niedziela, 21 sierpnia 2016

A. Christie "Małe szare komórki. Poirot w cytatach"

Wydawnictwo Dolnośląskie  |  Liczba stron: 190
Postać Herkulesa Poirota jak na razie jest mi znana jedynie z kilku powieści Agaty Christie, kolejne mam dopiero w planach. Kiedy jednak zobaczyłam tak pięknie wydany i jednocześnie niezbyt drogi zbiór jego cytatów, nie wahałam się długo. Książka opatrzona została wstępem napisanym przez Agatę Christie. Autorka opowiada między innymi o tym, jak powstał Poirot oraz o swoim osobistym stosunku do tej postaci. Pomiędzy znajdziemy cytaty podzielone na najróżniejsze kategorie tematycznie.
"Widzi pan, jedną z zalet (lub wad) zawodu detektywa jest kontakt z kryminalistami. A od nich można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy."
Jak już pisałam, "Małe szare komórki" zostały pięknie wydane. Twarda oprawa, tak charakterystyczne dla Poirota wąsy na okładce (wypukłe, więc można je pomiziać :P), a i w środku nie brakuje ozdobników, choć całość pozostaje raczej minimalistyczna. Cieszy również lista wszystkich powieści, w których pojawia się Poirot. Twórcy tej książki zdecydowanie nie szczędzili miejsca, a mimo to nie jest tego tak wiele. Czcionka jest naprawdę spora, a na stronie znajdziemy nie więcej niż jeden cytat (wraz z informacją, z której książki pochodzi). Co ciekawe, przy każdym z nich znajduje się ten sam fragment po angielsku. Podoba mi się ta możliwość porównania, jednak z przykrością muszę przyznać, że mając przed oczami oryginalny tekst, miewałam zastrzeżenia do tłumaczeń. Wychwyciłam też parę literówek. A coś więcej o samych cytatach? Są lepsze (podobały mi się zwłaszcza te o tematyce kryminalnej) i gorsze, co nie zmienia faktu, że miałam problem z wybraniem tylko kilku, które tutaj umieszczę.
"Oczywiście, można się czegoś domyślać i taki domysł sprawdza się albo nie sprawdza. Jeżeli się sprawdza, nazywamy go intuicją. Jeżeli nie - zazwyczaj o nim nie mówimy."
Nie jest to pozycja obowiązkowa, jednak może stanowić ciekawy dodatek dla miłośników twórczości Agaty Christie. Jednych może zmobilizować do bliższego poznania Poirota, dla innych może być dobrą okazją do powspominania znanych im już poczynań tego przemądrzałego, małego Belga. Tak czy inaczej, ja swojego zakupu nie żałuję.
"To prawda, potrafię mówić dokładną, idiomatyczną angielszczyzną. Ale czy wie pan, przyjacielu, że kiepska angielszczyzna jest wielkim atutem? Ludzie takim pogardzają. Mówią: cudzoziemiec, nawet po angielsku porządnie mówić nie umie. [...] I wie pan, co się dzieje? Ludzie przy mnie przestają mieć się na baczności. Poza tym weszło mi to w zwyczaj."

wtorek, 16 sierpnia 2016

S. Lem "Solaris"

Kolekcja Gazety Wyborczej  |  Liczba stron: 185
Po długim locie kosmicznym Kris Kelvin zgodnie z planem przybywa na planetę Solaris, badaną już od lat, a jednak wciąż dostarczającą więcej pytań niż odpowiedzi. Na stacji nie zostaje jednak przyjęty tak, jak tego oczekiwał. Żadnego komitetu powitalnego, nawet jednoosobowego, puste korytarze, niektóre wręcz w nieładzie. O co chodzi? Zachowanie Snauta, pierwszego człowieka, jakiego tam spotkał, dezorientuje go jeszcze bardziej. Skąd ta podejrzliwość i wymijające odpowiedzi? Jakby tego było mało pierwszą rzeczową informacją, jaką otrzymał była ta o śmierci swojego przyjaciela Gibariana. Tylko w jakich okolicznościach?

Coś w tym miejscu wyraźnie nie gra. A może to dwaj naukowcy, z których dotąd spotkał tylko Snauta, poszaleli? Nie mogąc liczyć na ich wyjaśnienia, uraczony jedynie niezrozumiałymi przestrogami, próbuje na własną rękę wybadać sytuację. Nie jest to jednak sprawa łatwa, zwłaszcza w obliczu dziwnych wydarzeń, których wkrótce staje się świadkiem. Czy to wpływ mieszkańca Solaris? A może sam zaczął popadać w obłęd? Kiedy jednak i jego odwiedza "gość", powoli zaczyna rozumieć, przed czym ostrzegał go Snaut. Ale co dalej?
"Człowiek wyruszył na spotkanie innych światów, innych cywilizacji, nie poznawszy do końca własnych zakamarków, ślepych dróg, studni, zabarykadowanych, ciemnych drzwi."
Tym, co wyróżnia "Solaris" (choć nie twierdzę, że jakoś bardzo się na tym znam) jest kwestia podejścia do obcych form życia. Jedyny byt zamieszkujący tytułową planetę nie jest żadnym humanoidalnym ufoludkiem. To coś, co trudno opisać. Galaretowata breja pokrywająca znaczną część planety, z pozoru całkowicie prymitywna, a jednak to właśnie za jej sprawą Solaris jest w stanie niezmiennie trwać, okrążając swoje dwa słońca. To, co dzieje się na powierzchni i w głębi tego przedziwnego oceanu, pozostaje dla ludzi wielką zagadką, z którą mierzyli się już niezliczeni naukowcy. Czy myśli? Czy ma własną wolę? Czy da się nawiązać z nim kontakt?

Książka nie skupia się jednak wyłącznie na tym przedziwnym bycie. Przede wszystkim chodzi tu o ludzi. Ludzi pragnących odkryć to, co nieznane, którzy wierzą w to, że wszystko zdołają pojąć swoim rozumem i właśnie dlatego z taką zawziętością próbują zrozumieć to, co dzieje się na Solaris. Tymczasem to, co miało miejsce do tej pory, niespodziewana, niezrozumiała aktywność oceanu wystarczyła, by doprowadzić do śmierci Gibariana i wywrócić do góry nogami funkcjonowanie całej stacji. Autor przedstawia spotkanie z czymś niepojętym, przekraczającym ludzkie pojęcie, stawia bohaterów w sytuacji ekstremalnej, dając im tym samym możliwość spojrzenia wgłąb siebie, co może być zarówno darem, jak i przekleństwem. Jednocześnie intencje niepojętego bytu (o ile w ogóle jakieś żywi) wciąż pozostają nieznane.

Lem stworzył naprawdę interesującą powieść z rozbudowanym wątkiem psychologicznym oraz bogatą historią solarystycznych wypraw. Możemy z niej wyciągnąć całą masę szczegółowych obserwacji zachodzących na powierzchni planety zjawisk (tak tego wiele, że w chwilach słabości rozważałam pominięcie choć paru akapitów), teorii na ten temat oraz ludzi, którzy zasłynęli w tej dziedzinie. Świat stworzony przez Lema jest więc bardzo szczegółowy i przemyślany, przez co może i nie najłatwiejszy w odbiorze, jednak warty poznania. Sama nie wiem, dlaczego do tej pory tak uparcie ignorowałam jego twórczość, jednak cieszę się, że w końcu się przemogłam, nawet jeśli science fiction nie jest szczególnie mi bliskim gatunkiem. Warto od czasu do czasu poszerzyć horyzonty.
"Wcale nie chcemy zdobywać kosmosu, chcemy tylko rozszerzyć Ziemię do jego granic. Jedne planety mają być pustynne jak Sahara, inne lodowate jak biegun albo tropikalne jak dżungla brazylijska. Jesteśmy humanitarni i szlachetni, nie chcemy podbijać innych ras, chcemy tylko przekazać im nasze wartości i w zamian przejąć ich dziedzictwo. Mamy się za rycerzy świętego Kontaktu. To drugi fałsz. Nie szukamy nikogo oprócz ludzi. Nie potrzeba nam innych światów. Potrzeba nam luster. Nie wiemy, co począć z innymi światami. Wystarczy ten jeden, a już się nim dławimy."

czwartek, 11 sierpnia 2016

Anime "Doukyuusei"

Czas trwania: 1h  |  Ocena: 10/10  |  recenzja mangi
LET'S FALL IN LOVE. A SLOW, SERIOUS LOVE
Tak długo wyczekiwałam na Doukyuusei! Jak dotąd obejrzałam to anime już cztery razy, za pierwszym bez napisów, które wtedy nie były jeszcze dostępne. Jakiś czas temu pisałam o jego mangowym pierwowzorze, więc nie będę się za wiele rozpisywać na temat samej historii (chociaż mogłabym, oj, mogłabym ♥) i skupię się na innych kwestiach.

Szkolny festiwal, konkurs chórów, przypadkowe spotkanie oraz spontaniczna decyzja - właśnie tak w telegraficznym skrócie rozpoczyna się znajomość dwóch całkowicie różnych chłopców, którzy do tej pory znali się jedynie z widzenia. Jest to też początek pięknego, stopniowo rozwijającego się uczucia. Jeśli chcecie poznać więcej szczegółów, serdecznie zapraszam do przeczytania recenzji mangi (link u góry) albo i samych "Kolegów z klasy", a tymczasem przejdę do kolejnej kwestii.
Przede wszystkim mogę z zadowoleniem stwierdzić, że wersja anime zdołała zachować charakterystyczny klimat pierwowzoru. Specyficzna kreska Nakamury Asumiko świetnie prezentuje się również w kolorze, a do tego zachowane zostały różne jej dziwactwa (dla mnie samej bardzo ujmujące) - komiczne miny (zwłaszcza paru nauczycieli…  no i oczywiście ta wyprana z emocji twarz Tani-kuna! Uwielbiam tego gościa!) czy sytuacje, czasami brak oczu lub nawet całej twarzy. Wiele z tych rzeczy pojawia się w tle, łatwo je przeoczyć, dlatego tym większą radość sprawia mi wyszukiwanie ich przy okazji ponownego oglądania. W przypadku wielu postaci stosowane są pewne  uproszczenia, ale - jak już wspomniałam - to także jedna z cech stylu autorki. Z kolei tła potrafią być naprawdę szczegółowe, co w połączeniu z pastelowymi kolorami i charakterystyczną fakturą (powiedziałabym, że przypomina papier kredowy) daje naprawdę fenomenalny efekt. Poza tym w Doukyuusei został wykorzystany dość specyficzny sposób kadrowania (nie żebym się na tym jakoś szczególnie znała, tak tylko wspominam), a ekran czasami dzielony jest na kilka paneli (zwykle nie za bardzo lubię tego typu zabiegi, ale tu wypada to raczej nieźle).
No i oczywiście muzyka. W pierwszej kolejności Koutarou Oshio i Yuuki Ozaki ze wspaniałym tytułowym utworem, który można usłyszeć na samym końcu. Naprawdę go uwielbiam. Poza tym "Moyuru Wakaba" - piosenka śpiewana przez klasę naszych bohaterów podczas konkursu, ta, która sprawiła, że po raz pierwszy się do siebie odezwali. Muzyka w tle to głównie spokojne gitarowe melodie, ewentualnie pianino (plus nieodłączny od czasu do czasu dźwięk cykad), odpowiednio budujące klimat anime i pasujące do jego głównego hasła. Dodatkowym plusem jest też możliwość posłuchania zespołu, w którym gra Kusakabe, zamiast gdybania, jaką to oni muzykę zwykle grają.
Dobór seiyuu bardzo mi odpowiada. Nojima Kenji jako Sajou, Kamiya Hiroshi w roli Kusakabe, a do tego Ishikawa Hideo jako Harasen - w moim odczuciu wszystkie te głosy świetnie pasują do poszczególnych osób (choć może to być kwestia tego, że zdążyłam się do nich przyzwyczaić), a intonacja odpowiednio oddaje ich charaktery i emocje. Trochę żałuję, że w filmie pominięty został jeden z rozdziałów - pierwsze spotkanie Sajou i Harasena (czy też - jak to widnieje w polskim wydaniu "Kolegów z klasy" - Haracza), jednak widzę też, że w ten sposób anime zachowuje większą ciągłość fabuły (albo po prostu tak to sobie tłumaczę). Ogólnie uważam, że studio A-1 Pictures spisało się na medal i mam ogromną nadzieję, że pokuszą się także o kontynuację.
Myślę, że "Doukyuusei" jest na tyle lekkie, by przypaść do gustu nie tylko fanom gatunku. Historia Sajou i Kusakabe jest dobrze przemyślana i chociaż znajdzie się parę momentów, które można by było posądzić o pewną przesadę, większość z nich potrafię sobie wytłumaczyć (w razie potrzeby służę pomocą ;p). Uważam też, że będzie to świetny wybór dla osób, które do tej pory z shounen-ai nie miały styczności i chcą to zmienić. A na koniec podrzucam Wam jeszcze trailer z nadzieją, że choć w pewnym stopniu uda mi się zarazić Was moim uwielbieniem dla tego anime. ♥

czwartek, 4 sierpnia 2016

J. Austen "Rozważna i romantyczna"

Wydawnictwo: Świat Książki  |  Liczba stron: 350  |  Seria: Angielski Ogród
Jakiś czas po śmierci męża pani Dashwood wraz z córkami przeprowadza się do nowego miejsca. Tam panie zostają wciągnięte przez swoich dobroczyńców w wir towarzyskiego życia i choć tęsknią za dawnym domem, z ulgą opuściły jego nowych właścicieli, co więcej, już wkrótce zadomowiły się w Barton. Powieść skupia się przede wszystkim na dwóch z panien Dashwood, Eleonorze i Mariannie, ukazując również towarzyskie konwenanse, obłudę pewnych zachowań oraz to, jak skomplikowane potrafią być uczucia.

Eleonora to postać, do której od razu czuje się sympatię - bystra, dobrze wychowana i pełna zdrowego rozsądku. Również Mariannę trudno nie polubić, choć jej marzycielska postawa i skłonność do uniesień potrafi namieszać. Nie podoba mi się natomiast, jak bardzo zepchnięta na margines została Małgorzata, najmłodsza z sióstr Dashwood. Po co było ją w ogóle tworzyć, skoro dla powieści nie miała praktycznie żadnego znaczenia, a najkonkretniejsze zdanie na jej temat dawało jedynie do zrozumienia, że nie dorównuje żadnej z sióstr? No i na koniec pani Dashwood, po której Marianna odziedziczyła swoją marzycielską naturę. Może i brak jej rozsądku Eleonory, jednak to całkiem sympatyczna postać. Czego by o niej nie mówić, nie można zaprzeczyć, że jest naprawdę kochającą matką, która dla dobra swoich córek zrobiłaby praktycznie wszystko.

I na tym zakończę przedstawienie poszczególnych postaci, o reszcie wyrażając się ogólnie lub wcale. Prawda jest taka, że większość stworzonych przez Austen bohaterów irytuje w ten czy inny sposób. Znajdziemy tu obłudników, osoby płytkie, dbające jedynie o pozory oraz te całkiem płytkie, które poza skrzętnie budowaną fasadą nie mają nic do zaoferowania. Autorka pokazuje też, że człowiek to skomplikowana istota, której prawdziwych intencji czasem nie sposób odgadnąć, a priorytety bywają zmienne. Uświadamia, jak mylne mogą być nasze sądy na temat innych oraz jak ranić potrafią słowa, nawet te zdaniem mówiącego całkowicie nieszkodliwe. Poza tym bardzo podoba mi się to, jak autorka prowadzi wątek romantyczny, jakby niepozornie, pozwalając, by przysłaniały go inne sprawy, jednocześnie nie dając o nim całkowicie zapomnieć.

Zarówno w "Dumie i uprzedzeniu", jak i tutaj z początku miałam autorce nieco za złe, że swoje główne bohaterki kreuje na tak przykładne, dobrze wychowane i w ogóle pełne zalet, przez co czasami zdają się być aż nazbyt idealne. Doszłam jednak do wniosku, że musząc znosić obecność tylu innych, o wiele mniej czarujących (czytaj: irytujących) osób, naprawdę ciężko byłoby czytelnikowi mieć za główną bohaterkę kogoś ich pokroju.

Jako że to pierwsza powieść z serii Angielski ogród, jaką recenzuję, chcę też poruszyć kwestię wydania. O ile z zewnątrz książka prezentuje się świetnie i cena również nie jest wygórowana, tak środek może pozostawiać nieco do życzenia. Nie zobaczymy tu żadnych dodatkowych ozdobników, a papier nie jest najlepszej jakości. To jednak nie musi być problem, zwłaszcza dla mniej wymagających. Najbardziej irytowały mnie pewne niedoróbki, na przykład, gdy jakiś list (a więc tekst pisany kursywą) zaczynał się na jednej stronie, na kolejnej powracał do zwykłej czcionki i tylko niektóre litery były pochyłe, co po prostu wyglądało źle. Zdarzały się też sporadyczne literówki. Nie wiem, czy ten sam problem występuje w innych powieściach tej serii. Mimo tych mankamentów nie odradzam tego wydania, chyba że osobom bardzo pedantycznym w tej kwestii, a samą powieść jak najbardziej polecam. Naprawdę miło spędziłam przy niej czas i z chęcią sięgnę po inne książki Jane Austen.

piątek, 29 lipca 2016

Moje M&A aktualności 3/2016

Czas na kolejne aktualności. Uznałam, że powinnam dodawać je w miarę regularnie, żeby nagle nie urosły do naprawdę ogromnych rozmiarów... W każdym razie taki był pierwotny plan, który jednak po Otaku Campie (no ale nie narzekam xD) nieco się posypał ze względu na kilka dodatkowych anime, które tam obejrzałam. Postanowiłam więc przenieść niektóre niedokończone jeszcze serie do kolejnego podsumowania.
Nurarihyon no Mago: Sennen Makyou | 24 odcinki | Ocena: 8/10
Za to anime zabrałam się wkrótce po skończeniu pierwszej części (o której pisałam poprzednio). Z początku zaskoczyło mnie chwilowe przeniesienie akcji do dzieciństwa Rikuo, jednak wkrótce wszystko się wyjaśniło. Była też okazja do zobaczenia w akcji samego Nurarihyona. Tym razem seria w o wiele większej mierze skupia się na sprawach youkai, co przy okazji skutkuje tym, że czasami dość nieporadne próby ukrywania tożsamości zostały zredukowane do minimum. Ta część ma więc o wiele mniej irytujących elementów, do tego na prawdę widać, że Rikuo bierze swoje powinności na poważnie, przez co to wszystko po prostu świetnie się ogląda. Zostało wprowadzonych parę nowych postaci, a o kilku z tych już znanych można się dowiedzieć czegoś więcej. No i zapewniam, że akcji tutaj nie brakuje.
Nurarihyon no Mago OVA | 2 odcinki | Ocena: 7/10
Ehh, szkoda, że to już koniec (z anime nie obejrzałam jedynie recapów, choć i to za jakiś czas pewnie nadrobię), no ale jest jeszcze manga. Pierwszy odcinek dotyczy Rihana, Setsury (poprzednia Yuki Onna) i częściowo także Tsurary. Drugi opowiada o początkach klanu Nura, w czym pewien udział miała wizyta w Tono. To takie ciekawostki dla zainteresowanych, zwłaszcza tych, którym szkoda od razu opuszczać świat Nurarihyona.
Hoozuki no Reitetsu OVA | 3 odcinki | Ocena: 7/10
Całkiem przyjemnie oglądało mi się tę serię, więc i na OVA się zdecydowałam i nie żałuję. Czarnego humoru jest tu pod dostatkiem, różnych absurdów również nie brakuje, więc jeśli podobała się Wam seria, to i OVA nie zaszkodzi obejrzeć. Czego się spodziewać? Sporo złotych rybek Hoozukiego, trochę kota-reportera, historii z życia piekielnej idolki (Brzoskwinka, o ile dobrze pamiętam), względności sztuki i paru innych tematów. Chętnie obejrzałabym więcej. Opening został ten sam, ale ending śpiewa Brzoskwinka.
Himouto! Umaru-chan | 12 odcinków | Ocena: 7/10
Uznałam, że czas dokończyć tę serię. Jest na tyle niezobowiązująca, że chętnie oglądam ją zajmując się jednocześnie czymś innym i myślę, że taki sposób sprawdza się całkiem nieźle. A jeśli o samo anime chodzi, perypetie Umaru są naprawdę zabawne, co więcej, pewnie wiele osób odnajdzie w niej część siebie (przyznaję, że ja też ^^''). Część z tych sytuacji wydaje się być aż nazbyt znajomych (świetną sprawą jest więc możliwość stworzenia własnej wersji Umaru, moją możecie zobaczyć w nagłówku notki), choć jednocześnie wiele z nich sprawia wrażenie wyolbrzymionych. Cieszę się, że jednak zdecydowałam się na to anime.
Osomatsu-san | 1/25 odcinków
Słyszałam już co nieco o tej serii i byłam jej coraz bardziej ciekawa, aż w końcu dość spontanicznie włączyłam pierwszy odcinek i... wow... w ciągu 10 minut zdążyli sparodiować tyle anime, że... no nie wiem, aż mnie zatkało? Było naprawdę komicznie i co chwilę wybuchałam śmiechem. A tak ogólem, to podobał mi się cały ten wstęp - czarno-biały, w starej stylistyce, no i te rozterki braci Osomatsu. To po prostu trzeba zobaczyć. Liczę na to, że kolejne odcinki będą równie zwariowane i zajmujące. ^^
Summer Wars | 1h 54 min. | Ocena: 6/10
To anime już od dawna miałam w planach, ale jakoś nie mogłam się za nie zabrać, więc byłam miło zaskoczona, gdy okazało się, że właśnie Summer Wars obejrzymy pierwszego dnia obozu. Oczekiwania miałam dość spore i... niestety trochę się rozczarowałam. Temat ogromnej zależności od cyfrowego świata może i ważny, poważny i tak dalej, ale całość wypadła jakoś tak... przesadnie. Co prawda podobała mi się cała ta rodzinka (noo... z wyjątkami), a zwłaszcza genialna seniorka rodu (specjalnie dla niej nie obniżyłam oceny jeszcze bardziej), jednak wszystko to było zbyt wspaniałe, przez co robiło się pretensjonalne i nie pomogło nawet sporadyczne rozładowywanie sytuacji. A ostatnia bitwa? No proszę! Bardziej efekciarsko już się nie dało? Oczekiwałam czegoś naprawdę dobrego, ale najwyraźniej Summer Wars padło ofiarą przerostu formy nad treścią. A szkoda.
Free!: Eternal Summer | 13 odcinków | Ocena: 6/10
Kiedy wychodził drugi sezon Free!, obejrzałam jedynie pierwszy odcinek, chyba dla basenu z płatkami wiśni. A może endingu? W każdym razie dopiero ostatnio zaczęłam się zastanawiać nad dokończeniem tej serii. Cóż, oglądając Free! z jedną z największych fanek tej serii trudno nie zarazić się choć odrobiną jej entuzjazmu. I przyznam, że oglądało mi się całkiem przyjemnie (zwłaszcza z otrzymywanymi na bieżąco wyjaśnieniami i ciekawostkami xD). Wystawiłabym nawet wyższą ocenę, ale ostatecznie zmieniłam zdanie ze względu na ilość dramatyzmu i paru dość typowych podniosłych tekstów. W każdym razie myślę, że jednak było warto.
Shokugeki no Souma | 24 odcinki | Ocena: 7/10
Naprawdę nie przypuszczałam, że kiedykolwiek zabiorę się za to anime. Co prawda przeczytałam kilkanaście rozdziałów mangi, ale szybko odpuściłam. Do anime nawet się nie przymierzałam, z góry zakładając, że jak dla mnie za dużo tam ecchi. A jednak stało się i nie żałuję. Cały sezon i trzy odcinki kolejnego obejrzałam na Otaku Campie. Moja stosunkowo wysoka ocena częściowo może wynikać z tego, że w grupie po prostu oglądało się jeszcze zabawniej. Poza tym z czasem ecchi zaczyna być trochę mniej, za to dania wciąż prezentują się wspaniale i co najmniej kilka z nich aż chciałoby się spróbować przygotować. Znajdą się też ciekawe postaci (choć nie ukrywam, że niektóre potrafią irytować), kreska ładna, a do tego ten drugi ending... xD

JoJo's Bizarre Adventure
Stardust Crusaders 4/24 odcinki | Diamond is Unbreakable 7/39 odcinków 

Co prawda planowałam się kiedyś zabrać za JoJo, ale od początku, a nie od jednego z kolejnych partów. No ale stało się i teraz naprawdę nie wiem, czy oglądać dalej, zwłaszcza że to tak bardzo specyficzne anime - mięśniacy z nietypowym wyczuciem stylu (a wśród nich niziutki, niepozorny Kouichi), kozackie walki, a do tego stado dziewczątek uganiających się za tymi traktującymi je zwykle jak powietrze osiłkami. Może to i dość uproszczony opis, ale myślę, że wystarczy. Co prawda ciekawi mnie to inspirowanie się muzyką (podobno są tam postaci wzorowane na Bowie'm czy Prince'ie itp.), ale i tak nie zdołam tego wyłapać (poza tym, że jeden ze Standów nazywał się Red Hot Chili Peppers), więc co mi z tego? Jestem nieco ciekawa dalszego rozwoju wydarzeń, ale chyba nie na tyle, by kontynuować oglądanie. Do tego mam zaczęte jednocześnie dwie części (gdybym miała wybierać, to chyba trochę bardziej przekonało mnie Stardust Crusaders). Ehh...

Nurarihyon no Mago | Shiibashi Hiroshi | 84/218 rozdziałów
Po mangę sięgnęłam krótko po obejrzeniu anime i bardzo szybko wciągnęłam się na nowo, nawet jeśli były to już dobrze mi znane wydarzenia... chociaż nie do końca. W mangowej wersji niektóre momenty wyglądały inaczej, czasami miałam też wrażenie, że wszystko dzieje się szybciej. Niektóre wydarzenia wyszły na tym zdecydowanie lepiej, przy innych wolałam wersję z anime, ale w większości obie wydawały mi się ciekawe. Poza tym takie wynajdywanie różnic samo w sobie było interesujące. Co ciekawe, nie ma tutaj tak jasnego podziału, jak w dwóch sezonach anime - wydarzenia są bardziej ciągłe, pojawiają się też wątki, których w anime nie było wcale. No i już teraz widać, że przygód Rikuo będzie więcej, niż zostało to uwzględnione w anime (już teraz trwają wątki z drugiego sezonu, a przede mną wciąż przecież tyle rozdziałów).
Copernicus no Kokyuu | Nakamura Asumiko | 13 rozdziałów | Ocena: 7/10
Już dawno postanowiłam, że w miarę możliwości zapoznam się ze wszystkimi mangami Nakamury Asumiko, więc i na tą musiał przyjść czas. Jest to pierwsza manga autorki, a mimo to jest już bardzo charakterystyczna i od razu widać, że to właśnie jej praca. I nie mam tu na myśli jedynie kreski, którą uwielbiam (chociaż nie zaprzeczam, że czasami aż nie mogłam się napatrzeć na Takeo i jego loki *^*). Charakterystyczny jest również nieco przytłaczający klimat towarzyszący wszystkim jej psychologicznym mangom. Od razu zaznaczam, że to historia bardziej dla osób czytających BL, jednak i im nie gwarantuję, że Copernicus no Kokyuu będzie dobrym wyborem - jest tu sporo przemocy, deprawacji i tak dalej. Jest kontrowersyjnie, co nie zmienia faktu, że jest również ciekawie, przynajmniej w ten pokręcony sposób i manga ta stanowi naprawdę mocny debiut.
Bokura no Kiseki (Nasz cud) | Kumeta Natsuo | 21/? rozdziałów
Gdy Waneko ogłosiło tę mangę, kompletnie jej nie znałam i właściwie nie zamierzałam tego zmieniać - jedynie zerknęłam na pierwszy rozdział. Jakiś czas później uznałam, że jednak przyjrzę się tej historii bliżej i muszę przyznać, że nawet się wciągnęłam. Chociaż pomysł na głównego bohatera, który jest przekonany o tym, że w poprzednim życiu był księżniczką, jest dość specyficzny, ciekawi. Później do tego wszystkiego dochodzą kolejne rewelacje, następne osoby przypominają sobie swoje poprzednie wcielenia. Rozpoczynają się intrygi, nie można być pewnym, komu ufać i jak postępować w tak niezwykłych okolicznościach.
Manga, której z początku nie chciałam poświęcić nawet chwili, okazała się być całkiem obiecująca. Może się naprawdę ciekawie rozwinąć i zaczynam się zastanawiać nad tym, czy nie zacząć jej zbierać.

wtorek, 26 lipca 2016

R. Riggs "Osobliwy dom pani Peregrine"

Wydawnictwo: Media Rodzina  |  Liczba stron: 400  |  Seria: Pani Peregrine (1)
Jacob od zawsze uwielbiał dziadkowe opowieści. Marzył o tym, by tak jak on podróżować w najróżniejsze miejsca, stać się odkrywcą. Nadszedł jednak czas, by historie te odłożyć między bajki, tak jak to zwykle bywa z wiarą w świętego Mikołaja. W końcu zrozumiał, że dziadek ubarwiał swoje wspomnienia. Piekło wojny i przymusowej ucieczki z Polski przeciwstawiał z sierocińcem, w którym znalazł schronienie - miejscem, które przy jego dotychczasowych przeżyciach rzeczywiście mogło się zdawać rajem na ziemi. Stąd bajeczne opowieści, stąd dzieci o niezwykłych umiejętnościach oraz potwory, którymi, jak później zrozumiał, mieli być okupanci. Ale... czy naprawdę tak było?

Odkąd wyrósł z bajek, właśnie w tę wersję wierzył. A jednak stało się coś, co - powtarzając jego własne słowa - podzieliło jego życie na Przed i Po. Niespodziewana śmierć dziadka w dziwnych okolicznościach oraz monstrum, jakie ujrzał chwilę później wpędziły go w niemałe kłopoty... psychiczne. Koszmary nie dawały mu spokoju, a w nieskładnych ostatnich słowach dziadka nie potrafił znaleźć sensu. Nie wiedział, co robić, jednak gdy znalazł pewien list, podjął decyzję - wyruszy do miejsca, o którym tak wiele słyszał, do sierocińca na jednej z Wysp Brytyjskich. Choć minęło już tak wiele lat, może znajdzie tam kogoś, kto będzie potrafił wyjaśnić mu coś więcej. W ten właśnie sposób Jacob wraz z ojcem trafia na właściwie kompletnie odosobnioną wyspę, gdzie próżno szukać większości nowoczesnych udogodnień. Co miał nadzieję tam odnaleźć? Odpowiedzi - to pewne, ale czy zdoła je zaakceptować?

Przyznam, że chyba jednak spodziewałam się po tej książce czegoś trochę innego. Najlepszym jej elementem wydawała mi się jej tajemniczość, niepokojący klimat potęgowany przez (autentyczne!) fotografie, które pojawiały się co jakiś czas. Gdy jednak owa tajemniczość zaczęła się rozwiewać, czytałam już z odrobinę mniejszym entuzjazmem. Właśnie dlatego nie zdradzę już nic więcej, nawet na temat występujących tu postaci. Autor wykreował naprawdę ciekawy świat, który aż chce się poznawać, odkrywać jego tajemnice i czyhające na bohaterów niebezpieczeństwa, jednak to nie tak, że nie można się oderwać. Przynajmniej moim zdaniem.

Jest jeszcze coś, o czym koniecznie muszę wspomnieć. Konkretnie prolog, który kupił mnie już od pierwszych słów i niezwykle zafascynował. Stanowił świetne wprowadzenie do tej historii. Szkoda tylko, że całość nie pozostawiła po sobie równie dobrego wrażenia, choć poświęconego na tę książkę czasu i tak nie żałuję. Co do filmu na jej podstawie, myślę, że go obejrzę i przekonam się, ile ma w sobie z pierwowzoru. Zastanawiam się też nad sięgnięciem po kontynuację, chociaż nie spieszy mi się do niej jakoś bardzo.

"Kurczowo czepiamy się naszych fantazji, dopóki cena wiary w nie nie okaże się zbyt wysoka."

czwartek, 21 lipca 2016

Anime "Dimension W"

Liczba odcinków: 12  |  Emisja: zima 2015/16  |  Ocena: 8/10
W roku 2036 odkryto nowy wymiar, nazwany po prostu W. Prawdziwym przełomem było jednak wynalezienie sposobu na użytkowanie pochodzącej stamtąd niekończącej się energii. Służące do tego cewki wkrótce zrewolucjonizowały cały świat i wykorzystuje się je praktycznie wszędzie. Zawsze znajdą się jednak wyjątki. Na przykład taki Mabuchi Kyouma, zatwardziały przeciwnik nowej technologii, który w dalszym ciągu przemierza szosy swoim napędzanym benzyną autem. Jest on jednym ze Zbieraczy, osób zajmujących się odzyskiwaniem nielegalnych cewek i świetnie zna się na swojej robocie.
W międzyczasie poznajemy także Mirę, niezwykle zaawansowanego robota (na pierwszy rzut oka trudno ją odróżnić od człowieka) stworzonego przez samego twórcę Technologii Nowej Tesli (a więc wspomnianych już cewek), o którym słuch zaginął już dwa lata temu. Nasza bohaterka, pozostawiona sama sobie, postanawia trzymać się słów, które jej pozostawił: "podążaj za nielegalnymi cewkami" i tak zostaje przydzielona do współpracy z Kyoumą, nieszczególnie szczęśliwym z tego powodu.
"Dimension W" przedstawia nam ciekawy obraz świata, w którym na rzecz nowego źródła energii niemal zrezygnowano ze starej technologii, a tych, którzy nie chcą jej porzucić, zniechęcać mają chociażby niebotyczne ceny paliwa. W tej sytuacji bardzo dziwi postawa Kyoumy, który z cewkami nie chce mieć nic do czynienia (nie licząc odzyskiwania tych nielegalnych). Od samego początku widz zadaje sobie więc pytanie, skąd wzięła się jego niechęć. Zastanawia również cel Miry, który nawet dla niej pozostaje nieznany. Pchani chęcią zrozumienia tych i kilku innych kwestii, za sprawą kolejnych zadań wykonywanych przez dwójkę naszych bohaterów stopniowo coraz bardziej zagłębiamy się w ten nowoczesny świat, w tym także sprawy, o których wiedzą tylko nieliczni.

Kyouma (z głosem Ono Daisuke!) to jeden z tych z pozoru oschłych, nieprzejmujących się innymi bohaterów, którzy jednak sporo zyskują przy bliższym poznaniu. Już same jego umiejętności i nietypowy styl walki (który uwielbiam!) sprawiają, że się wyróżnia, a co dopiero tak charakterystyczna dla niego niechęć do nowej technologii. Wszystko to potęguje chęć poznania jego przeszłości, pozostającej jedną z kluczowych kwestii tego anime. Z kolei prostolinijna Mira wprowadza do serii sporo lekkości i humoru (jest też głównym źródłem fanserwisu) i stanowi ciekawy kontrast dla głównego bohatera. Pozostałych bohaterów nie będę wymieniać ze względu na to, że nie chcę zdradzić za dużo, jednak mogę Was zapewnić, że znajdzie się tu jeszcze parę ciekawych charakterów.
Prawda jest taka, że "Dimension W" bardzo szybko mnie do siebie przekonało. Na korzyść serii, jeszcze zanim zaczęłam ją oglądać, na pewno podziałała świadomość, że jej twórca, Iwahara Yuji, przyłożył także rękę do powstania "Darker than Black", a nawet stworzył alternatywne zakończenie wspomnianego anime (pisałam o nim tutaj). Kreska mi się podoba i pasuje do tej serii. Trochę irytowało mnie jednak to, że przy zbliżeniach tło często robiło się jednokolorowe (wydawało mi się to dość tanią zagrywką). Jeśli chodzi o muzykę, na uwagę na pewno zasługuje opening "Genesis" w wykonaniu STEREO DIVE FOUNDATION (i ten taniec Kyoumy :D), ending "Contrast" Fo'xTails już nie zapadł mi tak bardzo w pamięć. W kwestii utworów w tle jak zwykle nie mam wiele do powiedzenia, ale po odsłuchaniu soundtracku mogę stwierdzić, że znalazło się tu parę przyjemnych dla ucha melodii.

Po "Dimension W" od samego początku spodziewałam się dość sporo i nie zawiodłam się. To seria z dobrze przemyślaną fabułą i  bohaterami, których da się lubić, którym po prostu chce się towarzyszyć. Znajdą się tu też tajemnice i sporo widowiskowych walk. Co prawda w niektórych momentach zakończenie trochę zajeżdżało moralizatorskim tonem, jednak nie było tego wiele. Na wydanie mangowego pierwowzoru w Polsce zdecydowało się wydawnictwo Waneko (pierwszy tom już pod koniec lipca). Nie jestem jeszcze pewna, czy będę zbierać, ale bardzo możliwe, że jednak się na to zdecyduję.