poniedziałek, 17 kwietnia 2017

A. Christie "Morderstwo w zaułku"

Wydawnictwo Dolnośląskie  |  Czas trwania: 8 godz.
Tym razem przedstawię Wam zbiór opowiadań, w którym główną rolę odgrywa detektyw Herkules Poirot. Pierwsze z nich, tytułowe "Morderstwo w zaułku" to sprawa - jak by się wydawało - samobójstwa, ale jak to zazwyczaj w takich przypadkach bywa, szybko się okazuje, że pewne szczegóły przeczą tej teorii. Kolejna jest historia kradzieży dokumentów, która - jak by na to nie patrzeć - wydaje się niemożliwa. Oczywiście nie dla naszego detektywa. W "Lustrze nieboszczyka" Poirot będzie musiał odkryć prawdę na temat śmierci ekscentrycznego, zadufanego w sobie bogacza, a w "Trójkącie na Rodos" dowiedzie, jak dobra jest jego znajomość ludzkich charakterów. A chociaż na urlopie chciał mieć trochę spokoju…

Herkules Poirot - jak to on - do śledztwa podchodzi na swój własny sposób. Uważnie obserwuje, zwraca uwagę na z pozoru nic nieznaczące szczegóły i niekoniecznie dzieli się swoimi spostrzeżeniami z innymi. Przynajmniej do czasu, aż wszystkie elementy układanki trafią na swoje miejsca. Czasami wydaje się przy tym, że do prawdy dochodzi jakby okrężną drogą. Jest przy tym bardzo pewny swoich umiejętności, co nie zawsze podoba się tym, którzy muszą znosić jego towarzystwo. Ale przecież o takich bohaterach zazwyczaj czyta się chętnie, prawda? W tym przypadku nie było inaczej. Poszczególne historie były w porządku, a chyba najbardziej spodobało mi się pierwsze, tytułowe.

Z "Morderstwem w zaułku" zapoznałam się w formie audiobooka i myślę, że był to dobry pomysł. Ponieważ mamy tu do czynienia z opowiadaniami, a każde z nich trwa około dwóch godzin, nie trzeba się szczególnie martwić tym, że nie wystarczy nam czasu na ich odsłuchanie. Poza tym Danuta Stenka całkiem nieźle poradziła sobie jako lektor.

Nie jest to może jedna z lepszych książek Christie, ale trzeba wziąć poprawkę na to, że przy opowiadaniach raczej nie ma co liczyć na niezwykle skomplikowaną intrygę. Mimo to zawsze miło poobserwować, jak Poirot zadziwia wszystkich wokół swoimi umiejętnościami. W każdym razie całkiem miło spędziłam czas towarzysząc temu dumnemu Belgowi w jego śledztwach.

czwartek, 6 kwietnia 2017

Natsuhiko Kyogoku "The Summer of the Ubume"

Wydawnictwo: Vertical.  |  Liczba stron: 320
Rodzinie Kuonji od pokoleń towarzyszy zła sława. Choć jeszcze nie tak dawno byli uznanymi lekarzami, obecnie ich interes podupada. Do tego jeszcze te pogłoski o zaginionych noworodkach… Na tym jednak nie kończą się ich problemy. Makio, który wżenił się w ich rodzinę, nagle zniknął jakieś półtora roku temu i to z zamkniętego od środka pokoju. Tymczasem jego żona już od dwudziestu miesięcy jest w ciąży i nic nie wskazuje na to, by wkrótce miała rodzić. Coś tu wyraźnie nie gra, prawda?

Po usłyszeniu tej historii utrzymujący się z pisania Sekiguchi postanawia odwiedzić swojego przyjaciela. Z zamiarem oparcia na tym swojej następnej opowieści grozy zaczyna wypytywać antykwariusza, człowieka niezwykle oczytanego, a ten jak zwykle zaczyna swoją tyradę… Z bardzo nieoczekiwanym dla Sekiguchiego skutkiem. Nigdy nie przypuszczał, że jedna rozmowa ze starym przyjacielem tak nieodwołalnie odwiedzie go od pisania i jednocześnie skłoni do szukania prawdy kryjącej się za pogłoskami o rodzinie Kuonji.

"The Summer of the Ubume" zaciekawiło mnie już od samego początku. Pierwsza rzecz - świadomość, że znajdę tu coś na temat youkai (japońskich demonów itp.), które uważam za bardzo ciekawy temat. Następnie bohaterowie. Będąc molem książkowym nie mogę nie docenić tego, że i oni są zagorzałymi czytelnikami. Sekiguchi to pisarz. Tymczasem jego przyjaciel Kyogokudo (a właściwie Akihiko Chuzenji), prowadzi sklep z używanymi książkami, ale chyba tylko dlatego, że jego własna kolekcja już dawno wymknęła się spod kontroli. Do tego pełne przyjacielskiego przekomarzania się, a jednocześnie głębszego znaczenia rozmowy wciągnęły mnie już od pierwszych stron. Sam Sekiguchi wydaje się dość zwyczajny, zwłaszcza w porównaniu do osób, które go otaczają, ale myślę, że to dobra postać na narratora. Poza tym ma spore znaczenie dla całej powieści. Bez błyskotliwego, znającego się niemal na wszystkim Kyogokudo niewiele by jednak zdziałał. Mamy też kolejnego z jego przyjaciół, niby-detektywa o bardzo specyficznym charakterze, często trudnym w obejściu oraz siostrę Kyogokudo, która w pewnych kwestiach bardzo przypomina brata. Jest też oczywiście rodzina Kuonji, spośród której najczęściej towarzyszyć nam będzie Ryoko, siostra ciężarnej, prawdziwa piękność, choć o słabym zdrowiu.

"There is nothing that is strange in this world, Sekiguchi."

Wracając do rozmów, uwielbiam sposób, w jaki Kyogokudo opowiada - nieco okrężny, jakby rozwlekły. W ciągu jednej rozmowy potrafi wielokrotnie zmieniać temat, wyciągając na światło - jak by się wydawało - coraz to odleglejsze kwestie, by w końcu okazało się, że wszystko to prowadzi do ostatecznej konkluzji, którą jego rozmówca jest w stanie zaakceptować właśnie dlatego, że wszystkie względnie problematyczne elementy zostały gdzieś po drodze wytłumaczone. Nagle rozmowa wraca na właściwe tory i wszystko staje się jasne. Jest w tym co prawda pewna doza arogancji czy wyniosłości, jednak nie zmienia to faktu, że postać antykwariusza niezwykle przypadła mi do gustu (a może wręcz przeciwnie - właśnie dlatego lubię go jeszcze bardziej?).

A jakie to kwestie będą roztrząsać nasi bohaterowie? Najróżniejsze, często wchodząc na bardzo niepewny grunt, gdzie pozostaje nam jedynie teoretyzowanie. Istnienie duchów, duszy, związek między umysłem a świadomością czy instynktem; to, co zwykle nazwalibyśmy zjawiskami paranormalnymi (chociaż Kyogokudo posłałby mi za użycie tego zwrotu pełne pogardy spojrzenie) oraz całą masę innych spraw, których nawet nie ma sensu wymieniać, jeśli nie jest się w temacie. Wszystko to po to, by wyjaśnić tajemnicę zaginięcia oraz przedłużającej się ciąży (chociaż nie, właściwie nie tylko dlatego, ale więcej nie będę zdradzać). Czy to coś nadprzyrodzonego? A może wszystko da się logicznie wytłumaczyć? Bardzo ciekawie było obserwować zmagania bohaterów z tą kwestią.

Powieść została przypisana do kategorii mystery/horror, przy czym o wiele bardziej wpasowuje się do tej pierwszej, więc nie radzę zabierać się do niej oczekując horroru. Ja liczyłam na tajemnice, trochę niepokoju oraz wielu rozmów o youkai czy o innych interesujących kwestiach i właśnie to dostałam. A kim jest tytułowa ubume? To jedna z wielu istot japońskiego folkloru, której dokładniej nie będę teraz opisywać ze względu na sporą rozbieżność w tekstach, które jej dotyczą. Najlepiej wyjaśni to sama książka.

Już dawno nie zdarzyło się, żebym sięgnęła po książkę, o której wcześniej nic nie wiedziałam. "The Summer of the Ubume" było więc dla mnie sporą niespodzianką i to - jak się wkrótce okazało - bardzo pozytywną. Chciałabym kiedyś zobaczyć ją po polsku… A na razie przyjdzie mi żałować, że nawet po angielsku została wydana tylko ona, choć to początek dłuższego cyklu.

środa, 29 marca 2017

K. Hancock "Tańcząc na rozbitym szkle"

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka  |  Liczba stron: 608
Lucy i Mickey tworzą szczęśliwe małżeństwo. Szczęśliwe, choć stale zmagające się z problemami. Nad nią (i jej rodziną) unosi się widmo nowotworu, który co prawda raz pokonała, a jednak nie może być pewna, czy za jakiś czas nie powróci ze zdwojoną siłą. On zmaga się z chorobą afektywną dwubiegunową i zachowuje równowagę psychiczną jedynie dzięki sporej dawce leków. Balansuje na krawędzi i czasami przegrywa walkę z samym sobą. Oboje wiedzieli, na co się piszą, a jednak nie zrezygnowali ze swojego uczucia, byli dla siebie zbyt ważni, potrzebowali siebie nawzajem.

Ze względu na swoją sytuację nałożyli jednak na siebie pewne ograniczenia, zasady, których zobowiązali się przestrzegać. Jedną z nich był brak potomstwa, jednak pomimo usilnych starań, by temu zapobiec, Lucy zaszła w ciążę. I co teraz? Cieszyć się z szansy podarowanej przez los, czy może zamartwiać się tym, jak bardzo obciążone genetycznie może być ich dziecko?

"Tańcząc na rozbitym szkle" kupiło mnie już na samym początku, a to za sprawą niezwykle czarującego prologu, który pomimo smutnego wydźwięku w naprawdę piękny sposób przedstawia śmierć oraz miłość. Autorka czaruje słowami, naprawdę. Co więcej, była w tym pewna domieszka niesamowitości, która co jakiś czas występowała także w późniejszych momentach. Nie tylko prolog zaskarbił sobie jednak moje uznanie. Ka Hancock bardzo umiejętnie wykreowała realistyczny obraz małżeństwa, a także więzów rodzinnych, które czasami wykraczają poza więzy krwi. Nie zadowoliła się przy tym przypisaniem każdemu z bohaterów kilku podstawowych cech, ale stopniowo odkrywała przed czytelnikami kolejne strony ich charakterów.
"Lucy, każde małżeństwo to taniec, czasem kłopotliwy, czasem dający wiele radości, a przez większość czasu po prostu spokojny. Z Mickeyem zaś czasami będziesz musiała tańczyć na rozbitym szkle. Pojawi się cierpienie. Pod jego wpływem albo się wycofasz, albo wzmocnisz uścisk, by kontynuować taniec, aż w końcu znów będzie wam łatwo."
Wciąż pozostaję pod ogromnym wrażeniem wewnętrznej siły, jaka cechowała Lucy. Niezwykle zaimponowało mi to, jak mimo niezliczonych trudności przez całe życie stara się iść z podniesioną głową, nosząc w sercu słowa wypowiedziane przez ojca, gdy była jeszcze małą dziewczynką. Podziwiam ją też za odwagę, by zawalczyć o szczęście u boku ukochanego mężczyzny, nawet jeśli jest ono okupione licznymi wyrzeczeniami. Mickey… jemu też potrzebna jest odwaga. Odwaga, aby stawiać czoła światu oraz swoim wewnętrznym demonom, aby nie zatracić się w euforii lub depresji, jakie może nieść ze sobą choroba. Bo przecież ulec byłoby tak łatwo… Ważną rolę odgrywają tu także siostry Lucy. Pełna serdeczności Lily - jej bratnia dusza - oraz Priscilla, prawdziwa kobieta sukcesu. Ten opis wydaje się jednak tak bardzo pobieżny (a i postaci przewinie się tu zdecydowanie więcej)… Możecie mi jednak wierzyć, że w powieści ich charaktery są o wiele bardziej złożone.

Tej książce od samego początku zawiesiłam poprzeczkę dość wysoko i mogę z zadowoleniem stwierdzić, że nie zawiodła moich oczekiwań. To powieść pełna emocji, niekoniecznie tych pozytywnych, często przytłaczających, a jednak wciąż niosąca ze sobą nadzieję (nawet jeśli nie zawsze znajdziemy ją tam, gdzie byśmy sobie tego życzyli). I - co ważne - jest pięknie ubrana w słowa. Zdecydowanie jedna z lepszych książek, jakie czytałam!

"Śmierć to ta łatwa część. Umieranie to już inna historia."

wtorek, 21 marca 2017

J. Ćwiek "Grimm City. Wilk!"

Wydawnictwo: SQN  |  Liczba stron: 384  |  Seria: Grimm City (1)
Zacznijmy od tego, że Grimm City to miasto parszywe, w którym powietrze i ulice są równie brudne, co interesy, jakie zwykle się tam przeprowadza. Ze swoją własną hierarchią, wszędobylską wręcz korupcją i kopalnianymi zanieczyszczeniami z dnia na dzień dąży do coraz większego zepsucia, a zwykli ludzie jakoś muszą z tym żyć. Wśród tego wszystkiego jest jednak kilka względnie bezpiecznych, a może nawet i nieźle płatnych zawodów. Taką pracę mieli chociażby taksówkarze… przynajmniej do czasu, gdy ktoś zaczął ich mordować wraz z pasażerami i to w dość spektakularny sposób... Czyżby w mieście pojawił się nowy gracz?

Właśnie te kwestie z pewnością rozważał Alfie, muzyk, któremu w życiu powodziło się różnie, kiedy przyjaciel taksówkarz po raz kolejny poprosił go, żeby w jego zastępstwie wsiadł za kierownicę. Z równie dużą dozą pewności mogę stwierdzić, że nawet nie przypuszczał wtedy, w jak ogromne, a jednak całkiem innej natury kłopoty, wpędzi go udzielenie odpowiedzi twierdzącej. Właśnie ta decyzja oraz szereg zbiegów okoliczności sprawią, że znajdzie się praktycznie w samym centrum tego, co dzieje się w mieście.
"Każda opowieść zaś ma jedno nadrzędne prawo - niezależnie od poziomu skomplikowania ma jeden finał, gdzie wszystko splata się w całość."
W "Grimm City. Wilk!" autor sięga po temat baśni od innej strony. Nie nawiązuje do nich całkiem bezpośrednio, ale tworzy na ich podstawie religię, całą ideologię, która przenika na wskroś świat, jaki tu stworzył. Bohaterowie mogą sobie być wierzący lub nie, jednak duch opowieści zawsze gdzieś nad tym wszystkim krąży, zwłaszcza w Grimm City, mieście powstałym ponoć na ciele pokonanego olbrzyma, którego gęsta, czarna krew wydobywana przez górników wciąż stanowi siłę napędową przemysłu. A ponieważ mroczne, baśniowe klimaty to coś, co bardzo lubię, szybko wkręciłam się w wykreowany przez Ćwieka świat i z zainteresowaniem czytałam o kolejnych koncepcjach bajanizmu, jak i o tym, co dzieje się na granicy prawa i przestępczego półświatka.

Alfie to bohater, którego da się lubić. Zdecydował się żyć z tego, co kocha i choć bywa z tym różnie, zwłaszcza przy zmieniających się muzycznych trendach, nie zamierza się poddawać. No i kiedy trzeba, potrafi całkiem nieźle główkować. Nieco później poznamy detektywa, który dzięki swoim umiejętnościom zaszedł całkiem wysoko, a także jego byłego partnera, który nie przepada za jego metodami i lekceważącym sposobem bycia. Mamy i ważniaka o wybuchowym temperamencie oraz jego wszechstronnego lokaja. Znajdzie się też młoda reporterka, która walczy o swoje prawo bytu w skorumpowanym, zdominowanym przez mężczyzn świecie prasy. Ogólnie bohaterów mamy więc ciekawych, o których aż chce się czytać.

Zakończenie mnie zaskoczyło. Co prawda od pewnego momentu zaczęłam podejrzewać, że autor nie odkryje przed nami wszystkich kart, jeszcze nie teraz, a jednak takiego rozstrzygnięcia się nie spodziewałam. Nie żebym była zawiedziona - co to to nie! Po prostu teraz czym prędzej chciałabym poznać dalszy ciąg, a na to przyjdzie mi jeszcze trochę poczekać.

czwartek, 16 marca 2017

Moje M&A aktualności 1/2017

Trochę zdążyło się już tego nazbierać, ale tak to już jest, jak się nie pisze notek na bieżąco... Co więcej, właściwie większość tego, co tu znajdziecie powinnam zaliczyć jeszcze do aktualności z ubiegłego roku, ale nie chciałam wprowadzać dodatkowego zamieszania w oznaczeniach.
Baccano! | 13 odcinków | Ocena: 9/10
Baccano! już od dawna miałam w planach. Liczyłam na coś naprawdę dobrego i nie rozczarowałam się. To jedna z tych serii, które w pierwszej chwili kompletnie oszałamiają widza natłokiem informacji - wydarzeń, postaci i imion. Na szczęście sytuacja wkrótce zaczyna się klarować i okazuje się, że w tym szaleństwie jest jednak metoda. Poza tym bardzo spodobał mi się opening, który nie tylko świetnie brzmi i wygląda, ale też pozwala zorientować się kto jak się nazywa, a nawet dowiedzieć się co nieco o bohaterach. Za jakiś czas chętnie wróciłabym do tej serii. c:
Kimi to Boku. | 13 odcinków | Ocena: 6+/10
Już dawno zaczęłam to anime, ale dopiero ostatnio do niego wróciłam. Nie ma tu co liczyć na wartką akcję - jest spokojnie, czasami wręcz powolnie (lub nawet nudno), jednak całkiem nieźle sprawdza się jako lekkie okruchy życia. Bohaterowie są sympatyczni, dość zróżnicowani i przyjemnie ogląda się ich wzajemne docinki, chociaż czasami zachowania niektórych bohaterów (Tachibana...) bardziej mnie irytowały niż bawiły. Tak czy inaczej nie żałuję i planuję obejrzeć także kontynuację. Muzyka jest raczej spokojna, a opening potrafi się nieźle uczepić - po oglądaniu zwykle jeszcze przez jakiś czas chodził mi po głowie. A! I te pojawiające się co jakiś czas bez konkretnego powodu ujęcia kotów były całkiem urocze. ^^
Free!: Eternal Summer Special | 1 odcinek | Ocena: 7/10
Hmm... co by tu napisać? Na pewno było zabawnie, chociaż bohaterom zdarzało się aż za bardzo wczuć w tę swoją grę survivalową... No i mimo wszystko żałuję, że nie było okazji zobaczyć Rina w stroju pokojówki (chociaż trzeba przyznać, że jako lokaj prezentował się świetnie). xD
Yamada-kun to 7-nin no Majo | 12 odcinków | Ocena: 7/10
Wcześniej dałam sobie spokój z tym anime, bo za bardzo drażniły mnie przeinaczenia względem mangi i pomijanie wątków (tak to już jednak jest, jak się chce w 12 odcinków wcisnąć jakieś 90 rozdziałów). Teraz nie wydawało mi się to jednak aż tak uciążliwe, może dlatego, że szczegóły zdążyły zatrzeć mi się w pamięci. Mogłam więc bez przeszkód oglądać dalej... no prawie. Co jakiś czas miałam silne wrażenie, że mimo wszystko coś jest nie tak, brakowało mi tych pominiętych momentów. Nie przeszkadzało mi to jednak na tyle, żeby zrezygnować, zwłaszcza że miło było zobaczyć wszystkich w kolorze (przy mandze często zapominałam, jak kolorowe są ich włosy :P), zwłaszcza że kreska jest naprawdę ładna. Bardzo podoba mi się również opening - niby prosty, bez żadnych rewelacji, a jednak ma w sobie coś, co przyciąga. Ending, chociaż z początku wydawał mi się zbyt cukierkowy, też miło wspominam. Ostatecznie przyznaję, że wyszło całkiem nieźle, chociaż wciąż będę faworyzować mangę.
Tanaka-kun wa Kyou mo Kedaruge | 35 odcinków (po 30 sec.) | Ocena: 6/10
Przy głównej serii całkiem nieźle się bawiłam, więc nie mogłam sobie odmówić tych króciutkich odcinków w wersji chibikowej. Jak można się spodziewać po ich długości, są to właściwie nic nieznaczące humorystyczne epizody pełne tanakowych mądrości życiowych - jedne lepsze, inne nieco gorsze, a ponieważ od początku nie spodziewałam się cudów, jestem zadowolona z tego, co dostałam. A które były najlepsze? Chyba 13. z różnymi sposobami noszenia Tanaki, 16. - sposób na dosięgnięcie pilota?, 19. z wózkiem.
Kekkai Sensen: Ousama no Restaurant no Ousama | 1 odcinek OVA | Ocena: 7/10
Długo czekałam na to OVA i co prawda jestem z niego w miarę zadowolona, jednak spodziewałam się czegoś... bardziej konkretnego? Jakiejś akcji, walk, a nie baaardzo dziwnego posiłku w jeszcze dziwnejszej restauracji. Okej, później trochę się działo i fajnie było zobaczyć Femta w trochę innym wydaniu, do tego współpracującego z Leo, ale nie zmienia to faktu, że miałam nadzieję na coś innego. Cóż, może problem w tym, że był to zaledwie jeden odcinek, a ja chętnie zobaczyłabym więcej. W każdym razie nie żałuję i wyczekuję kolejnego sezonu.
One Piece | 472/? odcinków
Miałam tu napisać coś więcej o moich wrażeniach, ale przez ten czas tyle się tego nazbierało, że jednak sobie odpuszczę. Nie dość, że do załogi dołączyły już dwie kolejne osoby, to jeszcze tyle się działo... oj, za dużo by tego wyszło. xD Może następnym razem napiszę coś konkretniejszego.

Natsume Yuujinchou | 13 odcinków | Ocena: 7/10
Zoku Natsume Yuujinchou | 13 odcinków | Ocena: 8/10
Natsume Yuujinchou San | 13 odcinków | Ocena: 8/10
Natsume Yuujinchou Shi | 8/13 odcinków

Kiedyś już zaczęłam to anime, ale jakoś nie mogłam się wciągnąć i poprzestałam na jednym odcinku. Tym razem spodobało mi się od razu i dziwię się, dlaczego nie było tak wcześniej. Pierwszy sezon dostał ode mnie siódemkę, jednak już kolejny zasłużył sobie na więcej i cieszę się, że to wciąż nie koniec. Martwi mnie tylko, że w tym tempie już niedługo zostanie mi ostatni jak na razie sezon.
Great Teacher Onizuka | 15/43 odcinki
Od dawna myślałam o zaczęciu tej serii, ale dopiero ostatnio zmotywowała mnie do tego recenzja Kusonoki Akane. Praktycznie od razu po jej przeczytaniu włączyłam pierwszy odcinek i... był to błąd... przynajmniej w czasie sesji, bo naprawdę ciężko było się powstrzymać od obejrzenia przynajmniej kilku pod rząd. Co prawda Onizuka jest człowiekiem bardzo specyficznym, a całość bywa dość przerysowana, ale naprawdę dobrze się to ogląda.
Saiyaku wa Boku wo Suki Sugiru | Kannagi Satoru & Ninomiya Etsumi | 33/? rozdziałów
Dość długo zwlekałam z rozpoczęciem tej mangi, a jednak bardzo szybko pożałowałam, że jak na razie nie ma więcej rozdziałów. Przechodząc do konkretów, jest to historia dwóch chłopców, których na skutek dającej o sobie znać co sto lat klątwy połączyło wspólne przeznaczenie. Przez najbliższy rok będą musieli razem stawić czoło dwunastu nieszczęściom, które mają na nich spaść. Przez ten czas jeśli coś stanie się Kagurze, jego rany wkrótce przeniosą się na ciało Ichijyou, nic więc dziwnego, że obaj wolą tego uniknąć.
Tak oto dwóch dotąd zupełnie sobie obcych chłopców musi nauczyć się współpracować, by jakoś przeżyć najbliższy rok. Ichijyou, który dopiero co przeniósł się do nowej szkoły, przy pierwszej okazji oświadcza kolegom Kagury, że zakochał się w nim od pierwszego wejrzenia stwierdzając, że to idealny pretekst, by cały czas być przy nim. Swoje domniemane uczucie potwierdza nieustannym klejeniem się do niego i odpowiednimi komentarzami, co jest wręcz… zawstydzające. Tymczasem ludzie z ich otoczenia przyjmują taki stan rzeczy niemal bez mrugnięcia okiem (taki to już urok niektórych BL), a to, co z początku było zwykłą farsą stopniowo przeradza się w prawdziwe uczucie. Jak to jednak zwykle bywa, przed tą dwójką wciąż jeszcze wiele przeszkód i wyzwań. No i ostatnio trochę się pokomplikowało... mam nadzieję, że manga mimo wszystko utrzyma poziom do końca.
Nurarihyon no Mago | Shiibashi Hiroshi | 110/218 rozdziałów
Tym razem napiszę tylko: powoli zbliżam się do końca wydarzeń opisanych w anime.
Fullmetal Alchemist | Hiromu Arakawa | 27 tomów | Ocena: 10/10
Wreszcie skończyłam czytać Fullmetala. :D Jakoś szybko mi zleciały te ostatnie tomy i przyznam, że trochę mi dziwnie z tą świadomością, że całość już za mną (teraz już zarówno manga jak i anime).

piątek, 10 marca 2017

N. Gaiman "Mitologia nordycka"

Wydawnictwo: MAG  |  Długość trwania: 7 h 15 min.
Już od dawna gdzieś z tyłu głowy tkwiła mi myśl, że chciałabym choć trochę lepiej poznać mitologię nordycką, jednak brakowało mi motywacji. Z pomocą przyszedł Neil Gaiman, który, korzystając z oryginalnych źródeł, postanowił opowiedzieć pewne historie na nowo.

Całość rozpoczynają wyjaśnienia autora, zarówno na temat mitologii, jak i samej książki. Następne jest przedstawienie bohaterów i powstanie świata. Odtąd zaczynają się najróżniejsze historie, które przybliżają nam zarówno postaci bogów, jak i ważne, czy nawet nieco bardziej błahe wydarzenia. Skąd wziął się młot Thora, dlaczego Odyn ma tylko jedno oko, jak wygląda drzewo świata i wiele, wiele więcej. A wszystko to przybliża nas do zmierzchu bogów, słynnego Ragnaroku.

Po poleganiu na najróżniejszych interpretacjach - z książek, filmów, czy jeszcze innych tworów - naprawdę ciekawie było móc zapoznać się z prawdziwymi mitologicznymi postaciami. Mogłam się dowiedzieć, jakie pierwotnie były ich charaktery, że Thor, choć pod względem siły wręcz nie miał sobie równych, to jednak do szczególnie bystrych nie należał; że Loki był nie tyle zły, co raczej złośliwy oraz niezwykle inteligentny i lubił patrzeć na efekty swoich działań, a inni bogowie tolerowali go, bo korzyści i straty, które wynikały z jego postępków, równoważyły się wzajemnie. Po drodze poznałam cały szereg postaci, które do tej pory znałam jedynie z imienia lub nawet wcale nie zdawałam sobie sprawy z ich istnienia. Dowiedziałam się też, jak wielkie były zasługi Odyna i oczywiście o co konkretnie chodzi z tym całym Ragnarokiem, o którym do tej pory miałam dość mgliste pojęcie.

Z "Mitologią nordycką" zapoznałam się w formie audiobooka i chociaż słuchało się całkiem przyjemnie, to przyznam, że w tym przypadku czasami wygodniejsza byłaby wersja papierowa. Chodzi mi tu chociażby o sytuację, gdy chciałoby się wrócić do jakiegoś wcześniejszego momentu i upewnić się co do nazwy czy imienia, bo o ile z tymi najbardziej znanymi czy najczęściej występującymi postaciami nie powinno być problemu, to reszta może sprawić pewien kłopot. Jako ciekawostkę dodam za to, że w oryginale audiobooka czyta sam autor.

Mitologia w interpretacji Neila Gaimana to świetna okazja, żeby w przystępny sposób zapoznać się z nordyckimi wierzeniami, w sam raz dla tych, którzy do tej pory znali je jedynie z filmów czy innych dzieł. Autor wspomniał na samym początku, że starał się opowiedzieć to wszystko jak najciekawiej i mogę potwierdzić, że udało mu się z tego wywiązać.
"Dzięki Lokiemu świat jest ciekawszy, ale mniej bezpieczny."

sobota, 4 marca 2017

Stosik 1/2017

Tym razem głównie mangowo, bo doszłam do wniosku, że czas się trochę wstrzymać z kupowaniem książek (z drobnymi wyjątkami) i nadrobić te tytuły, które już od dłuższego czasu czekają na półkach.

Aya Kanno "Requiem Króla Róż" (5-6) - No cóż, dzieje się. Intrygom nie ma końca, a Ryszard zaczyna zastanawiać się, czy pole bitwy rzeczywiście jest jedynym miejscem, w którym potrafi się odnaleźć...
Adachitoka "Noragami" (5-7) - Wreszcie miałam okazję nadrobić tę serię, a kiedy już to nastąpiło, zaczęłam żałować, że nie mam więcej do poczytania. No cóż, pozostaje czekać na kolejne.
Ori Mita "Yamada i chłopak" - Prosta, ale bardzo dobrze poprowadzona historia, do której dodatkowo mam lekki sentyment ze względu na to, że pierwszy raz trafiłam na nią, kiedy miała zaledwie jeden rozdział. Tym bardziej cieszę się, że Dango postanowiło ją wydać. :)
Ilona Myszkowska & Janina Grzegorek & Dranka "Kawaii Scotland" (1) - Kupione z ciekawości. Graficznie wypada naprawdę nieźle (chociaż nie rozumiem po co ten kierunek czytania od prawej do lewej). Historia na każdym kroku kpi sobie z utartych mangowych schematów i to całkowicie otwarcie. Ogólnie w porządku, ale nie wiem, czy zdecyduję się na kolejny tom, trochę nie mój typ humoru.
Yuki Kodama "Wzgórze Apolla" (7-8) - Coraz szybciej zbliżamy się ku końcowi. Pewne sprawy się komplikują, niektóre wręcz przeciwnie, a ja niecierpliwie wyczekuję kolejnego tomu.
Kakizaki Masasumi "Green Blood" (5) - Na razie nieprzeczytane, ale mam nadzieję, że jak już to nadrobię, to przy okazji naskrobię jakąś recenzję całości. ;)
Iwahara Yuji "Dimension W" (3-4) - Cieszę się, że zdecydowałam się na tę serię, naprawdę dobrze mi się ją czyta. Te tomy są poświęcone tajemnicy jeziora Yasogami.
Ryohgo Narita "Durarara!!" LN (2-3) - Jakoś nie miałam motywacji do kupienia kolejnych tomów tej nowelki, ale myszy i jej pochwałom udało się to zmienić. Na razie za mną tom drugi, który czytało mi się całkiem przyjemnie, a chyba najlepiej wspominam fragmenty z Shizuo. :D
S. Caspari "W krainie kolibrów" - Książka z BookTour'u. Recenzja ukazała się już jakiś czas temu.
F. S. Fitzgerald "Wielki Gatsby" - Kupiona w Biedronce za nieco ponad złotówkę... Niby jak miałabym się oprzeć takiej cenie? Do tego od dawna miałam tą książkę w planach. Już przeczytana, ale na razie wspomnę tylko, że spodziewałam się czegoś innego.
L. Swann "Sprawiedliwość owiec" - Z wymiany książkowej, wzięta trochę z braku lepszych opcji.
Zaopatrzyłam się też w kilka audiobooków:
A. Christie "Morderstwo w zaułku" - Cztery opowiadania i Poirot w roli głównej. Już przesłuchane.
A. Christie "A.B.C." - I znów Poirot, tym razem w pełnej powieści.
S. King "Doktor Sen" - Po "Lśnieniu" chciałam się dowiedzieć co dalej, a ponieważ była promocja...
I jeszcze coś specjalnego, mangi po japońsku zgarnięte w pakiecie, wszystkie Nakamury Asumiko. ^^
"Utsubora" - Recenzja mangi (na podstawie amerykańskiego wydania) tutaj.
"Doukyuusei" & "Sotsugyousei" - Cóż, to było do przewidzenia, prawda? Recenzje polskich wersji tu i tu.
"Sora to Hara" & "O.B." - Spin-off i kontynuacja, których póki co po polsku nie mamy.
"Yobidashi Hajime" - Tej mangi byłam szczególnie ciekawa. Sportówka o sumo i to od Nakamury? Chcę to poznać! Do tego nigdzie nie widziałam skanów tej mangi.
"Katakoi no Nikki Shoujo", "Magarikado no Bokura", "Tetsudou Shoujo Manga" - O tych mangach nie wiem za wiele, ale z tego, co wyczytałam są to zbiory kilku historii.

W związku z przybyciem do mnie japońskich tomików zastanawiam się nad zrobieniem ich porównania do polskich wydań (i amerykańskiego w przypadku "Utsubory"). Co Wy na to? :)

poniedziałek, 27 lutego 2017

A. Christie "Morderstwo na plebanii"

Wydawnictwo Dolnośląskie  |  Liczba stron: 271
Pułkownik Protheroe nie należy do osób szczególnie lubianych. Więcej nawet, chyba każdemu zdążył raz czy dwa zaleźć kiedyś za skórę, a i samemu pastorowi zdarzyło się powiedzieć na jego temat parę słów za dużo. Traf chciał, że niedługo później został odnaleziony martwy właśnie w gabinecie pastora, a zdarzenie to i jego liczne następstwa zmąciły spokój miasteczka St. Mary Mead.

Kryminały Christie czytam dość losowo i raczej rzadko się zdarza, żebym rozglądała się za jakimś konkretnym tytułem. "Morderstwo na plebanii" przyciągnęło jednak moją uwagę tym, że to właśnie w tej powieści debiutuje panna Marple. Mimo to przez większość czasu nie wybija się ona szczególnie ponad resztę bohaterów, zwykle opisywana jako ta wścibska starsza pani, która tak lubi się mądrzyć i snuć domysły. Naszym narratorem pozostaje tymczasem wspomniany już wcześniej pastor, który dokłada wszelkich starań, aby wesprzeć śledztwo (chociaż nieprzyjemny sposób bycia inspektora wcale go do tego nie zachęca).

Jeśli wierzyć pannie Marple (bo i dlaczego nie?) podejrzanych mamy siedmiu, ale kto miał dostateczny motyw i determinację, by zamiary zmienić w czyn? Do potencjalnych sprawców możemy zaliczyć żonę zamordowanego, jego córkę oraz przybyłego tam malarza. Jest też oczywiście nowa mieszkanka, która wzbudza ogólną podejrzliwość swoją tajemniczością i nieprzestrzeganiem ogólnie przyjętych zachowań towarzyskich, charakterystycznych dla takich małomiasteczkowych społeczności. To jednak wciąż nie wszyscy, kogo jeszcze podejrzewa starsza pani i jak poradzi sobie ze swoim pierwszym śledztwem?

"Morderstwo na plebanii" to całkiem niezły detektywistyczny debiut dla panny Marple, która z jednej strony nie chce się bezpośrednio, w widoczny sposób angażować, a jednak z chęcią próbuje swoich sił w sztuce dedukcji. Tu szepnie słówko, tam coś dopowie i tym sposobem pcha akcję do przodu, choć i pozostali bohaterowie, a szczególnie pastor, mają w tym swój udział. Postaci zostały umiejętnie wykreowane i choć przyznam, że zdarzało mi się nieco pogubić w rzadziej wspominanych nazwiskach, to nie było to większym problemem. Książka nie zalicza się może do najlepszych powieści Christie, ale i tak myślę, że warto.

"Młodzi myślą, że starzy są głupi, ale starzy wiedzą, że młodzi są głupi."

środa, 22 lutego 2017

Serialowo 1/2017

Po naprawdę dłuuuugiej przerwie (prawie rok! :O) przyszedł czas na kolejną serialową notkę. ;)
Jak na razie odpuściłam sobie Arrow'a, za to zabrałam się za Flasha i muszę przyznać, że wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie. To miła odmiana po tym, jak ciężka atmosfera panuje w Arrow'ie. Flash ma dużo pozytywniejszy wydźwięk, a ciemniejsze sprawki przybierają kształt zawoalowanych intryg - wiadomych widzowi, ale już niekoniecznie bohaterom (jestem bardzo ciekawa, jak rozwinie się ta główna). Za mną również już pierwszy crossover obu tytułów, w którym pojawia się sam Oliver, który dodatkowo podkreślił różnicę między tymi serialami oraz mentalnością obu głównych bohaterów. Jak na razie za mną 11 odcinków.

Zabrałam się też (a nawet już skończyłam) Lucifera. Lubię historie kryminalne, zwłaszcza z ciekawymi postaciami, więc i ten serial przypadł mi do gustu. Główny bohater wprowadza całą masę humoru (zwykle czarnego lub też sprośnego), a detektyw Decker, skutecznie opierająca się jego urokowi, tworzy z nim interesujący duet. No i ciekawi też reakcja Lucyfera na zmiany jakie w nim zachodzą - zamiast martwić się rosnącym niebezpieczeństwem, jego obecna sytuacja coraz bardziej go fascynuje. Wraz z kolejnymi odcinkami serial podobał mi się coraz bardziej (czasami oglądałam kilka pod rząd, a to już coś znaczy, bo odkąd przestałam regularnie oglądać seriale rzadko mi się to zdarza). Poszczególne historie były naprawdę ciekawe i bywało, że sprawy zaczynały przybierać całkiem niespodziewany obrót. Mamy więc zarówno całą masę humoru, jak i poważniejsze kwestie i chociaż Lucyfer zwykle zachowuje się jak palant, to jednak potrafi się wykazać w jakiś inny sposób. Poza tym wybór Toma Ellisa na głównego bohatera uważam za świetny wybór. No i w soundtracku trafiło się co najmniej kilka ciekawych utworów, chociażby "Confessions". Jak dobrze, że jakiś czas temu ukazał się drugi sezon!

Zdecydowałam się też na Sleepy Hollow i swojej decyzji nie żałuję. Najpierw dość zabawnie (mimo powagi sytuacji) było obserwować, jak Ichabod stopniowo przywyka do myśli, że nie są to już jego czasy i jest wiele rzeczy które musi zrozumieć. Sama historia przedstawia się jednak dużo poważniej. Ichabod musi się nieźle wysilić, by inni uwierzyli w jego wersję, Abbie zmaga się sama ze sobą musząc uwierzyć w coś, co przez tyle czasu próbowała wyprzeć z pamięci, a zło nadciągające do Sleepy Hollow (czy raczej czające się tam od bardzo dawna) nie zamierza czekać, aż oni sobie wszystko poukładają. Jak na razie za mną 4 odcinki.

W końcu obejrzałam też And Then There Were None (I nie było już nikogo), które już długo odkładałam na później. Nie żebym się jakoś szczególnie na tym znała, jednak myślę, że serial został naprawdę dobrze nakręcony i świetnie oddaje niepokojący klimat tej historii. W ciekawy sposób, stopniowo została też przedstawiona przeszłość bohaterów. Na dobór aktorów również nie narzekam. To naprawdę solidna ekranizacja.

I oczywiście Sherlock! Czwarty sezon był... inny od reszty. Do tego po tak długim oczekiwaniu aż dziwna była dla mnie świadomość, że w końcu jest, że dowiem się co dalej. Poszczególne odcinki były mocno dezorientujące, cały czas coś się działo, czasami trudno się było połapać co jest prawdziwe, a co nie. Napisałabym coś więcej, ale... jakoś nic nie przychodzi mi do głowy...

I to by było na tyle. W najbliższych planach mam drugi sezon Lucifera, który już zaczęłam oglądać. Poza tym może zabiorę się za Jessicę Jones (jeśli czas pozwoli), a z nowszych produkcji moją uwagę zwrócił Luke CageDo tego wciąż nie zabrałam się za Night Manager, ale to się jeszcze kiedyś (mam nadzieję) nadrobi.

czwartek, 16 lutego 2017

A. Harmon "Prawo Mojżesza"

Wydawnictwo: Editio  |  Liczba stron: 360  |  Seria: Prawo Mojżesza (1)
Mojżesz został znaleziony w koszu jako niemowlę, zupełnie jak jego biblijny imiennik. Jego matka narkomanka zmarła z przedawkowania, a i na jego zdrowiu odbił się jej nałóg. Dziecko cracku. Chłopiec z problemami przekazywany od jednego krewnego do drugiego. Tego lata Mojżesz mieszkał u swojej babci, chyba jedynej osoby, która naprawdę się o niego troszczyła. Georgia wiedziała, że wszyscy wokół uważali, że lepiej trzymać się od niego z daleka, a jednak nie potrafiła. Zainteresował ją, on i jego pęknięcia, a im bardziej próbował trzymać ją na dystans, tym bardziej stawała się uparta. A trzeba wam wiedzieć, że czego jak czego, ale samozaparcia to jej nie brakuje. Tym sposobem powoli się do niego zbliżała, stopniowo rodziło się między nimi uczucie. Ale czy to wystarczy?

Rzadko zdarza mi się kupić jakąś książkę zaraz po jej premierze, a jednak w tym przypadku właśnie tak było. Przeczytałam jedną recenzję i już wiedziałam, że chcę jak najprędzej sięgnąć po tę powieść (chociaż mimo wszystko minęło więcej czasu niż chciałam, a jeszcze więcej zanim wreszcie dokończyłam recenzję). Oczekiwania miałam spore, a kolejne pozytywne opinie jeszcze bardziej je podsycały. W końcu zaczęłam czytać. I co? Przede wszystkim "Prawo Mojżesza" okazało się inne niż sądziłam. Spodziewałam się bardziej typowego NA, a dostałam coś całkiem innego. Bo chociaż uczucia naszej dwójki bohaterów grają tu kluczową rolę, to jednak w grę wchodzi także nietypowa natura problemów Mojżesza i wszystko, co z tym związane.

"Jeśli nie kochasz, nikt nie zostaje zraniony. Łatwo odejść. Łatwo pogodzić się ze stratą. Łatwo dać sobie spokój."

Mojżesz, zdając sobie sprawę ze swoich pęknięć i tego, co ze sobą niosą, nie chce sobie pozwolić na bliższą znajomość z Georgią. Wolałby pozostać samotnikiem, aby nie ranić ani nie być ranionym. Dziewczyna nie odpuszcza jednak tak łatwo i jemu samemu również zaczyna zależeć, choć nie przyznałby tego na głos. Mimo to wciąż pozostaje wiele innych kwestii - niezrozumienie, uprzedzenia mieszkańców, a także jego własne problemy, które sprawiają, że jest postrzegany tak, a nie inaczej. Przed nimi wciąż jeszcze wiele do przejścia. Z pozostałych bohaterów na wyróżnienie zdecydowanie zasługuje jego babcia, która akceptuje go takiego, jakim jest. Rodzice Georgii, choć martwią się o córkę, również nie są z tych, co ocenialiby pochopnie.

Pojawia się też wątek kryminalny, który jednak nie do końca mnie zadowolił. Dlaczego? Można go było dostrzec od samego początku, podobnie jak pewne powiązania, ale na rozwinięcie tej kwestii trzeba było czekać praktycznie do samego końca. Wtedy co prawda został należycie poprowadzony, jednak nieco wytrącało mnie z równowagi tak długie odwlekanie tej chwili (chociaż faktem pozostaje, że bohaterowie mieli wtedy też inne sprawy na głowie, co trochę ich - a zwłaszcza Mojżesza - usprawiedliwia). I jeszcze jedno ale - ostatecznie poczułam się z pewnego powodu nieco oszukana, jednak nie mogę się wyrazić w tej kwestii jaśniej, nie ujawniając jednocześnie za dużo.

"Prawo Mojżesza" częściowo padło ofiarą przerostu moich oczekiwań, może też trochę nie trafiło na odpowiednią chwilę? Tak czy inaczej jest to jednak interesująca książka, dość nietypowa jak na swój gatunek i pełna zarówno momentów, od których robi się ciepło na sercu, jak i tych smutnych, wypełnionych żalem i rozczarowaniami.

"Każdy zawsze mówi o równym traktowaniu. I ja to rozumiem. Naprawdę. Ale może zamiast być ślepym na kolory, powinniśmy celebrować kolor, we wszystkich jego odcieniach. Wkurza mnie to, że powinniśmy ignorować nasze różnice jakbyśmy ich nie widzieli, podczas gdy dostrzeganie ich nie musi być negatywne."

piątek, 10 lutego 2017

Podsumowanie anime na jesień 2016

Tym razem nie oglądałam wiele, zwłaszcza na bieżąco, no ale tak to już czasem bywa. Chętnie obejrzałabym jeszcze "Natsume Yuujinchou Go", ale na razie nadrabiam poprzednie części (i pewnie już wkrótce pożałuję, że nie ma ich więcej). Poza seriami, które oglądałam w miarę na bieżąco, do podsumowania zdecydowałam się nadrobić tylko jedną z wcześniej planowanych anime, na resztę przyjdzie czas kiedy indziej.
Ajin 2nd Season
Liczba odcinków: 13
Ocena: 7

Oczywiście, że musiałam zabrać się za kontynuację. Byłam bardzo ciekawa, jak potoczą się dalsze wydarzenia. Już na początku czeka nas dość spory zwrot akcji, który mi zdecydowanie się podoba. Niewiele myślący Nakano potrafi być naprawdę irytujący, ale jakoś to trzeba znieść. W międzyczasie trwają przygotowania do konfrontacji z Satou, który razem ze swoją grupką poczyna sobie coraz śmielej. Mamy okazję dowiedzieć się nieco więcej o Shimomurze, a także sprawdzić, jak miewa się Kai. W kwestii muzyki… nie za bardzo podoba mi się wybór piosenki do openingu, zwłaszcza po świetnym "Yoru wa Nemureru kai?" z poprzedniej części. Na szczęście brzmienie endingu bardzo przypadło mi do gustu (nawiasem mówiąc, towarzysząca mu animacja jest pełna aluzji - czy może wręcz spojlerów - do wydarzeń w anime). CGI wciąż wygląda kiepsko, ale zwykle po prostu próbowałam nie zwracać na to uwagi.

Bungou Stray Dogs 2nd Season
Liczba odcinków: 12
Ocena: 7-

Pierwszą część oglądało mi się całkiem przyjemnie, więc nie mogłam sobie odmówić kontynuacji. Tym razem zaczynamy od wydarzeń z przeszłości, konkretnie przeszłości Dazaia, co mnie dosyć zaskoczyło, ale i ucieszyło, bo byłam tego bardzo ciekawa. Po kilku takich odcinkach wracamy do momentu, w którym zakończył się poprzedni sezon. Bywa zabawnie, bywa poważnie, ogółem w porządku, jednak miałam serdecznie dość tego, jak Atsushi dosłownie co chwilę rozpamiętuje swoją przeszłość. Naprawdę można było odpuścić choć trochę tego dramatyzmu. Co do mocy, ciekawie jest poznawać kolejne inspiracje znanymi pisarzami.
Opening i ending nie wywarły na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia i to do tego stopnia, że miałam problem z przypomnieniem sobie jak brzmiały. Jeśli miałabym jednak wybierać, to wolę ending.

Drifters
Liczba odcinków: 12
Ocena: 7

Zgodnie z myślą, że skoro nie zdecydowałam się na wydawaną w Polsce mangę, to chociaż zerknę na anime, zabrałam się za tę serię. Nastąpiło jednak to dość późno i dopiero po zakończonym sezonie zaczęłam faktycznie nadrabiać "Driftersów". Zacznę może od tego, że po muzyce można się praktycznie od razu domyślić, że to anime ma coś wspólnego z "Hellsingiem" (dla niedoinformowanych: autora). Pewnie ciekawiej oglądałoby się znając te wszystkie historyczne nawiązania, których mamy tu całą masę, ale i bez dokładniejszej wiedzy można się całkiem nieźle bawić. Bohaterowie są barwni i nie da się ich pomylić. Kreska jest bardzo charakterystyczna, może nawet nieco przerysowana, ale w tym przypadku dobrze się to sprawdza. Ścieżka dźwiękowa jest energiczna, polubiłam zwłaszcza opening. Z chęcią przekonam się, co jeszcze czeka naszych bohaterów. Poza tym po tej serii skłaniam się do tego, żebym w końcu ruszyć "Hellsing Ultimate" (w całości oglądałam tylko starszą wersję).

Haikyuu!!: Karasuno Koukou VS Shiratorizawa Gakuen Koukou
Liczba odcinków: 10
Ocena: 9

Jak miło znów powrócić do Karasuno! Ogólnie rzecz biorąc jest przesympatycznie, choć przychodzą i cięższe chwile, wyraźnie widać też, jak bardzo rozwinęły się poszczególne postaci. Naprawdę sporo osób miało tu okazję się wykazać, a na szczególną uwagę w moim mniemaniu zasługuje Tsukki, który przeszedł długą drogę od postawy typu 'nie chcę się angażować, to zbyt kłopotliwe' do prawdziwej chęci gry (i wygranej), a co za tym idzie, do ciągłego rozwijania się. Tym razem, w przeciwieństwie do końcówki poprzedniego sezonu, nie miałam wątpliwości, na czyjej wygranej zależy mi bardziej, ale to już kwestia nastawienia do przeciwników.
Animacja jest płynna, co ma bardzo duże znaczenie, zwłaszcza gdy na boisku dzieje się tak wiele - a możecie być pewni, że nagłych zwrotów akcji jest tu cała masa. O tym, jak ładna jest kreska chyba nawet nie muszę wspominać? I parę słów o muzyce, którą będę bardzo miło wspominać. Opening jak zawsze przyjemnie się słuchało. W dodatku jakoś mam słabość do tak pozytywnie brzmiących melodii, jak na przykład ta z endingu. No i towarzysząca mu animacja przypomina mi trochę te z "Durarary!!", co też zaliczam jako plus.

Watashi ga Motete Dousunda
Liczba odcinków: 12
Ocena: 6

Kiedyś czytałam mangę i była w porządku (jeśli podejść do niej z odpowiednim przymrużeniem oka), więc dlaczego miałabym nie zabrać się za anime? Pomijając  pewną absurdalność tego, że w ciągu paru dni Serinuma "wylaszczyła się" nie do poznania, najbardziej denerwujące jest to, że chłopcy, którzy dotąd traktowali ją co najwyżej z lekceważeniem nagle zaczynają przy każdej okazji zabiegać o jej względy (i to - nie oszukujmy się - dość nachalnie). Całe szczęście, że mamy chociaż Mutsumiego, który nie tylko od początku traktował ją jak należy, ale przez dłuższy czas nawet nie uświadamiał sobie, że mógłby czuć do niej coś więcej.
Jako komedia sprawdza się jednak nie najgorzej, zwłaszcza kiedy początkowe kwestie odejdą nieco w zapomnienie. Ma też całkiem ładną kreskę (i oczywiście ładnych chłopców). Muzyka jakaś niesamowita nie była, ale nie narzekam. Zauważyłam, że kolejność wydarzeń jest nie do końca zgodna z mangą (albo coś zostało dodane, nie jestem pewna).

Yuri!!! On Ice
Liczba odcinków: 12
Ocena: 8

Zaczynając tę serię byłam przekonana, że będzie pełna fanserwisu i poza tym nie spodziewałam się po niej wiele więcej. Tymczasem YOI naprawdę pozytywnie mnie zaskoczyło. Praktycznie każda sportówka w większym lub mniejszym stopniu stanowi pożywkę dla fujoshi, jednak to, co najważniejsze zawsze zostaje jedynie w sferze domysłów. Tymczasem YOI idzie o krok dalej, co więcej, robi to naprawdę dobrze. Postaci mają złożone charaktery, wyraźnie widać także ich rozwój, a samo łyżwiarstwo zostało dobrze ukazane. To jedna z nielicznych serii, które oglądałam rzeczywiście regularnie.
Bardzo podoba mi się opening - sam utwór, animacja wraz z kolorystyką i układem, naprawdę świetnie to wszystko wygląda (i brzmi). Ending też jest w porządku. Z kolei kreska może zarówno zachwycić, jak i rozczarować w zależności od momentu, ale ogólnie nie przeszkadzało mi to jakoś bardzo. Czekam na kontynuację. ^^

Do dokończenia kiedyś… może:


Bernard-jou Iwaku.
Liczba odcinków: 1/12


Krótkometrażówka, za którą postanowiłam się zabrać, bo książki. I biblioteka. Choć trochę niepokojący był fakt, że główna bohaterka, choć interesuje się książkami, to wcale ich nie czyta… Ostatecznie jednak jakoś z niej zrezygnowałam, ale nie wykluczam możliwości wrócenia do niej za jakiś czas.



Muzyka:
Drifters OP - Minutes Til Midnight "Gospel Of The Throttle 狂奔REMIX ver."
Haikyuu!! 3rd Season OP - BURNOUT SYNDROMES "Hikari Are"
Haikyuu!! 3rd Season ED - NICO Touches the Walls "Mashi Mashi"
Yuri!!! On Ice OP - Dean Fujioka "History Maker"

poniedziałek, 6 lutego 2017

M. Kisiel "Nomen Omen"

Wydawnictwo: Uroboros  |  Liczba stron: 336
"Nomen omen" już od bardzo dawna czekało na półce, aż postanowię zerknąć do środka. Dopiero nadchodzące Targi Książki w Krakowie (na których pojawiła się autorka) przekonały mnie, że najwyższy czas to nadrobić. I zdecydowanie nie żałuję. Co prawda z początku miałam pewne obawy, a skumulowały się one w postaci Niedasia, który irytował mnie niemiłosiernie swoim kompletnym brakiem pomyślunku… ale po kolei.

Salomea Przygoda to ofiara zamiłowania swojego rodziciela do niezwykłych imion, a także pełnoetatowy pechowiec. Mając dość brata, który bezpodstawnie uważany jest za co najmniej geniusza, wspomnianego już wcześniej ojca oraz matki, która… krótko rzecz ujmując ma całkiem inne poglądy na świat, Salomea postanawia wyruszyć do Wrocławia i tam rozpocząć pracę. Tak też robi, a gdy zjawia się w miejscu, w którym ma zamieszkać, okazuje się, że właścicielką domostwa nie jest - jak sobie wyobrażała - leciwa starsza pani, ale wysoka i energiczna emerytka o bardzo konkretnym obejściu. Czy mogło być gorzej? Ależ oczywiście! Już wkrótce w ślad za nią podąża Niedaś, którego wcale nie miała ochoty tam oglądać. Nie myślcie jednak, że na tym koniec niespodzianek. Zapewniam, że to jedynie preludium.

"Nomen omen" to książka pełna szalonego humoru, czasem przerysowana, sporadycznie sprawiająca nawet wrażenie płytkiej, by już po chwili zaskoczyć głębszą wymową czy błyskotliwym komentarzem. Z początku obawiałam się, że nie odnajdę się w tym wszystkim, jednak wcale nie było to takie trudne i po czasie, jakiego potrzebowałam na wkręcenie się w to wszystko, szybko okazało się, że świetnie się przy tej powieści bawię.

Bohaterowie są bardzo charakterystyczni i choć pewne ich zachowania bywają irytujące (w przypadku Niedasia praktycznie wszystkie), mogą też być powodem do śmiechu. Podobnie jak wydarzenia, których będziemy świadkami, chociaż to akurat za mało powiedziane. Będzie zabawnie, niebezpiecznie, czasem wręcz strasznie, a w tym wszystkim nie zabraknie także czasu na refleksję, powagę oraz coś, czego nie da się racjonalnie wytłumaczyć (szczegółów wam jednak nie zdradzę). Jesteście gotowi?

Ta książka zdecydowanie za długo czekała na swoją szansę, ale lepiej późno niż wcale. "Nomen omen" zapewniło naprawdę ogromną dawkę humoru i już wiem, że będę musiała zabrać się za pozostałe powieści autorki - jestem bardzo ciekawa tego, co jeszcze uroiło się w jej głowie.

"Z figury Rubens, z fryzury Tycjan, z gęby zaś, wypisz, wymaluj, Picasso."

poniedziałek, 30 stycznia 2017

To może tak kreskówka? #2

Już jakiś czas temu zaczęłam tę serię notek (a raczej opublikowałam jedną) i postanowiłam kontynuować. Niestety, choć planów było sporo, gdzieś po drodze zgubiłam zapał do opisywania kolejnych kreskówek i właśnie dlatego z kolejną notką wracam dopiero teraz. Tym razem przedstawiam Wam dwie serie.

Wojownicze Żółwie Ninja (TMNT)
Znacie historię czterech zmutowanych żółwi ukrywających się w kanałach i ich szczurzego mistrza? Kiedyś wprost przepadałam za tym serialem, obecnie... właściwie nadal tak jest. Jakiś czas temu postanowiłam przypomnieć sobie losy żółwi i muszę przyznać, że naprawdę się wciągnęłam. Chcę też dodatkowo podkreślić, że wszystko to odnosi się do produkcji z 2003 roku, która moim zdaniem bije na głowę nową wersję (której kilka odcinków widziałam) pod każdym względem. Dla przykładu, o wiele bardziej podoba mi się starsza oprawa graficzna, która wygląda poważniej. Również sama fabuła oraz bohaterowie są zdecydowanie dojrzalsi, podczas gdy w nowej wersji wszystkto zostało mocno spłycone, nad czym bardzo ubolewam... No dobra, Casey nawet tutaj nie popisuje się intelektem, ale to taki wyjątek od reguły... okej, Mike i Raph też potrafią podpaść, ale tacy już są (i nie jest z nimi aż tak źle).
Nawet po latach powrót do TMNT okazał się bardzo udany (chociaż nie obejrzałam jeszcze całości) i to nie tylko przez wzgląd na mój sentyment do tego serialu. TMNT ma po prostu całkiem ciekawą, rozbudowaną fabułę, która nieraz potrafi zaskoczyć, a także bohaterów, których da się lubić (jednych bardziej, innych mniej). Nie ukrywam, że zdarza się tej produkcji popaść w typowo moralizatorski ton i to w na tyle oczywisty sposób, że może to nieco irytować, jednak mimo wszystko uważam, że jest warta uwagi. I ta piosenka na początku. ^^

Młodzi Tytani
W tym przypadku również mam na myśli starszą wersję tego serialu, tę z 2003r. (choć w Polsce emisja rozpoczęła się w 2005r.). Uwielbiałam tę zgraję, choć bywało też, że w ten czy inny sposób potrafili działać na nerwy. W tej chwili już nie pamiętam, kogo lubiłam najbardziej (a może nie miałam konkretnego ulubieńca?). Na pewno podobała mi się moc Gwiazdki i jej niezwykle przyjazne usposobienie (chociaż w tej chwili pewnie trochę by mnie irytowała), jednak Raven z tą swoją tajemniczością i czającym się w niej mrokiem zdecydowanie jest interesującą postacią. Bestia, choć zwykle robi za typowo komediową postać, potrafi od czasu do czasu zabłysnąć. No i jeszcze Robin i Cyborg. A tak przy okazji, czy ktoś kiedykolwiek shipował Bestię z Raven? Nie pamiętam, czy kiedyś tak było, jednak w tej chwili uważam, że byłaby z nich całkiem ładna para. ^^
Na potrzeby tej notki odświeżyłam sobie kilka odcinków i mogę z zadowoleniem stwierdzić, że Młodzi Tytani wciąż mi się podobają (chociaż może to być po części zasługa tego, że posiłkowałam się jakimś rankingiem najlepszych odcinków, co by nie wybierać ich całkiem przypadkowo). Pewnie znalazłoby się chociaż kilka bardziej pretensjonalnych momentów czy po prostu słabszych odcinków, jednak to wciąż solidna seria i pod każdym względem przewyższa swoją młodszą wersję. Poza tym myślę, że przypomnienie sobie tej kreskówki mogłoby być całkiem niezłym pomysłem (gdyby tylko mieć pod dostatkiem nieograniczone pokłady wolnego czasu… ah, marzenia), zwłaszcza że chyba mogłabym wyłapać parę rzeczy, na które do tej pory nie zwróciłam uwagi (na przykład zapomniałam, że występuje tam Slade, którego znam również z "Arrow'a").
Jeśli chodzi o nową wersję, widziałam ją jedynie w paru fragmentach i więcej nie zamierzam. To, co zrobili z Tytanami to jakaś tragedia z uproszczoną oprawą graficzną (co jeszcze mogłabym przeżyć) i fabułą spłyconą do granic możliwości. Czy każdy remake starszej serii musi stać się takim potworkiem? ;___;
Znacie którąś z tych serii? :)

czwartek, 19 stycznia 2017

S. Caspari "W krainie kolibrów"

Wydawnictwo: Otwarte  |  Liczba stron: 632  |  Seria: Saga argentyńska (1)
Anna po roku rozłąki z rodziną i mężem wyrusza w wielotygodniową podróż statkiem do Argentyny, by tam wraz z nimi zacząć nowe (w domyśle lepsze) życie. Tam poznała Juliusa i Viktorię, dwójkę z tak zwanych wyższych sfer, z którymi zaprzyjaźnienie się w innych okolicznościach wydawałoby się jej wręcz niemożliwe. Okazuje się jednak, że na pokładzie szybko znaleźli wspólny język, a pełna niedogodności podróż stała się przez to bardziej znośna. Nic nie trwa jednak wiecznie i w końcu przybijają do brzegu. Pełni nadziei, choć nieco przygnębieni rozstaniem, stawiają swoje pierwsze kroki w Nowym Świecie, który ma ponoć oferować tak wiele. Ale co ma w zanadrzu dla nich?

Jeśli szukacie książki o samospełniających się marzeniach, to trafiliście pod zły adres. Rzeczywistość nie zawsze odpowiada wyobrażeniom, a w przypadku Anny różnica między nimi jest aż nazbyt widoczna. Zamiast własnego skrawka ziemi czeka na nią ciasnota miasta, ubóstwo i codzienna walka o lepsze jutro. Zderzenie z rzeczywistością, jakiego doświadczyła Viktoria, choć może nie tak gwałtowne, również nie nastraja pozytywnie. W Salcie, w posiadłości Santosów odkrywa, że Humberto nie jest już tym samym człowiekiem, którego poślubiła, teściowa jej nie znosi, a ją samą niemiłosiernie nudzi taka codzienność i tamtejsze obyczaje. A Julius? Jemu co prawda powodzi się całkiem nieźle, jednak wspomnienie Anny wciąż nie daje mu spokoju.

"Anna spojrzała przez bulaj, z którego roztaczał się rozmyty widok na morze. Argentyna, Kraina Srebra – czy to nie brzmi jak obietnica? Ale co się za nią kryje? Co ta ziemia naprawdę im przyniesie?"

"W krainie kolibrów" to powieść wielowątkowa i bardzo rozciągnięta w czasie. Za jej sprawą prześledzimy całe lata, jakie minęły od podróży naszych bohaterów statkiem do Argentyny. Mit Nowego Świata, w którym każdy ma szansę na lepsze życie, a kolejne ziemie tylko czekają na ich zagospodarowanie szybko zostaje rozwiany. Zamiast tego naszym oczom ukazuje się ciemna strona Buenos Aires - pełnego ciasnoty, występków oraz przyjezdnych, którzy dawno wyzbyli się swoich złudzeń, podczas gdy bogacze pławią się w luksusach. Znajdziemy tych, którzy wciąż próbują, jak i tych, którzy dla łatwiejszego życia zeszli na złą ścieżkę. Poznamy też zwyczaje bogatych, wysoko postawionych rodów, często pełnych obłudy i fałszu. I jeszcze jedno - stosunek do rdzennych mieszkańców, a więc Indian, którzy przez wielu (zwłaszcza tych, którzy mają pieniądze i zbyt wysokie mniemanie o samych sobie) uważani są wręcz za podludzi. Pod względem przedstawienia Argentyny powieść sprawdza się więc całkiem nieźle.

Anna jest zaradna i zwykle twardo stąpa po ziemi. Choć pod wpływem cudzych słów i entuzjazmu sama również pozwoliła sobie snuć marzenia na temat lepszego życia w Nowym Świecie, w przeciwieństwie do swoich bliskich nie spisuje wszystkiego na straty, gdy przychodzi chwila bolesnego zderzenia z rzeczywistością. Viktorię tymczasem poznajemy jako pełną życia, rozpieszczoną dostatnim życiem kobietę, która do tej pory nie zaznała wielu trosk. Zmienia się to jednak w Salcie i choć z początku jest to raczej kwestia nudy i rozczarowania, dla niej także los szykuje coś większego. Julius z kolei to taki trochę typ księcia na białym koniu… z tą różnicą, że jego wybranka nie jest zbyt chętna do przyjmowania pomocy. O nim samym nie dowiemy się właściwie szczególnie wiele, bo to na Annie i Viktorii najbardziej skupia się powieść. Nie są to oczywiście jedyne występujące tu postaci (jak już wspominałam, wątków jest mnóstwo, a więc i bohaterów całkiem sporo), jednak w tej chwili na nich poprzestanę.

"W krainie kolibrów" nie zrobiło na mnie aż tak dobrego wrażenia, na jakie miałam nadzieję. Tak, czytało się nieźle, bohaterów w większym lub mniejszym stopniu polubiłam i przejmowałam się ich losem, jednak nie stali mi się szczególnie bliscy. Może nie trafiłam na odpowiedni moment? Mimo to myślę, że było warto. Po zastanowieniu dochodzę do wniosku, że podobało mi się takie przedstawienie Argentyny. Całkiem miło spędziłam przy tej powieści czas, jednak nie wiem, czy zdecyduję się na kolejną część serii, na razie tyle mi wystarczy.

Książkę mogłam przeczytać dzięki Book Tour'owi zorganizowanemu przez Bohaterkę Realną :)

środa, 11 stycznia 2017

O. Wilde "Twarz, co widziała wszystkie końce świata"

Państwowy Instytut Wydawniczy  |  Liczba stron: 435
Po "Portrecie Doriana Graya", który utkwił mi głęboko w pamięci, niecierpliwie wypatrywałam okazji, by zapoznać się z innymi dziełami Oscara Wilde'a. W trakcie swoich poszukiwań upatrzyłam sobie właśnie zbiór bajek, opowiadań, poematów prozą i esejów - "Twarz, co widziała wszystkie końce świata", którego przez długi czas nie udawało mi się zdobyć. Teraz, już jako posiadaczka wspomnianej książki, mogę przejść do właściwej części recenzji.

Pierwsze są opowiadania. "Zbrodnia lorda Artura Savile'a", studium o obowiązku, czyli historia o tym, jak daleko można się posunąć, byle tylko mieć już przykry obowiązek za sobą. Nawet jeśli obowiązek ten można by uznać za urojony lub niedorzeczny... Z "Upiora z Canterville" dowiemy się na przykład, w jak ciężkim położeniu może być tytułowa kreatura, gdy mieszka z ludźmi tak praktycznymi, że wcale się go nie boją, nawet przy spotkaniu twarzą w twarz. Ale czy z ich strony czekają na niego jedynie przykrości? Kolejne opowiadania, "Wzór milionera" i "Sfinks bez tajemnic", są już dużo krótsze, dlatego nie będę się nad nimi rozwodzić.

"Życie rani każdego, kto się doń zbliży. W życiu wszystko trwa zbyt długo lub nie dość długo."

Dalej zaczynają się bajki, pisane prościej, nieraz wręcz z dziecięcą naiwnością, w których głos zabierają także zwierzęta oraz przedmioty nieożywione. "Szczęśliwy książę", który wbrew temu, jak go nazywają, ma obecnie sporo trosk. Wielka bezinteresowność i poświęcenie ukazane w "Słowiku i róży". "Prawdziwy przyjaciel" pełen obłudy, błędnego rozumowania oraz wyrzeczeń, z których nie przychodzi nic w zamian. "Nadzwyczajna rakieta", tak zadufana w sobie. "Urodziny infantki" o rozpieszczonej księżniczce i nieświadomym swojej ułomności karle. "Rybak i jego dusza", które... właściwie nie wiem, jak miałabym opisać w kilku słowach. "Młody król", który poznaje niesprawiedliwość świata i nie chce jej zaakceptować. Choć wymienione utwory zaliczają się do bajek, nie wszystkie nadawałyby się do opowiedzenia ich na dobranoc, zwłaszcza dla najmłodszych. Choć większość cechuje się wręcz dziecięcą prostotą, język potrafi być bardziej wyszukany, a słownictwo bogate. Do tego morał może nie być całkiem oczywisty, a nawet jeśli, zwykle okazuje się gorzki.

Kolejne są poematy prozą, tak krótkie, że nie ma sensu ich opisywać. Wilde podejmuje w nich przede wszystkim tematykę religijną i to w sposób, powiedziałabym, dość nietypowy. I na koniec zajmujące najwięcej miejsca, a także najbardziej wymagające spośród znajdujących się tu dzieł - eseje. "Krytyk jako artysta" przedstawiony w formie dialogu dwóch przyjaciół oraz "Narodziny krytyki historycznej" są raczej bardziej dla osób zainteresowanych i choć trochę obeznanych w tych tematach. Pozostali mogą z nich niewiele wynieść lub po prostu się znudzić. Jest jeszcze "Portret Pana W. H.", w którym co prawda też znajdziemy sporo bardziej szczegółowych informacji, jednak są one objaśniane i dotyczą jednej osoby - Szekspira. Jest to mianowicie historia tego, jak próbowano (z obsesyjnym wręcz zacięciem) dowieść słuszności pewnej teorii na temat jego twórczości.

"Lubię przysłuchiwać się sobie samej. To jedna z największych mych przyjemności. Nieraz prowadzę z sobą długie rozmowy i bywam często tak wymowna, że nie rozumiem ani jednego słowa z tego, co mówię."

Muszę też wspomnieć, że bardzo lubię to wydanie. Książka ma dość nietypowy, wysoki format i twardą okładkę. W środku co jakiś czas pojawiają się ilustracje Piotra Gidlewskiego, które dodają całości klimatu. No i do tego sam tytuł, który... no nie wiem, wydaje się taki niezwykły i w jakiś sposób świetnie tu pasuje.

"Twarz, co widziała wszystkie końce świata" to zbiór bardzo różnorodny, dlatego dość trudno ocenić go jako całość. Z tego samego powodu chyba każdy znalazłby tu coś dla siebie. Opowiadania są dość prześmiewcze, pełne humoru, często ciętych komentarzy, ale wcale nie wyklucza to ich poważniejszej strony. Bajki będą smutne, choć niektóre trochę mniej, a część będzie irytować zachowaniem bohaterów. Z kolei eseje... ten dotyczący Szekspira polecić mogę na pewno, co do pozostałych dwóch decyzja należy do Was, bo przyznam, że to ich przeczytanie było dla mnie najbardziej żmudne. Ogółem myślę jednak, że jest to książka warta uwagi, zwłaszcza jeśli po "Portrecie Doriana Graya" jesteście ciekawi innych prac autora.

czwartek, 5 stycznia 2017

S. King "Lśnienie"

Wydawnicwo: Prószyński i S-ka  |  Czas trwania: 21h 8 min.  |  Seria: Lśnienie (1)
Od pewnego czasu walczący z alkoholizmem Jack Torrance po stracie posady nauczyciela przyjmuje pracę w Hotelu Panorama w roli zimowego dozorcy i przenosi się tam wraz z żoną i pięcioletnim synem. Haczyk tkwi w tym, że kiedy już zacznie się prawdziwa zima, aż do wiosny będą praktycznie odcięci od świata. Jak poradzą sobie w tak niepewnych warunkach, w miejscu, gdzie poprzednik Jacka zabił siebie i swoich najbliższych? Co więcej, uwzględnić należy także pozostałe szczegóły z bogatej historii Panoramy - zjawy z przeszłości, które dają o sobie znać zwłaszcza małemu Danny'emu, posiadającemu niezwykły dar. Podobno nic nie mogą mu zrobić… ale czy na pewno?

Z "Lśnieniem" po raz pierwszy zetknęłam się już dość dawno przy okazji filmu i chyba nie obejrzałam go wtedy w całości. Z pierwowzorem planowałam się zapoznać, ale nie spieszyło mi się za bardzo, zwłaszcza że wciąż pamiętałam sporo z filmu (a przynajmniej tak mi się wydawało). Później ta kwestia zeszła jednak na dalszy plan i pewnie jeszcze długo by tak było, gdyby nie dostępny w akcji CzytamPL audiobook. I to nie byle jaki, ale superprodukcja. Jak mogłabym odmówić?

Chociaż zaczyna się dość spokojnie, od początku dostajemy zapowiedzi tego, co ma nadejść. Momenty grozy w postaci dziwnych wydarzeń w hotelu (czasem pozornie nieszkodliwych, innym razem mrożących krew w żyłach) przeplatają się z o wiele bardziej prozaicznymi czynnościami (wręcz sugerującymi, że może wszystko się jeszcze ułoży) oraz tym, co jest straszne w całkiem innym sensie - wewnętrzną przemianą Jacka, nagłymi przeskokami w sposobie jego myślenia, wpływem, jaki wywiera na niego hotel.

"To bardziej przerażające, niż gdyby ktoś obcy skradał się po korytarzach. 
Od obcego można uciec. Nie można uciec od samego siebie."

Podział na role, a także dodatkowe efekty dźwiękowe od samego początku świetnie budują klimat powieści, zwłaszcza gdy chodzi o wywołanie niepokoju czy wręcz strachu. I może właśnie w tym rzecz, bo czytając "Cmętarz zwieżąt", no… nie bałam się praktycznie wcale, za dużo było tam z powieści obyczajowej, a element grozy gdzieś się pośród tego rozmywał. Nie przemawiało to do mnie. Chociaż i tutaj było tego sporo, głosy lektorów i efekty dźwiękowe pozwalały mi na powrót wczuć się w niepokojący klimat Panoramy, nawet po dłuższym czasie względnego spokoju. Nie bez znaczenia było też to, że "Lśnienie" interesowało mnie nie tylko jako powieść grozy, ale także ze względu na tytułowy dar Danny'ego i jemu podobnych. Uwielbiam tego typu wątki, zarówno widzenie/przeczuwanie różnych rzeczy, jak i tę zależność między innymi jaśniejącymi, tę naturalną chęć pomocy (coś podobnego pojawiło się na przykład w "Cieniach na Księżycu"). Bardzo polubiłam więc także Hallorana, który pomógł Danny'emu zrozumieć, co tak właściwie potrafi.

Cieszę się, że w końcu miałam okazję zapoznać się z powieścią określaną czasami jako horror wszechczasów i to akurat w postaci superprodukcji. I choć dla mnie nie był to aż taki fenomen (i w sumie nie za bardzo lubię się bać ^^''), zdecydowanie było warto, a po kontynuację tej powieści mam nadzieję prędzej czy później sięgnąć. A tak jeszcze w kwestii obsady, to najbardziej lubiłam słuchać głosów Hallorana (Mariusz Bonaszewski) i Ullmana (Marian Opania).

"Jesteś pewny, że stać cię na luksus rozczulania się nad sobą?"