czwartek, 25 grudnia 2014

KattLett "Exitus Letalis" #1


Wydawnictwo: Kotori
Ilość stron:186
Tom: 1

Z internetowymi komiksami KattLett, chociażby "theRacist", miałam styczność już jakiś czas temu i polubiłam je. Miałam też okazję przeczytać pierwszy rozdział "Exitus Letalis", obecnie już na centrum mangi niedostępny i wyczekiwałam na możliwość poznania dalszej części. Jednak czas mijał, a po papierowym wydaniu ani śladu. Właśnie dlatego decyzja Kotori o wydaniu komiksu KattLett była dla mnie takim zaskoczeniem. I oczywiście nie mogłam nie skorzystać z tej okazji.

Eva Monroe pomimo bardzo młodego wieku jest już wykwalifikowanym psychologiem pracującym dla tajnej organizacji międzynarodowej KZU. W ramach swojego pierwszego zadania została wysłana do Norwegii, gdzie miała się zająć grupką mężczyzn, których przeżycia związane z wojną mocno odbiły się na ich psychice. A jednak na miejscu zamiast nieco trudnych w obejściu starszych panów zastała cały wianuszek młodych przystojniaków. Choć trudne charaktery to oni rzeczywiście mają. Każdy przyzna, że miała prawo czuć się zdezorientowana. Jak się wkrótce okazało, większość informacji na temat jej nowych pacjentów jest ściśle tajnych, zwłaszcza niezbywalny fakt ich nieśmiertelności. Co więcej nie wszyscy są zachwyceni jej przybyciem, nie wspominając już o jawnej niechęci co najmniej jednego z nich. Czy Eva poradzi sobie z powierzonym jej zadaniem pomimo niezliczonych przeciwności, które na nią czekają? A może da za wygraną już na starcie?

W rezydencji "Niflheim" zdecydowanie nie ma miejsca na nudę, a to wszystko za sprawą jej bardzo nietypowych mieszkańców. Podopieczni zarządzającego wszystkim Hrabiego cierpią na cały szereg chorób i przypadłości, zarówno fizycznych, jak i psychicznych. Mamy więc schizofrenika, homo-sadystę, rozdwojenie jaźni (notoryczny podrywacz lub małe dziecko) i gościa nie odczuwającego bólu. To wciąż nie wszyscy, jednak schorzenia pozostałych nie są mi jeszcze do końca znane. Jest też charakterna kucharka, zaprzyjaźniona pani doktor i jej kłopotliwy młodszy brat.

Nasza główna bohaterka również nie należy do grona całkiem zwyczajnych ludzi. Po pierwsze, jest uznawana za geniusza, po drugie, cierpi na narkolepsję, a jej umiejętności retrokognicji stanowią nadzieję na rozwiązanie tajemnicy otaczającej mieszkańców "Niflheim". Poza tym ma za sobą ciężkie przeżycia.

Język, jakim posługuje się autorka nie każdemu przypadnie do gustu - ja sama mam co do niego wątpliwości - jednak jest on charakterystyczny dla prac KattLett. Jest bardzo swobodny. Nie brakuje tu wulgaryzmów i zwrotów skrajnie potocznych. Dość ordynarne żarty też nie są rzadkością. Poza tym autorka potrafi w ciągu jednej chwili przejść od wydarzeń poważnych do tych lekceważących czy wręcz prześmiewczych. Autorka czerpie całymi garściami z najróżnorodniejszych źródeł - religia, mitologia, medycyna, psychologia... Widać, że nie brak jej inspiracji ani odwagi do stosowania mniej lub bardziej kontrowersyjnych zagrań (dość irytujące było dla mnie zrobienie z księdza kompletnie oszalałego czarnego charakteru), a tworzenie tej historii stanowiło dla niej pewien rodzaj zabawy.

Kreska może i nie jest idealna, jednak mi bardzo się podoba. Poza tym jest to istny raj dla miłośniczek bishów (pięknych panów), a i panie są tu całkiem urodziwe. W środku znajdziemy również kolorową stronę. Tła bywają dość oszczędne, często też są po prostu białe. A pod względem technicznym? Tomik jest porządnie wydany w powiększonym formacie, bez obwoluty. Właściwie przyczepić się mogę jedynie do rozmazanego w paru miejscach tuszu, który nieco psuł całokształt.

"Exitus Letalis" (po polsku oznaczające śmierć) to prawdziwa mieszanka wybuchowa, która nie jest przeznaczona dla każdego. Z tego powodu potencjalnym czytelnikom proponuję najpierw przyjrzeć się dostępnym na centrum mangi komiksom KattLett i dopiero wtedy podjąć decyzję. Ja sama polubiłam tę historię i z chęcią zapoznam się z dalszymi losami bohaterów, dlatego też zachęcam do dania autorce szansy.

7/10

sobota, 20 grudnia 2014

M. Musierowicz "Wnuczka do orzechów"


Wydawnictwo: Akapit Press
Ilość stron: 265
Seria: Jeżycjada (20)

Minęło już trochę czasu, odkąd miałam okazję spędzić czas w towarzystwie rodziny Borejków. Wiązało się z tym sporo oczekiwań, a także i obawa, że to już nie będzie to samo. Jak się okazało - całkiem niepotrzebna, gdyż po początkowym zdezorientowaniu spowodowanym pojawieniem się nowej bohaterki, na scenę wkroczyła Ida, która z marszu rozwiała wszystkie moje wątpliwości.

A więc co tym razem wymyśliła nasza rudowłosa (obecnie już nie tak młoda) pani doktor? No cóż, po nabawieniu się kontuzji postanawia zaszyć się gdzieś w leśnej głuszy i w miłym towarzystwie spędzić cały swój urlop. A ponieważ Dorocie, jej młodej, tryskającej pozytywną energią wybawicielce (w dodatku szczerze zainteresowanej medycyną) najwyraźniej brakuje towarzystwa, Ida (z nadzieją na zapewnienie siostrze idealnej synowej) postanawia sprowadzić tam również Ignacego. Ale czy wciąż przeżywający niedawny zawód miłosny chłopak w ogóle dostrzeże intencje ciotki? I czy aby na pewno ta dwójka do siebie pasuje?

Teraz czas na parę słów na temat tytułowej bohaterki. Dorota to sympatyczna, odpowiedzialna i pewna siebie realistka, której od dziecka wpajano zachowanie dystansu do relacji damsko-męskich. Nie dla niej wszelkie nowinki techniczne, ona woli pracę w gospodarstwie i obcowanie z naturą, która na każdym kroku daje powody do zachwytu. Stanowi więc całkowite przeciwieństwo nieporadnego, cechującego się ogromnym sentymentalizmem i uczuciowością Ignacego, który w dodatku bywa nieco zadufany w sobie. Ta diametralna różnica nie tylko niechybnie prowadzi do wielu zabawnych sytuacji, ale i daje Ignasiowi możliwość pewnych zmian na lepsze (na całe szczęście, bo bywał irytujący).

"Czasem, widzisz, wystarczy, że jeden człowiek nie zapomni jak to jest: być człowiekiem."

Nie zabraknie oczywiście innych, znanych nam z poprzednich części bohaterów. Znajdzie się okazja, by dowiedzieć się co nieco o obecnym życiu wielu z nich, jeśli nie bezpośrednio, to z relacji pozostałych członków rodziny. Nie mogłabym też nie wspomnieć o Józefie, który we "Wnuczce do orzechów" odegra sporą rolę. Jaką? Hm... Może jednak pozwolę Wam odkryć to samodzielnie. Sporo do powiedzenia będzie miała oczywiście Ida - wzorowa lekarka oraz kochająca, choć nieco szurnięta żona, matka i siostra, która pomimo upływu lat nie straciła nic ze swojej dawnej żywotności.

Zakończenie uważam za lekko przesłodzone. Cała seria nie jest pozbawiona szczęśliwych zbiegów okoliczności czy lekkiego wyidealizowania niektórych postaci, jednak towarzyszący temu wszystkiemu humor (Ida, mój mistrzu!) sprawnie odwraca od tego uwagę. Pod koniec mi tego zabrakło, przez co nie obyło się bez pewnego przedramatyzowania. Mimo to dwudzieste już spotkanie z rodziną Borejków było dla mnie bardzo przyjemnym doświadczeniem. A teraz pozostaje mi cierpliwie czekać na kolejną część serii - "Feblik".

"Fatum to złośliwe bydlę."
7/10

piątek, 12 grudnia 2014

M. Quick "Niezbędnik obserwatorów gwiazd"


Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 313

Pełne zagrożeń Bellmont, którym rządzi przestępczy półświatek z pewnością nie jest miejscem, w którym chciałoby się spędzić resztę swojego życia. Dlatego też Finley i Erin od zawsze marzyli, by się stamtąd wyrwać. I tak też planują zrobić, gdy tylko skończą szkołę. A tymczasem spędzają razem mnóstwo czasu i wytrwale trenują koszykówkę, w której dziewczyna upatruje swoją przyszłość. Pewnego dnia trener prosi Finley'a o przysługę. Tak oto rozpoczyna się jego znajomość z Russem,  wschodzącą gwiazdą koszykówki, który z powodu przeżytej traumy wciąż obstaje przy swoim pozaziemskim pochodzeniu.

Już sam pomysł, by to biali byli mniejszością jest dość niespodziewany i przyznam, że sprawdził się tu świetnie. Cały ten półświatek, mafijne zatargi, rządzące tam bezwzględne zasady, którym każdy musiał się podporządkować - wszystko to stanowiło nie tylko wyśmienite tło do tej historii, ale i czynnik warunkujący wiele spośród cech naszych bohaterów. Miałam jednak wrażenie, że te wydarzenia rozgrywają się gdzieś obok, nie do końca odczuwałam ich powagę. Przyczyną mogło być po części naprawdę lekkie pióro autora (to oczywiście jak najbardziej na plus), które znacznie ułatwia odbiór powieści, pomimo poruszanych w niej tematów. A te do najlżejszych nie należą. Nie brakuje też humoru, a i niektóre z zachowań Russa potrafią znakomicie rozładować napięcie.

Bohaterom nie mam właściwie nic do zarzucenia - byli realni i dobrze wykreowani. Od razu polubiłam Russa pomimo całego jego zachowania. Było widać, że to naprawdę sympatyczny, choć z powodu swojej sytuacji mocno zagubiony chłopak. Erin nie brakuje zdecydowania i pewności siebie. A Finley? O nim można by było napisać całkiem sporo, gdyż na jego osobowość składa się naprawdę wiele czynników. Ostatecznie ten zwykle cichy i ustępliwy chłopak potrafi być również uparty i zdecydowany. Nie brakuje mu też pewnych wad.
"Milczenie zawsze było moim »trybem domyślnym« - najlepszą obroną przed resztą świata."
Finley nie chce przyznać, że doskonale wie, dlaczego to właśnie jego trener poprosił o opiekę nad Russem. Będzie też musiał stoczyć walkę ze sprzecznymi uczuciami - wie, że powinien pomóc nowemu przyjacielowi, a jednak wciąż obawia się straty swojego miejsca w drużynie. Czasami nie dowierza Russowi, innym razem dziwi się, jak oddanym jest przyjacielem. Wie, że gdy chodzi o koszykówkę zachowuje się wobec niego nie w porządku, a jednak nie potrafi inaczej. Czy w końcu znajdzie rozwiązanie? Jak bardzo może się to wszystko skomplikować?

Jakoś trudno było mi zacząć pisać o tej książce. W głowie kłębiły mi się różne myśli, jednak nie chciały układać się w słowa. Nie mogłam się też zdecydować, jaką ocenę jej wystawić. Bo czytało mi się naprawdę przyjemnie, a bohaterów dało się lubić, zwłaszcza Russa, który od razu zaskarbił sobie moją sympatię. Znalazło się też sporo ciekawych cytatów. A jednak książka nie wywarła na mnie jakiegoś znacznego wpływu, nie pozostawiła ogromnych wzruszeń. Mimo to szczerze ją polecam. Przeczytanie jej było dobrą decyzją i pozostawia nadzieję na kolejne miło spędzone chwile przy pozostałych powieściach autora. Oby jak najprędzej.

"Nie zawsze można wybrać rolę, jaką będzie się odgrywać w życiu, lecz cokolwiek by ci się trafiło,
 dobrze tę role grać najlepiej, jak się potrafi."
7+/10

piątek, 5 grudnia 2014

A. C. Doyle "Znak czterech"


Wydawnictwo: REA-SJ
Seria: Sherlock Holmes (2)
poprzednia część: "Studium w szkarłacie"

Czym można zastąpić narkotyk? Dla Sherlocka Holmesa odpowiedź jest prosta - zagadką. Najlepiej taką, którą rozwiązać mógłby tylko on. Tajemnicza śmierć, nigdy niewyjaśnione zniknięcie, otrzymywane co roku perły, enigmatyczny znak czterech na miejscu zbrodni, bezcenny skarb, zdrada, niewyrównane rachunki i wiele innych z pozoru nieskładnych szczegółów - coś takiego powinno się nadać. A to wszystko za sprawą Mary Morstan, która pewnego dnia zapukała do ich drzwi.

Co się zmieniło od czasu "Studium w szkarłacie"? Jak na razie niewiele. Watson wciąż nie może wyjść z podziwu dla niezwykłych umiejętności Holmesa i oburza go myśl o tym, że zasługi jego przyjaciela mają przypaść w udziale komuś innemu. Martwi się również o jego zdrowie, gdyż z braku zagadek, które mogłyby go na dłuższy czas zająć, Holmes bez żadnego skrępowania sięga po kokainę czy morfinę. Ujawnia się też nadmierne zainteresowanie Sherlocka rozwiązywanymi zagadkami - nie potrafi zaznać spokoju, dopóki sprawa całkowicie się nie wyjaśni. Nabiera również skłonności do filozofowania na różne tematy. Przy okazji próbuje nakłonić Watsona, by i on spróbował sztuki dedukcji, którą przecież tak podziwia.

Pojawia się również wątek romantyczny z Watsonem i Mary w roli głównej. A jednak nasz doktor obawia się, że ludzie posądzą go o chęć wzbogacenia się kosztem panny Morstan, która przecież wkrótce może się stać posiadaczką połowy bezcennego skarbu. Przynajmniej o ile wszystko pójdzie zgodnie z planem. Czy fortuna stanie na drodze do szczęścia tej dwójki? I czy oboje odwzajemniają swoje uczucia? Przy okazji ujawnia się tu spora różnica w światopoglądzie Holmesa i Watsona - chłodna, analityczna postawa i opanowanie tego pierwszego oraz skłonność do uczuciowości i łatwość w okazywaniu emocji doktora. Ale czy to nie dowodzi jedynie tego, że razem stanowią świetny duet?

Nie będzie nam dane samemu rozwiązać zagadki, gdyż Holmes praktycznie wszystkie informacje podaje nam jak na tacy. Mimo to znajdzie się parę szczegółów, które i jego wprawią w zaskoczenie. Pojawią się pewne okoliczności, które utrudnią śledztwo, możemy też liczyć na to, że bohaterowie uprzyjemnią nam chwile spędzone na lekturze, a i sama historia kryjąca się za całą tą intrygą wypada całkiem nieźle. Nieco przeszkadzało mi pozostawienie niektórych zwrotów, chociażby w języku niemieckim, nieprzetłumaczonych, bez żadnych przypisów - ostatecznie wolałabym przecież wiedzieć, o co chodziło w cytatach przytaczanych przez bohaterów. "Znak czterech" to bardzo dobra kontynuacja przygód Sherlocka Holmesa, która zdecydowanie zachęca do zapoznania się z kolejnymi dziełami autora.
"Zauważył, że choć pojedynczy człowiek stanowi zagadkę nie do rozwiązania, w większej grupie staje się matematycznym pewnikiem."
8/10

środa, 26 listopada 2014

A. Michaelis "Dopóki śpiewa słowik"


Wydawnictwo: Dreams
Ilość stron: 416

Zajrzyj do lasu przepełnionego pięknem, zajrzyj do kryjącego się pośród jego gałęzi domu pełnego luster i tajemnic. Odważysz się? Ale uważaj. Może się okazać, że zostaniesz tu na dłużej. Może się okazać, że nie będziesz już tą samą osobą. Lub nawet już nigdy nie powrócisz...

Jari Cizek, czyżyk, postanowił na pewien czas oderwać się od swojego zwyczajnego życia. Jego celem było zawędrować do lasu mieszczącego się gdzieś na granicy trzech państw - Polski, Czech i Niemiec. Zanim to nastąpiło poznał jednak Jaschę o przyciągającej wzrok, jednak niezbyt atrakcyjnej powierzchowności. Mimo to miała w sobie coś, co nie pozwalało mu tak po prostu odejść. Co więcej, po tym, jak weszli do lasu okazała się najpiękniejszą dziewczyną, jaką kiedykolwiek widział. Następnie dostaje zaproszenie do domu w środku lasu. Domu pełnego piękna, tajemnic i niebezpieczeństw. Las powoli zdradza swoje sekrety, jednak nigdy wszystkie naraz. Czy Jari zdoła przetrwać w grze, której zasad nie zna? Co go tu trzyma? Miłość, pragnienie piękna, czy może jeszcze coś innego? Jaka przeszłość kryje się za głębokimi, ciemnymi oczami Jaschy? Kim są trzy małe dziewczynki, które nie mają nikogo oprócz siebie nawzajem?

Uwielbiam styl pisania tej autorki. Choć czasami mogłabym stwierdzić, że jednak go nienawidzę. Bywa, że oba te uczucia oddziela bardzo cienka linia. Granica między snem a jawą jest tu niemal niedostrzegalna, gdzieś pośród wieczornych, nieprzeniknionych mgieł wraz z orientacją w terenie znika także poczucie czasu. Pozostają pułapki ze słów, ignorowane ostrzeżenia, dobrowolna izolacja i nieustanne próby odkrycia prawdy. Akcja rozgrywa się dwutorowo - poznajemy obecne losy Jariego oraz pewne wydarzenia z przeszłości, które raz rzucają na całą historię nowe światło, by następnie wszystko jeszcze bardziej zagmatwać i trzymać nas w niepewności do samego końca.
"No, przyjdź teraz, czekam - wyszeptał. Mówił do piękna, do złudy, do świata utworzonego przez las. - Przyjdź wreszcie i zrób ze mnie co chcesz. Teraz naprawdę jestem na to gotowy."
Jari to dość zwyczajny chłopak, nieustannie porównujący się do swojego przebojowego, bardzo żywiołowego przyjaciela, Mattiego, który pod wieloma względami jest jego całkowitym przeciwieństwem. W pewien sposób polubiłam ich obu, choć tego drugiego poznawałam głównie ze wspomnień Cizeka. A Jascha? O niej można by było sporo pisać. Tak bliska, a jednocześnie tak zdystansowana. Zaradna i przepełniona pewnością siebie, a jednak czasami tak bezbronna. To jedna wielka, urocza, utalentowana i pełna sprzeczności zagadka. Ale czy aby na pewno jedna?

Jest parę szczegółów, do których można by się było przyczepić - coś mogło  być mało prawdopodobne, mniej lub bardziej naciągane, coś mogło nawet graniczyć z niemożliwością. A jednak wszystkie tego typu myśli szybko ulatywały mi z głowy, gdyż bezsprzecznie dałam się omotać urokowi, jaki w swojej powieści roztacza Antonia Michaelis. Tej baśniowości podszytej mrokiem, melancholią i cierpieniem. Niejednoznaczności, która ostatecznie nie pozostawia praktycznie żadnych niedopowiedzeń. Pięknej otoczce, która skrywa za sobą brutalną rzeczywistość.

To powieść niezwykła, a jednak czasami tak przytłaczająca, że nachodziły mnie wątpliwości, czy rzeczywiście może się podobać. I nadal nie wiem, co o tym myśleć. Mimo to trudno nie docenić książki, która wywołuje tyle sprzecznych emocji. Wiem, że nie każdemu przypadnie ona do gustu, jeśli jednak chcecie się przekonać, co takiego kryje w sobie ta leśna gęstwina, serdecznie zachęcam.
"Ale kto umie patrzeć, widzi nie tylko piękno, widzi też cierpienie. Może lepiej być ślepym?"
8/10

sobota, 22 listopada 2014

J. Green, L. Myracle, M. Johnson "W śnieżną noc"


Wydawnictwo: Bukowy Las
Ilość stron: 335

Podejrzewam, że nie rozminę się za bardzo z prawdą, jeśli stwierdzę, że dla większości to właśnie Green był powodem do sięgnięcia po tę książkę. I tak też było w moim przypadku. Ale przecież nie tylko jego twórczość składa się na tę książkę. A więc jak wypadła całość?

Najpierw "Wigilijna podróż" Maureen Johnson. Jubilatka (tak, to właśnie jej imię) miała spędzić Wigilię ze swoim idealnym chłopakiem - inteligentnym, uprzejmym, popularnym... mam wymieniać dalej? Tymczasem dowiaduje się, że jej rodzice za sprawą, hm... nadmiernego zaangażowania w swoje hobby zostali zatrzymani w areszcie, a ona sama ma natychmiast wyjechać do dziadków na Florydę. I te plany zostają jednak pokrzyżowane, tym razem za sprawą wielkiej śnieżycy. Sama w obcym mieście? Do tego bez wsparcia ze strony chłopaka, który najwyraźniej znajduje czas na wszystko, tylko nie zainteresowanie własną dziewczyną. Czy może być jeszcze gorzej? A może jednak odtąd będzie tylko lepiej?

Z kolei John Green w "Bożonarodzeniowym cudzie pomponowym" znów sięga po motyw drogi, tym razem poprzez śnieżyce, a jej calem jest dotarcie do pełnego cheerleaderek Waffle House. Poznajemy Tobina, JP oraz Diuk, w której obaj chłopcy nie dostrzegają dziewczyny, a świetną kumpelę. Ale czy pozostanie tak na zawsze? Nie obejdzie się oczywiście bez pewnych utrudnień i to nie tylko w postaci ogromnych zasp śnieżnych, a cała wyprawa może zaowocować czymś więcej niż wątpliwą radością z przebywania pośród idealizowanych przez JP cheerleaderek. Na całe szczęście. Ale czy będzie łatwo?
"To, co dla jednych jest obłędem, dla innych stanowi gwarancję zdrowia psychicznego."
Całość zamyka "Święta patronka świnek" autorstwa Lauren Myracle. Addie wystarczyło małe nieporozumienie, trochę rozgoryczenia i za dużo alkoholu, by zepsuć coś naprawdę ważnego. Jak jej się wydawało, bezpowrotnie. Już samo to wprawiło ją w parszywy nastrój. Następnie usłyszała parę niedwuznacznych sugestii na temat swojego egocentryzmu, których nie chciała przyjąć do wiadomości. I w pewnym momencie zadała sobie pytanie: jeśli anioły istnieją, to gdzie się podziewa mój? A może jednak spotka na swojej drodze kogoś, kto pomoże jej się zmienić na lepsze? Nawet jeśli będzie to wyglądało inaczej, niż przypuszcza. Do czegoś przecież musi się przydać ta cała magia świąt, prawda?

Przyznam, że spodobała mi się koncepcja opowiadań różnych autorów połączonych ze sobą kilkorgiem bohaterów i nie obraziłabym się za kolejne tego typu książki. Zamieć, pełno ozdób i innych szczegółów świetnie wprowadza w zimowo-świąteczną atmosferę - to trzeba przyznać. Nie są to historie szczególnie odkrywcze, w pewnych momentach są mocno przewidywalne, zwłaszcza druga, gdzie finału można się było domyślić na samym początku. Mimo to czyta się je całkiem przyjemnie, w czym spory udział miała duża dawka humoru i bohaterowie, których da się lubić. A jednak nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że każde kolejne opowiadanie jest gorsze od poprzedniego.
"Kiedy masz szesnaście lat, musisz być geniuszem w sztuce niedopowiedzeń."
Najlepiej wypadła więc "Wigilijna podróż" - ciepła, choć nie zawsze przepełniona optymizmem opowieść z sympatycznymi bohaterami i nieco zwariowanymi rodzicami w tle. Greena dostajemy niewiele, a jego opowiadanie jest nieco krótsze od dwóch pozostałych. Tym, co najbardziej mi w nim przeszkadzało były ciągłe wzmianki na temat cheerleaderek (nabijanie się z nich naprzemiennie z zachwytami ze strony innych to taki do bólu amerykański schemat). Co więcej, tym razem autor nie wykazał się niczym szczególnym. W trzecim opowiadaniu prawie wcale nie wspomniano o cheerleaderkach, co nie zmienia faktu, że podobało mi się najmniej. Głównie ze względu na dość irytującą, użalającą się nad sobą bohaterkę. Końcówka była jednak naprawdę sympatyczna (bardzo lubię momenty, gdy okazuje się, że wszyscy bohaterowie w jakimś stopniu są sobie nawzajem znani lub dopiero się poznają), co nieco poprawiło mi odbiór całości.

Podsumowując, nie mamy co liczyć na niezwykle oryginalne historie. Mimo to wszechogarniający świąteczny klimat i (w większości przypadków) sympatyczni bohaterowie, których losy niejednokrotnie się krzyżują zdecydowanie umilają czas spędzony przy lekturze. Może nie jest to szczyt moich marzeń, może i oczekiwałam czegoś więcej, jednak nie jestem zawiedziona i nie zamierzam odradzać tej książki zainteresowanym.

6/10

sobota, 15 listopada 2014

Stosik 07/2014

Nie spodziewałam się, że tyle się tego uzbiera, a jednak stało się. Ale teraz już koniec. Wszem i wobec ogłaszam, że dopóki nie zmniejszę ilości nieprzeczytanych książek piętrzących się na półkach, nie będę kupować kolejnych (no, w przyszłym tygodniu zrobię wyjątek dla Greena). I mam nadzieję, że uda mi się wywiązać z postanowienia. Przecież tacy chociażby "Tancerze burzy" czekają na swoją kolej niemal od roku... Czas coś z tym zrobić.

Na początek zakładki mangowe, które dostałam gratis do zamówienia. Spodziewałam się, że będą większe, jednak nie narzekam, bo prezentują się całkiem nieźle.
Karakarakemuri "Śmiech w chmurach" (1) - Jakoś tak zainteresowała mnie ta manga, no to kupiłam. Jak na razie trudno powiedzieć coś więcej o fabule, jednak zapowiada się nieźle. Poza tym muszę pochwalić śliczne wydanie, matową obwolutę i  lekko mieniące się na złoto detale. Po prostu aż chce się na to patrzeć! Dołączony do preorderu plakat niestety dotarł do mnie nieco przetarty na zagięciach.
Kazue Kato "Ao no Exorcist" (7) - Jak zwykle miło się czytało, a obwoluta z Konekomaru otoczonym tymi wszystkimi maneki neko wygląda naprawdę uroczo. ;3
Nokuto Koike "6000" (4) - Ostatni tom. Właściwie nie wiem, czego się spodziewałam, jednak szału nie było. Poza tym niektóre słowa były przycięte
Shirow Miwa "DOGS" (8) - Ostatnio było sporo poplątania, jednak wydaje mi się, że sytuacja powoli się klaruje. Co prawda nie jest to już lekka akcja rodem z pierwszych tomików, kiedy to wciąż zapoznawaliśmy się z bohaterami, jednak wciąż jest całkiem nieźle
Yana Toboso "Kuroshitsuji" (17-19) - Ostatnio trochę zaniedbałam Kurosza, jakoś nie chciało mi się go nawet czytać, jednak byłam ciekawa nowego wątku (choć najpierw czekało na mnie jeszcze zakończenie poprzedniego), więc postanowiłam to nadrobić. Zaczęło się całkiem nieźle, a obwoluta z Cielem świetnie wygląda.
Akino Matsuri "Pet Shop of Horrors" (4) - Miło było znów powrócić do Hrabiego D i detektywa Orcota, a pełna róż obwoluta całkiem nieźle się prezentuje.
Chihiro Tamaki "Walkin' Butterfly" (4) - Nie wiem czego się spodziewałam po ostatnim tomiku, jednak jak dla mnie było tu nieco za dużo słodzenia. Mimo to perypetie Michiko z pewnością będę miło wspominać.
Kaoru Mori "Opowieść panny młodej" (2) - Ach ta piękna, dokładna kreska! Do tego jeszcze przesympatyczni bohaterowie i ich codzienne życie. Ja chcę więcej! :3

Joanna Chmielewska "Lesio" - już od dawna planowałam znów sięgnąć po twórczość Chmielewskiej, a że akurat trafił się "Lesio", którego jeszcze nie czytałam i to za jedyne 5,99... Przecież nie mogłam przepuścić takiej okazji
Joanna Chmielewska "Wszyscy jesteśmy podejrzani" i "Krokodyl z kraju Karoliny" - nie planowałam kupować kolejnych książek z tej serii wydawniczej, jednak te dwie zawdzięczam mamie, która je zauważyła i uznała, że kupi ;3
M. Strandberg, S. B. Elfgren "Krąg" - z wymiany
A. Pilipiuk "Oko Jelenia: Droga do Nidaros" - z biblioteki, już od jakiegoś czasu planowałam zapoznać się z twórczością tego autora. Co prawda chciałam zacząć od "Kronik Jakuba Wędrowycza", ale akurat nie znalazłam ich w bibliotece. Może lepiej było poczekać...
Antonia Michaelis "Dopóki śpiewa słowik" - z Targów, zakup planowany już od dawna, ale jakoś nie było okazji, przeczytane, już niedługo recenzja
Leonardo Patrignani "Wszechświaty" - z Targów, zakup całkowicie spontaniczny, po prostu uznałam, że jednak skuszę się na książkę podpisaną przez autora
Matthew Quick "Niezbędnik obserwatorów gwiazd" - zakup planowany od dawna, przeczytane