poniedziałek, 13 kwietnia 2015

S. Simukka "Czerwone jak krew"

Wydawnictwo: YA!  |  Ilość stron: 256  |  Seria: Lumikki Andersson (1)
Gdy Lumikki jak co dzień weszła do szkolnej ciemni, jej oazy spokoju, nie była przygotowana na to, co tam zastała. Widok ociekających rozwodnioną już krwią banknotów był dla niej szokiem. A to tylko pierwsze z wydarzeń prowadzących do uwikłania się w pewną niebezpieczną historię. Czy dziewczyna będzie w stanie wyjść z tego bez szwanku?

Skąd na podwórku szkolnej piękności wzięła się torba pełna zakrwawionych pieniędzy? Trafiła na niewłaściwy trawnik? A może jednak to ukochany tatuś Elisy, szanowany policjant jest zamieszany w szemrane interesy? Gdy staje się jasne, że Lumikki dowiedziała się o pieniądzach, Elisa korzysta z okazji, by podzielić się z nią swoimi obawami. Z kolei nasza dotąd unikająca kłopotów jak ognia bohaterka nie potrafi odmówić tak bezpośredniej prośbie i tym samym brnie coraz dalej w nieswoje sprawy, wystawia się na niebezpieczeństwo dużo większe niż troje znajomych, którzy znaleźli pieniądze. Podejmuje ryzyko dla osób, z którymi do tej pory nie zamieniła praktycznie ani słowa.

"Była sobie raz dziewczynka, która nauczyła się bać."

Książkę czyta się szybko i sprawnie, po części dzięki krótkim rozdziałom. Nie znajdziemy tu też przydługich opisów. Poza tym potrafi wciągnąć, a rozgrywające się wydarzenia mamy okazję poznawać z różnych perspektyw. Warto wspomnieć o tym, że autorka inspirowała się bajką o Królewnie Śnieżce, choć nie na tyle, by powieść stała się przewidywalna. Znajdziemy tu kilka jej fragmentów, a także bezpośrednie nawiązanie, jakim jest imię głównej bohaterki, ponieważ Lumikki jest właśnie odpowiednikiem naszej Śnieżki. Mroźna zima jest dla tej historii ciekawym tłem. Śnieg nadaje pewnego klimatu, utrudnia ucieczkę, zabarwia się na czerwono.

Spotkałam się z porównaniem Lumikki do Holmesa. Przyznam, że jest w tym trochę prawdy, jednak nie potrafię się z tym całkowicie zgodzić. Lumikki wykształciła pewien mechanizm obronny, z którego do tej pory korzystała jedynie dla własnych potrzeb i nie uległoby to zmianie, gdyby nie została wmieszana w tę sprawę. Można powiedzieć, że jej umiejętności są przesadzone. Można to też zrzucić na karb przystosowania do niesprzyjających warunków, do których niewątpliwie można zaliczyć dręczenie, jakiego doznawała w przeszłości. Jedno jest pewne - gdyby Lumikki choć trochę bardziej przypominała rozpieszczoną Elisę, jej szanse na wyjście cało z tej niespodziewanej sytuacji drastycznie by spadły. Poza tym jej działania wcale nie były tak doskonałe, popełniała błędy jak każdy.

"Nie zbieraj sił, aby się mścić. Zbieraj siły, aby uniknąć sytuacji, po której mogłabyś szukać zemsty."

To dziewczyna nieco pesymistycznie nastawiona do świata, a jednak bardzo wytrwała i pewna siebie. Nie jest osobą, która pogrąża się w beznadziei. Zamiast poddawać się, walczy do końca i zawsze szuka rozwiązania, jednak widać, że przeszłe zdarzenia mocno odcisnęły na niej swoje piętno. Choć jest silna, brzydzi się przemocą, ponieważ sama jej doświadczyła. Można się zastanawiać, dlaczego Lumikki nie powiedziała nikomu o swoich problemach, jednak właśnie takie nastawienie panuje w jej domu, gdzie o złych rzeczach się po prostu nie rozmawia. Ale dlaczego? Czyżby nie tylko ona ukrywała dramatyczne wydarzenia? Odpowiedź na to mogą przynieść dopiero kolejne tomy.

Do "Czerwone jak krew" podchodziłam z pewnym przymrużeniem oka chociażby ze względu na nieco zbyt wymyślne niebezpieczeństwa, z którymi musiała się zmierzyć Lumikki. Wciąż jest to jednak ciekawa i wciągająca lektura z wartką akcją i inteligentną główną bohaterką, na której przeczytanie nie zaszkodzi się skusić. Chętnie zapoznam się także z pozostałymi częściami "barwnej" trylogii.

"W domu wytapetowanym milczeniem nie można ni stąd, ni zowąd zaczynać generalnego remontu."

piątek, 3 kwietnia 2015

Podsumowanie anime na zimę 2014/15

Planowałam jeszcze obejrzeć "Durarara! x2 Shou", jednak jakoś tak się złożyło, że wciąż nie dokończyłam pierwszej serii. No cóż, to się jeszcze nadrobi. Poza tym uznałam, że od teraz w podsumowaniach będę na końcu wymieniać utwory, które najbardziej przyciągnęły moją uwagę.

Akatsuki no Yona
Ilość odcinków: 24
Ocena: 8
* kontynuacja poprzedniego sezonu

Wydarzenia wciąż toczą się swoim własnym rytmem, w sam raz, by w ciągu tych 24 odcinków spotkać wszystkie cztery smoki. Bardzo polubiłam Yonę (innych bohaterów z resztą też), a zmiana, jaka w czasie całej serii w niej zaszła została świetnie ukazana. No i ten płomienny wzrok, który może strwożyć nawet skończonego łotra (chyba nigdy mi się to nie znudzi :D). Bywa jednak dość nieuważna i nie dostrzega tego, co czuje do niej Hak. Poza tym muszę przyznać, że Soo-won mi w pewien sposób zaimponował.
Przechodząc do kwestii muzyki, opening jest ciekawy, choć zdecydowanie odmienny od poprzedniego, jednak to bardzo klimatyczny ending zwrócił moją uwagę.
Przyznam, że z początku nie spodziewałam się po tym anime wiele, a jednak dostałam przyjemną, niebanalną serię, z którą szkoda było mi się rozstawać. Z tego też powodu postanowiłam dalej śledzić losy Yony, tym razem za sprawą mangi. Już pod koniec kusiło mnie, żeby przeczytać mangę zamiast czekać na kolejny odcinek, jednak ostatecznie wolałam najpierw skończyć anime. Nie obraziłabym się też za kontynuację.

Aldnoah.Zero 2
Ilość odcinków: 12
Ocena: 7

No cóż, powrót wydawał mi się nieco naciągany, pełen szczęśliwych zbiegów okoliczności. Bywało pretensjonalnie, a Inaho stał się jeszcze większym ważniakiem niż dotychczas, ale jakoś przestało mi to przeszkadzać. Co więcej, okazało się, że dalsze wydarzenia przybrały naprawdę ciekawy obrót. Jeśli chodzi o Slaine'a, przez długi czas nie wiedziałam, co myśleć o jego postawie, decyzjach, których nie zamierzał odwoływać bez względu na wszystko. Następnie Inaho ze swoim zaawansowanym technicznie okiem, dzięki któremu mógł działać jeszcze lepiej niż dotąd (i jakoś mnie to nie denerwowało). Postać Lemriny, naszej zastępczej księżniczki, była dość ciekawa, a jako ciekawostkę dodam, że jeden z Rycerzy Orbity Versu nazywał się Mazurek. :D
Muzyka i tym razem robi wrażenie, zarówno opening, jak i ending, a całość bardzo przyjemnie się ogląda. Myślę, że kontynuacja była lepsza od poprzedniej części. Co do zakończenia... było w porządku, chociaż przyszło jakoś tak... zwyczajnie? Tak czy inaczej, nie narzekam.

Ansatsu Kyoushitsu
Ilość odcinków: 22
Ocena: 7
*trwające

Z początku nie planowałam zabierać się za to anime, więc bardzo się cieszę, że jednak zmieniłam zdanie. Ostatecznie obejrzałam pierwszy odcinek, a wraz z kolejnym spodobało mi się jeszcze bardziej. Sama chciałabym mieć takiego nauczyciela. Moim pierwszym skojarzeniem było "Danganronpa", jednak szybko stwierdziłam, że "Ansatsu Kyoushitsu" jest lepsze. Nie brakuje tu zarówno humoru, jak i nieco poważniejszych tematów, a Koro-sensei, pomimo swoich niezliczonych dziwactw, jest świetnym przykładem na to, jaki powinien być nauczyciel z pasją. Do tego dochodzi jeszcze sama koncepcja wyszydzanej przez wszystkich klasy wyrzutków, której istnienie ma motywować pozostałych uczniów do jeszcze cięższej pracy. Poza tym sam Koro-sensei, jego przeszłość i cele, są owiane tajemnicą. Mogę więc uznać "Ansatsu Kyoushitsu" za bardzo pozytywne zaskoczenie. Opening z początku wydawał mi się dość dziwny, jednak szybko wpada w ucho, a jego stylistyka dobrze pasuje do tej serii. Ending bardzo polubiłam, przyjemnie się go słucha.
"Zabijanie kieruje się tymi samymi zasadami co uczenie: wyćwicz podstawy, a dobrze ci one posłużą."

Death Parade
Ilość odcinków: 12
Ocena: 8

OVA "Death Billiards" było ciekawe, więc gdy tylko dowiedziałam się o tym anime wiedziałam, że na pewno je obejrzę. Pośmiertne wyroki wydawane na podstawie gier, ujawniające największe słabości - to tematy, z których można wiele wyciągnąć. W przeciwieństwie do OVA, tutaj jest nam dane bliżej poznać zarówno bohaterów, jak i zasady panujące w tym tajemniczym miejscu. Również osądy nie będą tak niejednoznaczne, choć wciąż pojawiają się kwestie sporne.
Dość niespodziewany okazał się kontrast między tematem śmierci a wesołym (i moim zdaniem naprawdę udanym) openingiem. Ending (również warty uwagi) był już bardziej w klimacie tej serii. Kreskę (nie wspominając już o szczegółowych, bardzo klimatycznych tłach) i fioletową kolorystykę zdecydowanie oceniam na plus.
"Death Parade" z powodzeniem balansuje gdzieś na granicy serii rozrywkowej a tej pretendującej do miana ambitnej. I ja to kupuję! Jedyną wpadką był według mnie odcinek, w którym  zapoznajemy się z metodami osądu Gintiego - tam było zdecydowanie za dużo fanserwisu. Tak czy inaczej, anime to porusza sporo poważnych tematów - nie tylko zachowanie ludzi pod ogromną presją, ale i natury samych osądów, ich słuszności i prawa do nich. Nie jest to jednak seria całkowicie epizodyczna, w całość łączy ją Decim oraz sprawa kryjąca się za obecnością tam jego asystentki. Jedne odcinki mogą przynieść naprawdę wiele wzruszeń, inne już trochę mniej, jednak myślę, że warto dać temu anime szansę.

Garo: Honoo no Kokuin
Ilość odcinków: 24
Ocena: 7
* kontynuacja poprzedniego sezonu

Sprawy przybrały dość niespodziewany obrót, zwłaszcza jeśli chodzi o głównego bohatera, jednak nie uważam tego za minus. Wciąż też zastanawiałam się, o co dokładnie chodzi z nowym zadaniem Hermana, cały czas wierzyłam, że musi się za tym kryć coś więcej. Znajdziemy tu sporo postaci, które naprawdę da się lubić, i kilka mocnych, kobiecych charakterów (czego przykładem jest chociażby Ema). Anime to roztacza wokół siebie dość nietypowy klimat, co sprawia, że nawet jeśli nie jest ono pozbawione chwytów typowych dla japońskich produkcji, nie rzuca się to tak bardzo w oczy.
Bardzo dobrze widoczna jest wewnętrzna przemiana Leona - stopniowa i wiarygodnie przedstawiona. Nie jest już tym narwanym, wiecznie naburmuszonym i przepełnionym chęcią zemsty chłopakiem, wyraźnie dorósł, choć nie obyło się bez tragedii.
Zaskoczył mnie nowy opening (w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu). Ending też brzmi całkiem nieźle. Cieszy mnie też to, że seria będzie kontynuowana, naprawdę szkoda byłoby mi się rozstawać z tymi wszystkimi bohaterami. Poza tym trochę przykro jest mi zauważyć, że w przypadku tego anime odcinki z polskimi napisami są dodawane z dużym opóźnieniem (aktualnie jest ich tylko 15).

Kiseijuu: Sei no Kakuritsu
Ilość odcinków: 24
Ocena: 8
* kontynuacja poprzedniego sezonu

To anime naprawdę przypadło mi do gustu. Współpraca człowieka z pasożytem (a przez to ich wyjątkowość), stopniowe wpływanie na wzajemne postrzeganie świata, walka z naprawdę niebezpiecznymi przeciwnikami w celu ochrony najbliższych, a do tego sporo dylematów moralnych. Na brak akcji nie ma co narzekać. Co więcej, była chwila, gdy nie mogłam się doczekać następnego odcinka tak bardzo, że obejrzałam go bez jakichkolwiek napisów. Niewykluczone, że za jakiś czas napiszę na temat "Kiseijuu" pełną recenzję, więc nie będę się teraz za bardzo rozpisywać.
Miałam wrażenie, jakby pod koniec seria spuściła nieco z tonu. Także ostatni odcinek zapowiadał się bardzo spokojnie. Przynajmniej do czasu, bo wkrótce akcja znacznie się ożywiła, dzięki czemu mogłam zachować dobre wrażenie względem tej serii do samego końca. Cieszę się, że opening i ending pozostały bez zmian, szkoda by mi było zwłaszcza tego drugiego.

Kuroko no Basket 3
Ilość odcinków: 26
Ocena: 7
* trwające

Szał na to anime już dawno mi przeszedł, a jednak okazało się, że wciąż dość miło się je ogląda. Pojawił się były rywal Kise z gimnazjum. W końcu można było też dowiedzieć się czegoś więcej o dotąd owianym tajemnicą Akashim. Swoją drogą, jego umiejętność uważam za mocno przesadzoną. No ale cóż, kapitan pokolenia cudów musiał się przecież wyróżniać... No i te pogaduszki na boisku, jakby czas gry wcale nie mijał. Z kolei więcej sympatii poczułam do Kise, który do tej pory był mi raczej obojętny. Openingu słucha się całkiem przyjemnie.


Shigatsu wa Kimi no Uso
Ilość odcinków: 22
Ocena: 7
* kontynuacja poprzedniego sezonu

Widmo nadchodzącej straty cały czas czai się gdzieś w pobliżu. Trójkąt miłosny, którego tak się do tej pory obawiałam, rzeczywiście się pokazał, jednak wbrew moim obawom nie był wcale irytujący. Akcja nie skupia się jedynie na Kouseiu czy Kaori (choć nie ulega wątpliwości, że jest tak w dużej mierze), dając tym samym szansę innym bohaterom na swoje pięć minut. Seria ta ukazuje też prawdziwą, zdrową rywalizację - tą pozwalającą się stale rozwijać, nie życząc przy tym przeciwnikom wszystkiego, co najgorsze.
No i oczywiście muzyka. Dużo muzyki, nie tylko tej klasycznej (której słuchało się naprawdę przyjemnie). Opening szybko wpada w ucho. Z kolei ending z początku wydawał mi się nieco przedramatyzowany, jednak wrażenie to wkrótce minęło. Spory plus mogę przyznać za znaczenie tytułu, które można odkryć dopiero pod sam koniec. Pełno tu dramatu, jednak całość przyjemnie się ogląda i nie brakuje tu także ciepła, zwłaszcza gdy w grę wchodzi muzyka, dlatego też "Shigatsu wa Kimi no Uso" będę naprawdę miło wspominać.

Tokyo Ghoul √A
Ilość odcinków: 12
Ocena: 6

Wiedziałam, że ta seria ma się różnić od mangi, jednak kompletnie nie spodziewałam się tego, że Kaneki wstąpi do Aogiri. Ostatecznie jakoś to przebolałam, jednak wciąż wolę mangę. Mimo to miło było zobaczyć kolejne postacie z TG w kolorze, zwłaszcza Suzuyę, którego jakiś czas temu szczególnie sobie upodobałam. Poza tym całkiem nieźle przedstawia się Akira. Trochę zmieniło się w kwestii cenzury, której ilość w poprzedniej części zdecydowanie była przesadzona. Pojawiło się mniej scen, które by jej wymagały, poza tym czasami zamiast czerni obraz jest po prostu zamazany.
Jak się okazuje, pomimo odmiennego przebiegu akcji, anime zmierzało do wydarzeń podobnych to tych z mangi. Nie pogodzę się z pominięciem wielu wątków, jednak muszę przyznać, że w anime wyjaśniło się parę szczegółów, które w oryginale pozostały bez odpowiedzi, choć niektóre zostały całkiem zmienione. Dlatego też myślę, że osoby znające oryginał wyniosą z tej serii o wiele więcej.
Co mnie zaskoczyło, to moja reakcja na opening - za pierwszym razem wciąż na niego narzekałam (może po prostu nie mogłam przeboleć braku Ling Tosite Sigure), wydawał mi się zbyt cukierkowy do tej serii, myślałam o nim niemal wszystko, co najgorsze; a potem nie mogłam już wykrzesać z siebie tego oburzenia, co więcej, pewnego dnia przyłapałam się na tym, że nuciłam tę piosenkę. Tak więc ostatecznie muszę przyznać, że mi się podoba. Z endingiem nie miałam takiego problemu, gdyż od początku mi się podobał. Dodatkowo mogę pochwalić pojawiające się w jego trakcie panele z bohaterami. Poza tym cieszę się z lecącego w tle ostatniego odcinka "Unravel".

Serie porzucone:

Binan Koukou Chikyuu Bouei-bu Love!
Ilość odcinków: 1/12

Cóż, od samego początku nie pokładałam w tym anime żadnych nadziei. Po prostu byłam ciekawa, jak wypadnie seria magical boys i postanowiłam to sprawdzić. I przyznam, że wyszło nie najgorzej, całkiem nieźle parodiowało magical girls (do którego to gatunku jakoś nie mogę się przekonać), choć na więcej niż jeden odcinek się nie zdecydowałam.






Muzyka:

"Akatsuki no Yona" ED - Akiko Shikata "Akatsuki"


"Ansatsu Kyoushitsu" ED - moumoon "Hello, shooting-star"


"Death Parade" ED - NoisyCell "Last Theater"


"Garo: Honoo no Kokuin" OP - JAM Project "B.B."


"Kiseijuu: Sei no Kakuritsu" ED - Daichi Miura "IT'S THE RIGHT TIME"


"Tokyo Ghoul √A" - "Glassy Sky"

niedziela, 29 marca 2015

J. Cohen "Drogie Maleństwo"

Wydawnictwo: Filia  |  Ilość stron: 466
Jak wiele można zrobić dla ukochanego mężczyzny? Czy można wciąż bez mrugnięcia okiem stać u jego boku, nawet jeśli jest już mężem innej kobiety? Jaki w tym sens? I czy aby na pewno warto?

Claire i Ben to para idealna, także po ślubie. Do pełni szczęścia brakuje im jednak dziecka, które pomimo usilnych starań wciąż jest poza ich zasięgiem. Po kolejnym nieudanym zapłodnieniu in vitro Claire ma dość, nie chce kolejny raz żyć nadzieją, która w każdej chwili może prysnąć. Ben swoimi smutkami postanawia podzielić się z przyjaciółką podczas jednego z ich regularnych wypadów do baru. I właśnie wtedy swoje trzy grosze do tej historii dodaje Romily. Kobieta, podobnie jak Ben już zaprawiona większą niż zwykle ilością alkoholu, w przypływie chwili proponuje urodzenie dziecka zaprzyjaźnionemu małżeństwu. Nawet na trzeźwo nie zmienia decyzji. Nie potrafi. Nie po ujrzeniu bezgranicznego szczęścia malującego się na twarzy Bena.

Romily kocha się w Benie od czasów studiów, jednak nigdy mu tego nie wyznała. Dobrze wie, że dla niego liczy się tylko Claire, a ją uważa za najlepszą przyjaciółkę. Gdyby nie on, nie miałaby teraz siedmioletniej córki. Gdyby nie on, zdecydowałaby się wtedy na aborcję. Gdyby nie on i Claire, byłoby jej naprawdę trudno wychować małą Possie, co dobrze widać po przywiązaniu dziewczynki do tych dwojga. Córka jest dla niej powodem nie tylko do dumy, ale i trosk - czy jest dobrą matką, czy Possie nie wolałaby rodziców takich, jak Claire i Ben? Choć Romily uznała, że oddanie im dziecka nie będzie rzeczą trudną (przecież mało brakowało, by nie miała dziecka w ogóle), niespodziewanie nawet dla niej samej do głosu dochodzą uczucia, miłość do wciąż jeszcze nienarodzonego maleństwa. Czy będzie w stanie je oddać? W międzyczasie zjawia się ojciec Possie, który o jej urodzeniu nie miał najmniejszego pojęcia. Co zrobi? Zignoruje córkę, czy może wejdzie w należną mu rolę rodzica?

"Nic nie jest z góry przesądzone czy nieuniknione."

W tym układzie jedynie Ben był szczęśliwie pochłonięty mającym się narodzić dzieckiem. Romily wciąż wypominała sobie fakt, że po porodzie to nie ona będzie u jego boku, jednocześnie czując się jak zdrajczyni, która bez skrupułów wykorzystuje sytuację. Z kolei Claire nie mogła pogodzić się z tym, że to nie ona nosi dziecko swojego męża. Ale jak mogły odmówić mężczyźnie, którego obie kochają? Co więcej, pomimo pewnej urazy (i poczucia winy z tego powodu) między między kobietami, ciąża Romily niespodziewanie zbliżyła je do siebie. Mimowolnie wspierały się nawzajem, miały wspólne, małe sekrety, coraz swobodniej czuły się w swoim towarzystwie. Pomimo kryjących się za tym niedopowiedzeń, naprawdę miło się o tym czytało. Taki układ nie mógł jednak trwać wiecznie. W końcu nadszedł moment, który rzucił światło na wiele spraw, jednocześnie wszystko komplikując. Wciąż pozostało jednak dziecko. Co będzie dalej?

"Drogie Maleństwo" nie jest jedynie historią o miłości rodzicielskiej i trwającym całymi latami, niegasnącym uczuciu. Opowiada o odnajdywaniu własnej tożsamości, przełamywaniu konwenansów, postępowaniu według własnej, nieprzymuszonej woli, nie zważając na odgórnie narzucone powinności. Trudne wybory, rozterki, konfrontacja z rzeczywistością, ale i dążenie do szczęścia - znajdziemy tego naprawdę sporo, a pełne czułości listy pisane do jeszcze nienarodzonego dziecka są bardzo ciekawym dodatkiem.

niedziela, 22 marca 2015

O filmach co nieco: Kotonoha no Niwa, Wilcze dzieci, Ja, robot

Tym razem mogę Wam polecić dwa anime i film, bardzo różne, jednak wszystkie na swój sposób warte uwagi. Dodam jeszcze, że w sierpniu ma zostać wydany pierwszy tomik mangi "Wilcze dzieci", a więc pierwowzoru drugiego z omawianych przeze mnie tytułów. Pewna jeszcze nie jestem, ale może i na mangę się zdecyduję. ;)

Tytuł: Kotonoha no Niwa
(Ogród słów)
Reżyser: Shinkai Makoto
Rok: 2013
Czas trwania: 46 min.
Produkcja: Japonia
Gatunek: romans, anime
Ocena: 8/10

Spotkali się przypadkiem w pewien deszczowy dzień. Oboje usiedli na ławce w parku bez jakiegoś konkretnego powodu. On nie poszedł do szkoły, ona - do pracy. On szkicował nowe projekty butów. Ona piła piwo i jadła czekoladę. Następnego deszczowego poranka cała sytuacja się powtórzyła. I kolejnego też. I tak od słowa do słowa zaczęli się po trochę poznawać. Czy może raczej coraz lepiej czuć w swoim towarzystwie, bo o ile chłopak jej jako pierwszej opowiedział o zamiarze zostania szewcem, to kobieta wciąż pozostawała dla niego zagadką. Mimo to oboje z niecierpliwością wyczekiwali deszczowych dni, które stały się dla nich tak cenne. Te jednak nie mogą trwać wiecznie, tak samo jak otaczająca ich nietypową znajomość aura niewiedzy, niedoinformowania. Jak dalej potoczą się losy tych dwojga?

Już sama historia ma w sobie sporo uroku, jednak Shinkai Makoto oferuje nam o wiele więcej - dopracowaną w każdym szczególe, niebywale urzekającą oprawę graficzną oraz niezwykle klimatyczną muzykę, która towarzyszy nam na każdym kroku. Od przedstawionych tam scen naprawdę trudno tak po prostu odwrócić wzrok. Już samo to uważam za wystarczająco dobry powód, by zapoznać się z tą produkcją.
Dużą rolę odgrywa tu przedstawiony na tak wiele sposobów deszcz - to on jest pretekstem do kolejnych spotkań, w pewnych momentach wręcz współgra z uczuciami bohaterów, a przede wszystkim w dużej mierze buduje klimat całości. A ten ma w sobie pewną czarującą w swojej prostocie ulotność.


Tytuł: Wilcze dzieci
(Ōkami Kodomo no Ame to Yuki)
Reżyser: Mamoru Hosoda
Rok: 2012
Czas trwania: 1h 57 min.
Produkcja: Japonia
Gatunek: fantasy, anime
Ocena: 8/10

Hana poznała go na uczelni, choć nie był studentem. Był inny od wszystkich i już od pierwszej chwili wzbudził jej zainteresowanie. Zakochali się w sobie. Pewnego dnia zdradził jej swój sekret - był wilkołakiem. Hana zaakceptowała go takim, jakim był. Wiedli spokojne, szczęśliwe życie, urodziła im się dwójka dzieci i wszystko było dobrze do dnia, w którym go zabrakło, a Hana została sama z pełną życia Yuki i spokojnym Ame. Mimo to nie załamała się i starała się z uśmiechem stawić czoła wciąż narastającym problemom. A wychowywanie dzieci, które w każdej chwili mogły zmienić się w wilczki do łatwych zadań z pewnością nie należało. Po pewnym czasie Hana wraz z dziećmi przeprowadza się do odosobnionego domu wśród wzgórz i zieleni, choć i tam życie nie będzie lekkie.

Jedną z pierwszych rzeczy, jakie rzucają się w oczy jest niezłomna postawa Hany, która dzielnie stawiała czoła rzeczywistości niezależnie od tego, jak trudne miałoby to być. A przecież niejedna osoba załamałaby się w takiej sytuacji. Nigdy nie zwątpiła w słuszność swoich wysiłków, wykazała się przy tym wielkim zdecydowaniem, poświęceniem i siłą woli. I oczywiście ogromną miłością zarówno do dzieci, jak i nieobecnego już z nią ukochanego. Nie narzekała, najlepiej jak potrafiła próbowała wychować Ame i Yuki, zarówno jako ludzi, jak i wilki. To wszystko naprawdę robi wrażenie.

Tła są bardzo ładne i szczegółowe, jednak projekty postaci charakteryzowała prostota, przez co nieco odcinały się od całej reszty. Nie uważam tego jednak za wadę, bo całość i tak wygląda zjawiskowo. Nie brakuje tu wzruszeń i pociesznych momentów, których Ame i Yuki dostarczali naprawdę wiele, jednak nie obeszło się bez smutku. Był przecież sekret ich drugiej natury, którego nie można było nikomu zdradzić. I o ile nie było trudno o ewentualne porady na temat wychowania dzieci, o tyle w przypadku rozwoju wilków nie było u kogo zasięgnąć jakichkolwiek wskazówek. Kiedyś przyjdzie im również wybrać, która strona ich natury weźmie górę, co prowadzi do wielu rozterek i niepewności.

To słodko-gorzkie anime, które w przeciągu chwili może rozweselić lub wpędzić w przygnębienie. To piękna i prosta, choć jednocześnie niebanalna historia przepełniona emocjami. To piękna opowieść o trudnych wyborach, wytrwałości i wielkich pokładach miłości rodzicielskiej, która ujmuje swoją prostotą i na długo nie daje o sobie zapomnieć.


Tytuł: Ja, robot
Reżyser: Alex Proyas
Rok: 2004
Czas trwania: 1h 55 min.
Produkcja: Niemcy, USA
Gatunek: thriller, sci-fi
Ocena: 7/10

Zgodnie z trzema prawami robotyki roboty mają obowiązek chronić ludzi i być im posłuszne, chyba że wydane polecenia będą równoznaczne ze złamaniem prawa o ochronie ludzi. Mają też prawo do ochrony własnej, o ile nie odbywa się to kosztem ludzkiego bezpieczeństwa. Te trzy zasady są niezbędne do zachowania ładu w obecnym świecie, w którym roboty niemal dla każdego stały się nieodzowną częścią codzienności. Niemal, gdyż jest jeszcze detektyw Del Spooner, który z powodu pewnych wydarzeń zaczął patrzeć na otaczające go maszyny całkowicie inaczej. I oczywiście nikt wokoło nie popiera jego poglądów. Nawet wtedy, gdy zostaje wezwany na miejsce zagadkowej śmierci czołowego producenta robotów i wszystko wskazuje na to, że sprawcą całego zajścia jest jedno z dzieł naukowca... Jest to jednak dopiero początek dla kolejnych niepokojących wydarzeń, pierwsza wskazówka na wyboistej drodze do rozwikłania tajemnicy, jaką pozostawił detektywowi  Lanning.

Wartka akcja, trochę zabawnych dialogów i parę innych czynników sprawiło, że ani przez chwilę się nie nudziłam. Co więcej, wręcz nie zwróciłam uwagi, jak szybko mijał mi przy tym filmie czas. Choć został tu poruszony dość poważny temat, nie jest to produkcja w żaden sposób przytłaczająca, a to dzięki bardzo dobrze wyważonym proporcjom między sprawami poważnymi, wydarzeniami pełnymi spektakularnych efektów specjalnych a humorem, który w sporej mierze zawdzięczamy pewnemu nieprzeciętnemu robotowi. Co do samego Spoonera, jego postawa początkowo może razić - jest bardzo nieprofesjonalny, wyraźnie widać, że przemawiają przez niego uprzedzenia i nie zamierza silić się na żadne uprzejmości. To jednak ma związek z wydarzeniem, które wciąż prześladuje go w koszmarach. Czy mimo to uda mu się na czas rozwikłać zagadkę? Film ten stanowi świetną, niekoniecznie wymagającą, jednak niebanalną rozrywkę i z pełnym przekonaniem mogę go polecić.

poniedziałek, 16 marca 2015

J. Chmielewska "Wszyscy jesteśmy podejrzani"

Wydawnictwo: Olesiejuk | Ilość stron: 250 | Kolekcja: Królowa Polskiego Kryminału (2)
Joanna od zawsze chciała napisać powieść, jednak tworzone przez nią ewentualne scenariusze z reguły nie przebiegały tak, jak by sobie tego życzyła. Bujna wyobraźnia z powodzeniem działała bez udziału jej świadomości, stawiając wyimaginowanych bohaterów w sytuacjach, które trudno następnie rozwinąć. Mówiąc krótko, była ofiarą swojej własnej wyobraźni.

Pewnego razu stanęła jej przed oczami niespodziewana scena - jeden ze współpracowników duszony paskiem od fartucha. Zaintrygowana nietypową wizją, opowiada o niej kolegom z pracy, prosząc następnie o ich opinie na temat owej zbrodni i ewentualnych sprawców. Ostatecznie w całą historię zostaje wtajemniczona niemal cała pracownia, wliczając w to Tadeusza - ofiarę ewentualnej zbrodni. Już i tak nietypowa codzienność zespołu kompletnie wywraca się do góry nogami w chwili, gdy Tadeusz zostaje odnaleziony w sali konferencyjnej martwy, z paskiem owiniętym wokół szyi...

Wezwani na miejsce przedstawiciele władzy będą mieli twardy orzech do zgryzienia. Popełniona w zamkniętej przestrzeni zbrodnia, o której jeszcze niedawno rozprawiało niemal całe biuro, a do tego około dwudziestu zżytych ze sobą podejrzanych, z których, jak się okazuje, praktycznie każdy mógł mieć motyw. Sprawy nie ułatwia także panująca w pracowni absurdalna atmosfera, która niejednego wyprowadziłaby z równowagi oraz liczne, choć niekoniecznie znaczące, machlojki, których podejrzani nie mają najmniejszego zamiaru ujawniać. Poza tym na  cały personel składają się niezwykle barwne, zdrowo pomylone osobowości.

"Ostatnim przebłyskiem świadomości pomyślałam jeszcze, że skoro nie mogę dyskutować z Alicją, to niech będzie, podyskutuję z diabłem. I rzeczywistość skończyła się definitywnie."

Joanna, bez której ingerencji cała sprawa nie byłaby tak niezwykła, nie mogła oczywiście siedzieć z założonymi rękami. Zaczęła działać niejako na dwa fronty, prowadząc własne śledztwo i służąc pomocą przedstawicielom władzy, od których mogła w ten sposób wyciągnąć nieco informacji. Poza tym osoba przystojnego prokuratora z pewnością pozytywnie wpływała na chęć współpracy... Joanna (uznana za względnie niewinną, choć nie do końca oczyszczona z podejrzeń) z powodzeniem zbierała kolejne, często poufne informacje od współpracowników i nie bez pewnych trudności wysilała swoje szare komórki, w czym to pomagała jej koleżanka oraz wyglądający dziwnie znajomo diabeł (wytwór bujnej wyobraźni, czy rzeczywisty twór? To zostawiam już pod Waszą rozwagę). Ale czy zdoła w pełni racjonalnie ocenić sytuację, skoro wmieszani są w nią tak bliscy jej ludzie? Czy będzie w stanie przekazać policji najważniejsze informacje, nie tracąc przy tym zaufania kolegów z pracy?

I to jest właśnie Chmielewska, którą lubię! Po rozczarowaniu, jakim mimo wszystko był "Lesio" mogę już odetchnąć z ulgą, bo szalony (i jednocześnie nie tak głupawy) humor autorki wraz z nieobliczalnymi zwrotami akcji powrócił. Co prawda przedstawionych nam już na samym początku bohaterów trudno spamiętać, jednak wraz z rozwojem akcji umieszczone na samym początku opisy nabierają coraz więcej sensu. Jeśli chodzi o wątek romantyczny, podobał mi się. Był widoczny, czasami nawet mocno akcentowany, jednak nie przyćmiewał głównych wydarzeń. Poza tym polubiłam dialogi między prokuratorem i Joanną (inne jej wypowiedzi, zwłaszcza te najbardziej cięte, z resztą też). "Wszyscy jesteśmy podejrzani" jak najbardziej mogę polecić.

wtorek, 10 marca 2015

Trochę na temat "Lalki" Bolesława Prusa


Nie nazwałabym tego recenzją. Będzie to raczej trochę moich luźnych uwag na ten temat.


"Marionetki!... Wszystko marionetki!... Zdaje im się, że robią, co chcą, a robią tylko,
co im każe sprężyna, taka ślepa jak one..."
"Nienawidzić się wolno - dodała z gorzkim uśmiechem - kraść, zabijać... wszystko, wszystko wolno, tylko nie wolno kochać... Ach, moja mamo, jeżeli ja nie mam racji, więc dlaczegóż Jezus Chrystus nie mówił ludziom: bądźcie rozsądni, tylko - kochajcie się?"

Na początek: jak przebiegało u mnie czytanie? Zaczęłam z dobrymi chęciami, jednak za pierwszym razem przeczytałam tylko dwa rozdziały i moje chęci gdzieś uleciały. Dalsza lektura szła dość opornie, choć bywało, że przynosiła pewną przyjemność. Bardziej na poważnie zainteresowałam się fabułą może około 200 strony i pomimo chwil zwątpienia byłam ciekawa dalszych wydarzeń. Od tego momentu szło mi coraz lepiej.

"Lalkę" z pewnością trudno uznać za lekturę na jeden wieczór. Spędziłam przy niej sporo czasu, a jednak nie żałuję, bo po przebrnięciu przez pewną ilość stron, po wciągnięciu się w tę historię okazuje się, że to całkiem niezła ksiażka. Bywa, że niemiłosiernie się dłuży, czasami jednak dużo się dzieje, a spory między bohaterami śledziłam z niekłamanym entuzjazmem. A skoro już o bohaterach mowa...

Wokulski jest bardzo złożoną postacią o wielu obliczach - znakomity kupiec, który z powodzeniem zbił majątek, oddany adorator panny Izabeli, miłośnik nauki, filantrop i wiele więcej. Prus pozwolił sobie na stworzenie bardzo skrupulatnego, niebanalnego portretu psychologicznego. To człowiek potrafiący działać zarówno bardzo dokładnie według przemyślanego planu, jak i dający się w pewnych sytuacjach ponieść chwili. Targające Wokulskim sprzeczności były pełne gwałtowności - uczuciowość raz po raz zagłuszała zdrowy rozsądek, by jakiś czas później to pozytywistyczna strona jego natury przytłumiła wciąż tlące się w nim idee romantyzmu.
A panna Izabela? Przyznam, że z początku wywarła na mnie dość dobre wrażenie, choć z czasem miałam coraz bardziej mieszane uczucia. Trudno ją jednak winić za to, jak została wychowana, prawda?
Co do Rzeckiego, właściwie od samego początku uważałam go za sympatycznego starszego pana, który bardzo ceni swojego Stacha, lubi sobie pogawędzić (co z początku było nieco denerwujące, jednak przywykłam) i ma przy tym skłonność do ciągłego zbaczania z tematu. Ostatecznie mogę stwierdzić, że miło było czytać jego wywody.
Urodziwa pani Stawska jawiła się jako ideał nękany masą kłopotów i osoba, która dla nikogo nie potrafi być nieuprzejma. Miała swój naturalny urok, który przyciągał niemal każdego, a i na nieszczęśliwie zakochanego Wokulskiego działał kojąco. Pomimo nieciekawej sytuacji wciąż pozostawała sobą i z całych sił starała się wiązać koniec z końcem. Myślę, że to taka w pełni nieszkodliwa postać, do której nie można nie poczuć chociaż odrobiny sympatii.
Teraz może trochę o pani Wąsowskiej? Przyznam, że nieco mi zaimponowała. Może i bawiła się mężczyznami, jednak jako nieliczna z kobiet w "Lalce" wykazywała się silnym charakterem i śmiałością. Dobrze wiedziała, jak działa na mężczyzn i potrafiła to odpowiednio wykorzystać.
Z kolei Starski od początku mi się nie podobał i tak też zostało do końca. Ten interesowny uwodziciel bez krzty skrupułów nieustannie działał mi na nerwy. No cóż, najwyraźniej taka jego rola.

Co do interpretacji tytułu, właściwie od początku nie skłaniałam się do twierdzenia, jakoby tytułową lalką miała być panna Izabela. Zdecydowanie bardziej warte uwagi jest podobieństwo opisanych przez Prusa wydarzeń do rozważań Rzeckiego na temat nakręcanych zabawek, które tak lubił wprawiać w ruch. A zakończenie? Myślę, że jego niejednoznaczność jest ciekawym rozwiązaniem, które pozwala czytelnikom opowiedzieć się za jedną ze stron - finał godny bohatera epoki romantyzmu lub dalsze życie - szczęśliwe albo i nie, ale jednak życie. Jeśli o mnie chodzi, skłaniałabym się ku podróży po świecie.

A co Wy sądzicie na ten temat? Z chęcią poznam Wasz punkt widzenia? ;)

środa, 4 marca 2015

M.Quick "Wybacz mi, Leonardzie"


Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 408

Leonarda Peacocka poznajemy w dniu jego osiemnastych urodzin, o których nikt nie pamiętał. W dniu, który ma być jego ostatnim. Wtedy to pakuje do plecaka trzy prezenty i pistolet, a następnie wychodzi. Plan jest prosty: dostarczyć wspomniane podarunki, odebrać życie najbardziej znienawidzonej osobie, a następnie samemu pójść w jego ślady. Szalone? Może i tak, jednak Leonard jest już na to zdecydowany. A przynajmniej tak sobie wmawia.

W rzeczywistości chłopak wciąż się waha. Powoli wprowadza swój plan w życie, jednocześnie cały czas mając nadzieję, że ktoś go powstrzyma. Igra z losem i już po chwili zaczyna się obawiać, że ktoś w końcu połapie się w jego zamiarach. I skrycie właśnie na to liczy, choć szybko by się wycofał, gdyby tylko stanął przed taką możliwością. Łże jak z nut, decyduje się na fałszywe deklaracje, choć już w tym samym momencie tego żałuje.

Co skłoniło Leonarda do tak drastycznej decyzji? Tego przez długi czas nie będzie nam dane się dowiedzieć. Na początku możemy się jedynie domyślać, że ma to związek z chłopakiem, który niegdyś był jego najlepszym przyjacielem. Leonard roztrząsa wydarzenia z przeszłości oraz te całkiem nowe, przy czym umiejętnie unika głównego tematu. Z czasem dostajemy wskazówki, które naprowadzają nas na właściwy trop, choć autor wielu rzeczy nie podaje nam wprost, pozostawiając miejsce na niedopowiedzenia i własne domysły.

"Kiedy zrozumiemy, w jaki sposób system kontroluje dorosłych, manipulowanie nimi staje się banalnie proste."

Portret psychologiczny bohatera wygląda bardzo wiarygodnie. Przyznam, że Leonard rzeczywiście nie potrafił przystosować się do otaczającej go rzeczywistości. Z jednej strony wydawał się nieco zbyt arogancki, jednak w dużej mierze przemawiał przez niego żal. Był inteligentny i kompletnie odstawał od reszty przedstawionych w powieści rówieśników. Miał przy tym pewne swoje dziwactwa, chociażby wtapiane się w tłum beznamiętnie zmierzających do pracy dorosłych, a następnie podążanie za najsmutniejszym z nich. Dlaczego? To może Wam wyjaśnić już sam Leonard.

Z pozostałych bohaterów postanowiłam napisać jedynie o dwóch, najbardziej bliskich Leonardowi, bardzo pozytywnych postaciach. Pierwszym jest sąsiad Walt. Nieco podstarzały wielbiciel filmów z Bogartem jest dla Leonarda jak ojciec. Następny to Herr Silverman, prowadzący w szkole lekcje na temat holocaustu - zdaniem chłopaka jeden z nielicznych przykładów pozytywnie nastawionego do życia dorosłego, który nie traktuje uczniów jak zło konieczne, co więcej, do każdego odnosi się z uwagą i szacunkiem. To świetny, niezwykle pozytywny człowiek, którego nie sposób nie lubić. Chociażby przez wzgląd na niego cieszę się, że przeczytałam tę książkę.

Powieść czyta się w ekspresowym tempie, co po części jest zasługą dość swobodnego układu tekstu, który w pewnych momentach sam w sobie służy wyrażaniu emocji. Ciekawy element stanowią również obszerne przypisy (niektóre z nich zajmują ponad stronę), które służą Leonardowi za okazję do licznych dygresji. To dość niepozorna, jednak głęboko zapadająca w pamięć powieść i choć były momenty, w których nie wiedziałam co o niej sądzić, nie mogłam przestać o niej myśleć. Najważniejsze pytanie: czy Leonard zrealizuje swój plan? Pewne szczegóły pozwalały mi przypuszczać, że mimo wszystko poniecha samobójstwa, a jednak z czasem nie byłam już tego taka pewna. Do już i tak wątpliwych zapewnień zaczęły się wkradać niepasujące elementy, przez co moja niepewność jeszcze bardziej wzrastała.

"Wybacz mi, Leonardzie" to prawdziwa huśtawka uczuć - raz po raz wywołuje uśmiech na twarzy, by chwilę później bez ostrzeżenia wylać nam na głowę kubeł zimnej wody. To historia pełna cierpienia i samotności, także wśród tłumu, która jednak pokazuje, że nie warto się poddawać, bo są ludzie, którym na nas zależy, jest nieodgadniona przyszłość, która może przynieść wiele szczęśliwych chwil. Z chęcią przeczytam kolejne książki autora.

"Jesteś inny. Ja też jestem inny. Inność to cecha pozytywna. Ale inność jest również trudna. Uwierz mi, wiem."
8/10