środa, 11 stycznia 2017

O. Wilde "Twarz, co widziała wszystkie końce świata"

Państwowy Instytut Wydawniczy  |  Liczba stron: 435
Po "Portrecie Doriana Graya", który utkwił mi głęboko w pamięci, niecierpliwie wypatrywałam okazji, by zapoznać się z innymi dziełami Oscara Wilde'a. W trakcie swoich poszukiwań upatrzyłam sobie właśnie zbiór bajek, opowiadań, poematów prozą i esejów - "Twarz, co widziała wszystkie końce świata", którego przez długi czas nie udawało mi się zdobyć. Teraz, już jako posiadaczka wspomnianej książki, mogę przejść do właściwej części recenzji.

Pierwsze są opowiadania. "Zbrodnia lorda Artura Savile'a", studium o obowiązku, czyli historia o tym, jak daleko można się posunąć, byle tylko mieć już przykry obowiązek za sobą. Nawet jeśli obowiązek ten można by uznać za urojony lub niedorzeczny... Z "Upiora z Canterville" dowiemy się na przykład, w jak ciężkim położeniu może być tytułowa kreatura, gdy mieszka z ludźmi tak praktycznymi, że wcale się go nie boją, nawet przy spotkaniu twarzą w twarz. Ale czy z ich strony czekają na niego jedynie przykrości? Kolejne opowiadania, "Wzór milionera" i "Sfinks bez tajemnic", są już dużo krótsze, dlatego nie będę się nad nimi rozwodzić.

"Życie rani każdego, kto się doń zbliży. W życiu wszystko trwa zbyt długo lub nie dość długo."

Dalej zaczynają się bajki, pisane prościej, nieraz wręcz z dziecięcą naiwnością, w których głos zabierają także zwierzęta oraz przedmioty nieożywione. "Szczęśliwy książę", który wbrew temu, jak go nazywają, ma obecnie sporo trosk. Wielka bezinteresowność i poświęcenie ukazane w "Słowiku i róży". "Prawdziwy przyjaciel" pełen obłudy, błędnego rozumowania oraz wyrzeczeń, z których nie przychodzi nic w zamian. "Nadzwyczajna rakieta", tak zadufana w sobie. "Urodziny infantki" o rozpieszczonej księżniczce i nieświadomym swojej ułomności karle. "Rybak i jego dusza", które... właściwie nie wiem, jak miałabym opisać w kilku słowach. "Młody król", który poznaje niesprawiedliwość świata i nie chce jej zaakceptować. Choć wymienione utwory zaliczają się do bajek, nie wszystkie nadawałyby się do opowiedzenia ich na dobranoc, zwłaszcza dla najmłodszych. Choć większość cechuje się wręcz dziecięcą prostotą, język potrafi być bardziej wyszukany, a słownictwo bogate. Do tego morał może nie być całkiem oczywisty, a nawet jeśli, zwykle okazuje się gorzki.

Kolejne są poematy prozą, tak krótkie, że nie ma sensu ich opisywać. Wilde podejmuje w nich przede wszystkim tematykę religijną i to w sposób, powiedziałabym, dość nietypowy. I na koniec zajmujące najwięcej miejsca, a także najbardziej wymagające spośród znajdujących się tu dzieł - eseje. "Krytyk jako artysta" przedstawiony w formie dialogu dwóch przyjaciół oraz "Narodziny krytyki historycznej" są raczej bardziej dla osób zainteresowanych i choć trochę obeznanych w tych tematach. Pozostali mogą z nich niewiele wynieść lub po prostu się znudzić. Jest jeszcze "Portret Pana W. H.", w którym co prawda też znajdziemy sporo bardziej szczegółowych informacji, jednak są one objaśniane i dotyczą jednej osoby - Szekspira. Jest to mianowicie historia tego, jak próbowano (z obsesyjnym wręcz zacięciem) dowieść słuszności pewnej teorii na temat jego twórczości.

"Lubię przysłuchiwać się sobie samej. To jedna z największych mych przyjemności. Nieraz prowadzę z sobą długie rozmowy i bywam często tak wymowna, że nie rozumiem ani jednego słowa z tego, co mówię."

Muszę też wspomnieć, że bardzo lubię to wydanie. Książka ma dość nietypowy, wysoki format i twardą okładkę. W środku co jakiś czas pojawiają się ilustracje Piotra Gidlewskiego, które dodają całości klimatu. No i do tego sam tytuł, który... no nie wiem, wydaje się taki niezwykły i w jakiś sposób świetnie tu pasuje.

"Twarz, co widziała wszystkie końce świata" to zbiór bardzo różnorodny, dlatego dość trudno ocenić go jako całość. Z tego samego powodu chyba każdy znalazłby tu coś dla siebie. Opowiadania są dość prześmiewcze, pełne humoru, często ciętych komentarzy, ale wcale nie wyklucza to ich poważniejszej strony. Bajki będą smutne, choć niektóre trochę mniej, a część będzie irytować zachowaniem bohaterów. Z kolei eseje... ten dotyczący Szekspira polecić mogę na pewno, co do pozostałych dwóch decyzja należy do Was, bo przyznam, że to ich przeczytanie było dla mnie najbardziej żmudne. Ogółem myślę jednak, że jest to książka warta uwagi, zwłaszcza jeśli po "Portrecie Doriana Graya" jesteście ciekawi innych prac autora.

czwartek, 5 stycznia 2017

S. King "Lśnienie"

Wydawnicwo: Prószyński i S-ka  |  Czas trwania: 21h 8 min.  |  Seria: Lśnienie (1)
Od pewnego czasu walczący z alkoholizmem Jack Torrance po stracie posady nauczyciela przyjmuje pracę w Hotelu Panorama w roli zimowego dozorcy i przenosi się tam wraz z żoną i pięcioletnim synem. Haczyk tkwi w tym, że kiedy już zacznie się prawdziwa zima, aż do wiosny będą praktycznie odcięci od świata. Jak poradzą sobie w tak niepewnych warunkach, w miejscu, gdzie poprzednik Jacka zabił siebie i swoich najbliższych? Co więcej, uwzględnić należy także pozostałe szczegóły z bogatej historii Panoramy - zjawy z przeszłości, które dają o sobie znać zwłaszcza małemu Danny'emu, posiadającemu niezwykły dar. Podobno nic nie mogą mu zrobić… ale czy na pewno?

Z "Lśnieniem" po raz pierwszy zetknęłam się już dość dawno przy okazji filmu i chyba nie obejrzałam go wtedy w całości. Z pierwowzorem planowałam się zapoznać, ale nie spieszyło mi się za bardzo, zwłaszcza że wciąż pamiętałam sporo z filmu (a przynajmniej tak mi się wydawało). Później ta kwestia zeszła jednak na dalszy plan i pewnie jeszcze długo by tak było, gdyby nie dostępny w akcji CzytamPL audiobook. I to nie byle jaki, ale superprodukcja. Jak mogłabym odmówić?

Chociaż zaczyna się dość spokojnie, od początku dostajemy zapowiedzi tego, co ma nadejść. Momenty grozy w postaci dziwnych wydarzeń w hotelu (czasem pozornie nieszkodliwych, innym razem mrożących krew w żyłach) przeplatają się z o wiele bardziej prozaicznymi czynnościami (wręcz sugerującymi, że może wszystko się jeszcze ułoży) oraz tym, co jest straszne w całkiem innym sensie - wewnętrzną przemianą Jacka, nagłymi przeskokami w sposobie jego myślenia, wpływem, jaki wywiera na niego hotel.

"To bardziej przerażające, niż gdyby ktoś obcy skradał się po korytarzach. 
Od obcego można uciec. Nie można uciec od samego siebie."

Podział na role, a także dodatkowe efekty dźwiękowe od samego początku świetnie budują klimat powieści, zwłaszcza gdy chodzi o wywołanie niepokoju czy wręcz strachu. I może właśnie w tym rzecz, bo czytając "Cmętarz zwieżąt", no… nie bałam się praktycznie wcale, za dużo było tam z powieści obyczajowej, a element grozy gdzieś się pośród tego rozmywał. Nie przemawiało to do mnie. Chociaż i tutaj było tego sporo, głosy lektorów i efekty dźwiękowe pozwalały mi na powrót wczuć się w niepokojący klimat Panoramy, nawet po dłuższym czasie względnego spokoju. Nie bez znaczenia było też to, że "Lśnienie" interesowało mnie nie tylko jako powieść grozy, ale także ze względu na tytułowy dar Danny'ego i jemu podobnych. Uwielbiam tego typu wątki, zarówno widzenie/przeczuwanie różnych rzeczy, jak i tę zależność między innymi jaśniejącymi, tę naturalną chęć pomocy (coś podobnego pojawiło się na przykład w "Cieniach na Księżycu"). Bardzo polubiłam więc także Hallorana, który pomógł Danny'emu zrozumieć, co tak właściwie potrafi.

Cieszę się, że w końcu miałam okazję zapoznać się z powieścią określaną czasami jako horror wszechczasów i to akurat w postaci superprodukcji. I choć dla mnie nie był to aż taki fenomen (i w sumie nie za bardzo lubię się bać ^^''), zdecydowanie było warto, a po kontynuację tej powieści mam nadzieję prędzej czy później sięgnąć. A tak jeszcze w kwestii obsady, to najbardziej lubiłam słuchać głosów Hallorana (Mariusz Bonaszewski) i Ullmana (Marian Opania).

"Jesteś pewny, że stać cię na luksus rozczulania się nad sobą?"

sobota, 31 grudnia 2016

Zapadające w pamięć (2016)

Przyszedł czas na kolejne roczne podsumowanie. W pewnym stopniu był to dla mnie rok powrotu do już przeczytanych książek ("Nasze szczęśliwe czasy", "Portret Doriana Graya" i "Zatracenie"). Ponownie przeczytałam też dwie pierwsze części Harry'ego Pottera, tym razem z fenomenalnymi ilustracjami Jima Kaya. Okazało się jednak, że książek, które rzeczywiście chciałabym wyróżnić było w tym roku mniej niż bym się spodziewała… Hmmm, może przyszły rok będzie pod tym względem lepszy. ;)
Gustaw Herligng-Grudziński "Inny świat"
Powieść ta jest zapisem prawdziwych wspomnień autora z pobytu w sowieckich łagrach. Lektura szkolna, z której do przeczytania miałam trzy opowiadania, a jednak ostatecznie przeczytałam całość. Dlaczego? Właściwie sama nie jestem pewna. Po części pewnie przez niedomówienia, jakie zostawiła po sobie jedynie wybiórcza znajomość opisanych wydarzeń i łagrowych realiów. Również i styl pisania Grudzińskiego miał w tym swój udział. "Inny świat" robi naprawdę sporę, naprawdę przykre wrażenie, jednak myślę, że jest to książka, którą warto poznać.

George Orwell "Rok 1984"
"Rok 1984" zdecydowanie zasłużył sobie na miano książki kultowej. To powieść bogata w treść i przemyślana. Porusza ciężki temat, a jednak czytało mi się ją naprawdę dobrze i z zainteresowaniem śledziłam kolejne wydarzenia, choć nieraz zdarzało mi się kręcić głową na myśl o kolejnych absurdach całego systemu. Najbardziej porażająca wydaje mi się jednak jedna z końcowych myśli całej powieści. A więc, czy warto? Moim zdaniem zdecydowanie tak.
"Wolność oznacza prawo do twierdzenia, że dwa i dwa to cztery. Z niego wynika reszta."

Albert Camus "Dżuma"
I kolejna lektura szkolna w tym zestawieniu. Historia o mieście, w którym niespodziewanie wybucha epidemia dżumy. Historia, którą można odebrać dosłownie lub doszukiwać się w niej ukrytych znaczeń. Przyznam, że sama bardziej skupiłam się na sensie dosłownym, jednak książka ta tak czy inaczej pozytywnie mnie zaskoczyła i aż mi głupio, gdy sobie uświadomię, że prawdopodobnie nigdy bym jej nie przeczytała, gdyby nie była moją szkolną lekturą (lub gdybym właśnie z tego powodu na wstępie spisała ją na straty).
"W ludziach więcej rzeczy zasługuje na podziw niż na pogardę."

Anna Łacina "Niebo nad pustynią"
Książka z book tour'u, która naprawdę pozytywnie mnie zaskoczyła. Autorka stworzyła bardzo wyrazistych, realnych bohaterów, którzy ciekawią, czasami nieco irytują, a jednak da się ich lubić - jednych mniej, innych bardziej. Nie są idealni i właśnie to sprawia, że łatwiej w nich uwierzyć. Również w kwestii problemów, z którymi się zmagają, nie jest jednakowo, a ich wzajemne relacje stanowią pasmo wzlotów i upadków, czasem martwiąc, a innym razem pokrzepiając czytelnika, przede wszystkim skłaniając jednak do rozmyślania, jakich to ludzi skrywa cała ta masa pozorów i niedomówień. Chętnie poznam inne powieści autorki.
"Wartości człowieka nie mierzy się tym, czy ktoś ją dostrzegł."

Carlos Ruiz Zafon "Gra anioła"
Druga część Cmentarza Zapomnianych Książek (choć chronologicznie pierwsza) pozwoliła mi ponownie poczuć niezwykły klimat Barcelony, jaki roztacza przed czytelnikami Zafon. O ile w kwestii postaci głównego bohatera to Daniel z "Cienia wiatru" zaskarbił sobie u mnie większą sympatię, to jednak właśnie w "Grze anioła" akcja wydaje mi się bardziej wartka, cały czas coś się dzieje, co sprawia, że trudno się oderwać. No i oczywiście wszechobecne książki, które jak zwykle zajmują tu szczególne miejsce.
"[...] książki mają duszę, duszę tych, którzy je piszą, którzy je czytają i którzy o nich marzą."

Stieg Larsson "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet"
Książka, na którą czaiłam się od dawna, jednak wciąż odkładałam ją na później, usprawiedliwiając się brakiem czasu, a po cichu także obawą, że trudno mi będzie się w nią wgryźć. Wciągnęła mnie jednak od pierwszych stron i wywarła spore wrażenie zarówno ze względu na bohaterów, jak i fabułę. Czytało mi się naprawdę świetnie, żałuję jedynie, że zwlekałam tak długo i mam nadzieję, że z kontynuacją nie popełnię tego błędu.
"Ludzie zawsze mają swoja tajemnice. Chodzi tylko o to, żeby je odgadnąć."

Ka Hancock "Tańcząc na rozbitym szkle"
Powieść, która najpierw oczarowała mnie pięknym wstępem, by następnie wywoływać to radość, to smutek czy wzruszenie w zależności od tego, co akurat się działo w życiu bohaterów. Autorka stworzyła naprawdę ciekawą pełną emocji historię miłości, której od początku wiele osób było przeciwnych. Historię o dwójce ludzi, którzy pomimo swoich braków i licznych przeciwności trwali przy sobie na dobre i na złe, wspierając, ale i raniąc siebie nawzajem.
"Lucy, każde małżeństwo to taniec, czasem kłopotliwy, czasem dający wiele radości, a przez większość czasu po prostu spokojny. Z Mickeyem zaś czasami będziesz musiała tańczyć na rozbitym szkle."
Chociaż wciąż nie oglądam za wiele seriali, to jednak w tym roku jest ich trochę więcej niż zwykle. Na wyróżnienie zdecydowanie zasługuje "Lucifer". Naprawdę wkręciłam się w ten serial zarówno ze względu na bohaterów, jak i zagadki kryminalne. Do tego bardzo podoba mi się gra aktorska, a to, że Tom Ellis (Lucifer) świetnie śpiewa i wykorzystuje to w serialu jest dla mnie kolejnym atutem. Serial doczekał się drugiego sezonu, za mną jak na razie tylko kilka nowych odcinków, ale na pewno jeszcze to nadrobię.

Wspomnę też o "Daredevil'u", z którego co prawda najpierw zrezygnowałam, ale po pewnym czasie do niego wróciłam i ogląda mi się go dość dobrze. Ze względu na to, że Matt jest niewidomy, jego walki są szczególnie widowiskowe, jego umiejętności robią wrażenie. Do tego jest to seria o dość ponurym klimacie, nawet jeśli i humor jest tu często obecny. Zobaczymy, czy serial w dalszym ciągu zdoła mnie zatrzymać przed ekranem.

I na koniec jeszcze parę słów na temat miniserialu, którego byłam ciekawa na długo przed jego premierą i mam tu na myśli "And then there were none", czyli ekranizację moim (i najwyraźniej też wielu innych osób) zdaniem najlepszej powieści Christie. Co prawda trochę ociągałam się z jego obejrzeniem, ale tak to już ze mną bywa. Produkcja ma pasujący do całości, niepokojący klimat, na grę aktorską też nie narzekam.
Pośród filmów (a nie było ich jakoś wiele) zdecydowanie króluje Marvel. Idąc za kolejnością, najpierw "Deadpool", tak różny od wielu innych postaci z tego uniwersum, tak niejednoznaczny. No i oczywiście specyficzny, prześmiewczy humor, jaki znajdziemy w tym filmie, a do tego burzenie czwartej ściany i zwracanie się prosto do widzów. Deadpool, który praktycznie niczego nie traktuje na serio, który nic nie robi sobie ze stereotypowej gadki na temat siły przyjaźni i przebaczenia… Coś takiego po prostu świetnie się ogląda.

Następny jest "Doctor Strange", na którego czekałam już od dawna, nie tylko ze względu na samą jego postać, ale i z powodu tego, kto go gra. Benedict Cumberbatch, którego uwielbiam za "Sherlocka" i to jeszcze w produkcji Marvela? Tego po prostu nie mogłam przegapić! Do tego film nie opierał się wyłącznie na nim, ale był przemyślany i świetnie wykonany. Znajdziemy tu pełno humoru, ale i na poważniejsze sprawy nie zabraknie miejsca. Bardzo podoba mi się to, że wprowadza do uniwersum Marvela elementy magii (co prawda wcześniej pojawiła się już chociażby Scarlet Witch, ale to nie to samo) i już nie mogę się doczekać, aż zobaczę Doctora Strange'a w innych filmach.
Przede wszystkim anime, na które już od dawna czekałam i mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić, że było warto. Wersja anime zdołała zachować charakterystyczny klimat pierwowzoru. Specyficzna kreska Nakamury Asumiko świetnie prezentuje się również w kolorze, a do tego zachowane zostały różne jej dziwactwa (dla mnie samej bardzo ujmujące). Muzyka, poprowadzenie historii, dobór seiyuu - wszystko to uwielbiam. A żeby się za bardzo nie rozpisać, po więcej moich zachwytów nad tą produkcją zapraszam do recenzji. ♥

"Shouwa Genroku Rakugo Shinjuu"
Anime o rakugo (japońskiej sztuce opowiadania historii, o której istnieniu wcześniej nie miałam pojęcia) szybko zaskarbiło sobie moją sympatię. Za bohaterów, za klimat dawnej Japonii, poważne podejście do tematu, a także niebanalny wątek romantyczny. Podoba mi się też kreska, a opening to prawdziwe cudeńko (i ten wokal). ^^

"Boku dake ga Inai Machi"
Anime, które od samego początku pretendowało do miana jednego z najlepszych w tym roku. To seria dobrze przemyślana i świetnie wykonana, a bohaterów naprawdę da się polubić. Ma bardzo chwytliwy opening, natomiast ending jakoś niepostrzeżenie wkradł się w moje łaski i już wkrótce nie potrafiłam wyrzucić go z głowy. Piosenki Sayuri chyba tak już mają (w końcu w "Ranpo Kitan" też mnie oczarowała).

"Natsume Yuujinchou"
Anime, z którego za pierwszym razem jakoś zrezygnowałam po pierwszym odcinku, a teraz kompletnie nie mogę tego zrozumieć, bo przy drugim podejściu bardzo szybko się wkręciłam i już kończę trzeci sezon. Podoba mi się to, jak zostało przedstawione stopniowe otwieranie się Natsume na świat, zarówno ludzi, jak i youkai. Anime jest mocno epizodyczne, praktycznie każdy odcinek to inna historia, jednak odpowiada mi taki układ. Do tego bardzo polubiłam dwa pierwsze openingi (ten i ten). ^^

"Baccano!"
Seria, którą już od bardzo dawna miałam w planach i wreszcie się zmotywowałam, żeby ją obejrzeć. To jedna z tych serii, które z początku kompletnie oszałamiają widza natłokiem wydarzeń i informacji (uważne oglądanie bardzo wskazane), a jednak wkrótce okazuje się, że w tym szaleństwie jest jednak metoda. Bohaterów jest cała masa, jednak ze względu na to, jak bardzo są charakterystyczni, raczej trudno ich pomylić. Seria ma też świetny opening, który stanowi jednocześnie przedstawienie postaci - dowiemy się z niego nie tylko jak się nazywają, ale i co nieco o ich charakterach (po więcej wyjaśnień zapraszam tutaj).

"Yuri!!! On Ice"
Z początku zastanawiałam się, czy rzeczywiście umieszczać tutaj to anime, ale ostatecznie uznałam, że jednak sobie na to zasłużyło. Za bohaterów, za świetny rozwój postaci, jak i odwagę, by pójść w stronę, której chyba nikt się tak naprawdę nie spodziewał (choć pewnie wielu na to liczyło). Poza tym kreska jest naprawdę ładna (nawet jeśli nie zawsze…), a opening mocno zapadł mi w pamięć. No i gdzieś czytałam, że za choreografię odpowiadał prawdziwy łyżwiarz. A jeśli chcecie się dowiedzieć coś więcej, to zapraszam do myszy. c:
Nakamura Asumiko "Koledzy z klasy" & "Absolwenci"
Te mangi pojawiły się już w poprzednim podsumowaniu, jednak teraz dzięki Waneko obie je mam na półce, więc myślę, że nie zaszkodzi umieścić ich tu ponownie, zwłaszcza że moje uwielbienie dla nich wcale nie słabnie. Recenzje obu już się ukazały, więc nie będę się bardziej rozpisywać. Po prostu polecam! ^^

Shiibashi Hiroshi "Nurarihyon no Mago"
Ten tytuł mogłabym umieścić także w kategorii anime (bo właśnie od tej wersji zaczęłam), jednak ostatecznie trafił tutaj. To, za co zabrałam się ze względu na ładnego bohatera siedzącego sobie na drzewie, okazało się być naprawdę ciekawą historią pełną youkai, zarówno z przyjaznym, jak i wrogim ludziom nastawieniem. No i oczywiście główny bohater, który łączy w sobie obie te natury - ludzką i youkai, choć przez pewien czas nie pozwala tej drugiej dojść do głosu. Do tego "Nurarihyon no Mago" ma świetny klimat i sporo naprawdę fajnie wykreowanych postaci. Zdecydowanie zasługuje na więcej uwagi!

Aya Kanno "Requiem Króla Róż"
Manga, o której nie miałam pojęcia, dopóki Waneko nie postanowiło jej wydać. Z początku mocno wahałam się, czy kupić pierwszy tom, ale kiedy w końcu się przemogłam, szybko się wciągnęłam i nie mogłam się doczekać kolejnego tomu. Inspiracja dramatami Szekspira brzmi obiecująco, bohaterowie są ciekawi, do tego kreska ma sporo uroku, a fabuła pełna jest intryg i tajemnic.

Jun Mochizuki "Pandora Hearts"
W tym roku wreszcie na poważnie zabrałam się za tę serię i pozostaje mi jedynie żałować, że tak późno. Wiele pozytywnych opinii zrobiło swoje, a teraz i ja mogę zachwalać tę mangę, bo naprawdę jest tego warta. Nie będę się na razie rozpisywać, bo przede mną jeszcze spora droga - przeczytałam dopiero osiem tomów.

Hitohai "Wolpertingermenchen"
Nasz rodzimy twór, więc nie do końca manga, ale podciągnę ją pod tę kategorię. Historia, która była dla mnie kompletnym zaskoczeniem, którą na początek zamierzałam jedynie przejrzeć, a skończyło się na tym, że odłożyłam ją dopiero po przeczytaniu ostatniej strony. Naprawdę jestem pod wrażeniem tego, co stworzyła Hitohai. To świetna, nietuzinkowa i pełna szaleństwa historia ze specyficzną, ale na swój sposób całkiem ładną kreską. Zamierzam polować na inne prace autorki! Zainteresowanych odsyłam do recenzji Otai. ^^

Nakamura Asumiko "Utsubora"
Moja pierwsza (kupiona) manga po angielsku i to dość spora objętościowo. Historia tajemnicza, skomplikowana, wciągająca. "Utsubora" to bardzo specyficzna manga, przez co nie każdemu przypadnie do gustu. W dużej mierze skupia się na aspekcie psychologicznym postaci oraz tajemnicy, która, przynajmniej dla mnie, nawet po ponownym przeczytaniu - czy to ze względu na barierę językową, czy faktyczne pogmatwanie - wciąż pozostaje nie do końca jasna (w związku z tym dalej będę próbować w pełni ją zrozumieć). Do tego uwielbiam charakterystyczną kreskę autorki, która tutaj wydaje mi się szczególnie ujmująca.
Monkey Majik "Fast Forward" & "Sunshine"
Dwa openingi do "Nurarihyon no Mago", które pokochałam praktycznie od pierwszego odsłuchania. Za co? Tak naprawdę nie jestem pewna, czy uda mi się to dobrze określić. Po prostu wydają mi się tak pełne pozytywnej energii, wpadające w ucho i pasujące do tej serii… Do tego wizualnie też prezentują się też całkiem nieźle.

Koutarou Oshio & Yuuki Ozaki "Doukyuusei"
Piosenka do anime o tym samym tytule, której wręcz nie mogłabym nie uwielbiać. Nie dość, że pochodzi z mojego ukochanego "Doukyuusei", to jeszcze tak świetnie brzmi i wpasowuje się do tej historii… Nic dodać, nic ująć.

Organek
Organka co prawda za sprawą przyjaciółki kojarzę już od dłuższego czasu, jednak z początku nie słuchałam jego piosenek za często. Dopiero po koncercie, na którym byłam, jego utwory na stałe trafiły na moją playlistę, a przez pierwszy tydzień prawie nie słuchałam nic innego.

Panic! At The Disco "Death of a Bachelor"
To zdecydowanie jeden z moich ulubionych zespołów, więc i w tym roku regularnie gościli na mojej playliście. Poza tym znalazłam się w posiadaniu ich nowej płyty, więc tym bardziej powinni tu trafić. ♥

piątek, 23 grudnia 2016

Anime "Joker Game"

Liczba odcinków: 12  |  Emisja: wiosna 2016  |  Ocena: 7/10
W obliczu zbliżającej się nieubłaganie wojny Armia Cesarska w 1937r. decyduje się powołać tajną agencję szkolącą szpiegów. Pod czujnym okiem podpułkownika Yuukiego do samego końca wytrwało jedynie ośmiu mężczyzn. Powszechnie wiadomo jednak, że liczy się jakość, nie ilość, a w ich przypadku nie ma wątpliwości co do tego pierwszego. Perfekcyjnie wyszkoleni, o nienagannych manierach, potrafiący wtopić się w tłum - można tak długo wymieniać. "Joker Game" przedstawia ich losy na tle jednych z najważniejszych historycznych wydarzeń, a także przybliża widzom pracę szpiega.

Od początku miałam względem tej serii spore oczekiwania. Z początku zastanawiałam się, jak ja spamiętam te wszystkie imiona. Nie wzięłam wtedy pod uwagę tego, że przez wzgląd na pracę bohaterowie i tak nie będą ich używać, tym bardziej, że rozjadą się niemal po całym świecie. Skutkiem tego jest ogromna epizodyczność serii - praktycznie każdy odcinek dotyczy innego zadania przydzielonego kolejnemu ze szpiegów (wyjątek stanowią jedynie dwie historie). Pokuszę się wręcz o stwierdzenie, że można by je było oglądać w dowolnej kolejności, nic przy tym nie tracąc. To z kolei sprawia, że z bohaterami ciężko się zżyć (a gdyby ktoś zapytał, czy aby na pewno każdy z nich wykonał jakieś zadanie, nie byłabym w stanie odpowiedzieć) - zachowują się profesjonalnie, czasami dość arogancko (w ten przyjemny do oglądania sposób), a czasu na ich poznanie jest niewiele; bywa nawet, że pojawiają się zaledwie parę razy i to na swojej własnej misji. W związku z tym ledwo rozróżniałam poszczególnych bohaterów, a decydujący był często ich głos, jedna z ich najbardziej charakterystycznych cech. Nie twierdzę, że pomysł na stworzenie "Joker Game" był zły, jednak myślę, że lepiej sprawdziłby się przy dłuższej serii , a kilka pierwszych odcinków powinno być poświęconych na zapoznanie z bohaterami.
Pomimo powyższych narzekań "Joker Game" zrobiło na mnie dobre wrażenie. To jedna z poważniejszych serii, nie ma tu miejsca na wygłupy, a tym bardziej bezmyślność. Do tego sam zawód szpiega jest bardzo interesujący, a tutaj został ukazany w wielu aspektach. Misje są różnorodne - dochodzenia, zdobywanie informacji, dowodów czyjejś podejrzanej działalności, pokrzyżowanie komuś planów i inne takie. Znajdzie się również przykład postępowania w razie doznania amnezji czy pojmania przez wrogów. A czy jest ktoś, o kim dowiemy się choć trochę więcej? Tak, przede wszystkim podpułkownik Yuuki, twórca Agencji D, który w ciągu swojego życia zdążył przynajmniej paru osobom zaleźć za skórę i właśnie dlatego - z relacji innych - poznamy go nieco bliżej, choć jego postać wciąż pozostaje owiana tajemnicą. Jest twórcą zasady, którą kierują się jego szpiedzy - "nie zabijaj i nie daj się zabić", uważa, że to dwie najgorsze decyzje, jakie może podjąć szpieg. Spośród pozostałych ośmiu bohaterów zaledwie o jednym dowiemy się trochę więcej. I jeszcze porucznik Sakuma przydzielony do współpracy z nimi. Co prawda zobaczymy go zaledwie w dwóch odcinkach, ale to i tak daje więcej możliwości zgłębienia jego charakteru niż w przypadku większości pozostałych bohaterów. Zdążyłam go polubić, więc naprawdę żałuję, że nie pojawił się w kolejnych odcinkach.

Kreska bardzo mi się podoba, chociaż z pewnym zdziwieniem przyjęłam fakt, że za projekt postaci odpowiadał Shirow Miwa. Sama bym się tego raczej nie domyśliła, jednak teraz przyznaję, że jest tu coś charakterystycznego (albo tylko sobie wmawiam, że coś zauważyłam). W każdym razie kreska jak dla mnie zdecydowanie na plus, podoba mi się zwłaszcza sposób rysowania oczu. Ogólnie panowie szpiedzy są całkiem przystojni, więc miło jest sobie na nich popatrzeć, a już w garniturach, to szczególnie (dobrze, dobrze,  już kończę z tą kwestią). Na tła też nie narzekam. Z jednej strony tradycyjny japoński wystrój, z drugiej przybyłe z zachodu trendy - jest różnorodnie, a najbardziej charakterystyczne wydają mi się zadymione pokoje (może nie było tego znowu tak wiele, ale coś takiego zwraca uwagę).
Również muzyka nie zawodzi. Opening (QUADRANGLE "Reason Triangle") szybko wpada w ucho, jego tekst świetnie pasuje do serii, a towarzysząca mu animacja przyciąga wzrok. Ending (MAGIC OF LiFE "Double") też wypada całkiem nieźle, choć nie zrobił na mnie równie dobrego wrażenia. Muzyka w tle (na którą starałam się zwrócić większą uwagę niż zazwyczaj) z powodzeniem buduje klimat serii. I jeszcze jedna kwestia, której zazwyczaj nie rozwijam, jeśli w ogóle ją poruszam - seiyuu. W tym przypadku z chęcią zrobię jednak wyjątek, ponieważ "Joker Game" ma naprawdę świetną obsadę i z prawdziwą przyjemnością przysłuchiwałam się rozbrzmiewającym tam głosom. Yuki Kaji (Yukine, Kenma), Jun Fukuyama (Koro-sensei, Grell), Ryouhei Kimura (Bokuto, Kise), Tomokazu Seki (Kougami) - czy mam wymieniać dalej? Znalazło się też paru mniej znanych seiyuu (przynajmniej mi), których jednak słuchało się równie przyjemnie.

Po "Joker Game" spodziewałam się czegoś trochę innego, przede wszystkim mniej epizodycznego, jednak i tak jestem zadowolona z tego, co dostałam. Jak już pisałam, większa ilość odcinków mogłaby wyjść tej serii na dobre i pomóc bardziej zżyć się z bohaterami, jednak jako anime skupiające się bardziej na samym szpiegostwie, niż pojedynczych postaciach sprawdza się nieźle. Myślę, że lepiej podchodzić do niego bez zbyt wygórowanych oczekiwań, jednak w ogólnym rozrachunku uważam, że to seria warta polecenia.

sobota, 17 grudnia 2016

Stosik 6/2016

Przyszedł czas na kolejny stosik. Książek nazbierało się całkiem sporo, w sporej mierze (choć nie tylko) za sprawą Targów Książki w Krakowie, na których udało mi się być przez trzy dni. Kiedy ja zdążę to wszystko przeczytać...
Aya Kanno "Requiem Króla Róż" (4) - No cóż, dzieje się i to sporo...
Kazue Kato "Ao no Exorcist" (17) - Tym razem dowiemy się więcej o przeszłości Shury. Do tego znajdziemy tutaj, jak ujęła to sama autorka, trochę żartów dla dorosłych, których (przyznam szczerze) jakoś się w tej serii nie spodziewałam. No ale narzekać nie zamierzam, było ciekawie. Jak zwykle nie mogę się doczekać kolejnego tomu (a czekanie trochę potrwa... T__T). No i wyczekuję kontynuacji anime. ^^
Iwahara Yuji "Dimension W" (2) - O ile w pierwszym tomie akcja była praktycznie taka sama, jak w anime, to jednak tym razem jeden z wątków (ten z dzieciakami) został zdecydowanie bardziej rozwinięty.
Maybe "Tasogare Otome x Amnesia" (5-10) - Już od dawna chciałam skompletować tę serię, więc chętnie skorzystałam z promocji u Waneko. Czas się zabrać za czytanie. :)
Tsuta Suzuki "Merry Checker" - Jakoś bardzo mi się do tej mangi nie spieszyło, ale jednak kupiłam.
S. Moffat & M. Gatiss & Jay "Sherlock" (1) - Jako fanka Sherlocka uznałam, że nie miło byłoby mieć ten tomik (a najlepiej i kolejne) na półce, jednak na razie wciąż stoi nieprzeczytany. A tak swoją drogą, uśmieszki w tej mandze potrafią wyglądać naprawdę komicznie...
Yuki Midorikawa "W stronę lasu świetlików" - Tak się nie mogłam doczekać, żeby kupić tę mangę, a teraz w dalszym ciągu stoi nieprzeczytana... No cóż, bywa i tak.
Nakamura Asumiko "Absolwenci" - W końcu są! ♥ Poza tym, że tłumaczenie w pewnych mamentach (przynajmniej w moim mniemaniu) woła o pomstę do nieba, a obwoluta prześwituje, jestem zadowolona, o czym już zdążyłam napisać w recenzji. Więc no, bardzo polecam. ^^
Jeon Hey-jin & Lee Ki-ha "Lady Detective" (2) - Kolejny tom manhwy przynosi nam opowieść o znalezionym w książce szyfrogramie. Dowiemy się też trochę o wydawnictwie, dla którego pracuje nasza tytułowa bohaterka, a także poznamy nową postać. Widać, że w wielu przypadkach historia ta traktowana jest dość lekko, czego dowodzą liczne nawiązania i osobiste żarciki autorki.
O. Rudnicka "Granat poproszę" - Zdobycz targowa z podpisem autorki, a jednocześnie jej pierwsza książka na mojej półce (do tej pory wszytskie miałam z biblioteki).
A. Michaelis "Baśniarz" - Zdobycz targowa. Od dawna rozglądałam się za tą książką w dobrej cenie i akurat się trafiła. ^^ Co prawda trochę się obawiam, że tym razem nie odbiorę jej tak pozytywnie jak poprzednio, ale mimo wszystko jestem dobrej myśli.
S. Twardoch "Morfina" - Zdobycz targowa z podpisem autora. Czaiłam się na nią od dłuższego czasu.
J. Ćwiek "Grimm City. Wilk!" - Zdobycz targowa z podpisem autora. Szkoda, że nie wzięłam ze sobą "Kłamcy" do podpisania, ale przynajmniej był powód, żeby kupić tę książkę. Baśniowe nawiązania zawsze na plus.
Kim Young-ha "Imperium świateł" - Kupione na targach i to całkiem tanio, Już od dawna miałam ją w planach, więc skorzystałam z okazji. Do tego przy okazji dostałam torbę z logo wydawnictwa. :3
R. Flanagan "Ścieżki północy" - Zdobycz targowa z podpisem autora. Już od dawna chciałam przeczytać którąś z jego książek, a skoro przy okazji udało mi się zdobyć podpis... ;)
"Harry Potter i przeklęte dziecko" - Pożyczone. Mocno się wahałam, czy sięgnąć po tę książkę, ale ponieważ została mi pożyczona, postanowiłam zaryzykować. Przeczytana i zrecenzowana.
Stąd zaczynają się już książki z wymiany organizowanej przez LC. Kolejka, tłok - ogromne.
Książek co prawda też było dużo, ale czasami miałam wątpliwości czy uda mi się zdobyć coś sensownego.
Musiałam wybierać nieco w pośpiechu, ale ostatecznie z moich zdobyczy jestem raczej zadowolona.
H. Coben "No second chance" - Książka po angielsku? Czemu nie, trochę poćwiczę. ;) Do tego jedną książkę Cobena już czytałam, ale było to już dawno.
M. C. Beaton "Agatha Raisin i ciasto śmierci" - Coś, coś kojarzyłam, ale nie do końca. Mimo to wzięłam z nadzieją na lekką i ciekawą lekturę. Mam nadzieję, że się nie zawiodę. Właśnie czytam.
Simon Becket "Chemia śmierci" - Od dawna miałam ją na liście do przeczytania, więc prędko ją zgarnełam.
M. L. Kossakowska "Czerń, upiór południa" - Książka wybrana praktycznie w ciemno, więc nie mam pojęcia, czego się po niej spodziewać. No cóż, może jakoś to będzie...
H. Mankell "Ręka" - Po książki tego pana od dawna chciałam sięgnąć, ale jakoś nie było okazji. Szkoda tylko, że nie udało mi się dorwać jakiejś wcześniejszej części.
E. Nowak "Kiedyś na pewno" - Na serię miętową jakoś nigdy nie potrafiłam się zdecydować (#teamJeżycjada czy coś... :P), ale skoro nadarzyła się okazja, postanowiłam jednak dać jej szansę.
J. K. Rowling "Harry Potter i komnata tajemnic" - Wreszcie moja. ♥ Tak jak i w poprzedniej części, ilustracje są naprawdę świetne, czasami aż nie mogłam się na nie napatrzeć, no i cieszę się, że dzięki temu miałam okazję ponownie przeczytać tę książkę. Już nie mogę się doczekać następnej. ^^
I. Morris "Świat Księcia Promienistego" - Polecona na wykładzie z kultury Japonii, a ponieważ akurat znalazłam ją w dobrej cenie razem dwoma innymi książkami, postanowiłam ją przygarnąć.
L. Dalby "Opowieść Murasaki" - Już od dawna miałam ją w planach, a wspomnienie jej na wykładzie z kultury Japonii pomogło mi się wreszcie zmobilizować, żeby ją kupić.
K. Ishiguro "Malarz świata ułudy" - Od dawna mnie kusiło, żeby kupić tę książkę. Choć niewiele już z niej pamiętam, wspominam ją bardzo miło, podobała mi się jej ulotność i chętnie jeszcze do niej wrócę.
J. Wilk "Pan Wilk i kobiety" - Słyszałam co nieco dobrego o tej książce (a o jej kontynuacji nawet więcej) i od tamtego czasu się na nią czaiłam, aż w końcu przyszła jej kolej. Mam nadzieję, że będzie warto.
E. Ferrante "Genialna przyjaciółka" i reszta książek z serii - Miała być tylko pierwsza część, ale plany uległy zmianie ze względu na sporą promocję na komplet. Prezent mikołajkowy.
Natsuhiko Kyogoku "The Summer f the Ubume" - Ta książka niestety nie załapała się do zdjęcia, a nie chciałam już robić kolejnego. Po angielsku, pożyczona od koleżanki.

A tutaj pochwalę się jeszcze dedykacjami, jakie udało mi się zdobyć. :3
Poza tym udało mi się skorzystać z akcji CzytajPL, w ramach której w listopadzie zostało udostępnionych dziesięć ebooków lub audiobooków. Mój wybór padł na "Lśnienie" (superprodukcja!) i "Czerwonego Kapitana" w wersji audio. I wszystko byłoby świetnie, gdyby nie to, że aplikacja woblink, z której trzeba było w tym celu skorzystać co chwilę mi się zacinała (mniej więcej po każdym przesłuchanym rozdziale) i reagowała z opóźnieniem...

Czytaliście coś z tego? :)

niedziela, 11 grudnia 2016

"Harry Potter i przeklęte dziecko"

Wydawnictwo: Media Rodzina  |  Liczba stron: 368
Dziewiętnaście lat po wydarzeniach z "Insygni śmierci" powracamy do magicznego świata wykreowanego przez J. K. Rowling z tą jednak różnicą, że za sprawą scenariusza do sztuki stworzonego przez wspomnianą autorkę oraz Johna Tiffany'ego i Jacka Thorne'a. Naszym głównym bohaterem będzie natomiast Albus Severus Potter, młodszy z synów Harry'ego i Ginny. Nie tak utalentowany jak jego brat, a do tego stale odczuwający społeczną presję… oj, nie było mu łatwo. I jeszcze ta świdrująca cisza, gdy syn Pottera zostaje przydzielony do Slytherinu. Na szczęście ma u swojego boku przyjaciela, a jest nim Scorpius, syn... Dracona Malfoya.

Albus i Scorpius stanowią ciekawy duet, tak różny od stale zwracającego na siebie uwagę potterowskiego trio. Samotnicy, nieśmiali, trochę nieporadni, dający się lubić. Do tego obaj zmagający się z problemami. Albus stale przyćmiewany przez sławę swojego ojca, czarna owca w rodzinie. Scorpius nieustannie nękany teoriami spiskowymi o jego rzekomym pokrewieństwie z Voldemortem. W końcu Albus zmęczony takim stanem rzeczy postanawia się zbuntować i wziąć pewne sprawy w swoje ręce, a Scorpius idzie w jego ślady. Tym sposobem chłopcy, choć kierowani dobrymi intencjami, o mało nie doprowadzają do katastrofy...

"Prawda to cudowna i straszliwa rzecz, więc trzeba się z nią obchodzić ostrożnie."

Przed tą książką przez długi czas się wzbraniałam... czy raczej byłam pewna, że sama z siebie jej nie kupię, bo byłam zbyt niepewna tego, co znajdę w środku. Kiedy jednak nadarzyła się okazja, żeby ją od kogoś pożyczyć, postanowiłam z niej skorzystać. I nie żałuję, chociaż zachwycać też nie mam się za bardzo czym. Niby miło było zobaczyć, jak po tylu latach powodzi się znanym z poprzednich części bohaterom, jednak nie poczułam tu tej magii, co kiedyś. Poza tym, ponieważ mamy do czynienia ze scenariuszem, nie uświadczymy tu bogatych opisów ani wielowątkowej, zagmatwanej historii. Przypuszczam jednak, że bardzo ciekawie byłoby zobaczyć całość na scenie ze wszystkimi opisanymi tu efektami specjalnymi.

Nie przepadam za wątkiem cofania się w przeszłość. Nie przepadam z tego względu, że zdaję sobie sprawę, jak źle może się to skończyć i nie lubię patrzeć na to, jak bardzo zagubieni i nie na miejscu potrafią być bohaterowie po powrocie do teraźniejszości. Przy "Harrym Potterze i przeklętym dziecku" miałam więc wiele powodów do obaw. Poza tym przykro było mi też obserwować, w jak kiepskim stanie są relacje Harry'ego i Albusa, jak trudno jest im znaleźć wspólny język. Podoba mi się za to fakt, że obraz Slytherinu, właściwie od początku stawianego w złym świetle, został nieco złagodzony. Historia ta jednoznacznie pokazała, że ślizgoni nie muszą być stale spiskującymi draniami z czarnomagicznymi zapędami, że to czarodzieje jak wszyscy inni. Z bardzo pozytywnej strony dał się poznać również Draco, któremu, choć również ma problemy w porozumieniu się z synem, wyraźnie zależy na Scorpiusie i - w przeciwieństwie do Harry'ego - nie ma zamiaru sprzeciwiać się jego przyjaźni z Albusem.

Nie miałam wygórowanych oczekiwań względem "Harry'ego Pottera i przeklętego dziecka". Od początku znałam też pewien dość istotny szczegół, co mogło wpłynąć na moje nastawienie do tej historii. Książka nie zachwyca, ale nie zaszkodzi jej przeczytać, zwłaszcza dla możliwości poznania Albusa i Scorpiusa, a przy okazji także alternatywnej przyszłości, która mogłaby nastąpić, gdyby coś poszło nie tak.

"Ci, których kochamy, nigdy tak naprawdę nas nie puszczają, Harry.
Pewnych spraw śmierć nie dotyka. Farby... wspomnienia... i miłości."

sobota, 3 grudnia 2016

Nakamura Asumiko "Absolwenci" [BL]

Wydawnictwo: Waneko  |  Liczba stron: 366 (2w1)  |  "Koledzy z klasy" (manga & anime)  |  Sotsugyo Album
"Absolwenci" kontynuują losy Sajou i Kusakabe z "Kolegów z klasy". Ostatnia klasa liceum, zbliżające się zakończenie szkoły. Dla Sajou jest to (jak właściwie zawsze) czas intensywnej nauki. Bardzo dobrze rozumie, dlaczego zdaniem uczestników szkoły przygotowawczej nie jest to odpowiednia pora na związki. Rozumie, ale zdaje sobie również sprawę z tego, że nie potrafiłby sobie odpuścić spotkań z Kusakabe. Ten z kolei, choć nie ma przed sobą egzaminów na studia, także zaczyna na poważnie myśleć o swojej przyszłości. Ich wspólny czas bywa więc w taki czy inny sposób ograniczany, jednak nie odbija się to w sposób negatywny na ich związku. Co prawda nie obejdzie się pewnych (większych lub mniejszych) problemów, ale czasami przecież nie da się tego uniknąć, prawda?

Wiecie, co uwielbiam w "Absolwentach"? (No dobra, jest wiele takich rzeczy, ale tym razem mam na myśli coś konkretnego) To, że chociaż Kusakabe i Sajou zdarza się kłócić, opacznie zrozumieć jakąś sytuację lub po prostu się obrazić, to nie ciągną tego w nieskończoność. Rozmawiają, wyjaśniają wszystko i koniec sprawy (nawet jeśli nie tak całkiem od razu), bez wprowadzania zbędnego dramatyzmu. Po co robić z igły widły? Kolejną rzeczą jest po prostu to, jak Nakamura Asumiko przedstawiła ich wzajemne relacje oraz pogłębianie się uczuć. Po tym, co myślą, co mówią, co robią od razu widać, jak bardzo im na sobie zależy. Moje serce podbił zwłaszcza jeden szczegół - to, że ze względu na pewne okoliczności (nie chcę zdradzić za dużo) Kusakabe nie wykorzystał okazji, by posunąć się o krok dalej, wziął pod uwagę sytuację i stwierdził, że nie byłoby to w tamtym momencie właściwie z jego strony. Czy to nie dowodzi szczególnie wyraźnie, jak bardzo poważnie myśli o swoim związku z Sajou? I jak go tu za to nie kochać?

Chciałabym też zwrócić uwagę na pewną rzecz. Czy ktoś tu nie przepada za Harasenem (czy też, jak widnieje w polskim przekładzie, Haraczem)? Ja go uwielbiam, choć do tej opinii musiałam chwilę dojrzeć. Ostatecznie można przecież uznać, że jest takim dobrym duchem związku naszych dwóch bohaterów (nawet jeśli metody wspierania ich ma raczej specyficzne…). Tak, lubi prowokować Kusakabe i z chęcią wykorzystuje każdą nadarzającą się okazję, by spędzić choć trochę czasu z Sajou, ale tak naprawdę rozumie, że jego uczucie pozostanie jednostronne i nie ma co się łudzić, że jest inaczej. Przy bliższym poznaniu naprawdę go polubiłam, więc tym bardziej cieszę się, że w mandze "Sora to Hara" zostało mu poświęcone więcej miejsca.
Historia jest naprawdę dobrze poprowadzona - pojawiają się momenty zabawne, poważne, urocze, czasami niezręczne, a nawet i do pewnego stopnia zawstydzające, ale wszystko to w sposób zamierzony i z umiarem (no dobra, może pojawi się nieco przesady, ale nie tak znowu wiele). Poza głównymi rozdziałami znajdziemy tu też kilka krótkich, głównie humorystycznych historii. Do tego oczywiście cudowne postaci! O Sajou i Kusakabe już chyba wystarczy (chociaż mogłabym się jeszcze trochę rozpisać). Będzie też okazja, by nieco lepiej poznać Haracza, zerknąć, co kryje się pod pozorami, które stara się utrzymywać. No i jeszcze jedna osoba, o której aż szkoda byłoby nie wspomnieć. Tani (przyjaciel Kusakabe), choć niepozorny i nie pojawia się za często, potrafi na swój sposób zabłysnąć, czym bardzo prędko zaskarbił sobie moją sympatię.

W kwestii kreski chyba nie ma się co rozpisywać - każdy, kto czytał "Kolegów z klasy" wie, czego mniej więcej się spodziewać. Nakamura zdaje się rysować bardzo swobodnie, zwłaszcza w kadrach typowo humorystycznych na dość sporo sobie pozwala, co dodatkowo potęguje ich komizm. Mogę jednak dodać, że jest coraz lepiej, kreska autorki z czasem staje się coraz bardziej wyrobiona i mniej kulfoniasta, więc i osoby, dla których była to drażliwa kwestia, mogą się mile zaskoczyć (a przynajmniej taką mam nadzieję). Oryginalnie dwutomowa manga dostała wydanie 2w1 i została włączona do serii Jednotomówek Waneko. Z dwóch okładek do wyboru (Zima i Wiosna) na obwolutę trafiła ta druga, co uważam za dobrą decyzję. Zimową natomiast znajdziemy w środku, a wraz z nią dwie inne kolorowe ilustracje. Należy też wspomnieć o tym, że po ustawieniu "Absolwentów" obok "Kolegów z klasy" chłopcy spoglądają na siebie z grzbietów tomików.

Ale żeby nie było, że nic tylko słodzę, czas wspomnieć o minusach. Tym, czego po prostu nie mogę wybaczyć Waneko jest taki a nie inny opis umieszczony na obwolucie (która w dodatku przebija i to dość mocno), który bardzo spłyca tę historię. Mam też pewne zastrzeżenia co do tłumaczenia, które w pewnych momentach potrafi brzmieć bardzo nienaturalnie i czasami jakby zatraca znaczenie, które do tej pory odnajdywałam w tych wypowiedziach (a ze względu na to, jak uwielbiam tę mangę jestem na to szczególnie wyczulona). Dalej w kwestii przekładu, nie za bardzo pasuje mi tu używanie słowa "peniać", w pierwszej chwili naprawdę myślałam, że to jakiś błąd w druku (a skoro już o tym mowa, to tak, parę literówek też się pojawiło). Gdyby nie tych parę wad byłabym naprawdę przeszczęśliwa, jednak i tak bardzo się cieszę, że doczekałam się wydania "Absolwentów" i bardzo polecam tę mangę.