sobota, 6 października 2018

Nakamura Asumiko "Yobidashi Hajime"

A tym razem nietypowo, bo o mandze, której nie widziałam nigdzie poza japońskim wydaniem, nawet w postaci skanów w jakimkolwiek języku. "Yobidashi Hajime" trafiło do mnie wraz innymi mangami Nakamury, które kupiłam po japońsku i grzecznie czekało na swoją kolej, by w końcu stać się pierwszą mangą, którą w całości przeczytałam po japońsku. A ponieważ jest to tytuł (jak mi się wydaje) mało znany, uznałam, że dobrze byłoby coś na jego temat napisać.
Biorąc pod uwagę to, że Nakamura Asumiko znana jest przede wszystkim z mang BL oraz historii o dość specyficznym klimacie, aż zaskakujące, że stworzyła też coś tak zwyczajnego jak sportówka (nie ujmując oczywiście nic temu gatunkowi). Tym bardziej byłam więc ciekawa, co właściwie z tego wyszło. Manga została wydana w 2010r. i, jak sugeruje jedynka na obwolucie, miała to być dłuższa seria. Niestety nic nie wskazuje na to, by miała być kontynuowana.

Dla osiemnastoletniego Tsukajiego Hajime jest to wielki dzień - urocza koleżanka właśnie wyznała mu swoje uczucia i tak oto zdobywa swoją pierwszą dziewczynę. Cały w skowronkach wraca do domu, gdzie jego rodzice, maniakalni wręcz fani sumo, kibicują przed telewizorem. Jego radość zostaje przygaszona, gdy ojciec ni stąd ni zowąd proponuje mu, by został yobidashi (do którego zadań należy między innymi wywoływanie imion zawodników sumo), co zdaje się być ewidentnym przenoszeniem niespełnionych ambicji rodzica na dziecko. Ale czy tylko o to chodzi?
Hajime ze złością odpowiada, że nie ma takiego zamiaru, a ich zafiksowanie na punkcie sumo już dość namieszało w jego życiu. Pytanie ojca sprawia jednak, że chłopak poważniej zaczyna się zastanawiać nad swoją przyszłością. Powiedział co prawda, że zamierza wieść zwyczajne życie, pójść na studia... ale czy naprawdę mu się to uda, skoro praktycznie się nie uczy? Do tego gdzieś z tyłu głowy wciąż czai mu się myśl, że może kariera yobidashiego to nie jest wcale taki zły pomysł.

Gdybym recenzowała całą serię (a zrobiłabym to bardzo chętnie gdyby tylko istniała), pewnie uwzględniłabym tu większość wydarzeń z tego tomu, a tak zatrzymam się w tym miejscu (chyba że komuś bardzo by zależało na streszczeniu), dodając tylko jeszcze, że nadarzy się okazja, aby Hajime dowiedział się coś więcej o sumo, czego jakimś cudem do tej pory zdołał uniknąć mimo posiadania takich a nie innych rodziców.
Jakoś nigdy nie interesowałam się sumo. Ba! Wcześniej nawet nie myślałam, żeby w jakikolwiek sposób poszerzyć swoją znikomą wiedzę na ten temat, a jednak dzięki "Yobidashi Hajime" dowiedziałam się o tym sporcie więcej niż kiedykolwiek do tej pory (chociaż to na pewno wciąż jedynie ułamek) i nawet czytanie po japońsku nie było aż taką przeszkodą jak się obawiałam. I oczywiście w co najmniej kilku przypadkach konieczny był słowniczek z wyjaśnieniami różnych terminów używanych w sumo, przynajmniej tych, które nie zostały wyjaśnione przez bohaterów.
Manga ma format B6 (jak na przykład "Oblubienica czarnoksiężnika" lub chyba większość mang Studia JG), lekko żółtawy papier i dość intensywną czerń. Cztery pierwsze strony są w kolorze. Obwoluta jest matowa, a pod nią kadr ukazujący pokój godny prawdziwych fanów sumo. Kreska jest tu naprawdę ładna. Nie jest to jedno z początkowych dzieł Nakamury, kiedy to wciąż jeszcze musiała wyrobić sobie swój warsztat. Można tu też zobaczyć dwa typy charakterystycznych dla niej postaci kobiecych - uroczych, wielkookich oraz tych o dojrzalszym, jakby bardziej wyrafinowanym typie urody. A przeskakując do całkiem innych widoków, podobało mi się to, jak ukazała walki sumo, używając dużo intensywniejszego niż zwykle cieniowana.
Były takie chwile, że chciałam stanąć w obronie ojca Hajime, w przekonaniu, że nie chodzi jedynie o jego niespełnione marzenia bycia częścią świata sumo, że faktycznie ma też na względzie dobro swojego syna. Z drugiej strony to, w jak bezczelny sposób potrafił deklarować swoje racje... Dodam tylko, że w tej sytuacji wcale nie dziwię się tak stanowczej odmowie ze strony Hajime. Inną nurtującą mnie kwestią jest to, co tak właściwie skłoniło Miki do wyznania swoich uczuć (czy raczej skąd tak naprawdę się one wzięły, bo jak na razie bardzo mało o niej wiadomo). Kolejne tomy pewnie rzuciłyby na to wszystko więcej światła, a tak jestem zmuszona do pozostania w niepewności. Sam Hajime z kolei ma spore predyspozycje do zostania naprawdę ciekawą postacią, której dalsze losy po prostu chce się śledzić. Pozostaje więc się łudzić, że kiedyś jeszcze coś się ruszy z wydaniem tej mangi.

2 komentarze:

  1. Brzmi ciekawie :) Szkoda że nie jest dostępne w jakimś zrozumiałym języku

    OdpowiedzUsuń
  2. Wow, gratulacje, że przeczytałaś to w całości po "krzakowemu"! Szacun. :D
    Wygląda fajnie i po Twojej notce na pewno przyjrzałabym się uważniej temu tytułowi, gdyby był dostępny w jakimkolwiek ludzkim języku. XD
    Kolorowy rysunek ze środka jest strasznie klimatyczny - nie spodziewałam się, że styl Nakamury może aż tak pasować do mangi o sumo. :>

    OdpowiedzUsuń

będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz po sobie jakiś ślad, dobrze wiedzieć, że są osoby które tu zaglądają ;)

i bez spamu, proszę :)