czwartek, 16 lutego 2017

A. Harmon "Prawo Mojżesza"

Wydawnictwo: Editio  |  Liczba stron: 360  |  Seria: Prawo Mojżesza (1)
Mojżesz został znaleziony w koszu jako niemowlę, zupełnie jak jego biblijny imiennik. Jego matka narkomanka zmarła z przedawkowania, a i na jego zdrowiu odbił się jej nałóg. Dziecko cracku. Chłopiec z problemami przekazywany od jednego krewnego do drugiego. Tego lata Mojżesz mieszkał u swojej babci, chyba jedynej osoby, która naprawdę się o niego troszczyła. Georgia wiedziała, że wszyscy wokół uważali, że lepiej trzymać się od niego z daleka, a jednak nie potrafiła. Zainteresował ją, on i jego pęknięcia, a im bardziej próbował trzymać ją na dystans, tym bardziej stawała się uparta. A trzeba wam wiedzieć, że czego jak czego, ale samozaparcia to jej nie brakuje. Tym sposobem powoli się do niego zbliżała, stopniowo rodziło się między nimi uczucie. Ale czy to wystarczy?

Rzadko zdarza mi się kupić jakąś książkę zaraz po jej premierze, a jednak w tym przypadku właśnie tak było. Przeczytałam jedną recenzję i już wiedziałam, że chcę jak najprędzej sięgnąć po tę powieść (chociaż mimo wszystko minęło więcej czasu niż chciałam, a jeszcze więcej zanim wreszcie dokończyłam recenzję). Oczekiwania miałam spore, a kolejne pozytywne opinie jeszcze bardziej je podsycały. W końcu zaczęłam czytać. I co? Przede wszystkim "Prawo Mojżesza" okazało się inne niż sądziłam. Spodziewałam się bardziej typowego NA, a dostałam coś całkiem innego. Bo chociaż uczucia naszej dwójki bohaterów grają tu kluczową rolę, to jednak w grę wchodzi także nietypowa natura problemów Mojżesza i wszystko, co z tym związane.

"Jeśli nie kochasz, nikt nie zostaje zraniony. Łatwo odejść. Łatwo pogodzić się ze stratą. Łatwo dać sobie spokój."

Mojżesz, zdając sobie sprawę ze swoich pęknięć i tego, co ze sobą niosą, nie chce sobie pozwolić na bliższą znajomość z Georgią. Wolałby pozostać samotnikiem, aby nie ranić ani nie być ranionym. Dziewczyna nie odpuszcza jednak tak łatwo i jemu samemu również zaczyna zależeć, choć nie przyznałby tego na głos. Mimo to wciąż pozostaje wiele innych kwestii - niezrozumienie, uprzedzenia mieszkańców, a także jego własne problemy, które sprawiają, że jest postrzegany tak, a nie inaczej. Przed nimi wciąż jeszcze wiele do przejścia. Z pozostałych bohaterów na wyróżnienie zdecydowanie zasługuje jego babcia, która akceptuje go takiego, jakim jest. Rodzice Georgii, choć martwią się o córkę, również nie są z tych, co ocenialiby pochopnie.

Pojawia się też wątek kryminalny, który jednak nie do końca mnie zadowolił. Dlaczego? Można go było dostrzec od samego początku, podobnie jak pewne powiązania, ale na rozwinięcie tej kwestii trzeba było czekać praktycznie do samego końca. Wtedy co prawda został należycie poprowadzony, jednak nieco wytrącało mnie z równowagi tak długie odwlekanie tej chwili (chociaż faktem pozostaje, że bohaterowie mieli wtedy też inne sprawy na głowie, co trochę ich - a zwłaszcza Mojżesza - usprawiedliwia). I jeszcze jedno ale - ostatecznie poczułam się z pewnego powodu nieco oszukana, jednak nie mogę się wyrazić w tej kwestii jaśniej, nie ujawniając jednocześnie za dużo.

"Prawo Mojżesza" częściowo padło ofiarą przerostu moich oczekiwań, może też trochę nie trafiło na odpowiednią chwilę? Tak czy inaczej jest to jednak interesująca książka, dość nietypowa jak na swój gatunek i pełna zarówno momentów, od których robi się ciepło na sercu, jak i tych smutnych, wypełnionych żalem i rozczarowaniami.

"Każdy zawsze mówi o równym traktowaniu. I ja to rozumiem. Naprawdę. Ale może zamiast być ślepym na kolory, powinniśmy celebrować kolor, we wszystkich jego odcieniach. Wkurza mnie to, że powinniśmy ignorować nasze różnice jakbyśmy ich nie widzieli, podczas gdy dostrzeganie ich nie musi być negatywne."

piątek, 10 lutego 2017

Podsumowanie anime na jesień 2016

Tym razem nie oglądałam wiele, zwłaszcza na bieżąco, no ale tak to już czasem bywa. Chętnie obejrzałabym jeszcze "Natsume Yuujinchou Go", ale na razie nadrabiam poprzednie części (i pewnie już wkrótce pożałuję, że nie ma ich więcej). Poza seriami, które oglądałam w miarę na bieżąco, do podsumowania zdecydowałam się nadrobić tylko jedną z wcześniej planowanych anime, na resztę przyjdzie czas kiedy indziej.
Ajin 2nd Season
Liczba odcinków: 13
Ocena: 7

Oczywiście, że musiałam zabrać się za kontynuację. Byłam bardzo ciekawa, jak potoczą się dalsze wydarzenia. Już na początku czeka nas dość spory zwrot akcji, który mi zdecydowanie się podoba. Niewiele myślący Nakano potrafi być naprawdę irytujący, ale jakoś to trzeba znieść. W międzyczasie trwają przygotowania do konfrontacji z Satou, który razem ze swoją grupką poczyna sobie coraz śmielej. Mamy okazję dowiedzieć się nieco więcej o Shimomurze, a także sprawdzić, jak miewa się Kai. W kwestii muzyki… nie za bardzo podoba mi się wybór piosenki do openingu, zwłaszcza po świetnym "Yoru wa Nemureru kai?" z poprzedniej części. Na szczęście brzmienie endingu bardzo przypadło mi do gustu (nawiasem mówiąc, towarzysząca mu animacja jest pełna aluzji - czy może wręcz spojlerów - do wydarzeń w anime). CGI wciąż wygląda kiepsko, ale zwykle po prostu próbowałam nie zwracać na to uwagi.

Bungou Stray Dogs 2nd Season
Liczba odcinków: 12
Ocena: 7-

Pierwszą część oglądało mi się całkiem przyjemnie, więc nie mogłam sobie odmówić kontynuacji. Tym razem zaczynamy od wydarzeń z przeszłości, konkretnie przeszłości Dazaia, co mnie dosyć zaskoczyło, ale i ucieszyło, bo byłam tego bardzo ciekawa. Po kilku takich odcinkach wracamy do momentu, w którym zakończył się poprzedni sezon. Bywa zabawnie, bywa poważnie, ogółem w porządku, jednak miałam serdecznie dość tego, jak Atsushi dosłownie co chwilę rozpamiętuje swoją przeszłość. Naprawdę można było odpuścić choć trochę tego dramatyzmu. Co do mocy, ciekawie jest poznawać kolejne inspiracje znanymi pisarzami.
Opening i ending nie wywarły na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia i to do tego stopnia, że miałam problem z przypomnieniem sobie jak brzmiały. Jeśli miałabym jednak wybierać, to wolę ending.

Drifters
Liczba odcinków: 12
Ocena: 7

Zgodnie z myślą, że skoro nie zdecydowałam się na wydawaną w Polsce mangę, to chociaż zerknę na anime, zabrałam się za tę serię. Nastąpiło jednak to dość późno i dopiero po zakończonym sezonie zaczęłam faktycznie nadrabiać "Driftersów". Zacznę może od tego, że po muzyce można się praktycznie od razu domyślić, że to anime ma coś wspólnego z "Hellsingiem" (dla niedoinformowanych: autora). Pewnie ciekawiej oglądałoby się znając te wszystkie historyczne nawiązania, których mamy tu całą masę, ale i bez dokładniejszej wiedzy można się całkiem nieźle bawić. Bohaterowie są barwni i nie da się ich pomylić. Kreska jest bardzo charakterystyczna, może nawet nieco przerysowana, ale w tym przypadku dobrze się to sprawdza. Ścieżka dźwiękowa jest energiczna, polubiłam zwłaszcza opening. Z chęcią przekonam się, co jeszcze czeka naszych bohaterów. Poza tym po tej serii skłaniam się do tego, żebym w końcu ruszyć "Hellsing Ultimate" (w całości oglądałam tylko starszą wersję).

Haikyuu!!: Karasuno Koukou VS Shiratorizawa Gakuen Koukou
Liczba odcinków: 10
Ocena: 9

Jak miło znów powrócić do Karasuno! Ogólnie rzecz biorąc jest przesympatycznie, choć przychodzą i cięższe chwile, wyraźnie widać też, jak bardzo rozwinęły się poszczególne postaci. Naprawdę sporo osób miało tu okazję się wykazać, a na szczególną uwagę w moim mniemaniu zasługuje Tsukki, który przeszedł długą drogę od postawy typu 'nie chcę się angażować, to zbyt kłopotliwe' do prawdziwej chęci gry (i wygranej), a co za tym idzie, do ciągłego rozwijania się. Tym razem, w przeciwieństwie do końcówki poprzedniego sezonu, nie miałam wątpliwości, na czyjej wygranej zależy mi bardziej, ale to już kwestia nastawienia do przeciwników.
Animacja jest płynna, co ma bardzo duże znaczenie, zwłaszcza gdy na boisku dzieje się tak wiele - a możecie być pewni, że nagłych zwrotów akcji jest tu cała masa. O tym, jak ładna jest kreska chyba nawet nie muszę wspominać? I parę słów o muzyce, którą będę bardzo miło wspominać. Opening jak zawsze przyjemnie się słuchało. W dodatku jakoś mam słabość do tak pozytywnie brzmiących melodii, jak na przykład ta z endingu. No i towarzysząca mu animacja przypomina mi trochę te z "Durarary!!", co też zaliczam jako plus.

Watashi ga Motete Dousunda
Liczba odcinków: 12
Ocena: 6

Kiedyś czytałam mangę i była w porządku (jeśli podejść do niej z odpowiednim przymrużeniem oka), więc dlaczego miałabym nie zabrać się za anime? Pomijając  pewną absurdalność tego, że w ciągu paru dni Serinuma "wylaszczyła się" nie do poznania, najbardziej denerwujące jest to, że chłopcy, którzy dotąd traktowali ją co najwyżej z lekceważeniem nagle zaczynają przy każdej okazji zabiegać o jej względy (i to - nie oszukujmy się - dość nachalnie). Całe szczęście, że mamy chociaż Mutsumiego, który nie tylko od początku traktował ją jak należy, ale przez dłuższy czas nawet nie uświadamiał sobie, że mógłby czuć do niej coś więcej.
Jako komedia sprawdza się jednak nie najgorzej, zwłaszcza kiedy początkowe kwestie odejdą nieco w zapomnienie. Ma też całkiem ładną kreskę (i oczywiście ładnych chłopców). Muzyka jakaś niesamowita nie była, ale nie narzekam. Zauważyłam, że kolejność wydarzeń jest nie do końca zgodna z mangą (albo coś zostało dodane, nie jestem pewna).

Yuri!!! On Ice
Liczba odcinków: 12
Ocena: 8

Zaczynając tę serię byłam przekonana, że będzie pełna fanserwisu i poza tym nie spodziewałam się po niej wiele więcej. Tymczasem YOI naprawdę pozytywnie mnie zaskoczyło. Praktycznie każda sportówka w większym lub mniejszym stopniu stanowi pożywkę dla fujoshi, jednak to, co najważniejsze zawsze zostaje jedynie w sferze domysłów. Tymczasem YOI idzie o krok dalej, co więcej, robi to naprawdę dobrze. Postaci mają złożone charaktery, wyraźnie widać także ich rozwój, a samo łyżwiarstwo zostało dobrze ukazane. To jedna z nielicznych serii, które oglądałam rzeczywiście regularnie.
Bardzo podoba mi się opening - sam utwór, animacja wraz z kolorystyką i układem, naprawdę świetnie to wszystko wygląda (i brzmi). Ending też jest w porządku. Z kolei kreska może zarówno zachwycić, jak i rozczarować w zależności od momentu, ale ogólnie nie przeszkadzało mi to jakoś bardzo. Czekam na kontynuację. ^^

Do dokończenia kiedyś… może:


Bernard-jou Iwaku.
Liczba odcinków: 1/12


Krótkometrażówka, za którą postanowiłam się zabrać, bo książki. I biblioteka. Choć trochę niepokojący był fakt, że główna bohaterka, choć interesuje się książkami, to wcale ich nie czyta… Ostatecznie jednak jakoś z niej zrezygnowałam, ale nie wykluczam możliwości wrócenia do niej za jakiś czas.



Muzyka:
Drifters OP - Minutes Til Midnight "Gospel Of The Throttle 狂奔REMIX ver."
Haikyuu!! 3rd Season OP - BURNOUT SYNDROMES "Hikari Are"
Haikyuu!! 3rd Season ED - NICO Touches the Walls "Mashi Mashi"
Yuri!!! On Ice OP - Dean Fujioka "History Maker"

poniedziałek, 6 lutego 2017

M. Kisiel "Nomen Omen"

Wydawnictwo: Uroboros  |  Liczba stron: 336
"Nomen omen" już od bardzo dawna czekało na półce, aż postanowię zerknąć do środka. Dopiero nadchodzące Targi Książki w Krakowie (na których pojawiła się autorka) przekonały mnie, że najwyższy czas to nadrobić. I zdecydowanie nie żałuję. Co prawda z początku miałam pewne obawy, a skumulowały się one w postaci Niedasia, który irytował mnie niemiłosiernie swoim kompletnym brakiem pomyślunku… ale po kolei.

Salomea Przygoda to ofiara zamiłowania swojego rodziciela do niezwykłych imion, a także pełnoetatowy pechowiec. Mając dość brata, który bezpodstawnie uważany jest za co najmniej geniusza, wspomnianego już wcześniej ojca oraz matki, która… krótko rzecz ujmując ma całkiem inne poglądy na świat, Salomea postanawia wyruszyć do Wrocławia i tam rozpocząć pracę. Tak też robi, a gdy zjawia się w miejscu, w którym ma zamieszkać, okazuje się, że właścicielką domostwa nie jest - jak sobie wyobrażała - leciwa starsza pani, ale wysoka i energiczna emerytka o bardzo konkretnym obejściu. Czy mogło być gorzej? Ależ oczywiście! Już wkrótce w ślad za nią podąża Niedaś, którego wcale nie miała ochoty tam oglądać. Nie myślcie jednak, że na tym koniec niespodzianek. Zapewniam, że to jedynie preludium.

"Nomen omen" to książka pełna szalonego humoru, czasem przerysowana, sporadycznie sprawiająca nawet wrażenie płytkiej, by już po chwili zaskoczyć głębszą wymową czy błyskotliwym komentarzem. Z początku obawiałam się, że nie odnajdę się w tym wszystkim, jednak wcale nie było to takie trudne i po czasie, jakiego potrzebowałam na wkręcenie się w to wszystko, szybko okazało się, że świetnie się przy tej powieści bawię.

Bohaterowie są bardzo charakterystyczni i choć pewne ich zachowania bywają irytujące (w przypadku Niedasia praktycznie wszystkie), mogą też być powodem do śmiechu. Podobnie jak wydarzenia, których będziemy świadkami, chociaż to akurat za mało powiedziane. Będzie zabawnie, niebezpiecznie, czasem wręcz strasznie, a w tym wszystkim nie zabraknie także czasu na refleksję, powagę oraz coś, czego nie da się racjonalnie wytłumaczyć (szczegółów wam jednak nie zdradzę). Jesteście gotowi?

Ta książka zdecydowanie za długo czekała na swoją szansę, ale lepiej późno niż wcale. "Nomen omen" zapewniło naprawdę ogromną dawkę humoru i już wiem, że będę musiała zabrać się za pozostałe powieści autorki - jestem bardzo ciekawa tego, co jeszcze uroiło się w jej głowie.

"Z figury Rubens, z fryzury Tycjan, z gęby zaś, wypisz, wymaluj, Picasso."

poniedziałek, 30 stycznia 2017

To może tak kreskówka? #2

Już jakiś czas temu zaczęłam tę serię notek (a raczej opublikowałam jedną) i postanowiłam kontynuować. Niestety, choć planów było sporo, gdzieś po drodze zgubiłam zapał do opisywania kolejnych kreskówek i właśnie dlatego z kolejną notką wracam dopiero teraz. Tym razem przedstawiam Wam dwie serie.

Wojownicze Żółwie Ninja (TMNT)
Znacie historię czterech zmutowanych żółwi ukrywających się w kanałach i ich szczurzego mistrza? Kiedyś wprost przepadałam za tym serialem, obecnie... właściwie nadal tak jest. Jakiś czas temu postanowiłam przypomnieć sobie losy żółwi i muszę przyznać, że naprawdę się wciągnęłam. Chcę też dodatkowo podkreślić, że wszystko to odnosi się do produkcji z 2003 roku, która moim zdaniem bije na głowę nową wersję (której kilka odcinków widziałam) pod każdym względem. Dla przykładu, o wiele bardziej podoba mi się starsza oprawa graficzna, która wygląda poważniej. Również sama fabuła oraz bohaterowie są zdecydowanie dojrzalsi, podczas gdy w nowej wersji wszystkto zostało mocno spłycone, nad czym bardzo ubolewam... No dobra, Casey nawet tutaj nie popisuje się intelektem, ale to taki wyjątek od reguły... okej, Mike i Raph też potrafią podpaść, ale tacy już są (i nie jest z nimi aż tak źle).
Nawet po latach powrót do TMNT okazał się bardzo udany (chociaż nie obejrzałam jeszcze całości) i to nie tylko przez wzgląd na mój sentyment do tego serialu. TMNT ma po prostu całkiem ciekawą, rozbudowaną fabułę, która nieraz potrafi zaskoczyć, a także bohaterów, których da się lubić (jednych bardziej, innych mniej). Nie ukrywam, że zdarza się tej produkcji popaść w typowo moralizatorski ton i to w na tyle oczywisty sposób, że może to nieco irytować, jednak mimo wszystko uważam, że jest warta uwagi. I ta piosenka na początku. ^^

Młodzi Tytani
W tym przypadku również mam na myśli starszą wersję tego serialu, tę z 2003r. (choć w Polsce emisja rozpoczęła się w 2005r.). Uwielbiałam tę zgraję, choć bywało też, że w ten czy inny sposób potrafili działać na nerwy. W tej chwili już nie pamiętam, kogo lubiłam najbardziej (a może nie miałam konkretnego ulubieńca?). Na pewno podobała mi się moc Gwiazdki i jej niezwykle przyjazne usposobienie (chociaż w tej chwili pewnie trochę by mnie irytowała), jednak Raven z tą swoją tajemniczością i czającym się w niej mrokiem zdecydowanie jest interesującą postacią. Bestia, choć zwykle robi za typowo komediową postać, potrafi od czasu do czasu zabłysnąć. No i jeszcze Robin i Cyborg. A tak przy okazji, czy ktoś kiedykolwiek shipował Bestię z Raven? Nie pamiętam, czy kiedyś tak było, jednak w tej chwili uważam, że byłaby z nich całkiem ładna para. ^^
Na potrzeby tej notki odświeżyłam sobie kilka odcinków i mogę z zadowoleniem stwierdzić, że Młodzi Tytani wciąż mi się podobają (chociaż może to być po części zasługa tego, że posiłkowałam się jakimś rankingiem najlepszych odcinków, co by nie wybierać ich całkiem przypadkowo). Pewnie znalazłoby się chociaż kilka bardziej pretensjonalnych momentów czy po prostu słabszych odcinków, jednak to wciąż solidna seria i pod każdym względem przewyższa swoją młodszą wersję. Poza tym myślę, że przypomnienie sobie tej kreskówki mogłoby być całkiem niezłym pomysłem (gdyby tylko mieć pod dostatkiem nieograniczone pokłady wolnego czasu… ah, marzenia), zwłaszcza że chyba mogłabym wyłapać parę rzeczy, na które do tej pory nie zwróciłam uwagi (na przykład zapomniałam, że występuje tam Slade, którego znam również z "Arrow'a").
Jeśli chodzi o nową wersję, widziałam ją jedynie w paru fragmentach i więcej nie zamierzam. To, co zrobili z Tytanami to jakaś tragedia z uproszczoną oprawą graficzną (co jeszcze mogłabym przeżyć) i fabułą spłyconą do granic możliwości. Czy każdy remake starszej serii musi stać się takim potworkiem? ;___;
Znacie którąś z tych serii? :)

czwartek, 19 stycznia 2017

S. Caspari "W krainie kolibrów"

Wydawnictwo: Otwarte  |  Liczba stron: 632  |  Seria: Saga argentyńska (1)
Anna po roku rozłąki z rodziną i mężem wyrusza w wielotygodniową podróż statkiem do Argentyny, by tam wraz z nimi zacząć nowe (w domyśle lepsze) życie. Tam poznała Juliusa i Viktorię, dwójkę z tak zwanych wyższych sfer, z którymi zaprzyjaźnienie się w innych okolicznościach wydawałoby się jej wręcz niemożliwe. Okazuje się jednak, że na pokładzie szybko znaleźli wspólny język, a pełna niedogodności podróż stała się przez to bardziej znośna. Nic nie trwa jednak wiecznie i w końcu przybijają do brzegu. Pełni nadziei, choć nieco przygnębieni rozstaniem, stawiają swoje pierwsze kroki w Nowym Świecie, który ma ponoć oferować tak wiele. Ale co ma w zanadrzu dla nich?

Jeśli szukacie książki o samospełniających się marzeniach, to trafiliście pod zły adres. Rzeczywistość nie zawsze odpowiada wyobrażeniom, a w przypadku Anny różnica między nimi jest aż nazbyt widoczna. Zamiast własnego skrawka ziemi czeka na nią ciasnota miasta, ubóstwo i codzienna walka o lepsze jutro. Zderzenie z rzeczywistością, jakiego doświadczyła Viktoria, choć może nie tak gwałtowne, również nie nastraja pozytywnie. W Salcie, w posiadłości Santosów odkrywa, że Humberto nie jest już tym samym człowiekiem, którego poślubiła, teściowa jej nie znosi, a ją samą niemiłosiernie nudzi taka codzienność i tamtejsze obyczaje. A Julius? Jemu co prawda powodzi się całkiem nieźle, jednak wspomnienie Anny wciąż nie daje mu spokoju.

"Anna spojrzała przez bulaj, z którego roztaczał się rozmyty widok na morze. Argentyna, Kraina Srebra – czy to nie brzmi jak obietnica? Ale co się za nią kryje? Co ta ziemia naprawdę im przyniesie?"

"W krainie kolibrów" to powieść wielowątkowa i bardzo rozciągnięta w czasie. Za jej sprawą prześledzimy całe lata, jakie minęły od podróży naszych bohaterów statkiem do Argentyny. Mit Nowego Świata, w którym każdy ma szansę na lepsze życie, a kolejne ziemie tylko czekają na ich zagospodarowanie szybko zostaje rozwiany. Zamiast tego naszym oczom ukazuje się ciemna strona Buenos Aires - pełnego ciasnoty, występków oraz przyjezdnych, którzy dawno wyzbyli się swoich złudzeń, podczas gdy bogacze pławią się w luksusach. Znajdziemy tych, którzy wciąż próbują, jak i tych, którzy dla łatwiejszego życia zeszli na złą ścieżkę. Poznamy też zwyczaje bogatych, wysoko postawionych rodów, często pełnych obłudy i fałszu. I jeszcze jedno - stosunek do rdzennych mieszkańców, a więc Indian, którzy przez wielu (zwłaszcza tych, którzy mają pieniądze i zbyt wysokie mniemanie o samych sobie) uważani są wręcz za podludzi. Pod względem przedstawienia Argentyny powieść sprawdza się więc całkiem nieźle.

Anna jest zaradna i zwykle twardo stąpa po ziemi. Choć pod wpływem cudzych słów i entuzjazmu sama również pozwoliła sobie snuć marzenia na temat lepszego życia w Nowym Świecie, w przeciwieństwie do swoich bliskich nie spisuje wszystkiego na straty, gdy przychodzi chwila bolesnego zderzenia z rzeczywistością. Viktorię tymczasem poznajemy jako pełną życia, rozpieszczoną dostatnim życiem kobietę, która do tej pory nie zaznała wielu trosk. Zmienia się to jednak w Salcie i choć z początku jest to raczej kwestia nudy i rozczarowania, dla niej także los szykuje coś większego. Julius z kolei to taki trochę typ księcia na białym koniu… z tą różnicą, że jego wybranka nie jest zbyt chętna do przyjmowania pomocy. O nim samym nie dowiemy się właściwie szczególnie wiele, bo to na Annie i Viktorii najbardziej skupia się powieść. Nie są to oczywiście jedyne występujące tu postaci (jak już wspominałam, wątków jest mnóstwo, a więc i bohaterów całkiem sporo), jednak w tej chwili na nich poprzestanę.

"W krainie kolibrów" nie zrobiło na mnie aż tak dobrego wrażenia, na jakie miałam nadzieję. Tak, czytało się nieźle, bohaterów w większym lub mniejszym stopniu polubiłam i przejmowałam się ich losem, jednak nie stali mi się szczególnie bliscy. Może nie trafiłam na odpowiedni moment? Mimo to myślę, że było warto. Po zastanowieniu dochodzę do wniosku, że podobało mi się takie przedstawienie Argentyny. Całkiem miło spędziłam przy tej powieści czas, jednak nie wiem, czy zdecyduję się na kolejną część serii, na razie tyle mi wystarczy.

Książkę mogłam przeczytać dzięki Book Tour'owi zorganizowanemu przez Bohaterkę Realną :)

środa, 11 stycznia 2017

O. Wilde "Twarz, co widziała wszystkie końce świata"

Państwowy Instytut Wydawniczy  |  Liczba stron: 435
Po "Portrecie Doriana Graya", który utkwił mi głęboko w pamięci, niecierpliwie wypatrywałam okazji, by zapoznać się z innymi dziełami Oscara Wilde'a. W trakcie swoich poszukiwań upatrzyłam sobie właśnie zbiór bajek, opowiadań, poematów prozą i esejów - "Twarz, co widziała wszystkie końce świata", którego przez długi czas nie udawało mi się zdobyć. Teraz, już jako posiadaczka wspomnianej książki, mogę przejść do właściwej części recenzji.

Pierwsze są opowiadania. "Zbrodnia lorda Artura Savile'a", studium o obowiązku, czyli historia o tym, jak daleko można się posunąć, byle tylko mieć już przykry obowiązek za sobą. Nawet jeśli obowiązek ten można by uznać za urojony lub niedorzeczny... Z "Upiora z Canterville" dowiemy się na przykład, w jak ciężkim położeniu może być tytułowa kreatura, gdy mieszka z ludźmi tak praktycznymi, że wcale się go nie boją, nawet przy spotkaniu twarzą w twarz. Ale czy z ich strony czekają na niego jedynie przykrości? Kolejne opowiadania, "Wzór milionera" i "Sfinks bez tajemnic", są już dużo krótsze, dlatego nie będę się nad nimi rozwodzić.

"Życie rani każdego, kto się doń zbliży. W życiu wszystko trwa zbyt długo lub nie dość długo."

Dalej zaczynają się bajki, pisane prościej, nieraz wręcz z dziecięcą naiwnością, w których głos zabierają także zwierzęta oraz przedmioty nieożywione. "Szczęśliwy książę", który wbrew temu, jak go nazywają, ma obecnie sporo trosk. Wielka bezinteresowność i poświęcenie ukazane w "Słowiku i róży". "Prawdziwy przyjaciel" pełen obłudy, błędnego rozumowania oraz wyrzeczeń, z których nie przychodzi nic w zamian. "Nadzwyczajna rakieta", tak zadufana w sobie. "Urodziny infantki" o rozpieszczonej księżniczce i nieświadomym swojej ułomności karle. "Rybak i jego dusza", które... właściwie nie wiem, jak miałabym opisać w kilku słowach. "Młody król", który poznaje niesprawiedliwość świata i nie chce jej zaakceptować. Choć wymienione utwory zaliczają się do bajek, nie wszystkie nadawałyby się do opowiedzenia ich na dobranoc, zwłaszcza dla najmłodszych. Choć większość cechuje się wręcz dziecięcą prostotą, język potrafi być bardziej wyszukany, a słownictwo bogate. Do tego morał może nie być całkiem oczywisty, a nawet jeśli, zwykle okazuje się gorzki.

Kolejne są poematy prozą, tak krótkie, że nie ma sensu ich opisywać. Wilde podejmuje w nich przede wszystkim tematykę religijną i to w sposób, powiedziałabym, dość nietypowy. I na koniec zajmujące najwięcej miejsca, a także najbardziej wymagające spośród znajdujących się tu dzieł - eseje. "Krytyk jako artysta" przedstawiony w formie dialogu dwóch przyjaciół oraz "Narodziny krytyki historycznej" są raczej bardziej dla osób zainteresowanych i choć trochę obeznanych w tych tematach. Pozostali mogą z nich niewiele wynieść lub po prostu się znudzić. Jest jeszcze "Portret Pana W. H.", w którym co prawda też znajdziemy sporo bardziej szczegółowych informacji, jednak są one objaśniane i dotyczą jednej osoby - Szekspira. Jest to mianowicie historia tego, jak próbowano (z obsesyjnym wręcz zacięciem) dowieść słuszności pewnej teorii na temat jego twórczości.

"Lubię przysłuchiwać się sobie samej. To jedna z największych mych przyjemności. Nieraz prowadzę z sobą długie rozmowy i bywam często tak wymowna, że nie rozumiem ani jednego słowa z tego, co mówię."

Muszę też wspomnieć, że bardzo lubię to wydanie. Książka ma dość nietypowy, wysoki format i twardą okładkę. W środku co jakiś czas pojawiają się ilustracje Piotra Gidlewskiego, które dodają całości klimatu. No i do tego sam tytuł, który... no nie wiem, wydaje się taki niezwykły i w jakiś sposób świetnie tu pasuje.

"Twarz, co widziała wszystkie końce świata" to zbiór bardzo różnorodny, dlatego dość trudno ocenić go jako całość. Z tego samego powodu chyba każdy znalazłby tu coś dla siebie. Opowiadania są dość prześmiewcze, pełne humoru, często ciętych komentarzy, ale wcale nie wyklucza to ich poważniejszej strony. Bajki będą smutne, choć niektóre trochę mniej, a część będzie irytować zachowaniem bohaterów. Z kolei eseje... ten dotyczący Szekspira polecić mogę na pewno, co do pozostałych dwóch decyzja należy do Was, bo przyznam, że to ich przeczytanie było dla mnie najbardziej żmudne. Ogółem myślę jednak, że jest to książka warta uwagi, zwłaszcza jeśli po "Portrecie Doriana Graya" jesteście ciekawi innych prac autora.

czwartek, 5 stycznia 2017

S. King "Lśnienie"

Wydawnicwo: Prószyński i S-ka  |  Czas trwania: 21h 8 min.  |  Seria: Lśnienie (1)
Od pewnego czasu walczący z alkoholizmem Jack Torrance po stracie posady nauczyciela przyjmuje pracę w Hotelu Panorama w roli zimowego dozorcy i przenosi się tam wraz z żoną i pięcioletnim synem. Haczyk tkwi w tym, że kiedy już zacznie się prawdziwa zima, aż do wiosny będą praktycznie odcięci od świata. Jak poradzą sobie w tak niepewnych warunkach, w miejscu, gdzie poprzednik Jacka zabił siebie i swoich najbliższych? Co więcej, uwzględnić należy także pozostałe szczegóły z bogatej historii Panoramy - zjawy z przeszłości, które dają o sobie znać zwłaszcza małemu Danny'emu, posiadającemu niezwykły dar. Podobno nic nie mogą mu zrobić… ale czy na pewno?

Z "Lśnieniem" po raz pierwszy zetknęłam się już dość dawno przy okazji filmu i chyba nie obejrzałam go wtedy w całości. Z pierwowzorem planowałam się zapoznać, ale nie spieszyło mi się za bardzo, zwłaszcza że wciąż pamiętałam sporo z filmu (a przynajmniej tak mi się wydawało). Później ta kwestia zeszła jednak na dalszy plan i pewnie jeszcze długo by tak było, gdyby nie dostępny w akcji CzytamPL audiobook. I to nie byle jaki, ale superprodukcja. Jak mogłabym odmówić?

Chociaż zaczyna się dość spokojnie, od początku dostajemy zapowiedzi tego, co ma nadejść. Momenty grozy w postaci dziwnych wydarzeń w hotelu (czasem pozornie nieszkodliwych, innym razem mrożących krew w żyłach) przeplatają się z o wiele bardziej prozaicznymi czynnościami (wręcz sugerującymi, że może wszystko się jeszcze ułoży) oraz tym, co jest straszne w całkiem innym sensie - wewnętrzną przemianą Jacka, nagłymi przeskokami w sposobie jego myślenia, wpływem, jaki wywiera na niego hotel.

"To bardziej przerażające, niż gdyby ktoś obcy skradał się po korytarzach. 
Od obcego można uciec. Nie można uciec od samego siebie."

Podział na role, a także dodatkowe efekty dźwiękowe od samego początku świetnie budują klimat powieści, zwłaszcza gdy chodzi o wywołanie niepokoju czy wręcz strachu. I może właśnie w tym rzecz, bo czytając "Cmętarz zwieżąt", no… nie bałam się praktycznie wcale, za dużo było tam z powieści obyczajowej, a element grozy gdzieś się pośród tego rozmywał. Nie przemawiało to do mnie. Chociaż i tutaj było tego sporo, głosy lektorów i efekty dźwiękowe pozwalały mi na powrót wczuć się w niepokojący klimat Panoramy, nawet po dłuższym czasie względnego spokoju. Nie bez znaczenia było też to, że "Lśnienie" interesowało mnie nie tylko jako powieść grozy, ale także ze względu na tytułowy dar Danny'ego i jemu podobnych. Uwielbiam tego typu wątki, zarówno widzenie/przeczuwanie różnych rzeczy, jak i tę zależność między innymi jaśniejącymi, tę naturalną chęć pomocy (coś podobnego pojawiło się na przykład w "Cieniach na Księżycu"). Bardzo polubiłam więc także Hallorana, który pomógł Danny'emu zrozumieć, co tak właściwie potrafi.

Cieszę się, że w końcu miałam okazję zapoznać się z powieścią określaną czasami jako horror wszechczasów i to akurat w postaci superprodukcji. I choć dla mnie nie był to aż taki fenomen (i w sumie nie za bardzo lubię się bać ^^''), zdecydowanie było warto, a po kontynuację tej powieści mam nadzieję prędzej czy później sięgnąć. A tak jeszcze w kwestii obsady, to najbardziej lubiłam słuchać głosów Hallorana (Mariusz Bonaszewski) i Ullmana (Marian Opania).

"Jesteś pewny, że stać cię na luksus rozczulania się nad sobą?"