poniedziałek, 18 maja 2015

K. Garcia, M. Stohl "Beautiful Redemption"


Wydawnictwo: Penguin Books  |  Ilość stron: 451  |  Seria: Kroniki Obdarzonych/Beautiful Creatures (4)
Jakoś nie mogłam znieść myśli, że pozostawię tę serię niedokończoną, a ponieważ i tak planowałam sięgnąć po jakąś książkę po angielsku, uznałam, że zdecyduję się właśnie na "Beautiful Redemption".

Czy śmierć zawsze oznacza koniec? Niekoniecznie. Zwłaszcza gdy jesteś po uszy wplątany w sprawy Obdarzonych. Stało się. Ethan poświęcił się, by ratować wszystko, co zna, wszystkich, których kocha. Nie odszedł jednak całkowicie trafił do Otherworld, świata zmarłych, których z żywymi wciąż wiążą niedokończone sprawy. Tam też spotyka matkę, za którą tak tęsknił i kilka innych sprzyjających mu osób. Wciąż ma jednak nadzieję na powrót do Leny, więc gdy tylko pojawia się nikła szansa na ratunek, nie zastanawia się długo. Zrobi wszystko, co w jego mocy (a może nawet i trochę więcej), by znów być przy ukochanej. Nawet jeśli czekające go zadanie będzie o wiele niebezpieczniejsze od wszystkiego, czego do tej pory doświadczył. Czy miłość rzeczywiście okaże się silniejsza niż śmierć?

"There are things worse than death, Ethan."

Miałam pewne obawy - czy dalsze prowadzenie akcji po śmierci Ethana nie jest już kontynuowaniem serii na siłę? A jednak szybko się wciągnęłam. Próby powrotu do Gatlin przy każdej nadarzającej się sposobności wyraźnie ukazywały miłość Ethana do Leny (co już tak wiele razy zdążył udowodnić). Autorki stworzyły bardzo ciekawą wizję życia po śmierci, w tym także miejsca, które nie uległy zmianie. Ethan w końcu mógł spotkać swoją matkę. Dzięki temu także czytelnicy mają okazję bliżej poznać Lilę, stanowiącą wzorowy przykład mola książkowego i kochającej matki. Z kolei widok cioci Prue mieszkającej po śmierci ze swoimi trzema psami i pięcioma mężami był wprost bezcenny. Otherworld należy najpierw poznać, by następnie swobodnie się po nim poruszać, a przy pewnym wysiłku można zajrzeć do świata żywych, choć jakakolwiek ingerencja stanowi już większy problem. Ale czego się nie robi dla swojej najważniejszej na świecie osoby? Jak by to nie zabrzmiało, przebywanie w zaświatach stanowi idealny pretekst dla pojawienia się sporej ilości czarnego humoru, co bardzo mi się spodobało. Poza tym wraz z rozwojem akcji spotkamy tu wiele ciekawych postaci, choć nie wszystkie będą przychylnie patrzeć na działania Ethana.

"I laughed, relieved, I was getting pretty good at this whole being dead thing."

A co w świecie żywych? Jak można się było spodziewać, Lena nie może przeboleć straty Ethana. Nikt się temu z resztą nie dziwi. Poza tym właśnie dzięki takiej postawie była w stanie zauważyć oznaki działalności Ethana, jego próby porozumienia się z nią. I nieważne jak irracjonalne by to było, nie przestawała wierzyć w to, że zdoła znaleźć sposób na powrót. A inni, pomimo większych lub mniejszych wątpliwości, starali się ją wspierać. Jest więc Amma, która, tak jak i ona, najbardziej na świecie pragnie powrotu Ethana, zakochani w sobie John i Liv, Macon, który pilnuje, by nie wpakowali się w kłopoty (lub z takowych ich wyciąga) oraz Link (od zostania w jednej czwartej inkubem jeszcze bardziej interesująca postać) i Ridley, których ciągłe przekomarzania są wręcz urocze. Pod wpływem tylu pozytywnych postaci (także tych w zaświatach) na mojej twarzy raz po raz pojawiał się ciepły uśmiech.

Nie trzeba było wiele, żebym znów wciągnęła się w świat Obdarzonych i choć minęło sporo czasu odkąd czytałam poprzednią część, rozmowy bohaterów pomogły mi stopniowo przypomnieć sobie szczegóły, które zdążyły zatrzeć się w mojej pamięci. Ostatnia część wniosła do serii sporo ciekawych informacji, choć nie obyło się bez nieco bardziej nużących fragmentów. Część wydarzeń było dość mocno przewidywalnych, rozwiązania niektórych problemów przychodziły zbyt łatwo. Miałam wrażenie, że pod koniec książka jakoś straciła na swoim uroku. Nie wiem, czego się spodziewałam, ale ostatecznie czułam się nieco rozczarowana. Mimo to nie żałuję.

"Well, as the smartest person I know once said, these things are difficulties, not impossibilities."

czwartek, 14 maja 2015

A. Pilipiuk "Kroniki Jakuba Wędrowycza"

Wydawnictwo: Fabryka słów  |  Ilość stron: 292  |  Seria: Kroniki Jakuba Wędrowycza (1)
Moje pierwsze wrażenie na temat Wędrowycza nie było najlepsze. Ot, podstarzały pijaczyna z bardzo wysoką tolerancją alkoholu, bardzo nietypowym życiorysem i bardzo nieprawdopodobnymi przygodami. Pierwsze opowiadanie nie przypadło mi do gustu. A może po prostu musiałam przywyknąć do bardzo specyficznej atmosfery jaka panuje w całej książce? Jego przepis na Hot Doga niezbyt miło zapisał się w mojej pamięci, a horoskop wydał mi się nieco nużący, jednak potem było lepiej. Po pewnym czasie zdołałam zaakceptować osobliwy sposób bycia Wędrowycza, choć wiele z jego cech wciąż mi nie odpowiadało Przymykając oczy na niektóre szczegóły, skupiłam na pozytywnych aspektach opowiadań, a więc zakrawających na absurd sytuacjach, niespodziewanych zwrotach akcji oraz wszechobecnym humorze, który wywołują.

"Głową muru nie przebijesz, do tego potrzebny będzie ci kilof lub dynamit."

Co by nie mówić, to jednak opowiadania (mające od kilku do kilkudziesięciu stron i opatrzone ilustracjami autorstwa Andrzeja Łaski) są dobrym wstępem do tej serii. W ten sposób możemy poznać Jakuba od wielu różnych stron oraz dowiedzieć się, co takiego sądzą o nim osoby, które go znają. A zwykle nie są to zbyt pochlebne rzeczy. Wystarczy wspomnieć, że pobliscy mieszkańcy wystrzegają się go jak ognia i wolą nie wchodzić mu w drogę. Wyjątek stanowią jego znajomi z gospody, choć i ci wolą zrezygnować z bardziej szaleńczych spośród jego przygód. A takowych jest cała masa. Ktoś czyha na życie Wędrowycza? Niech lepiej stary bimbrownik sam sobie z tym radzi. No, chyba że ktoś przestrzeli im cały rząd flaszek, wtedy to już całkiem inna historia...

"- Słuchaj, ubijemy interes - powiedziała rybka. - Ty mnie wypuścisz, a ja spełnię twoje życzenie.
- Jeszcze czego - wściekł się. - Już ja was znam, rybki. Żadnych życzeń, tylko patelnia."

Jako pierwsze moją uwagę przykuło opowiadanie "Na rybki", w którym to znajdziemy kilka przykładów dwulicowej natury złotych rybek. Dalej "Hochsztapler", gdzie Jakub po raz pierwszy pokazał, że nie bez powodu nosi tytuł egzorcysty i od czasu do czasu potrafi spoważnieć, nawet jeśli pozostałym kolegom po fachu trudno to zaakceptować. Co więcej, jego umiejętności nie ograniczają się jedynie do wypędzania duchów, magia również nie jest mu obca, co w naprawdę dziwny sposób kontrastuje z jego codziennym zachowaniem i rolą zawodowego pasożyta społecznego. Wspomniana już wcześniej niezwykle wysoka tolerancja alkoholu także okazuje się dość ważna, może nie tyle dla fabuły, co raczej samego Wędrowycza. Kolejną dość ciekawą historią były "Tajemnice wody", a więc przygoda z czasów pobytu w sanatorium, jedna z niewielu, podczas których bohater był całkowicie trzeźwy. Z kolei "Hotel pod Łupieżcą", czyli wakacje w stylu Wędrowycza, stanowią prawdziwy misz-masz - kradzieże, napaści, policja, sataniści, ukraińska mafia i oczywiście hektolitry alkoholu (niekoniecznie wiadomego pochodzenia). A przed snem czas na "Bajeczkę dla wnuczka", jakiej na pewno jeszcze nie znaliście.

Nie ma się co oszukiwać, "Kroniki Jakuba Wędrowycza" nie każdemu przypadną do gustu. Bardzo specyficzny humor może się wydawać niektórym wręcz niesmaczny, podobnie jak to, co reprezentuje sobą sam bohater. Przyznam, że sama wielokrotnie nie byłam pewna, jak zareagować na niektóre sytuacje, zwłaszcza na końcowe "Przeciw pierwszemu przykazaniu". Ostatecznie dość dobrze bawiłam się śledząc poczynania Jakuba i nie wykluczam możliwości kolejnej wizyty w Starym Majdanie. Chociaż... raczej nie nastąpi to zbyt prędko.

"Przecież duchów nie ma. To znaczy komuniści twierdzili, że duchów nie ma, a teraz nie ma
 komunistów, to może duchy jednak są? Odganiał takie myśli."

piątek, 8 maja 2015

O. Rudnicka "Drugi przekręt Natalii"

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka  |  Ilość stron: 496  |  Poprzednia część: "Natalii 5"
Względnie spokojne życie sióstr Sucharskich nie mogło potrwać długo, prawda? Na początek zamieszanie wywołane napisaną przez Natę książką, w której ze szczegółami opisała nieprawdopodobne wydarzenia będące ich udziałem. Ale to dopiero wierzchołek góry lodowej. Pomińmy na razie miłosne zawirowania i przejdźmy do kwestii zasadniczej - pozbawionego głowy ciała w mieszkaniu pana Janusza, byłego wspólnika ich ojca, oraz odnalezionych później jego własnych spalonych zwłok. Tymczasem siostry Sucharskie (które w dodatku dziedziczą po zmarłym) nadal nie wierzą w jego śmierć i próbują na własną rękę wyjaśnić zaistniałą sytuację, zwłaszcza pochodzenie i wartość niespodziewanego znaleziska. Z resztą nie tylko one prowadzą własne śledztwo - zainteresowani sprawą (czy też raczej Nataliami) policjanci robią wszystko, co w ich mocy, by odwieść siostry od niebezpiecznych działań. A Natalie, jak to one, niewiele sobie z tego robią i w dobrej (w swoim mniemaniu) wierze kręcą, oszukują i zasłaniają się półprawdami. Nic dziwnego, że dzieci Natalii zdążyły przejąć wiele ich cech i z powodzeniem wykorzystują metody ciotek.

Samo dążenie do rozwiązania sprawy przebiega bardzo interesująco - zarówno Sucharskie, jak i zaprzyjaźnieni z nimi policjanci działają na własną rękę, dzieląc się informacjami jedynie w ostateczności. Jednocześnie niezależne działania prowadzą także inni, których pobudki niekoniecznie muszą być uczciwe. Każdy robi, co może, tymczasem giną nie tylko kolejni informatorzy CBŚ, ale i pomniejsze czarne charaktery. Czy Natalie mają się czego obawiać? Tak czy inaczej, idą w zaparte, zgodnie ze stwierdzeniem, że za dużo nakłamały, by nagle do wszystkiego się przyznać. Czy bohaterowie zdołają wyjść obronną ręką z całego tego galimatiasu?
"One są fascynujące i absolutnie nieprzewidywalne. Nie rób w stosunku do nich żadnych założeń. Jeśli choć przez chwilę uznasz, że potrafisz przewidzieć ich zachowanie, to już po tobie. Spodziewaj się wszystkiego i bądź przygotowany na najgorsze."
Humoru jest jak zwykle co niemiara, a jego głównym źródłem wciąż pozostają zdrowo pokręcone siostry Sucharskie. Śledziłam ich perypetie z prawdziwą przyjemnością, jednak najmłodsza z nich, Natka, potrafiła być dość denerwująca z tymi swoimi niepotrzebnymi i zwykle nieprzemyślanymi uwagami, skłonnością do płaczu i próżnością, przez którą wolała nic nie widzieć, niż nosić okulary w towarzystwie kogoś innego niż siostry i inni dobrze jej znani ludzie. Pozostałe Natalie nie miały tak irytujących cech, a nawet jeśli, to wynikający z tego humor nie pozwalał długo się tym przejmować. Nie mogłabym też zapomnieć o Anielce i Przemku, dzieciach drugiej w kolejności Natalii, bez których wiele spraw mogłoby się okazać dla sióstr dużo większym wyzwaniem. Ich małe szantaże, zaradność i spryt wniosły do powieści sporo humoru. Znajdziemy tu także ciekawe postacie męskie - od nieco wycofanego, wiecznie siedzącego w książkach Darka, aż po doświadczonego już (choć nadal zaskakiwanego) w kontaktach z Nataliami Adriana i dopiero wkraczającego w ich pokręcony świat Mariana. Czy ten ostatni zdoła się dostosować do ich specyficznego sposobu bycia, a może wkrótce w drodze głosowania zostanie oddelegowany ze skutkiem natychmiastowym?

Losy pięciu Natalii trudno brać całkowicie na serio, jednak taki już ich urok. Ta mieszanka szaleństwa, szczęścia i licznych zbiegów okoliczności zapewnia przyjemną rozrywkę na dłuższą chwilę i nie pozwala ot tak o sobie zapomnieć. Utwierdziłam się tym samym w przekonaniu, że z twórczością Olgi Rudnickiej warto zapoznać się jeszcze bliżej i z chęcią sięgnę nie tylko po kolejną książkę o przygodach Natalii, ale i po inne powieści autorki.
"Bo babcia mówi, że mężczyźnie nie mówi się połowy tego, co powinien wiedzieć, i ani słowa na temat, na który chciałby coś wiedzieć - wyrecytowała Anielka."

poniedziałek, 4 maja 2015

K. Nananan "Dynia z majonezem"

Wydawnictwo: Hanami  |  Ilość stron: 208
Między Miho a Seiichim nie było wielkiej miłości. Zeszli się ze sobą, a potem jakoś naturalnie zamieszkali razem. Seiichi marzy o karierze muzycznej, choć do tej pory niewiele z tego wychodzi. Pozostaje więc na utrzymaniu Miho, która z całych sił próbuje temu sprostać, by ukochany mógł w spokoju tworzyć muzykę. Czy nie lepiej byłoby zostawić kogoś takiego? A może chociaż zaciągnąć go do jakiejś pracy? Takie pytania byłyby dość naturalną reakcją, a jednak Miho niczego takiego nie wymaga. Nawet jeśli bywa ciężko. A bywa tak często i dlatego też dziewczyna postanawia w tajemnicy podjąć drugą pracę, choć obrana przez nią droga wiąże się z wieloma wyrzeczeniami. A Seiichi? Czy w końcu wykaże się odrobiną inicjatywy? Kolejną próbą dla ich już i tak niepewnej relacji będzie ponowne spotkanie Hagio, dawnej miłości Miho, na którym dziewczynie wciąż zależy pomimo doznanych z jego powodu przykrości. Czy coś się zmieni?

Bohaterowie są dość uniwersalni - nie wiemy o nich wiele, więc uzbrojeni jedynie w niezbędne informacje możemy dopowiedzieć sobie resztę. Podobnie jest z ich rozterkami, które mogłyby dotyczyć praktycznie każdego - codzienne wątpliwości, kłopoty finansowe, niepewna przyszłość oraz dylematy natury uczuciowej: trzymać się dotychczasowego partnera, czy może dać się porwać nowej lub też dawnej, wciąż tlącej się gdzieś głęboko namiętności? Czy to wciąż miłość, a może jedynie przyzwyczajenie? Wszystko to sprawia, że jako zwyczajni ludzie są nam bliżsi i choć niejednokrotnie nie zgadzałam się z wyborami bohaterki, manga ta ma w sobie coś ciepłego, przez co nie mogłam pozostać wobec niej całkiem obojętna.

Czy Miho ma po prostu słaby charakter? A może jej zachowanie jest wynikiem czegoś więcej lub następstwem obu tych opcji? Pod wpływem rozdrażnienia zdarza jej się robić wyrzuty Seiowi, jednak już w tej samej chwili czuje, że robi źle i obwinia samą siebie. Wydaje się, jakby utknęła gdzieś w martwym punkcie, nie wiedząc co dalej. Miota się między jedną a drugą możliwością, nie mogąc jednoznacznie porzucić lub zdecydować się na jedną z nich. Autorka bardzo umiejętnie i jakby dyskretnie wplata w stworzoną historię wiele emocji, takich jak chociażby strach przed samotnością, wieczna niepewność, mimowolna wiara w istniejące między nimi uczucie, czy gotowość do poświęceń dla dobra ukochanej osoby. "Dynia z majonezem" pokazuje nam również, że to właśnie te błahe, z pozoru nic nieznaczące sprawy dzielone z drugą osobą mogą stanowić kwintesencję prawdziwego szczęścia.

Manga została wydana w dużym formacie, bez obwoluty. Strony są grube, choć tusz mimo wszystko przebija (co prawda zwracałam na to uwagę jedynie na początku). Świetnie prezentuje się tło okładki (lepiej widać to dopiero na żywo) - subtelne pociągnięcia niebieską kredką. Kreska jest specyficzna i nie każdemu przypadnie do gustu, poza tym bohaterowie są do siebie dość podobni, zwłaszcza Sei i Hagio, których czasami trudno na pierwszy rzut oka rozróżnić. Do prostych, niemal szkicowych rysunków i znikomego cieniowania, czego przykładem jest wizerunek Miho na okładce, z początku trochę trudno się przyzwyczaić, choć ostatecznie można stwierdzić, że jest w tym pewien urok. To już zależy od nastawienia. Ostatnia strona zawiadamia niedoinformowanych o tym, że "Dynię z majonezem" należy czytać od prawej do lewej, są też zasady japońskiej wymowy.

To dość zwyczajna historia, którą czyta się monotonnie, bez żadnych uniesień, jednak wcale mi to nie przeszkadzało. Mimo wszystko jest w niej coś, co sprawiało, że bez znużenia przewracałam kolejne strony, przez co ta niepozorna manga zaprzątała mi myśli przez dłuższy czas. I właśnie dlatego ostatecznie wystawiłam jej wyższą ocenę, niż początkowo zamierzałam. "Dynia z majonezem" porusza kilka ważnych kwestii, jednak nie daje nam jednoznacznych odpowiedzi, skłaniając zamiast tego czytelników do samodzielnego podjęcia tematu. Z pewnością nie jest to manga dla każdego, jednak jeśli przypuszczacie, że może Wam się spodobać, zachęcam do dania jej szansy.

czwartek, 30 kwietnia 2015

A. Christie "Morderstwo w Orient Expressie"

Wydawnictwo Dolnośląskie  |  Ilość stron: 264
Zimową porą niezastąpiony detektyw Herkules Poirot wyrusza w drogę powrotną po kolejnej rozwiązanej sprawie. Pogoda nie skłania do podróży, tak więc pociągi są opustoszałe, a jednak gdy zostaje pilnie wezwany do powrotu, udaje mu się dostać do najbliższego pociągu jedynie dzięki wpływom napotkanego tam przyjaciela. W tytułowym Orient Expressie napotyka niezwykle różnorodną mieszankę pasażerów, spośród których praktycznie każdy reprezentuje inną klasę społeczną. Jeden z nich, starszy mężczyzna, któremu źle z oczu patrzy, proponuje Poirotowi zatrudnienie przekonany, że ktoś czyha na jego życie. Detektyw odmawia, pociąg zostaje zatrzymany ze względu na złe warunki, a niedoszły pracodawca wkrótce zostaje odnaleziony w swoim przedziale martwy, wielokrotnie dźgnięty nożem z różną siłą. Poszlaki prowadzą donikąd, nietypowe okoliczności coraz bardziej komplikują sprawę i żaden z pasażerów nie wydaje się mieć dość dobrego powodu, by popełnić morderstwo. W tej sytuacji pozostaje tylko jedno rozwiązanie - zdać się na nieprzeciętne zdolności Poirota. Przesłuchanie czas zacząć...

"Aha - mruknął detektyw, - Więc to tak. Wyzwanie. Świetnie. Podejmuję je."

Sprawa wydaje się już na wstępie przegrana - praktycznie wszyscy pasażerowie mają alibi, a ponieważ pociąg utknął gdzieś w śnieżnych zaspach, nie sposób jest zweryfikować podawanych przez nich informacji. Przynajmniej niektóre z poszlak wydają się być fałszywe, pasażerowie zgodnie twierdzą, że są dla siebie nawzajem całkowicie obcy, choć Poirot ma powody sądzić, że jest inaczej. Jedynym wyjściem pozostają więc kolejne przesłuchania i wyciągnięcie z nich odpowiednich wniosków - kto kłamie i w jakiej kwestii. A kto jak kto, ale Herkules Poirot nadaje się do tego zadania idealnie. Z zainteresowaniem podążałam za jego tokiem rozumowania, byłam świadkiem tego, jak ze znanych mi już wypowiedzi i reakcji pozostałych bohaterów potrafił wyciągnąć o wiele więcej niż ja. A inne postacie? Spośród tej barwnej mieszanki również można było wyłowić kilka naprawdę ciekawych osobowości, które wiele wniosły do powieści - w końcu bez ich mniejszych lub większych intryg cała ta sprawa nie byłaby tak zagmatwana.

"Ma to swoje zalety - oświadczył Poirot. - Gdy osobę, która kłamie, postawi się w obliczu prawdy, zwykle się przyznaje, często przez czyste zaskoczenie. Należy więc tylko prawidłowo odgadnąć, by osiągnąć spodziewany rezultat."

Powieść ta została skonstruowana w taki sposób, by dać czytelnikom jak największe pole do popisu. Najpierw zostają nam więc przedstawione poszczególne wydarzenia, mamy też czas nieco bliżej przyjrzeć się pasażerom, chociażby ofierze we własnej osobie, podróżującemu z nim McQueen'owi, hrabi i hrabinie Andrenyi, czy lubiącej być w centrum uwagi pani Hubbard. Następna jest zbrodnia, a po niej przesłuchania poszczególnych osób, jedynie sporadycznie uzupełniane spostrzeżeniami Poirota. Dostajemy szansę na poprowadzenie własnego śledztwa, wspomagając się mniej lub bardziej oczywistymi podpowiedziami naszego detektywa. Taki sposób prowadzenia akcji naprawdę dobrze się sprawdza, choć nie musi oznaczać rozwiązania zagadki na własną rękę.

Już od dawna planowałam bliżej zapoznać się z postacią Poirota (znanego mi już z "Pięciu małych świnek" i kilku opowiadań), więc cieszę się, że w końcu miałam okazję przeczytać "Morderstwo w Orient Expressie". Powieść wywarła na mnie bardzo dobre wrażenie, myślę nawet, że jest to jedna z lepszych książek Agathy Christie. Jestem pewna, że jeszcze nieraz zdarzy mi się obserwować metody śledcze Herkulesa Poirota.

"To dobre zdanie! - pochwalił go Poirot. - Niemożliwe nie może się zdarzyć, wobec tego pozornie niemożliwe musi być możliwe."

sobota, 25 kwietnia 2015

T. Canavan "Łotr"

Wydawnictwo: Galeria Książki  |  Ilość stron: 567  |  Seria: Trylogia Zdrajcy (2)
Cały czas nie mogę wyjść z podziwu nad tym, jak swobodnie autorka kreuje stworzony przez siebie świat, jak niepostrzeżenie wciąga w niego czytelnika i pozwala kompletnie zatracić poczucie czasu. Właśnie tak wygląda każde moje kolejne spotkanie z twórczością Trudi Canavan, za co bardzo ją sobie cenię i niezmiennie będę polecać. W "Łotrze" właściwie trudno wskazać jeden główny wątek, dlatego też postaram się bez zbędnego przedłużania i zdradzania zbyt wielu istotnych szczegółów przedstawić Wam nadchodzące wydarzenia.

Na początek sytuacja w Imardinie. Sonea w dalszym ciągu dość bezskutecznie próbuje schwytać dzikiego maga, który wciąż stanowi ważną figurę w przestępczym półświatku. Cery'emu pozostaje życie w ukryciu, chociaż Anyi coraz bardziej nuży bezczynność. W mieście na dłużej pojawia się Dorrien, niedoszła miłość Sonei, którego córka ma wkrótce wstąpić do Gildii. Czy sytuacja ta w jakiś sposób zmieni ich dotychczasową relację? Problemem wciąż pozostaje także gnil, rosnąca liczba uzależnionych oraz lekceważenie, z jakim podchodzi do tego tematu wielu magów.

Tak jak kiedyś autorka postanowiła wprowadzić (i całkiem nieźle rozwinąć) wątek miłości między mężczyznami, tak teraz przyszedł czas na związek kobiet, dwóch nowicjuszek. Ten, niestety, okazał się niezbyt fortunny (delikatnie mówiąc) dla oszołomionej nową znajomością Lilii i doprowadził do szeregu konsekwencji, mających duże znaczenie dla dalszego rozwoju fabuły. Sama Lilia nie była zbyt imponującą postacią - niby rozsądna, a jednak straciła głowę i dała się wplątać w poważne kłopoty. Odznaczyła się sporą naiwnością, jednak pod wpływem kolejnych wydarzeń znacznie się zmieniła - na lepsze. A tak swoją drogą, dość pretensjonalne wydaje mi się to, że imię bohaterki jest jednocześnie nazwą kwiatu stanowiącego symbol miłości między kobietami.

"Celem życiowym dzieci jest przysparzanie nam zmartwień."

Tymczasem do Sachaki w roli ambasadora Elyne przybywa Tayend, czym nieco zbija z tropu byłego kochanka, którego badania nad historią magii po raz kolejny stanęły w miejscu, a poważanie wśród wpływowych Sachakan spadło po tym, jak Lorkin dołączył do Zdrajców. Przez dłuższy czas miałam wrażenie, że problemy Dannyla w znacznej mierze koncentrują się na miłosnych perypetiach, a zwłaszcza kuszącej, choć pełnej niewiadomych perspektywy związania się z sachakańskim magiem, Achatim. Spostrzeżenie to przyjmowałam jednak raczej z nieco ironicznym uśmiechem, niż irytacją, a ostatecznie przekonałam się, że nie tylko miłostki będą zaprzątać głowę Ambasadora Gildii.

A wspomniany już wcześniej Lorkin? Doświadcza wad i zalet życia w Azylu, który wcale nie jest taki idealny i sprawiedliwy, jak chciałyby Zdrajczynie. Różnica polega na tym, że to mężczyźni są dyskryminowani, nie pobierają nauk magicznych, o ile nie jest to konieczne, a już na pewno nie poznają tajników wyższej magii. Lorkin radzi sobie całkiem nieźle, posłusznie dostosowując się do panujących tam reguł, jednak brakuje mu towarzystwa Tyvary, a bardzo nieprzychylnie nastawiona do niego Kalia potrafi mocno uprzykrzyć życie. Przed magiem wciąż jeszcze sporo kłopotów i dylematów, jednak nie wszyscy w Azylu są przeciwko niemu. Przyznam, że Lorkin jest dość imponującą postacią - rozsądny, inteligentny, pracowity, rzeczywiście czuje się, że jest synem Sonei i Akkarina, również reprezentujących szereg cech, za które można, a nawet należy ich podziwiać.

Jak zwykle z przyjemnością pozwoliłam się wciągnąć w wykreowany przez autorkę świat i z żalem opuściłam go wraz z przeczytaniem ostatniej strony. Nie bez powodu zaliczam Trudi Canavan do moich ulubionych powieściopisarzy. Koniec następuje nagle, co jeszcze bardziej wzmaga ciekawość odnośnie kolejnej części. Jedyne, co mnie martwi, to fakt, że z każdą kolejną książką zmniejsza się ilość jej powieści, których wciąż jeszcze nie znam. To jest jednak nieuniknione i będę się musiała z tym pogodzić.

"Wśród buntowników także są buntownicy"
poprzednia część: "Misja Ambasadora"

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Stosik 2/2015

Tym razem do mojej kolekcji zawitało sporo mang od Hanami i wygląda na to, że tendencja ta jeszcze przez jakiś czas się utrzyma. Poza tym trochę się tych nowych tomów nagromadziło od ostatniego stosiku. Z książkami trochę gorzej (część poprzednich wciąż czeka na półce na swoją kolej, co mnie trochę hamuje; poza tym mangi, zwłaszcza te od Hanami, pochłaniają sporo funduszy).

Makoto Kobayashi "Cześć, Michael!" (2) - Manga o mocno nadwyrężonym nakładzie (za to o bardzo zachęcającej cenie), dlatego zamiast pierwszego tomu na mojej półce pojawił się od razu drugi. Sama historia jest jednak na tyle epizodyczna, że niekompletna znajomość pozostałych przygód Michaela nie jest problemem. Tomik jest naprawdę malutki, a czyta się go od lewej do prawej, co mnie trochę zaskoczyło. Opisane tam historie są naprawdę zabawne, więc z chęcią sięgnę po kolejny.
Hiromu Arakawa "Fullmetal Alchemist" (9) - Powolne, ale konsekwentne uzupełnianie kolekcji. ;)
Ono Fuyumi, Yamamoto Kotetsuko "Przekleństwo siedemnastej wiosny" (2) - Już kilka razy przymierzałam się do kupienia tego tomiku, ale jakoś nie było okazji. Zaprezentowana przez ten duet historia była ciekawa, wciągająca i pełna tajemnic (mimo że co nieco można się było domyślić). Miło spędziłam przy niej czas.
Yamamoto Kotetsuko "Bezsenne noce" (1) - Miałam nie kupować, ale ostatecznie zmieniłam zdanie, bo lubię twórczość Kotetsuko, w tym także charakterystyczną dla niej kreskę.
Kazue Kato "Ao no Exorcist" (9-10) - Wątek Nieczystego Króla zakończony, zwiedzanie Kioto było, Kraken pokonany, a w następnym tomiku czas na powrót do szkoły, nawiązanie nowej znajomości i odkrywanie tajemnic szkoły. W końcu doczekałam się obwoluty z Amaimonem! ♥
Kazue Kato "Timekillers" - Już od chwili, gdy pierwszy raz o niej usłyszałam, wiedziałam, że będzie moja. Przedstawione tam historie może nie zachwycają, jednak graficznie przedstawia się naprawdę dobrze (ta obwoluta!), mamy tu naprawdę sporo kolorowych stron oraz historię, którą można uznać za pierwowzór AnE.
Takano Ichigo "Orange" (1) - Długo wahałam się nad zakupem tej mangi, ale ostatecznie uległam wszechobecnym pozytywnym opiniom i nie żałuję, bo "Orange" czyta się naprawdę miło i potrafi wciągnąć. Kreska jest całkiem ładna, a to całe igranie ze zmianą przyszłości i związane z tym wątpliwości wychodzą mandze na dobre. Nieco przeszkadzał mi fakt, że okładka jest niewiele grubsza od pozostałych stron (najwyraźniej również cieńszych niż zwykle). Znalazłam też nieliczne skazy w druku.
Akino Matsuri "Pet Shop of Horrors" (5) - W tym tomie znajdziemy m.in. jedną z historii zaprezentowanych w anime i poznamy młodszego brata naszego detektywa.
Natsume Ono "Ristorante Paradiso" - Specyficzna kreska, sympatyczni bohaterowie, ogółem całkiem przyjemna manga, która szybko przypadła mi do gustu.
KattLett "Exitus Letalis" (2) - Drugi tom jest trochę krótszy od poprzedniego, tajemnic wciąż przybywa.
Kiriko Nananan "Dynia z majonezem" - Kupiona głównie za sprawą Sasy. Myślę, że było warto, a więcej na ten temat będziecie mogli przeczytać przy okazji recenzji, którą już szykuję.
Inio Asano "Osiedle Promieniste" - Jeszcze nie przeczytane, jednak zapowiada się interesująco.
Lee Hyeon-sook "Savage Garden" (3) - Bardzo cieszę się ze wznowienia wydawania tej manhwy. Przyznam, że jakoś brakowało mi tej historii i na pewno kupię kolejne tomy.
Osamu Tezuka, Naoki Urasawa "Pluto" (1) - Od dłuższego czasu się nad nią zastanawiałam. Teraz mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić, że chciałabym jak najszybciej skompletować wszystkie tomiki. A gdy już do tego dojdzie, może zabiorę się za "Monster"?  Kreska jest naprawdę dobra i pełna szczegółów, a projekt postaci ciekawy, bardzo polubiłam te nieco pulchne twarze bohaterów. Duży format mangi świetnie się tu sprawdza. A co z przedstawioną historią? Chyba wystarczy wspomnieć, że nie mogę się doczekać sięgnięcia po kolejny tom.
Motoro Mase "Ikigami" (1) - Kupiona dość spontanicznie, jeszcze nieprzeczytana.
Kaoru Mori "Opowieść panny młodej" (3-4) - Czas na małe nadrobienie zaległości (choć te robią się coraz większe). Jeśli chodzi o wydanie, najbardziej rzuciła mi się w oczy widoczna na grzbiecie 4 tomu zmiana loga wydawnictwa na całą nazwę. Kreska w dalszym ciągu zachwyca.
Kaoru Mori "Emma" (1) - Ta manga kusiła mnie już od jakiegoś czasu, aż w końcu dość spontanicznie postanowiłam ją kupić. Wyraźnie widać różnicę w kresce Kaoru Mori, która w "Emmie" nie jest tak dopracowana i niezwykle szczegółowa, jednak historię tą czyta się równie przyjemnie, co "Opowieść...". Trochę zdziwiło mnie pozostawienie niektórych "krzaczków" niewyczyszczonych, jednak nie tak bardzo, jak pozostawienie japońskiej pisowni tytułu na drugiej stronie.

H. Murakami "Norwegian Wood" - Z wymiany. Przeczytane już dawno, jednak postanowiłam sprawić sobie swój własny egzemplarz (chociaż w wersji kieszonkowej).
S. Jio "Marcowe fiołki" - Z wymiany. Kompletnie nie wiem, czego się po tej książce spodziewać.
J. Chmielewska "Romans wszech czasów", "Boczne drogi", "Nawiedzony dom" - Kolekcjonowania Chmielewskiej ciąg dalszy. Co prawda niezależnie ode mnie, ale nie narzekam. "Boczne drogi" już kiedyś czytałam.
F. Dostojewski "Zbrodnia i kara" - Z biblioteki. Lektura szkolna, jedna z tych, których byłam ciekawa. Co prawda ostatecznie omawialiśmy ją na podstawie filmu, jednak skoro książki i tak były już u mnie, postanowiłam je przeczytać.
"Japoński. Kaligrafia" - Czyli nauki japońskiego ciąg dalszy. Tyle już mi się uzbierało tego typu książek, że pasowałoby coś na ich temat napisać. I tak też planuję w najbliższym czasie zrobić.
O. Rudnicka "Drugi przekręt Natalii" - Z biblioteki. "Natalii 5" wywarło na mnie naprawdę dobre wrażenie, więc z chęcią jeszcze raz dam się wkręcić w szalone perypetie sióstr Sucharskich.
A. Pilipiuk "Kroniki Jakuba Wędrowycza" - Z biblioteki. Od dawna planowałam się zapoznać z twórczością Pilipiuka, jednak "Droga do Nidaros" była nietrafionym wyborem i nie doczytałam jej. Mam nadzieję, że tym razem będzie inaczej.
T. Canavan "Łotr" - Z biblioteki, już przeczytane. Zatęskniłam za Imardinem i bohaterami poznanymi w "Misji Ambasadora" oraz wcześniejszych książkach autorki, więc z chęcią zabrałam się za kolejną część. I wciąż mi mało.
S. Simukka "Czerwone jak krew" - Już przeczytane. Zaciekawiła mnie już jakiś czas temu, więc gdy tylko zobaczyłam ją w promocji za niecałe 9zł, nie mogłam przepuścić takiej okazji. Nawet jeśli jest to wersja elektroniczna (do której swoją drogą zaczynam się coraz bardziej przekonywać).