś takiego jak miłość nie powinno mieć nawet prawa tam istnieć.

"Rok 1984" zdecydowanie zasłużył sobie na miano książki kultowej. To powieść bogata w treść i przemyślana. Porusza ciężki temat, a jednak czytało mi się ją naprawdę dobrze i z zainteresowaniem śledziłam kolejne wydarzenia, choć nieraz zdarzało mi się kręcić głową na myśl o kolejnych absurdach całego systemu. Co więcej, w co najmniej jednym momencie ze złości miałam ochotę rzucić książką o ścianę (oczywiście powstrzymałam się). Najbardziej porażająca wydaje mi się jednak jedna z końcowych myśli całej powieści. A więc, czy warto? Moim zdaniem zdecydowanie tak.

"WOJNA TO POKÓJ
WOLNOŚĆ TO NIEWOLA
IGNORANCJA TO SIŁA"

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Anime "Darker than Black: Kuro no Keiyakusha"

Ilość odcinków: 25 + special  |  Emisja: wiosna 2007  |  Ocena: 9/10
To jedno z tych anime, o których trudno sklecić kilka sensownych zdań jedynie na podstawie jednego czy dwóch odcinków. Znajdziemy tu pełno niedopowiedzeń. Jedyne, czego możemy się spodziewać to wyrwane z kontekstu stwierdzenia, które dają nam wyłącznie bardzo pobieżne wyobrażenie o panującej tu rzeczywistości. W wielu przypadkach skazani jesteśmy na własne domysły. Oczywiście, nie pomogło mi również to, że zdecydowałam się na to anime jedynie ze względu na zasłyszane opinie, w których nie było ani słowa o fabule. Ale jako że ja już się trochę z tą serią obeznałam (obejrzana już dwa razy), z chęcią przedstawię Wam przynajmniej przedsmak tego, co możecie w niej znaleźć, a tym, którzy "Darker Than Black: Kuro no Keiyakusha" mają już za sobą, nieco odświeżę pamięć.

To już 10 lat odkąd w Tokio pojawiła się przestrzeń o nadnaturalnych właściwościach, którą ogrodzono wielkim murem i nazwano Bramą Piekieł, a miejsce prawdziwych gwiazd na firmamencie zastąpiły te sztuczne, będące symbolem pewnych niezwykłych kontraktów. Z kolei zniszczenie umiejscowionej niegdyś w Ameryce Południowej Bramy Niebios było powodem tragedii. Pomimo tego wszystkiego większość ludzi nie jest świadomych wiążących się z tymi wydarzeniami zmian. Nie mają pojęcia, że pośród nich żyją kontraktorzy, którzy w zamian za spełnienie pewnego warunku (określanego jako coś fizycznie lub psychicznie destrukcyjnego) są w stanie posługiwać się wyjątkowymi umiejętnościami. Zarówno ich moce, jak i warunki są dla każdego z nich indywidualne. Zwłaszcza te drugie mogą rozciągać się od nieszkodliwych, choć uciążliwych czynności do działań, które mają ogromny wpływ na ich życie lub zdrowie. Każdy z nich ma swoją własną gwiazdę (nazwaną przy pomocy kodu Messiera), która reaguje w chwili użycia mocy i spada wraz ze śmiercią kontraktora. Jeszcze coś - osoby te uważane są za pozbawione ludzkich uczuć.

Po tym wstępie czas na przedstawienie głównego bohatera. Hei (chiń. czarny) przybył do Tokio jako chiński student Li Shengshun. To dość nieporadny, jednak niezwykle sympatyczny chłopak z ogromnym apetytem. Przynajmniej z pozoru, gdyż jako kontraktor (kod Messiera BK-201) na usługach Syndykatu jest o wiele bardziej opanowany, profesjonalny, a nawet bezwzględny (przepaść między tymi dwoma jego stronami jest naprawdę zaskakująca). Hei jako nieporadny chłopak był naprawdę ujmujący, jednak mogę zapewnić, że jego prawdziwy charakter wcale nie pozbawił go pewnego uroku, zwłaszcza przy bliższym poznaniu. Jego moc polega na manipulowaniu elektrycznością, co okazuje się niezwykle przydatne (zwłaszcza przy odpowiedniej dawce sprytu i zręczności). Co ciekawe, nie widać u niego żadnych oznak zapłaty za kontrakt. Zlecenia, jakie otrzymuje są bardzo różnorodne i wymagają od niego wiele sprytu i umiejętności. Przechwycenie informacji czy przedmiotów, zbadanie pewnych sytuacji, unieszkodliwienie lub pozbycie się przeciwników - to tylko kilka rodzajów zlecanych mu zadań. Akcja w dużej mierze skupia się właśnie na jego misjach oraz na poznaniu jego samego i pozostałych bohaterów, jednak na tym się nie kończy. Wkrótce do gry wkraczają inne organizacje i kolejni kontraktorzy, dążący do osiągnięcia swoich, początkowo wciąż dla nas niejasnych, celów. Zaznaczę tu od razu, że bardzo podoba mi się taka kompozycja fabuły - dzięki temu nie jesteśmy zaskakiwani natłokiem kluczowych informacji dopiero gdy seria dobiega końca (jak to często bywa w niektórych anime, zwłaszcza detektywistycznych), a stopniowo wprowadzani w istotne wydarzenia praktycznie od samego początku. 
Hei, choć jest kontraktorem, zdaje się wyłamywać ze stereotypowego ich postrzegania. Nieraz zdarza się, że jego zachowaniem kierują emocje i inne odczucia, a nie chłodna kalkulacja. Choć zwykle sprawia wrażenie nieprzystępnego, a nawet bezwzględnego, zawsze postępuje tak, jak uważa za słuszne i potrafi się mocno zaangażować, gdy w grę wchodzi choćby nikła szansa, by dowiedzieć się, co stało się z jego siostrą (wspomnę tylko tyle, że ma to pewien związek z Bramą Niebios). I jeszcze jedna informacja: Hei świetnie gotuje. BK-201 nie pracuje jednak sam. Jest jeszcze Mao (chiń. kot), kontraktor, który z pewnych powodów skazany jest na życie w ciele kota. Właściwie trudno mi stwierdzić o nim coś więcej niż to, że go lubię - po prostu nie dowiadujemy się na jego temat za wiele, jednak i bez tego potrafi wzbudzić sympatię. Następnie Yin (chiń. srebrny), będąca jedną z marionetek, czyli pozbawionych uczuć (a w znacznym stopniu także wolnej woli) medium, których zadaniem jest lokalizacja osób (zależnie od umiejętności przy pomocy wody, przewodów elektrycznych lub szyb). Jest w niej coś niezwykłego, gdyż po pewnym czasie zdaje się wykraczać poza zwyczajowe normy marionetek - choć bardzo oszczędnie, zaczyna wyrażać emocje, wykazywać się posiadaniem własnej woli. Chociaż... czy marionetki rzeczywiście nie posiadają żadnych uczuć? Na koniec pozostaje jeszcze Huang (chiń. żółty), jedyny zwyczajny człowiek w tej grupie, pełniący przede wszystkim funkcję pośrednika. Huang nie znosi kontraktorów i ma ku temu swoje powody, jednak, chcąc nie chcąc, jest skazany na współpracę z nimi.

Teraz przejdźmy do kilku innych postaci. Spośród nich na pewno należy wspomnieć o Kiriharze Misaki, policjantce o silnym poczuciu sprawiedliwości, sporych umiejętnościach i aspiracjach. Na swojej drodze dość często spotyka kontraktorów, jest mocno zaangażowana w złapanie BK-201, a z czasem nawiązuje coraz bliższą znajomość z Li. Jej najbliższymi współpracownikami są Saito i Kouno (ten pierwszy się w niej podkochuje). Następnie dwójka bohaterów, którym za pierwszym razem łatwo było nadszarpnąć moje nerwy, jednak gdy zdecydowałam się drugi raz obejrzeć to anime, nie wydawali mi się już tak uciążliwi. Mam tu na myśli Kurasawę Gaia, który (zwykle z miernym skutkiem) prowadzi biuro detektywistyczne, oraz jego asystentce, różowowłosej Kayanumie Kiko (zwłaszcza ona mocno mnie irytowała). Na szczęście przy drugim podejściu nie wydawali się już tak uciążliwi i zwróciłam nawet uwagę na to, że Kurasawa nie jest jednak tak beznadziejnym detektywem. Ktoś jeszcze? Znalazłoby się kilka osób, jednak pojawiają się one dopiero później, a nie chcę zdradzać za dużo.
Jeśli chodzi o muzykę, jak zwykle do tej pory bywało, nie mam za wiele do napisania (po prostu nie przywykłam do zwracania jakiejś większej uwagi na muzykę w tle). To, co zdołałam jednak zauważyć, wydaje mi się klimatyczne i pasujące do serii. Mogę pochwalić chociażby utwory grane na pianinie w jednym z odcinków czy też melodie towarzyszące zapowiedziom (tutaj znalazłam nawet tytuł: "Water Forest"). Oba openingi ("Howling" Abingdon Boys School i "Kakusei Heroism ~The Hero without a Name~" An Cafe) są żywe, o nieco mocniejszym brzmieniu i mogę je zaliczyć do moich ulubionych (chociaż pierwszy chyba trochę bardziej). Z kolei w przypadku endingów - spokojnych, jakby sentymentalnych, z dość statycznymi animacjami - zdecydowanie faworyzuję "Tsuki Akari" Rie Fu, jednak "Dreams" HIGH and MIGHTY COLOR też jest całkiem w porządku. Do kreski nie mam zastrzeżeń i podobają mi się projekty postaci. Charakterystyczne są zwłaszcza oczy niektórych, z jedynie lekko zaznaczonymi źrenicami.

Pojedyncze historie trwają zazwyczaj przez dwa odcinki, co pozwoliło uniknąć niepotrzebnego poganiania akcji. Nie znaczy to jednak, że zamiast tego dostajemy dłużyzny. Tempo jest umiarkowane i przyspiesza zwłaszcza pod koniec (wtedy trzeba trochę bardziej uważać, żeby przypadkiem się nie pogubić). Jest też odcinek specjalny opowiadający o kolejnej misji BK-201, tym razem bardziej z przymrużeniem oka. Co prawda nie wnosi do fabuły nic szczególnego, jednak nie zaszkodzi go obejrzeć, zwłaszcza chcąc przynajmniej na chwilę znów wrócić do znanych już bohaterów.

"Darker Than Black: Kuro no Keiyakusha" to jedno z moich ulubionych anime. Składa się na to nie tylko fabuła oraz bohaterowie (także ci epizodyczni mają tu swoje pięć minut), ale i cały szereg innych czynników. Jednym z nich jest chociażby zachowanie odpowiednich proporcji między scenami poważnymi i humorystycznymi. Wprost uwielbiam na przykład zabawne sytuacje z Mao. Pozostali bohaterowie oraz powiązania i zależności między nimi też potrafią rozbawić, choć, gdy sytuacja tego wymaga, żarty ustępują miejsca poważniejszym tematom. Jedną z moich ulubionych scen jest ta, w której Hei w jednej chwili uruchamia całe wesołe miasteczko. Jest też taka lekka aluzja, która zawsze zwraca moją uwagę - numer jego mieszkania to 201. Czy z czymś Wam się to kojarzy? BK-201? Właśnie. Niby drobnostka, ale jakoś szczególnie zapadła mi w pamięć. Bardzo chwalę sobie też tytuły poszczególnych odcinków, które brzmią jakoś tak... poetycko, podobnie z resztą jak ich zapowiedzi. Myślę, że to seria, która może przypaść do gustu dość szerokiemu gronu odbiorców, więc jeśli do tej pory nie mieliście z nią jeszcze styczności, zachęcam, by to nadrobić.

środa, 9 marca 2016

Asumiko Nakamura "Koledzy z klasy" [BL]

Doukyuusei  |  Wydawnictwo: Waneko  |  Ilość stron: 182  |  Jednotomówki Waneko
Mawia się, że przypadki chodzą po ludziach. I tak właśnie jest. Weźmy na przykład takich Kusakabe i Sajou. Pierwszy z nich to uwielbiający muzykę, grający w zespole lekkoduch, a w nauce żaden z niego orzeł. Drugi to szkolny prymus, sprawiający wrażenie cichego, nietowarzyskiego, a czasami wręcz wyniosłego. Gdyby nie właśnie przypadek, ta dwójka mogłaby się nigdy nie poznać, nie zamienić ze sobą nawet słowa. Ale stało się inaczej.

Ich klasa miała pierwszą próbę przed występem chóru i Kusakabe zauważył, że Sajou nie śpiewa. Nie potrafi? A może nie ma czasu ani ochoty przejmować się jakąś głupią piosenką? Cóż, jego sprawa. Gdy jednak po lekcjach Kusakabe wraca się po coś do klasy, ku swojemu zdziwieniu, spotyka tam właśnie nucącego pod nosem Sajou. Trochę z przyzwyczajenia, trochę z ciekawości poprawia go, a gdy dowiaduje się o problemie chłopaka z odczytaniem nut z tablicy, bez zastanowienia (i ku obopólnemu zaskoczeniu) proponuje mu swoją pomoc.

Bardzo prosty początek, prawda? Ale tak właśnie było. I tak od zdania do zdania, od jednego spotkania do drugiego ich znajomość zaczęła się rozwijać, stopniowo przeradzając się w coś więcej. Jak to zwykle bywa, nie obyło się jednak bez sprzeczek i nieporozumień, a niektóre z nich były dość poważne. Różnice w priorytetach naszych dwóch bohaterów mogą sporo namieszać. Jest też Hara, znany jako Haracz (w oryginale Harasen) nauczyciel muzyki, który wyraźnie interesuje się Sajou, a widząc, że chłopak coraz lepiej dogaduje się z Kusakabe, jakby nieco traci grunt pod nogami. Czy stanie się dla nich przeszkodą? Ta konkurencja niepokoi Kusakabe, z kolei Sajou wciąż trudno uwierzyć, że ktoś taki, jak Kusakabe zainteresował się właśnie nim. Chłopcy przeżywają swoje wzloty i upadki, jest uroczo, zabawnie (humoru jest naprawdę pełno), w odpowiednich momentach też trochę poważniej, z czym autorka świetnie sobie poradziła.
Kreska autorki jest bardzo specyficzna - to nie ulega wątpliwości i właśnie ten fakt może niektórych zniechęcać. Sama przyznam, że nie od razu doceniłam kreskę Nakamury, najpierw musiałam do niej przywyknąć. Jej rysunki wydają się bardzo swobodne... czasami nawet za bardzo, co widać po niektórych ujęciach rąk, ale i to ma swój urok. Obecnie mogę wręcz rozpływać się w zachwytach nad jej kreską, a więc moja rada brzmi: dajcie jej trochę czasu.

Manga została wydana w serii Jednotomówek Waneko, a więc w powiększonym formacie. Onomatopeje są, jak zwykle u Waneko, wyczyszczone i ogólnie całość prezentuje się całkiem nieźle, chociaż tusz na pierwszej stronie dość mocno przebija. Trochę dziwi mnie też, że tytuły poszczególnych rozdziałów pozostawiono w języku angielskim. Z tłumaczenia jestem raczej zadowolona, czasami nawet bardzo; miałabym do niego parę uwag, ale może to już tylko moje widzimisię - po wielokrotnym czytaniu tej mangi na skanach oraz niemal równie częstemu odsłuchiwaniu dramy CD mam po prostu wrażenie, że niektóre kwestie brzmiałyby lepiej,  gdyby inaczej ubrać je w słowa.

Trochę dziwnie jest mi pisać tylko o "Kolegach z klasy", skoro wiem już o wiele więcej z kolejnych mang powiązanych z tą. I chociaż to recenzja tego jednego tytułu, nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała choć słowem o "Sotsugyousei" (tłum. absolwenci), bo to właśnie ta manga sprawiła, że zakochałam się w historii Sajou i Kusakabe. Na pierwszy rzut oka "Koledzy z klasy" mogą się wydawać mangą bardzo zwyczajną, wręcz banalną (czego powód po części wyjaśnia autorka w krótkim posłowiu) i nie ukrywam, że przez jakiś czas sama właśnie za taką ją uważałam. Dopiero dalszy ciąg ich losów pokazał mi, jak poważnie myślą o swoim związku. To właśnie "Sotsugyousei" pozwoliło mi spojrzeć na tę historię z szerszej perspektywy, docenić drobne gesty, niuanse, na które wcześniej nie zwróciłam należytej uwagi, a których jest pełno także w "Kolegach z klasy". To, jak lemoniada cały czas przewija się przez mangę, nabierając symbolicznego znaczenia. To, jak naturalnie rozwija się ich relacja. To, jak autorka wykorzystała piosenkę, dzięki której pierwszy raz się do siebie odezwali, a później także pewien wiersz - oba te utwory stały się jakby myślami przewodnimi rozdziałów, w których występują. Ach! I jeszcze ten motyw wstążki (przeczytacie, a zrozumiecie)! Moją uwagę zaczęły zwracać nawet najmniejsze szczegóły i to ich wynajdywanie sprawiało mi sporą przyjemność.
Wyszło trochę przydługo, ale nic na to nie poradzę - na ich temat mogłabym pisać i pisać, a wciąż wynajdywałabym coś, o czym mogłabym jeszcze wspomnieć. Pokusiłabym się wręcz o stwierdzenie, że "Koledzy z klasy" (wraz z "Sotsugyousei") to moja ulubiona manga, którą mogłabym czytać raz za razem cały czas z tym samym (a może nawet i większym) zainteresowaniem. Mam więc ogromną nadzieję, że Waneko nie poprzestanie tylko na tym jednym tytule i doczekam się kolejnych prac Nakamury Asumiko w Polsce. Wniosek z tego prosty - koniecznie dajcie tej historii szansę! Na koniec dodam, że "Koledzy z klasy" doczekali się swojego anime. Jest to jednak film kinowy, więc na jego dostępność wciąż przyjdzie nam niestety dłuższą chwilę poczekać (a tutaj trailer). Już nie mogę się doczekać!

"A boy met a boy.
They were in flush of youth.
They were in love that felt like a dream,
like a sparkling soda pop."

środa, 1 lipca 2015

Tetsuya Tsutsui "Prophecy"

Wydawnictwo: Studio JG  |  Ilość tomów: 3
"Oto przepowiednia na jutro..." - właśnie tak rozpoczynają się internetowe filmiki naszego głównego bohatera, ukrywającego się za maską z gazety. W swoich nagraniach zapowiada ukaranie pewnych osób lub całych grup, których zachowanie jest według niego niedopuszczalne (czasami trudno się z nim nie zgodzić, choć i jego własne metody są cokolwiek kontrowersyjne). I na pogróżkach się nie kończy. Choć zaczyna się od nieszczególnie imponujących (głównie brutalnych i ordynarnych) działań, które nie odbiły się zbyt szerokim echem, Gazeciarz stopniowo podnosi poprzeczkę, zdobywając tym samym coraz większy rozgłos i przykuwając uwagę policji. Konkretnie departamentu ds. walki z przestępczością cybernetyczną z młodą komisarz Eriką Yoshino na czele.

Anonimowy pseudo zbawiciel świata (no dobra, może to lekka przesada), który na własną rękę wymierza sprawiedliwość, nieuchwytny pomimo ciągłych starań policji, powoli zdobywający rozgłos, a nawet coraz większą rzeszę popleczników. Czy to nie brzmi znajomo? Skojarzenia z "Death Note" były nieuniknione (przynajmniej ja mam takie wrażenie). A jednak mimo tych niewątpliwych podobieństw, znajdziemy tu także szereg znaczących różnic. Przede wszystkim nie uświadczymy tu żadnych nadnaturalnych wpływów. Wszystkie działania Gazeciarza, nawet jeśli czasami wręcz trudno w to uwierzyć, są efektem jego własnej, niezwykle skrupulatnej pracy i planowania. To nie jest Kira, który zrobi wszystko, by jego tożsamość nie wyszła na jaw. Gazeciarz wie, że nie może kryć się przed policją w nieskończoność. Co więcej, rozmyślnie pozostawia po sobie drobne poszlaki. Ale jaki ma w tym cel?

"Od kiedy przyjęłam to stanowisko, moja praca bezustannie przypomina mi o jednym smutnym fakcie.
Świat pełen jest ludzi, których skretynienie przekracza wszelkie granice."

Tożsamość Gazeciarza dość szybko zostaje przed czytelnikami ujawniona, jednak nie należy sądzić, że od razu wszystko staje się jasne. Jest on bardzo skryty i na tym etapie wciąż niewiele o nim wiadomo. Co więcej, jego prawdziwy cel pozostaje niejasny do samego końca, aż do momentu, kiedy sam odsłoni przed nami swoje karty. Mogę jednak wspomnieć, że jest naprawdę bystry i ma sporo przydatnych w wykonywaniu swoich działań umiejętności. Autor stworzył naprawdę ciekawe, wiarygodne osobowości i nie tylko Gazeciarz jest na to dowodem. Praktycznie na równi z nim znajduje się nasza przedstawicielka prawa - Erika Yoshino, której nie brakuje ani urody (o czym bardzo dobrze zdaje sobie sprawę), ani inteligencji czy kwalifikacji. To kobieta zdecydowanie imponująca, o bardzo silnym charakterze, która nie da sobie w kaszę dmuchać. Ta patrząca na wszystkich ściganych dotąd przestępców z góry policjantka, uznaje umiejętności i inteligencję Gazeciarza, oczywiście nie rezygnując przy tym z dalszej rozgrywki. Choć właśnie ta dwójka wyróżnia się najbardziej, znajdzie się tu również kilka innych postaci, o których jednak nie napiszę, by nie psuć Wam niespodzianki.
Cała fabuła została bardzo dobrze przemyślana i potrafi wciągnąć, choć do najprzyjemniejszych wizji rzeczywistości nie należy. Tetsuya Tsutsui ukazuje nam świat, zwłaszcza ten cybernetyczny, z jednej z najgorszych możliwych stron. Bardzo wyraźnie jest tu widoczna bezwzględność i poczucie bezkarności części internautów, które może się przerodzić w okrucieństwo i brutalność w prawdziwym życiu, a czasami po prostu głupota, która może charakteryzować niektórych użytkowników internetu (co dość dosadnie ujęła komisarz Yoshino w przytoczonym wyżej cytacie). Autor podkreśla przekłamanie i manipulację mediów. Część postaci doświadczyła również dyskryminacji, szykanowania oraz ogromnego wyzysku i trudu, które wiąże się z poszukiwaniem zarobku za wszelką cenę, zwykle na czarno. Tego typu tematy stanowią ważną część tej mangi i to właśnie do nich często odwołuje się Gazeciarz.

"Prócz własnego życia nie mamy nic do stracenia."

Co do kreski, Tetsuya Tsutsui nie koloryzuje rzeczywistości, jest więc całkiem realistyczna. Po naszej pani komisarz wyraźnie widać, że jest pięknością, z kolei osoby nieurodziwe właśnie na takie wyglądają. Znajdziemy tu także grymasy, które bynajmniej nie dodają nikomu urody, jednak i pewne humorystyczne wstawki się znajdą. Tła nie są zbyt szczegółowe. Króluje tu biel i szarość, a czerń jest używana bardzo oszczędnie. Kreska nie zachwyca więc może kunsztem czy detalami, jednak trzeba przyznać, że autor z powodzeniem stosuje zasady anatomii i perspektywy, co nie wszystkim twórcom się udaje. Z kolei Paulinie Ślusarczyk zawdzięczamy bardzo rzetelne, dobrze brzmiące tłumaczenie, w którym nie pominęła pojawiających się wręcz nieustannie internetowych komentarzy, co bardzo się chwali. W "Prophecy" znajdziemy również odpowiedni żargon oraz jego objaśnienie. Nieco bardziej wprawionych czytelników mogą jednak razić niewyczyszczone onomatopeje, choć sama przyznam, że rzadko zwracam na to uwagę, chyba że coś szczególnie rzuci mi się w oczy. Przypisy sporadycznie pojawiają się na wewnętrznych marginesach, przez co ciężko się je czyta. Tomiki zostały porządnie wydane, jednak szkoda, że tylko pierwszy z nich zawiera kolorową stronę.

Manga ta wywarła na mnie bardzo pozytywne wrażenie, właściwie wręcz zaskoczyła, gdyż nie spodziewała się po niej tak wiele. Autor poruszył tu sporo ciężkich tematów, nie brakuje tu również brutalności, co nie każdemu może przypaść do gustu, jednak ostatecznie "Prophecy" jest mangą wartą polecenia. Nie tylko przez wzgląd na samą fabułę, ale i występujące tu ciekawe postacie oraz pasującą do całości kreskę.

niedziela, 8 lutego 2015

O filmach co nieco: Lot nad kukułczym gniazdem, Rodzice chrzestni z Tokio, Wypisz, wymaluj... miłość

Dawno nie pisałam o filmach, więc postanowiłam trochę nadrobić zaległości. :)
Dodam przy okazji, że nieco usprawniłam spis recenzji. Teraz powinno być czytelniej i myślę, że łatwiej będzie znaleźć konkretną książkę. Odświeżyłam też zakładkę "o mnie". ;)

Tytuł: Lot nad kukułczym gniazdem
Reżyser: Miloš Forman
Rok: 1975
Czas trwania: 2h 13 min.
Produkcja: USA
Gatunek: dramat, psychologiczny
Ocena: 9/10

"Główny bohater filmu, McMurphy, złodziejaszek, szuler i chuligan, chcąc uniknąć więzienia udaje psychicznie chorego, tym samym idąc do zakładu psychiatrycznego zamiast do celi. Jednak powoli przekonuje się, że szpital wcale nie jest bezpiecznym azylem, gdzie można przyjemnie spędzić czas. Całym oddziałem rządzi despotyczna siostra Ratched, która nie unika psychicznych i fizycznych ataków na pacjentów, stosując okrutne i bolesne metody zaprowadzające spokój. McMurphy widząc swoich zastraszonych współtowarzyszy, postanawia sie zbuntować i pokazać, kto tu rządzi. Jednak jego bunt przynosi niespodziewane i drastyczne skutki dla niego samego i innych pacjentów."
(opis i plakat z filmweb.pl)

Film ten można niejako podzielić na dwa etapy. Pierwszy z nich bawi. Bawi zamieszanie, jakie McMurphy wprowadza do codziennej rutyny zakładu psychiatrycznego, bawi radość, jaka za jego sprawą maluje się na twarzach pozostałych pacjentów. Nawet jeśli coś wyjdzie spod kontroli, wciąż spotyka się z większą lub mniejszą ich aprobatą. Na ich nieszczęście po chwilach euforii przychodzi nieodzowny moment poniesienia konsekwencji. A o tych McMurphy najzwyczajniej w świecie zapomniał lub też świadomie ignorował. W chwili wkroczenia do zakładu nie wiedział też w pełni na co się decyduje i czy aby lepszą opcją nie byłaby zwyczajna odsiadka. Jak będzie w rzeczywistości?

Nieco dziwne są momenty całkowitej ciszy. Parę razy zastanawiałam się nawet, czy głośniki aby na pewno dobrze działają. Cisza jednak była zamierzona. Nie mogłabym też nie wspomnieć o znakomitej grze Jacka Nicholsona, który wcielił się w głównego bohatera. Wyszło mu naprawdę przekonująco. To produkcja, z którą warto się zapoznać. Może i nie odpowiada dzisiejszym realiom szpitali psychiatrycznych (rok produkcji mówi sam za siebie), jednak jest to interesująca, momentami przejmująca historia. Polski tytuł nie oddaje w pełni tego, co powinien, dlatego też po obejrzeniu filmu radzę dowiedzieć się na ten temat czegoś więcej.



Tytuł: Rodzice chrzestni z Tokio
(Tokyo Godfathers)
Reżyser: Satoshi Kon, Shôgo Furuya
Rok: 2003
Czas trwania: 1h 32 min.
Produkcja: Japonia
Gatunek: dramat, familijny, komedia, anime
Ocena: 9/10

W czasie Bożego Narodzenia troje bezdomnych odnajduje wśród stert pudeł małe dziecko. Dla jednego z nich, transwestyty Hany, jest to jak bożonarodzeniowy prezent - jedyna okazja na spełnienie marzenia o macierzyństwie. Widząc jego szczęście, pozostała dwójka - alkoholik Gin i zbiegła z domu Miyuki - nie potrafi tak po prostu mu tego odebrać. Zapada decyzja - następnego dnia oddadzą niemowlę na posterunek policji. W decydującej chwili plany ulegają jednak zmianie i trójka bezdomnych decyduje się odnaleźć matkę dziecka, by dowiedzieć się, co nią kierowało. I czy aby na pewno mogą oddać jej zgubę bez obawy o dalsze losy maleństwa.

Oto początek obfitującej w najróżniejsze wydarzenia przygody - pełnej zarówno radości i szczęśliwych zbiegów okoliczności (od czegoś przecież jest ta tak zwana magia świąt), jak i niebezpieczeństw oraz bolesnych spotkań z rzeczywistością. Produkcji tej nie można odmówić pewnego świątecznego, choć mocno pokręconego klimatu, który towarzyszy nam przez cały czas i stanowi niewątpliwą zaletę. Choć trójka bezdomnych przebywa ze sobą na co dzień, dawne życie stanowi dla nich niejako temat zakazany. Kolejne wydarzenia stają się dla nich jednak pretekstem do stawienia czoła swojej przeszłości i popełnionym błędom. Anime nie popada przy tym w nadmierne moralizatorstwo. Muzyka jest ciekawa, a kreska ładna i realistyczna, bez zbędnego upiększania rzeczywistości. "Rodzice chrzestni z Tokio" to produkcja pełna zarówno humoru, jak i wzruszeń, której zdecydowanie warto dać szansę.



Tytuł: Wypisz, wymaluj... miłość
Reżyser: Fred Schepisi
Rok: 2013
Czas trwania: 1h 51 min.
Produkcja: USA
Gatunek: dramat, komedia, romans
Ocena: 7/10

Nauczycielowi angielskiego Jackowi Marcusowi, kiedyś dobrze zapowiadającemu się pisarzowi i dumie szkoły, obecnie bliżej do miana utrapienia. Wiecznie spóźniony, zgryźliwy i kapryśny, a do tego lubujący się w alkoholu nauczyciel w końcu staje przed perspektywą zwolnienia, co nieco przyhamowuje jego autodestrukcyjne zapędy. Nie oznacza to jednak od razu poprawy. W międzyczasie pracę zaczyna nowa nauczycielka plastyki, ceniona w artystycznym świecie Dina Delsanto, obecnie zmagająca się z niedogodnościami i bólem związanymi z chorobą. Spotkanie tych dwojga - Marcusa, który z całego serca wierzy w potęgę słów i Delsanto, dla której najważniejsza w życiu jest sztuka - wywołuje prawdziwą wojnę. Wojnę na słowa i obrazy, która wzbudza zainteresowanie uczniów, Marcusa zdaje się motywować do ponownego stanięcia na własnych nogach, a Delsanto... Właśnie. Do czego? Czy spór także jej pozwoli stawić czoła własnym problemom?

Uwielbiam zarówno słowo pisane, jak i sztukę (głównie rysowanie), więc od samego początku coś mnie do tego filmu ciągnęło, a i bardzo zachęcający zwiastun zrobił swoje. Przyznam, że z początku sceptycznie odnosiłam się do Jacka, który okazał się bardziej wykolejony niż przypuszczałam. Myślałam, że dane mi będzie poznać cynicznego i pewnego siebie, a jednak dającego się lubić nauczyciela, tymczasem na chwilę, gdy będzie można mówić o jakiejkolwiek sympatii do niego przyszło mi jeszcze długo poczekać. Co więcej, nawet w późniejszych momentach nie obyło się bez zwątpienia. A powód był dość oczywisty - alkohol. Postać Diny może i nie do końca odpowiadała moim wyobrażeniom, jednak nie mam co do niej większych uwag.

Prawda jest taka, że od początku nastawiałam się bardziej na komedię, tymczasem znalazło się tu naprawdę sporo z dramatu. Doszło nawet do tego, że byłam bliska spisania tego filmu na straty. Na szczęście w porę zdążył się wybronić. Wojna między słowem a obrazem wypadła tu całkiem ciekawie. Wielki plus należy się za naprawdę udane dialogi. Obserwowanie sporów tych dwoje było prawdziwą przyjemnością. Dla moli książkowych dodatkowym atutem będzie tu wszechobecność literatury. Miłośnicy sztuki też nie powinni być zawiedzeni. A wątek romantyczny? Nie jest idealny. Nie jest jakiś zachwycający, jednak myślę, że jest wystarczający. Nie przysłania on wszystkiego innego, stanowi raczej pewien dodatek. Całość oglądało mi się naprawdę przyjemnie.

poniedziałek, 27 października 2014

Anime "Aoi Bungaku Series"

Ja serio napisałam tak dużo na temat tego anime? Sama jestem w szoku (a wciąż mogłabym napisać nieco więcej). Mam jedynie nadzieję, że nie przerazicie się za bardzo ilością tekstu i jednak zdecydujecie się przebrnąć przez moje nieco przydługie wywody.

Tytuł: Aoi Bungaku Series
Ilość odcinków: 12
Rok produkcji: 2009
Ocena: 9

Klasyka literatury to coś, co pasowałoby znać. Przynajmniej teoretycznie, bo w praktyce różnie z tym bywa. Nie oszukujmy się, nie każdy czyta. A nawet jeśli, to nie zawsze uśmiecha mu się wizja przebrnięcia przez niektóre uznane za narodowe arcydzieła historie. Twórcy "Aoi Bungaku" postanowili wyjść naprzeciw współczesnemu społeczeństwu i zaproponować całkiem inny sposób na interakcję z kilkoma utworami wywodzącymi się z Kraju Kwitnącej Wiśni.

"Aoi Bungaku" to adaptacja sześciu klasyków literatury japońskiej. Nie czytałam, więc niewiele wiem na ich temat, jednak samo anime zainteresowało mnie już jakiś czas temu. Zaczyna się od krótkiego wprowadzenia, w którym prezenter Sakai Masato (będący jednocześnie seiyuu kilku występujących tu postaci) informuje nas o aktualnie przedstawianej historii, dopowiada nieco o autorze czy okolicznościach towarzyszących ich pracy. Poznawanie dziejów tych dzieł, losów ich autorów oraz występujących między nimi zależności - już samo to było dla mnie ciekawym doświadczeniem, a przecież nadal nie wspomniałam nawet o wydarzeniach mających miejsce w poszczególnych historiach. Ale teraz czas to nadrobić.

Pierwszą i najdłuższą z historii jest "Koniec człowieczeństwa" autorstwa Osamu Dazai - zdaniem prezentera opowieść, która nigdy się nie starzeje. To tragiczna historia człowieka, który nie potrafi sobie radzić w społeczeństwie. Pragnie żyć jak każdy zwyczajny człowiek, jednak szansa na to nieustannie wymyka mu się z rąk. Youzou Oba, bo tak mu właśnie na imię, z początku jawi się nam jako wyrachowany manipulant, jednak maska, jaką przybrał szybko pryska. Zostaje nieszczęśliwy, zagubiony człowiek ze zwichrowaną osobowością, który w swoim prawdziwym ja upatruje potwora, a który próbuje chwytać swoje szanse na szczęście. Otoczony przez osoby, które upatrują sobie w nim możliwość łatwego zarobku, nie będzie miał łatwo. Ile błędów zdąży w tym czasie popełnić? I czy osiągnie to, czego pragnie? Charakteryzujący "Koniec człowieczeństwa" niepokojący klimat, dodatkowo wzmacniany dzięki klimatycznej muzyce, jest wręcz namacalny i nie pozwala o sobie zapomnieć. Poza tym zawarty tu ładunek emocjonalny - niespełnione nadzieje, szaleństwo, chwile radości, ale i wiele cierpienia - może wprowadzić w dość parszywy nastrój. Youzou od początku przywodził mi na myśl Lighta z "Death Note" i nie ma się co dziwić, skoro za projekt postaci odpowiadał Takeshi Obata. Kreska bardzo przypadła mi do gustu, podobnie jak stonowana kolorystyka, w odpowiednich momentach przybierająca jednak na intensywności, oraz ciekawa gra świateł.

"Las Skryty Pod Gałęziami Wiśni w Pełnym Rozkwicie" Sakaguchiego Ango inspirowany był pewnym prawdziwym wydarzeniem, które wstrząsnęło autorem. Czy można uznać kwitnące wiśniowe drzewo za straszne? Najwyraźniej tak. Właśnie takie odczucia żywi nieustraszony (nie licząc wspomnianej dopiero co słabości) bandyta Shigemaru, mieszkający w lesie wraz z grupką swoich żon. Dla niego spadające z drzewa płatki stały się zapowiedzią mających mieć wkrótce miejsce krwawych wydarzeń, zła stopniowo wypełniającego przestrzeń wokół. Wkrótce zaślepiony miłością do pięknej, pewnej siebie, nawykłej do luksusów, cynicznej kobiety, która wykorzystuje jego uległość na każdym kroku, będzie musiał wiele dla niej poświęcić. Jak wiele jej zachcianek zdoła spełnić? Jak bardzo ceni jej wątpliwą miłość? I jaki jest sekret "Lasu Skrytego Pod Gałęziami Wiśni w Pełnym Rozkwicie", którego tak się obawia? Tym razem za projekt postaci odpowiadał Kubo Tite, znany głównie z "Bleacha". W związku z tym historia ta roztacza całkiem inny klimat - zdecydowanie mniej przytłaczający, pełen humoru, choć i tutaj znajdzie się trochę dramatyzmu, zwłaszcza pod koniec. Irytowało mnie wtrącanie do dialogów angielskich zwrotów, a muzyka, choć było jej całkiem sporo, nie wydawała mi się zbyt interesująca. Jakoś nie moje klimaty.

Jak podpowiada prezenter, Natsume Souseki napisał "Kokoro" z wściekłości na egoizm i morale ludzkości. Projektem postaci ponownie zajął się Takeshi Obata. Sensei (jego imienia nie znamy) mieszka w domu pewnej dziewczyny (od dawna mają się ku sobie) i jej matki. Pewnego dnia decyduje się zapewnić dach nad głową swojemu przyjacielowi, żyjącemu w bardzo rygorystyczny sposób. Pragnie pokazać mu, że ludzie potrafią być życzliwi, jednak wkrótce nachodzą go wątpliwości. Czy był to dobry pomysł? Czy jego obawy dotyczące bezpieczeństwa dziewczyny są uzasadnione? Do czego doprowadzi cała ta sytuacja?
Wersja anime została wzbogacona o przedstawienie tej historii z perspektywy wspomnianego przyjaciela, K. Przyznam, że zaskoczyła mnie. Wydawała mi się odmienna od tego, co przedstawiał oryginał, w pewien sposób bardziej bezwzględna. Z jednej strony ta niezgodność nieco mnie drażniła, z drugiej brałam pod uwagę to, że mógł to być całkowicie subiektywny sposób postrzegania tej sytuacji przez K. A jednak przebieg akcji, choć podobny, w obu wersjach różni się pewnymi szczegółami, chociażby porą roku. Z początku nie wiedziałam co o tym myśleć, jednak ostatecznie wszystko stało się bardziej klarowne. Przynajmniej w pewnym stopniu. Perspektywa K była ciekawym dodatkiem, choć nie potrafię stwierdzić, czy rzeczywiście... właściwym? I tak pewnie pozostanie, skoro nie miałam okazji przeczytać pierwowzoru. To dwa całkowicie różne, w pewien sposób sprzeczne, spojrzenia na tę samą historię, jednak nawet gdyby pominąć drugą część wydaje mi się, że nie udało mi się do końca zrozumieć intencji autora/twórców.

Inne dzieło Osamu Dazai, "Biegnij, Melosie", powstało w czasie, gdy twórczość autora wciąż miała jeszcze pozytywny wydźwięk. "Trudno jest temu, który czeka? A może trudniej jest temu, który każe komuś czekać?" Właśnie to pytanie okazało się tu kluczowe. Takada zostaje poproszony o napisanie scenariusza do wystawianej na scenie opowieści o Melosie, dla którego przyjaciel postawił swoje życie na szali. Od początku nie był do niej przekonany, jednak wziął to zlecenie. Nie spodziewał się jednak, że starożytna historia obudzi w nim własne, bolesne wspomnienia, o których wolałby zapomnieć. Czy zdoła na czas napisać scenariusz? Czy w jakiś sposób będzie to miało związek z jego przeszłością? Czy pozwoli mu się z nią rozliczyć? To historia pełna wątpliwości, żalu, zniechęcenia, straconego zaufania, którego iskierka wciąż jeszcze tli się gdzieś w człowieku. Uraza, jaką od dawna żywi Takada jest jednocześnie bezgłośną prośbą o poznanie powodu, prawdy kryjącej się za rozczarowaniem, którego doznał. Czy pozna odpowiedź na przytoczone wcześniej pytanie? Za projekt postaci odpowiedzialny był Konomi Takeshi znany z "Prince of Tennis".

Na dwie ostatnie historie przeznaczono po jednym odcinku. Autorem obu jest Akutagawa Ryuunosuke, a za projekt postaci znów odpowiedzialny był  Kubo Tite i o ile w "Lesie...", nie budził we mnie ten fakt większych zachwytów, to tym razem przyznam, że była to świetna decyzja, a żywa kolorystyka idealnie pasuje do tych historii. Pierwsza z nich to "Pajęcza nić", której bohaterem jest bezwzględny, nie zważający na nic i nikogo złodziej i zabójca Kandata, który pewnego dnia uznał, że nie zabije napotkanego przypadkiem pająka. Nie chcę jednak zdradzać na ten temat za wiele. Czy pajęcza nić może w niedalekiej przyszłości stać się dla niego szansą na ratunek? Na koniec dostajemy jeszcze "Obraz piekła", czyli, krótko mówiąc, opowieść o człowieku, który poświęca wszystko dla swojej sztuki.

Są historie, które roztaczają wokół siebie pewną aurę niezwykłości, które nieuchronnie do siebie przyciągają i nawet już po zapoznaniu się z nimi przez dłuższy czas nie dają myślom odpocząć. Według mnie należy do nich "Koniec człowieczeństwa". Są jednak też te  z początku niepozorne czy zwyczajne historie, których treść należy najpierw przetrawić, poświęcić więcej czasu na rozmyślania, by w pełni docenić ich wartość. I przykładem takiej historii jest dla mnie "Las…". A "Kokoro"? Nie dawało mi spokoju i skłaniało do ponownego roztrząsania tej historii, gdyż czułam, że wciąż nie uchwyciłam czegoś ważnego, że coś wciąż mi umykało, nawet po ponownym obejrzeniu. To jednak stanowi o jego sile - nie pozostawia widza obojętnym. Podobnie z "Biegnij, Melosie", gdzie rzeczywistość miesza się z grą na scenie, a przeszłość z teraźniejszością. Cienka granica pomiędzy nimi nadaje tej historii ulotnego czaru, a i kreska całkiem nieźle się tu prezentuje.

Przeszło mi przez myśl, że zamiast obejrzeć anime wolałabym te powieści przeczytać. Nie dlatego, że mi się nie podobało - wręcz przeciwnie, po prostu dzięki temu mogłabym spędzić przy nich więcej czasu. I właśnie dlatego tym bardziej żałuję, że żadna z nich nie została wydana w Polsce, z cichą nadzieją oczekując chwili, w której to się zmieni. Choć minęło dość sporo czasu odkąd obejrzałam tę serię, to moje odczucia względem niej, nawet jeśli zbledły, to jedynie nieznacznie i wciąż pozostają żywe. Wciąż pamiętam emocje, jakie mi towarzyszyły, a czytając to, co wcześniej napisałam, dalej znajduję tematy, o których mogłabym rozprawiać i wiem, że jeszcze do tej serii powrócę.

Pisząc tę recenzję, na nowo rozpatrując poszczególne historie, kompletnie zatraciłam poczucie czasu (kolejny powód, by zapoznać się z tą serią). Mało w tym wszystkim krytycznych uwag? Może i tak, jednak to również kolejny dowód na to, że poświęcony temu anime czas nie uważam za stracony. Czy ktoś jeszcze ma jakieś wątpliwości? Niezależnie od odpowiedzi zapraszam przed ekrany.

wtorek, 26 sierpnia 2014

D. Terakowska "Poczwarka"

Wiem, wiem, wyszło tego całkiem sporo, jednak naprawdę nie potrafiłam inaczej. ;)

Wydawnictwo Literackie
Ilość stron: 322

Przy lekturze towarzyszyło mi wiele emocji, choć były jakby stłumione. Porządkując sobie w głowie kolejne myśli, miałam sporo do powiedzenia, jednak gdy przychodziło do przelania ich na papier, nagle się gdzieś rozpływały. Pogubiły się, nie brzmiały tak, jak powinny. Ale gdy już zaczęłam, wciąż odnajdywałam coś, o czym warto byłoby wspomnieć. Czy udało mi się zawrzeć to, co najważniejsze? Oceńcie sami.

Adam i Ewa mieli swój własny plan na życie. Obejmował on wszystko, co najlepsze i taki też żywot miał zapewnić. Byli zgodnym małżeństwem - najpierw kariera, dziecko dopiero w chwili, gdy będą mieli pewność, że mogą mu zapewnić najlepszy możliwy start. Dziecko oczywiście też miało być idealne. A potem na świat przyszła Myszka. I wszystko prysło jak bańka mydlana. Zamiast upragnionego przyszłego geniusza pojawiła się dziewczynka z zespołem Downa. I to nie z żadną lekką odmianą, a jedną z najcięższych. Decyzja Adama była jednoznaczna - oddać ją do specjalistycznego ośrodka. Z początku Ewa się z nim zgadzała, jednak naszły ją wątpliwości. Czy mogłaby tak po prostu oddać własne dziecko? Czy zamiast tego nie powinna sama [czy raczej wraz z mężem] otoczyć ją troskliwą opieką i miłością? I tak oto do domu wróciła wraz z Myszką, która wywróciła cały ich dotychczasowy świat do góry nogami. Czy dziewczynka zniszczy wszystko, co było między nimi? A może właśnie przyczyni się do zmiany na lepsze? Będzie dla nich katastrofą, czy darem?

"Pielęgnuję tego motyla, ale to trudne pielęgnować coś, co tylko przeczuwasz, że jest."

Życie podporządkowane potrzebom Myszki przynosi Adamowi i Ewie wiele sprzecznych uczuć - smutek nieustannie przeplata się z radością, jest też nieco gniewu, upokorzenie, wstyd, mnóstwo żalu, zmęczenie. Ale jest także miłość. I nadzieja. Ewa niejednokrotnie przeżywała chwile zwątpienia, oscylując gdzieś pomiędzy miłością a nienawiścią żyła z dnia na dzień, cały jej świat kręcił się wokół Myszki, której nie spuszczała z oka praktycznie nigdy. Adam natomiast odciął się od nich. Trudność sprawiało mi życie obok nich, ale nie potrafił ich też opuścić. Nieraz przychodziło mu na myśl, że mógłby tak po prostu wyjść z ukrycia, dołączyć do oglądanej z daleka sceny, jednak po tak długiej bezczynności, wydaje mu się to niemal niemożliwe. A jednak może właśnie ten dystans pozwalał mu niejednokrotnie zrozumieć Myszkę lepiej niż Ewa. Podczas gdy ona spędza kolejne dni na opiece nad córką, Adam poświęca się pracy. I rozmyślaniom. Choć wie jak to brzmi, marzy o przyszłości po śmierci Myszki, o nowym potomku i rozwoju inżynierii genetycznej. O świecie, w którym ludzie pozbawieni byliby wad. Ale czy to możliwe?

"Pan rozdaje swe dary, nawet te niechciane. Nic nie zostawia dla siebie."

Sposób, w jaki autorka przedstawiła niekończące się dzieło stworzenia, jak i samego Boga - nie zawsze pewnego swojej nieomylności, popełniającego błędy - oraz rolę, jaką odgrywała w tym wszystkim Myszka, z pewnością jest ciekawy i dość nietypowy. Jest w tym pewien mistycyzm i urok. Z początku nie miałam jednak pojęcia, do czego autorka zmierza, co chce przez to pokazać. Bardzo udane było również przedstawienie psychiki Myszki, przywodzące na myśl tytułową wieczną poczwarkę. Nasza mała bohaterka czuje tak samo, jak inne dzieci, czy nawet mocniej, ma swoje marzenia, potrzeby i bogaty świat wewnętrzny, jednak wszystko to niweczy ułomność jej ciała. Dzieci z zespołem Downa nie zdrowieją ni stąd ni zowąd, nie ma się co czarować. A jednak wciąż pozostają ludźmi, którym należy się miłość, i którzy potrafią ją odwzajemnić.

To nie tylko historia o wychowywaniu dziecka z zespołem Downa. To także opowieść o tworzeniu, o nieistniejącej doskonałości i pięknie tego, co niedoskonałe. Z każdą chwilą obezwładnia coraz bardziej i mimowolnie skłania do postawienia sobie pytania: jak my postąpilibyśmy na miejscu Ewy i Adama? To książka, o której można by było rozprawiać bardzo długo. Rozwodzić się nad postawami bohaterów, reakcjami otoczenia, niesprawiedliwością losu i wieloma innymi sprawami. A każde kolejne zdanie przywodzi na myśl następne tematy, którymi można by się zająć. Ja jednak już i tak dość mocno się rozpisałam, więc już na koniec dodam tylko, że serdecznie polecam zapoznać się z "Poczwarką".

"Tęsknota to także forma życia..."
9/10

niedziela, 17 sierpnia 2014

H. Murakami "Ślepa wierzba i śpiąca kobieta"



Wydawnictwo: Muza
Ilość stron: 510

Przyznam szczerze, że z początku nie szło mi czytanie tej książki. Nie potrafiłam zagłębić się w przedstawiane historie, nie całkiem wyłapywałam ich urok. Skończyło się na tym, że odłożyłam ją na półkę. I tak czekała. Gdy kolejny raz po nią sięgnęłam, planowałam poprzestać na jednym opowiadaniu. Zamiast tego zaczytywałam się w kolejnych, aż w końcu moje wątpliwości zniknęły i znów przypomniałam sobie, za co uwielbiam prozę tego pisarza. A z tego wyłania się prosty wniosek - nie ma sensu czytać niczego na siłę - zarówno my możemy na tym ucierpieć, jak i nawet bardzo dobra książka. Zamiast tego lepiej poczekać na odpowiedni nastrój. Ale już kończę te wywody, czas się skupić na książce.

Podejrzewałam, że trudno będzie ocenić tę książkę jako całość. Opowiadań jest naprawdę sporo, są bardzo różnorodne i właściwie nie mają żadnego punktu wspólnego, jak to było w przypadku "Wszystkie boże dzieci tańczą". Właśnie jego brak z początku budził moje wątpliwości, które jednak wkrótce zostały rozwiane. Ta wielorakość pozwala wyodrębnić najbardziej charakterystyczne dla autora zagadnienia, a także zdać sobie sprawę z wszechstronności poruszanych przez Murakamiego tematów. Dostajemy więc szereg różnorodnych, a jednak często do siebie podobnych bohaterów - mężczyźni, którzy bez skrupułów sypiają z mężatkami, pisarze, ci, którzy od zawsze wiedzieli, co będą w życiu robić, a także ci, którzy stale czegoś poszukują. Nie zabraknie również kobiet - spełniających się zawodowo, pewnych siebie, tajemniczych, czy też ulotnych, które z dnia na dzień mogłyby zniknąć z życia pozostałych bohaterów. Nie da się też pominąć często wykorzystywanej przez pisarza anonimowości - możemy poznawać czyjeś życie, jednocześnie nie mając pojęcia jak ma na imię, nie znając szczegółów, które normalnie uznalibyśmy za istotne. A jednak wszystko jest tak wyważone, by niczego nie zabrakło. Dość błahe tematy nabierają znaczenia dzięki pięknej oprawie w słowa, w pozornie zwyczajnych wydarzeniach można dostrzec ich wyjątkowość.

W "Robaczku świętojańskim" od razu rozpoznałam fragmenty "Norwegian Wood". Z początku było to trochę jak déjà vu, ale z każdym kolejnym zdaniem coraz bardziej utwierdzałam się w tym przekonaniu. I było to bardzo miłe spostrzeżenie, pokazujące, że wciąż całkiem nieźle tą powieść pamiętam, choć niektóre szczegóły już nie tak wyraźnie. Stanowiło to też dla mnie przypomnienie, że warto byłoby kiedyś do niej wrócić. W "Przypadkowym podróżnym" spodobało mi się pojawienie się Murakamiego we własnej osobie (choć i w innych opowiadaniach miałam wrażenie, że mocno utożsamia się z narratorem). Trochę wyjaśnień, te zwykłe-niezwykłe wydarzenia, które rzeczywiście go spotkały - odebrałam to wszystko trochę jak ukłon w stronę czytelnika i bardzo ten gest doceniam.

"Ślepa wierzba i śpiąca kobieta" (kolejny tytuł, który za nic nie chciał mi wejść do głowy) to całkiem udany zbiór opowiadań, który rzeczywiście świetnie ilustruje zmiany zachodzące w prozie autora oraz te jej punkty, którym wciąż pozostał wierny. Książka ta powinna przypaść do gustu zwłaszcza osobom, które znają już Murakamiego z innych jego dzieł, więc to właśnie im polecam ją najbardziej.

"Przyzwyczajenie to zadziwiająca rzecz. Wystarczy, żeby zabrakło jednego elementu,
i człowiek się czuje, jakby kawałek świata go porzucił."
9/10

czwartek, 12 czerwca 2014

C. R. Zafón "Marina"



Wydawnictwo: MUZA
Ilość stron: 304

"Marina" to ostatnia z powieści Zafóna zaliczających się jeszcze do młodzieżowych i jednocześnie ta, którą - jak sam autor twierdzi - darzy szczególnym sentymentem.  A choć nie czytałam jeszcze późniejszych jego dzieł, nie dziwię się, że tak właśnie jest. Ale o tym za chwilę...

Tajemnicze uliczki Barcelony, a gdzieś pośród nich z pozoru opuszczony dom, w którym jakby za zrządzeniem losu Óscar poznaje Marinę, piękną i równie zagadkową, jak otaczające ich miasto. Ale to nie koniec zbiegów okoliczności, gdyż już wkrótce ta dwójka nieświadomie wplątuje się w niebezpieczną sprawę, która od lat pozostaje poza świadomością ogółu. I może właśnie tak powinno zostać...

"Czas robi za ciałem to samo co głupota z duszą."

Choć był to początek czegoś niespodziewanego, nie musiało minąć dużo czasu, by niedawne wydarzenia stały się jedynie niewyraźnym zarysem, bliżej niesprecyzowaną obawą. Przynajmniej na razie. Tymczasem Óscar raz po raz wymyka się ze szkoły z internatem i spędza kolejne dni w towarzystwie Mariny i Germana, jej ojca, czując, że w końcu znalazł swoje miejsce. Nie są to jednak chwile pozbawione trosk, gdyż Óscar, choć niewtajemniczony w szczegóły, zdaje sobie sprawę, że za jakiś czas mogą nie spotkać się już w tym samym składzie.

A jednak wkrótce tajemnicze wydarzenia zaczynają konkurować z niezwykłą codziennością bohaterów, aż w końcu stają się na tyle poważne, na tyle natarczywe, by zdominować troski dnia powszedniego. Óscar i Marina wkraczają na pełną niebezpieczeństw drogę do poznania prawdy o pewnym okrytym złą sławą człowieku, Michale Kolveniku. Nie zabraknie elementów grozy, chociażby groteskowych postaci, zniekształconych chorych ludzi i bardzo nietypowych upodobań. Znajdzie się też miejsce na miłość, choć w dość niespodziewanej formie.

Przepełniona baśniowością, podszyta mrokiem - tak właśnie w dużym skrócie opisałabym "Marinę". Powieść ta jest inna od poprzednich dzieł autora (a tak się składa, że czytałam je zgodnie z kolejnością ich powstawania), jakby dojrzalsza, czy nawet lepiej przemyślana Jest magiczna, ujmuje swoim urokiem, na który składa się wiele czynników - od tytułowej bohaterki, poprzez malowniczą scenerię, aż po skrywaną od lat tajemnicę pełną sprzecznych emocji i ludzkich tragedii.

"Czasami to, co najbardziej prawdziwe, dzieje się tylko w wyobraźni. Wspominamy tylko to, co nigdy się nie wydarzyło."

Spośród bohaterów na pierwszy plan wybija się Marina - piękna, inteligentna i pełna zalet, jednak nie miałam wrażenia, by była zbytnio wyidealizowana. A jeśli już, to jedynie z powodu narracji z perspektywy Óscara, całkowicie podporządkowanego swojej fascynacji dziewczyną. German z kolei zwykle żyje jakby w półśnie - jak przystało na niezwykłego artystę, którym kiedyś był. Cóż, ten starszy pan z pewnością zasługuje na sympatię ze strony czytelnika. O innych nie będę się wypowiadać, gdyż bliżej można ich poznać wraz z rozwojem fabuły. Mogę jednak zapewnić, że znajdzie się tu jeszcze kilka ciekawych charakterów.

"Marina" naprawdę wciągnęła mnie w swój świat, zasypała mnogością wartych zapamiętania cytatów, zainteresowała niezwykłą tajemnicą, a także zaskoczyła niespodziewanym zakończeniem. Poza tym emocje bohaterów były tu równie ważne, jak tragiczna historia Kolvenika, co uważam za dobre rozwiązanie.Tak jak i autor, będę do tej książki żywić pewien sentyment, niewykluczone też, że za jakiś czas do niej wrócę, a jak na razie serdecznie ją polecam.

"Wszystkie baśnie są kłamstwem, choć nie wszystkie kłamstwa są baśniami."
9/10

piątek, 7 marca 2014

V. C. Andrews "Kto wiatr sieje"



Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 460
Seria: Dollanganger (cz. 4)

Po tak wielu już latach Cathy i Chris znów przestępują próg Foxworth Hall. Z tą jednak różnicą, że teraz jest on własnością Barta. Nie jest to już ten sam budynek, w którym niegdyś byli więźniami. Tamten dawno strawił ogień, teraz jest to ich dom. Zebrała się cała rodzina, niedługo mająca się powiększyć o kolejnego członka - dziecko Jory'ego i Melodie. A jednak nad Foxworth Hall wciąż zbierają się ciemne chmury... Dzięki fachowej pomocy Bart może normalnie funkcjonować w społeczeństwie. W każdym razie w pewnym stopniu, bo nadal bywa nieobliczalny i podatny na niewłaściwe wpływy. Sytuacji nie poprawia również niespodziewane odnalezienie się wujka Joela, brata Corrine, dotąd uważanego za zmarłego. Tak oto u boku Barta pojawił się kolejny starzec mącący mu w głowie i podburzający go przeciwko własnej rodzinie. Kolejnym nieszczęściom wprost nie było końca. A jedno z nich całkowicie zmieniło dotychczasowe życie Jory'ego...

Znając położenie tej rodziny było mi po prostu przykro. Są chwile, gdy żadne z wyjść nie jest dostatecznie właściwe, jednak w Foxworth Hall zdarzały się one nadzwyczaj często. Było mi szkoda Cathy, świadomej całej sytuacji, rozdartej pomiędzy miłością do swoich dwóch synów, których wzajemne interesy tak często bywały sprzeczne. Jak spełnić marzenie o pogodzeniu zwaśnionych członków rodziny, gdy wszystko sprzysięga się przeciwko nim? Z pewnością nie będzie to łatwe.

"Nadzieja... w tym ponurym domu zawsze czepialiśmy się nadziei, malowaliśmy ją na żółto - jak rzadko oglądane słońce."

To historia pełna bólu i rozpaczy, jednak nie zabrakło też miejsca na nadzieję. Razem z bohaterami doświadczymy wiele złych chwil, często przysłaniających im cały świat i wszystkie pozytywne aspekty życia. A jednak wciąż istniała dla nich nadzieja, jakiś powód, aby wciąż dawać z siebie wszystko. Znajdziemy tu zarówno kilka naprawdę silnych, godnych naśladowania osobowości, z Cathy na czele, jak i osoby mniej odporne na przeciwności losu, chociażby Melodie, która dotąd żyła jak księżniczka. Wyraźnie widać tworzący się między nimi kontrast. W chwilach wystawienia cierpliwości na próbę ujawniają się ciemne strony charakteru.

W wielu przypadkach sama nie wiedziałabym po czyjej stronie stanąć, nie dziwiłam się więc Cathy, jednak w pozostałych sytuacjach dla wielu była wzorem do naśladowania i bezpieczną ostoją. Również Chris pozostawał silny, jednak irytowały mnie niektóre jego postawy, chociażby przeświadczenie o nieszkodliwości Joela. Autorka naprawdę świetnie wykreowała postać Barta - ze skrytego, problematycznego, wręcz destrukcyjnego chłopca z kompleksem Edypa stał się równie problematycznym, jednak pewnym siebie, poszukującym własnego miejsca, zaradnym mężczyzną. Pokazał tu zarówno swoje złe, jak i dobre strony, czego próżno było szukać w "A jeśli ciernie". Bardzo dobrze wyszło również ukazanie Jory'ego, który po swojej osobistej tragedii musiał znaleźć dość siły, by dalej żyć. Znalazły się też osoby, którymi nieraz miałam ochotę potrząsnąć, chociażby błądząca jak cień Melodie oraz intensywnie przeżywająca swój okres buntu Cindy. Oczywiście, takie właśnie miały charaktery, jednak trudno było powstrzymać się od tego typu myśli.

"Taki jest właśnie Foxworth Hall. Gdy ktoś raz tu się znajdzie, trudno mu stąd uciec."

Przed snem wprost nie mogłam oderwać się od lektury. Następnie długo nie mogłam zasnąć, wciąż rozpamiętując losy bohaterów. Nieraz miałam w oczach łzy. Uważam, że z przeczytanych do tej pory książek z tej serii, to właśnie "Kto wiatr sieje" najbardziej dorównuje "Kwiatom na poddaszu". Naprawdę warto było ją przeczytać. W pewien sposób obawiam się tego, co mogę zastać w ostatniej części. A jednak jestem zdecydowana, by dokończyć to, co zaczęłam. Przecież już tak niewiele brakuje. Ale jeszcze nie teraz. Najpierw muszę to wszystko przetrawić. Muszę nabrać dystansu.

9/10
Kwiaty na poddaszu | Płatki na wietrze | A jeśli ciernie | Kto wiatr sieje | Ogród cieni