niedziela, 22 kwietnia 2018

Porównanie wydań: "Utsubora" Nakamury Asumiko

Już dawno (jeszcze przy okazji tego stosiku) wspominałam, że skoro już mam mangi po japońsku, to chciałabym zrobić porównanie wydań, jednak, jak to często bywa, pomysł na dłuższy czas odszedł w zapomnienie, aż w końcu się do tego zmobilizowałam. Tak więc oto przedstawiam Wam pierwsze porównanie - "Utsubora", wydanie po japońsku i angielsku. I od razu uprzedzam, będzie sporo zdjęć, tekstu z kolei niewiele. :3

sobota, 14 kwietnia 2018

Podsumowanie sezonu anime na zimę 2018

Tym razem nie ma tego za wiele, za to prawie wszystko oglądałam na bieżąco. I coś mi się wydaje, że tak już teraz zostanie - tylko kilka wybranych serii, za to większość obejrzanych do końca.


Devilman Crybaby
Liczba odcinków: 10
Ocena: 6

Czy mogłam sobie odpuścić serię, o której od samego początku było tak głośno? Właściwie mogłam, ale jednak postanowiłam zaryzykować. Było dziwnie, czasami nawet bardzo, ale jednak ciekawie. Ma w sobie coś, przez co chce się dalej oglądać, nie wspominając o tym, że odcinki zwykle kończą się w takich momentach, że od razu chciałoby się włączyć kolejny. I tak też robiłam, aż do połowy, kiedy zrobiłam sobie dłuższą przerwę. A kiedy wróciłam do oglądania, jakoś nie mogłam się wciągnąć, patrzyłam na to, co się dzieje i wcale mnie to nie ruszało, sama nie wiem dlaczego. Z tego powodu jakoś trudno mi ocenić tę serię i została z nieco niedookreśloną szóstką.
Kreska jest nietypowa, ale przez to ciekawa i jakoś pasowało to do ogólnego klimatu serii. Muzykę dużo osób chwali i ja też nie będę tu wyjątkiem. Opening, choć prosty, aż szkoda by było przewijać, "Devilman no Uta" też długo siedziało mi w głowie. Ending... właściwie nie za bardzo pamiętam.



Hakata Tonkotsu Ramens
Liczba odcinków: 12
Ocena: 6+

Hakata - miasto, w którym przestępczość kwitnie w najlepsze, ale i kwitnące są tutaj kontakty między zabójcami. Praktycznie każdy zna tutaj każdego, a już na pewno bohaterowie, których w tym przypadku możemy nazwać pozytywnymi. Jest zakręcony na punkcie baseballu detektyw, jest zabójca zabójców, są zagadki. I cała zgraja barwnych postaci, których interakcje bardzo ciekawie się obserwowało.
Zarówno opening jak i ending przypadły mi do gustu. Tytuły poszczególnych odcinków nawiązują do baseballu, w który z resztą nasi bohaterowie co jakiś czas grają. Naprawdę przyjemnie spędziłam przy tej serii czas i nawet oceniłabym ją wyżej (stąd plus przy ocenie), gdyby nie to, że coś mi nie podpasowało w zakończeniu. Poszło za szybko, za łatwo i jakoś mi to zgrzyta. Ale ogólnie warto było.



Koi wa Ameagari no You ni
Liczba odcinków: 12
Ocena: 7

Licealistka, która po kontuzji musi zrezygnować z biegania zakochuje się w dużo starszym od siebie kierowniku restauracji i zaczyna tam pracować. Z początku nie byłam szczególnie przekonana do tej serii, jednak dałam jej szansę i było warto. Choć najpierw skupia się głównie na zauroczeniu Tachibany, to z czasem pojawiają się kolejne wątki, a wraz z nimi widzimy rozwój postaci. Jest kwestia porzucenia marzeń, utraty możliwości biegania, a także przyjaźni, która z tego powodu zaczyna się sypać. Czy Tachibana postanowi o nią zawalczyć? Późniejsze odcinki były dla mnie o tyle ciekawsze, że dzięki zainteresowaniom Kondo znalazło się też trochę na temat japońskiej literatury.
Anime może się poszczycić prześliczną kreską, zwłaszcza jeśli chodzi o tła. Zdecydowanie jest na co popatrzeć. Opening w miarę szybko wpadł mi w ucho, ending od Aimer polubiłam od razu. Seria pozytywnie mnie zaskoczyła.



Kokkoku
Liczba odcinków: 12
Ocena: 7

Ludzie mogący poruszać się w świecie, gdzie wszystko inne stoi w miejscu? Kult próbujący przywłaszczyć sobie tą umiejętność? Uznałam, że nie zaszkodzi sprawdzić, co z tego wyszło. A wyszło całkiem ciekawie, choć pewne postaci (czyt. tatusiek-nierób, który uważał się za nie wiadomo kogo i był przekonany, że wszystko wie najlepiej) potrafiły zirytować. Niezwykłe okoliczności (zatrzymanie czasu ma zarówno swoje plusy jak i minusy), niezwykłe moce - przypadło mi to do gustu.
Nie ma co ukrywać, że do tej serii zachęcił mnie również opening w wykonaniu Miyavi'ego, który bardzo mi się spodobał. Ending już mniej, za to ciekawy był użyty w nim efekt z całkowicie statycznym kadrem, na którym nagle ktoś zaczyna się poruszać - niewątpliwie nawiązanie do zatrzymanego świata w anime.



ReLIFE: Kanketsu-hen
Liczba odcinków: 4
Ocena: 6

Co prawda to anime ma tylko 4 odcinki, ale chyba mogę je tu uwzględnić, prawda? Kontynuacja poprzedniego sezonu ReLife. Dostajemy szkolny festiwal (jakże by inaczej), zakończenie szkoły oraz nieco o tym, co dalej. Akcja jest podobno bardzo okrojona względem mangi i faktycznie widać, że wszystko jest przyspieszone. Szkoda, że właśnie tak się stało, ta seria zasługuje na to, by porządnie ją domknąć, a teraz jedyną szansą na to będzie chyba sięgnięcie po mangę. Wspomnę też, że tłum to zwykle tylko kolorowe sylwetki, co było dość denerwujące.



Saiki Kusuo no Ψ-nan 2
Liczba odcinków: 24
Ocena: 8

*trwające
Na sam początek dostajemy mały gintamowy crossover, co było naprawdę miłą niespodzianką. O ile przy pierwszej serii nie byłam jakoś super zainteresowana, tak teraz bardzo przywiązałam się do tych postaci i niecierpliwie wyczekuję kolejnych odcinków (tak więc jeśli jeszcze jej nie znacie, czas to nadrobić, warto). Pojawiają się zarówno już dobrze znane postaci, jak i parę nowych. Anime wciąż składa się z króciutkich odcinków, jednak teraz nie są już liczone pojedynczo. Opening i ending na swój specyficzny sposób nawet mi się spodobały.





Violet Evergarden
Liczba odcinków: 13
Ocena: 8

Pierwsza rzecz, prześliczna kreska. To chyba główny powód, dla którego w ogóle zabrałam się to anime - kilka zobaczonych gdzieś kadrów, które od razu przyciągnęły moją uwagę. Zaczęłam dość późno, za to od razu nadrobiłam wszystkie dostępne na tamtą chwilę odcinki. Violet wytrenowana na wojskową broń bez uczuć od teraz ma zacząć normalne życie. Musi nauczyć się tego, co dla nas wydaje się oczywiste oraz zrozumieć jak działają uczucia i jakie znaczenie niosły ze sobą ostatnie słowa, które usłyszała od swojego dowódcy. To seria pełna wydarzeń grających na uczuciach widzów i to grających naprawdę umiejętnie, zapewniając wiele wzruszeń, momentów wesołych, jak i smutnych.

Do dokończenia kiedyś… może:



B: The Beginning
Liczba odcinków: 6/12

Genialny i dość specyficzny detektyw, tajemnice, niezwykle moce - jak dla mnie brzmi kusząco, tak więc zaczęłam oglądać, ale czegoś mi tu zabrakło. Niby było okej i nawet chciałam się dowiedzieć co dalej, jakie jest rozwiązanie tej sprawy, jednak dotychczasowe wydarzenia jakoś nie wywołały we mnie wystarczającego zainteresowania. Za to opening był dość ciekawy, a ending po paru odsłuchaniach nie chciał się ode mnie odczepić.


Porzucone:



Ito Junji: Collection
Liczba odcinków: 3/12

W końcu jakoś nigdy nie zabrałam się za jego mangi, więc pomyślałam, że nadrobię to oglądając anime. Souichi był jednak zwyczajnie żałosny, a to o modelce nudne i przewidywalne. Długie sny były już lepsze, trzeci odcinek też, ale jednak nie na tyle, żebym faktycznie się wciągnęła. Uznałam więc, że nie ma co się męczyć i oglądać na siłę. Może horrory autora po prostu nie są mi pisane (nie wspominając już o tym, że ostatnio ogólnie jakoś nie po drodze mi z horrorami). Za to opening i ending były całkiem w porządku.


Muzyka:
Koi wa Ameagari no You ni ED - Aimer "Ref:rain"
Kokkoku OP - Miyavi vs. KenKen "Flashback"
B: the Beginning ED - Marty Friedman "The Perfect World"

czwartek, 22 marca 2018

Stosik 1/2018

Pierwszy stosik w tym roku, choć składający się w sporej mierze z nabytków jeszcze z poprzedniego (tym dziwniejsze, że dopiero teraz się pojawia, no cóż... tak to jest jak się cały czas zwleka). Poza mangami i książkami wpadło mi też parę płyt, którymi też postanowiłam się pochwalić.
C. Bukowski "O kotach" - Właściwie powinna się już znaleźć w poprzednim stosiku, ale jakoś mi to umknęło. Moja pierwsza książka Bukowskiego.
Akutagawa Ryuunosuke "Życie szaleńca" - Zbiór opowiadań. Już przeczytane.
M. Witkiewicz "Czereśnie zawsze muszą być dwie" - Naczytałam się tyle pozytywnych opinii na jej temat, że w końcu trafiła na moją półkę, a teraz czeka na swoją kolej.
T. Canavan "Trylogia Zdrajcy" - Już od dłuższego czasu przymierzałam się do tego zakupu, bo choć uwielbiam książki Canavan, do tej pory żadnej nie miałam na półce. Uznałam, że razem z tym boxem będą się świetnie prezentować. Przydałaby się jeszcze Trylogia Czarnego Maga.
T. Canavan "Złodziejska magia" - Skoro już zdecydowałam się kupić coś Canavan, uznałam, że wreszcie zabiorę się też za jej najnowszą trylogię (wreszcie, bo z czytaniem czekałam aż ukaże się cała). Już przeczytane.
Shusaku Endo "Morze i trucizna" - Kolejna książka do kolekcji literatury japońskiej.
"Cień wschodzącego słońca" - Jak wyżej.
R. Tyler "Baśnie japońskie" - Pożyczone od koleżanki. Cała masa krótszych lub dłuższych (ale raczej krótszych) historii. A czy warte uwagi, to się jeszcze okaże.
T. Canavan "Anioł burz" - I najnowszy nabytek, bo tak jak przypuszczałam, po pierwszej części od razu chciałam się zabrać za kolejną. Właśnie czytam.
W. Collins "The Woman in White" - Skrócona wersja przeznaczona do ćwiczenia angielskiego, pożyczona od koleżanki. Była okazja, więc uznałam, że skorzystam. Czytało się naprawdę dobrze i szybko, jednak ze względu na sporą skrótowość jakoś nie wczułam się w samą historię.
M. Musierowicz "Ciotka Zgryzotka" - Jeden z tych niewielu przypadków, gdy książkę kupuję zaraz po premierze. Trochę już minęło od poprzedniej części Jeżycjady, jednak mam nadzieję, że stopniowo sobie przypomnę co się tam działo.
Yuki Fumino "Usłyszeć ciepło słońca. Limit" (1) - I kolejna część serii.
"Sen o Japonii" - Króciutka historia, która zdobyła trzecie miejsce w 10 edycji Japan International MANGA Award. Była okazja, to postanowiłam zobaczyć co to takiego.
Yuji Iwahara "Dimension W" (8-9) - Już coraz bliżej do końca wydarzeń, które objęło anime. Coraz więcej jest też mniejszych lub większych rozbieżności między obiema wersjami, co tym bardziej wzmaga ciekawość.
Natsuo Kumeta "Nasz cud" (2) - Powolutku, powolutku, ale zbieram. Może następnym razem kupię więcej niż jeden? Chciałabym trochę nadgonić tę serię.
Kiri Wazawa "Posępny Mononokean" (4-5) - Może i już znam te wydarzenia z anime, jednak i tak nie mogę się doczekać kolejnych tomów.
Aya Kanno "Requiem Króla Róż" (8) - Zastanawiałam się, co po ostatnich wydarzeniach przygotowała dla swoich bohaterów autorka. Okazuje się, że wraz z tym tomem przenosimy się parę lat do przodu. Znów nadchodzą niespokojne czasy, intrygi i niebezpieczeństwa wiszą w powietrzu.
Takano Ichigo "Orange" (6) - Dodatkowy tom przedstawiający rzeczywistość, w której nie udało się uratować Kakeru. To mogło wypalić albo nie. Na szczęście wyszło całkiem nieźle.
KattLett "Artificial People: Magenta" (2) - Jak już z sentymentu do tej historii kupiłam pierwszy tom, to pasowało zdobyć i drugi. Teraz jednak wydarzenia jeszcze bardziej odbiegają od tego, co pamiętam z pierwotnej wersji i... sama nie wiem co o tym myśleć. Wtedy była to w miarę zamknięta historia, teraz dużo bardziej stanowi prequel do dalszych wydarzeń, serii, w którą nie za bardzo chcę się pakować. No cóż...
THE ORAL CIGARETTES "FIXION" - Marzyły mi się jakieś płyty japońskich zespołów, których słucham (a których niestety u nas nie dostaniemy) i po namyśle padło na tą. Wszystkie te piosenki już wcześniej znałam, ale zawsze miło dołączyć płytę do kolekcji i właśnie z niej słuchać.
Creephyp "Hitotsu ni narenai nara, semete futatsu dake de iyou" (tak bardzo już przywykłam do widoku znaków, że jakoś dziwnie mi pisać to w romaji :o) - Podobnie jak powyżej, z tą tylko różnicą, że część piosenek jest dla mnie nowością, więc tym bardziej cieszę się, że znalazłam się w jej posiadaniu.
Radwimps "Your name." - Jak sam tytuł wskazuje, soundtrack do "Kimi no Na wa". Byłam zaskoczona, gdy okazało się, że jest dostępny w Empiku i postanowiłam skorzystać z okazji.
Selah Sue - Od dawna czaiłam się na tę płytę. Nawet jeśli samej piosenkarki nie znacie, to pewnie obiło Wam się o uszy "This world", które swego czasu pojawiło się w reklamie Kinder Bueno. ;)
ONE OK ROCK "Ambitions" - W ubiegłym roku jakoś zaniedbałam słuchanie ONE OK ROCK (może trochę przez to, że teraz śpiewają głównie po angielsku i nie do końca mi to pasuje), ale postanowiłam to zmienić.

piątek, 9 marca 2018

Krótko o książkach 1/2018

Czyli o tym, jak nie zmobilizowałam się do napisania recenzji, ale jednak głupio mi pozostawić je wszystkie bez choćby paru słów. Jest to też próba reorganizacji bloga po tym, jak straciłam systematyczność w jego prowadzeniu. Zobaczymy jak się sprawdzi. A zaczynam od paru książek, które czytałam jeszcze w (aż wstyd przyznać)... 2016 roku. No cóż, chciałam zrobić użytek ze swoich notatek na ich temat.

Stieg Larsson "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet"  |  Seria: Millenium (1)  |  9/10
Oskarżony o zniesławienie dziennikarz na prośbę wpływowego magnata przemysłowego podejmuje próbę wyjaśnienia zniknięcia sprzed lat bez śladu szesnastoletniej Harriet Vanger, w czym pomaga mu genialna, choć aspołeczna hakerka. Choć początkowo nie trafiają na nic nowego, kilka szczegółów w końcu naprowadza ich na trop. Ten z kolei prowadzi do wydarzeń, które ktoś bardzo chciałby zachować w sekrecie…

Naprawdę długo zwlekałam z rozpoczęciem tej kultowej już trylogii Larssona. A to wykręcałam się brakiem czasu, innym razem po prostu z obawy, że jednak ciężko będzie mi przez nią przebrnąć. I co? Wszystko to było bezpodstawne - w powieść wciągnęłam się już od samego początku i z ogromną ciekawością śledziłam kolejne posunięcia bohaterów. W "Mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet" naprawdę wiele może zainteresować czytelnika. Po pierwsze samo zniknięcie Harriet, którego nie udało się wyjaśnić przez blisko czterdzieści lat. Dalej mamy nieprzystępną, często skłóconą rodzinę Vangerów oraz Blomkvista ze swoim wyrokiem za zniesławienie - dlaczego się nie bronił, skoro tak naprawdę wciąż wierzy w swoje racje? I oczywiście Lisbeth, dziewczyna niezwykła pod tak wieloma względami, że nie ma mowy, żeby nie wzbudziła w czytelnikach zainteresowania. Koniecznie będę musiała przeczytać kolejne części.
"- Przyjaźń - według mojej definicji - zasadza się na dwóch rzeczach - powiedział nagle. - Szacunku i zaufaniu. Oba czynniki są niezbędne. I muszą działać w obie strony. Można do kogoś żywić głęboki szacunek, ale bez zaufania przyjaźń się rozpada."

Olga Rudnicka "Diabli nadali"  |  7/10
Tutaj wspomogę się opisem. Dagmar Różyk zostaje znaleziony martwy w swoim gabinecie w okolicznościach budzących u jednych śmiech, u drugich wstręt, a jeszcze u innych - godną pożałowania radość. [...] Motywów zabójstwa jest bez liku, tak samo jak podejrzanych. Monika, jego sekretarka, jako jedyna zna tajemnice szefa i jest zdecydowana za wszelką cenę sama odkryć prawdę. Pomaga jej młody policjant Mateusz Jankowski [...]. Z powodu prywatnych kontaktów z Moniką, która jest jedną z głównych podejrzanych, Mateusz zostaje odsunięty od sprawy. Nie wierząc w winę dziewczyny, postanawia działać na własną rękę, ryzykując przyszłą karierę. Poszlaki prowadzą do mieszkania Magdy W., znienawidzonej przez wszystkich zastępczyni Różyka, zwanej przez personel Zdzirą. Zdaniem Moniki to właśnie ona może być zabójczynią, ale najpierw muszą się dowiedzieć, gdzie jest pani wicedyrektor. Ostatnio widziano ją w wieczór poprzedzający śmierć Różyka, gdy odgrażając się i klnąc na czym świat stoi, wybiegła z jego biura.
"Ostatecznie każda z tu obecnych była osobą podejrzaną o zabójstwo, dopóki nie udowodni, że jest inaczej. Wprawdzie prawo działało odwrotnie, ale myśleć mógł, co mu się żywnie podobało."
Rudnicka nie zawodzi (przynajmniej z tego, co mi wiadomo, a nie wszystkie jej książki czytałam). "Diabli nadali" jest pełne szalonego humoru i równie szalonych wydarzeń, a praktycznie wszystkie postaci są bardzo... wyraziste. Tak, to odpowiednie słowo. Piekielnie przystojny szef, który kobiet mógłby mieć na pęczki. Monika, której - mimo ostrożności - czasem wymsknie się taki czy inny komentarz (taka już jej natura). Jej braciszkowie i tatko, dla których jest prawdziwym oczkiem w głowie. Młody policjant z aspiracjami, któremu podoba się Monika. I jeszcze parę innych postaci. W powieści śledzimy zarówno wydarzenia obecne, jak i mamy wgląd w te już minione i w obu przypadkach jest interesująco. Przebieg śledztwa, podejrzenia i oskarżenia, a w przeszłości chociażby przekomarzania Diabła (jak zwykło się mawiać na szefa) i Moniki - naprawdę dobrze mi się o tym czytało. Przyznam nawet, że mam ochotę sięgnąć po książkę jeszcze raz, może wtedy doczekałaby się pełnej recenzji. ;)
"Tatko zresztą mawiał, żeby sama nigdy nie zaczynała, ale jak ktoś z nią zacznie, to ona ma skończyć. Tak, żeby ten ktoś już więcej z nią nie zaczął. Synów uczył dokładnie tego samego. Ale oni nie używali języka, tylko pięści."

Andy Weir "Marsjanin"  |  7/10
W wyniku niesprzyjających warunków pogodowych zostaje wydana decyzja o przedwczesnym zakończeniu misji. Niestety, w trakcie opuszczania Marsa jeden z członków załogi zostaje ranny i odseparowany od reszty. Cały szereg towarzyszących temu okoliczności skutkuje ostatecznie tym, że załoga odlatuje przekonana o jego śmierci. Mark Watney wciąż jednak żyje i od tego momentu zaczyna się jego walka o przetrwanie. Sam na Marsie, bez żadnego wsparcia. W takiej sytuacji nie byłoby trudno spanikować, albo wręcz poddać się już na starcie, jednak Watney nie zamierza się nad sobą użalać. Zamiast tego z całych sił podejmuje kolejne kroki, by wyjść cało z tej sytuacji.

"Marsjanin", choć podejmuje temat poważny, pełen trudnych wyborów i dylematów moralnych, wcale nie jest powieścią szczególnie przytłaczającą, a to wszystko dzięki optymizmowi i poczuciu humoru głównego bohatera. Jego relacji, zwłaszcza tych doprawionych solidną dawką ironii, słuchałam z prawdziwą przyjemnością (z chęcią przytoczyłabym przynajmniej kilka cytatów). Stanowi to w dodatku zaskakujący kontrast z zachowaniem ludzi na Ziemi, którzy denerwują się, stresują i panikują. Z powieścią zapoznałam się w formie audiobooka czytanego przez Jacka Rozenka i uważam, że było warto.
"Rozplątałem łóżko Martineza, zabrałem na zewnątrz sznurek i przymocowałem taśmą do kadłuba, wzdłuż linii zaplanowanego cięcia. Tak, oczywiście, taśma klejąca  w niemalże próżni. Taśma klejąca działa wszędzie. Taśma klejąca jest magiczna i powinna być czczona."

Dominik Dan "Czerwony kapitan"  |  Seria: Komisarz Krauz (1)  |  6/10
I tym razem pozwolę sobie posłużyć się gotowym opisem: 
Akcja Czerwonego kapitana dzieje się w 1992 r., tuż po transformacji ustrojowej. Komisarz Krauz („bardzo młody, bezczelny, szybki i niedoświadczony, ale perspektywiczny”) prowadzi śledztwo w sprawie morderstwa popełnionego kilka lat wcześniej przez służby bezpieczeństwa. Trop prowadzi przez służby kościelne i tajne organizacje StB i sięga… głębokiego średniowiecza. Komisarzowi Krauzowi przyda się znajomość łaciny, nie tylko tej ulicznej…

Z tą powieścią zapoznałam się w formie audiobooka (czyta Maciej Stuhr) dzięki akcji CzytajPL. Słuchało się całkiem nieźle, a historia była ciekawa, jednak w pewnej chwili poszła za bardzo w teorie spiskowe. Co prawda tego typu wątki też potrafią być interesujące, jednak od tej książki oczekiwałam czegoś bardziej typowego. Bohaterowie dają się jednak polubić, więc nie wykluczam, że mogłabym kiedyś przeczytać kolejną część. Na podstawie książki powstał słowacko-czesko-polski film z Stuhrem w roli głównej. Właściwie jestem ciekawa, co z tego wyszło, więc może kiedyś zerknę.

czwartek, 1 marca 2018

Słów kilka o czytnikach

Jeszcze nieco ponad rok temu prawdopodobnie nie pomyślałabym, że znajdę się w posiadaniu czytnika, tymczasem w lutym tamtego zdecydowałam się na zakup Kindle Paperwhite. W międzyczasie dziwiłam się, jak niektórzy mogą mieć więcej niż jeden czytnik. Bo i po co? A teraz co? Mam i PocketBooka Touch Lux 3, bo bardzo zależało mi na dostępie do Legimi. A skoro już w miarę oswoiłam się z obydwoma czytnikami, to postanowiłam zrobić małe porównanie. Z góry przepraszam, jeśli wyszło nieco chaotycznie.

piątek, 23 lutego 2018

Moje M&A aktualności 4/2017

To nie tak, że pomylił mi się rok. Te aktualności zaliczam jeszcze do poprzedniego roku, po prostu nie udało mi się ich wcześniej opublikować i stąd to lekkie zamieszanie.
Kuroshitsuji Movie: Book of Atlantic | 1h 40 min. | Ocena: 7/10
Wreszcie miałam okazję to obejrzeć. Co prawda historię znam jeszcze z mangi, ale jednak zobaczenie jej w kolorze robi pewną różnicę. Z początku miałam wrażenie, że jakoś szybko to wszystko idzie. W mandze mniej więcej przy tym arcu zaczęłam tracić zainteresowanie całą serią, oglądało się jednak całkiem nieźle. Co ważne, Lizzie w końcu pokazuje swoje drugie oblicze, które diametralnie zmieniło moje postrzeganie tej postaci. Ciekawe czy będzie jeszcze okazja ją taką zobaczyć, czy całkowicie powróci do dawnego zachowania (przestałam czytać podczas arcu z wiedźmą, więc nie wiem co się dzieje dalej).

Cowboy Bebop: Yose Atsume Blues | Special | Ocena: 6/10
Emitowany jako ostatni, w pewnym sensie zastępczy odcinek, kiedy w telewizji ukazały się tylko niektóre odcinki (więcej wyjaśnień w samym specialu). Składa się z wyrywków różnych scen z całej serii oraz komentarzy bohaterów, głównie opowiadających o nich samych. Może bez szału, ale było w porządku.

Koe no Katachi | 2h 10 min. | Ocena: 7/10
Co jest z tą jego metką, która cały czas wystaje?! Tak, właśnie na to musiałam na samym początku ponarzekać. A tak poza tym? Przez te wszystkie pozytywne opinie miałam spore oczekiwania względem tego anime i... nie do końca im sprostało. Może to też kwestia tego, że trzeba było sporo pominąć z mangi (nie czytałam), jednak nie ujęło mnie jakoś szczególnie, czegoś mi tu zabrakło.

Saiki Kusuo no Ψ-nan | 120 odcinków | Ocena: 7/10
I skończone, choć nie oznacza to pożegnania z pojawiającymi się tu postaciami, bo właśnie jakiś czas temu ruszyła kontynuacja. Tak więc zdążyłam w sam raz. A jeśli jeszcze nie znacie tej serii, to może czas spróbować?

Samurai Champloo | 7/26 odcinków
Tyle już razy przy takiej czy innej okazji przewijał mi się przed oczami ten tytuł i w końcu nadszedł czas żeby zobaczyć co to takiego. Jak na razie zapowiada się dobrze. Do openingu jakoś nie potrafię się przekonać, za to ending brzmi całkiem nieźle.

One Piece Film Z | 1h 47 min. | Ocena: 8/10
Co by tu o tym napisać (oglądałam już jakiś czas temu)... No fajnie było. Zdaje się, że to pierwsza kinówka po przeskoku, więc była okazja żeby trochę popisać się nowymi umiejętnościami. Poza tym za każdym razem mnie zaskakuje to, jak bardzo podrasowane są efekty wizualne w porównaniu do głównej serii (jest więc na co popatrzeć). A wiecie, że w endingu śpiewa Avril Lavigne?

Kuroko no Basket: Last Game | 1h 30 min. | Ocena: 7/10
Tym razem Pokolenie Cudów postanawia połączyć siły, by utrzeć nosa pewnej amerykańskiej drużynie, która zbyt śmiało poczyna sobie w ulicznej koszykówce. I żeby wziąć odwet za pokonanych kolegów... a może wręcz obronić honor japońskiej koszykówki. Świetnie było zobaczyć, jak współpracują zamiast współzawodniczyć. Poza tym w tym konkretnym przypadku nie miałam żadnych wątpliwości komu kibicować. Czasami zbyt wydumane, no i te ich umiejętności, które podchodzą już pod supermoce... I ten ich angielski... No ale zabawa była, nawet jeśli na niektóre rzeczy trzeba było przymknąć oko. Chociaż gdyby nie sentyment do całej serii, ocena byłaby niższa.

Natsume Yuujinchou Go Specials | 2 odcinki | Ocena: 8/10
Natsume jak zwykle nie zawodzi... Tylko o czym właściwie były te odcinki? Tak to jest, jak się próbuje coś napisać po paru miesiącach od obejrzenia. A! Już wiem! Ale, tak czy inaczej, tym, którzy wciągnęli się w serię, raczej nie trzeba dodatkowej zachęty. Z kolei jeśli nie znacie Natsume, najwyższy czas to nadrobić. ;)

Natsume Yuujinchou: Nyanko-sensei to Hajimete no Otsukai | 1 odcinek | Ocena: 7/10
Odcinek pokazujący, że Nyanko-sensei, to jednak miękki jest (i nie chodzi mi tu jedynie o jego futerko). W tym dobrym sensie i nie porzuci w potrzebie dwójki dopiero co poznanych dzieci, nawet jeśli nie ma przy nim Natsume, który by go do tego zmusił. ;)

wtorek, 13 lutego 2018

H. Murakami "Zawód: powieściopisarz"

Wydawnictwo: Muza  |  Liczba stron: 288
Kiedy pierwszy raz zobaczyłam zapowiedź nowej książki Murakamiego, pomyślałam sobie: po co mi ona teraz? Przecież tylu jeszcze wcześniejszych jego powieści wciąż nie przeczytałam, a jedna nawet czeka na półce. Kiedy jednak przyjrzałam się jej bliżej, zmieniłam zdanie. W końcu nie ma to jak czytanie o książkach i ich pisaniu.

"Zawód: powieściopisarz" to zbiór esejów tworzonych na przestrzeni kilku lat. O pisaniu, pisarzach, o tym, jak sam Murakami został pisarzem. I o paru innych, mniej lub bardziej powiązanych z tymi tematami zagadnieniach, chociażby japońskim systemie nauczania czy nagrodach literackich. Autor zdecydował się tutaj zwracać bezpośrednio do czytelnika. Przemawia więc do nas ze stron książki, snując swoje opowieści, czasami zbaczając trochę z głównego tematu, często posługując się różnymi przykładami lub nawiązaniami. Wspomina o innych autorach, powieściach, filmach, muzyce (zwłaszcza jazzie), a także… baseballu (jakie to japońskie!). Nie zabrakło też fragmentów, które postanowiłam sobie zaznaczyć, by móc do woli do nich wracać. Pewne spostrzeżenia może nawet postaram się wykorzystać.

Książka ma w sobie coś z wybiórczej autobiografii. Sam autor twierdzi, że nie taki był jego zamiar, a jedynie nie dało się czegoś takiego uniknąć. W pełni zrozumiałe jest przecież, że pisząc o tym, jak rozpoczęła się jego kariera, musiał choć w pewnym stopniu wyjaśnić swoją ówczesną sytuację, a ubierając w słowa swoje poglądy, dać się czytelnikom bliżej poznać. Jak by nie było, ja po prostu lubię jego pisaninę i jej rytm, jak określa to sam autor… może tylko trochę za dużo tutaj przeprasza.

Poznajemy od kuchni sposób, w jaki Murakami pracuje, jak swoją pracę postrzega na przestrzeni lat i z czym się to wszystko wiąże. To z kolei pozwala nam na wyrobienie sobie pewnych poglądów na jego temat. Na temat autora, który choć znany na całym świecie, wciąż pragnie uchodzić za zwyczajnego człowieka i który nie lubi wystąpień publicznych. 

Murakami wspomina tutaj chyba o wszystkich swoich powieściach (i części opowiadań). O jednych dość ogólnikowo, o innych już trochę więcej. Może to być parę informacji na temat ich powstania, bohaterów, czy tego, co dla niego znaczą. Różnie. Nie trzeba przy tym ich znać, choć oczywiście zawsze miło wiedzieć, do czego konkretnie autor się odnosi. A efekt uboczny jest następujący: nabrałam nowych chęci do dalszego zapoznawania się z jego twórczością, a może nawet odświeżenia sobie czegoś z tego, co już znam.

Przez tę książkę się płynie, a przynajmniej takie odnosiłam wrażenie. Podążałam za tokiem myślowym autora, a czas, wraz z kolejnymi stronami, wręcz niepostrzeżenie mijał. I piszę to w jak najbardziej pozytywnym sensie, chociaż przyznam, że w paru przypadkach na myśl przychodziło mi określenie 'lanie wody'. Pewnie znajdą się osoby, które w sporej mierze właśnie tak odbiorą tę książkę, jednak dla mnie "Zawód: powieściopisarz" było naprawdę przyjemnym sposobem na spędzenie wolnego czasu.