środa, 23 marca 2016

Trochę na temat "Tanga" Sławomira Mrożka

Tym razem będzie króciutko (aż dziwne wydaje mi się publikowanie tak krótkiej notki o.o). Co do "Tanga" nie miałam żadnych oczekiwań (no... może poza jednym: żebym nie musiała się z tym dramatem męczyć). Była to dla mnie po prostu kolejna szkolna lektura do przeczytania, a jednak mile mnie zaskoczyła.

Całość poprzedzona jest naprawdę świetną przedmową Tadeusza Nyczka, która nie tylko wprowadza nas w tematykę "Tanga", ale i umiejętnie przedstawia nam jego fabułę. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że zamiast szukać lepszych lub gorszych streszczeń, sama przedmowa pozwoliłaby całkiem nieźle zaznajomić nas z treścią dramatu. Fakt ten z początku budził we mnie pewne obawy (zwykle nie lubię od razu wiedzieć, co się wydarzy), a jednak niepotrzebnie, bo i tak z zainteresowaniem śledziłam rozgrywające się wydarzenia. 
"Jeżeli sami nie nadamy rzeczom jakiegoś charakteru, utoniemy w tej nijakości."
Przede wszystkim zaskoczyło mnie to, jak szybko szło mi czytanie. Dramat ten jest bardzo konkretny, Mrożek nie owija w bawełnę, nie bawi się w niepotrzebne przedłużenia i ozdobniki. Wyraźnie widać, że ma do przekazania konkretną koncepcję, co dodatkową podkreślają jego uwagi na temat akcji i scenografii, czasem pozostawiające pewną dozę dowolności, zwykle jednak precyzyjne. Groteska w wydaniu Mrożka bardzo mi się spodobała, choć z reguły nie przepadam za czytaniem dramatów (stale obstaję przy przekonaniu, że dramaty powinno się oglądać na scenie), dlatego z tym większą chęcią zapoznałabym się z innymi dziełami Mrożka.

"- Ja chcę być lekarzem. 
- Taki wstyd w rodzinie! A ja marzyłam, że będzie artystą. Kiedy nosiłam go jeszcze w łonie,
 biegałam po lesie nago, śpiewając Bacha. Wszystko na nic. 
- Widocznie mama fałszowała."

Z kolei jakiś czas po tym, jak przeczytałam "Tango", okazało się, że wcale nie będziemy go omawiać... :P

piątek, 18 marca 2016

Anime "Kiseijuu: Sei no Kakuritsu"

Ilość odcinków: 24  |  Emisja: jesień 2014  |  Ocena: 8/10
Czy słuchawki mogą uratować czyjeś życie? Najwyraźniej tak. To właśnie dzięki nim Izumi Shinichi uniknął przejęcia ciała przez pasożyta niewiadomego pochodzenia, który zamiast tego opanował jego prawą rękę. A ponieważ żadne z nich nie znajdzie korzyści w krzywdzie drugiego, od teraz będą musieli nauczyć się wspólnie koegzystować. Niestety, niektórzy ludzie nie mieli tyle szczęścia i stali się potworami żywiącymi się innymi ludźmi. Tak właśnie przedstawiają się ogólne założenia fabularne "Kiseijuu: Sei no Kakuritsu".

Nie myślcie sobie, że współpraca z obcą formą życia będzie przebiegała łatwo i przyjemnie. Trudno ot tak zaakceptować gadającą rękę, która ma własną wolę. Poza tym, choć pasożyt (nazwany przez Izumiego Migi) szybko się uczy, jako byt dbający jedynie o własne dobro nie potrafi zrozumieć wielu ludzkich odruchów - zarówno dobrych, jak i złych. Do tego dochodzą oczywiście coraz częściej popełniane przez jego pobratymców morderstwa i chęć Izumiego, by wyjawić komuś tożsamość sprawców, której przecież jak na razie tylko on jest świadom. Wie jednak, że Migi bez wahania zabiłby każdą osobę, z którą Izumi spróbowałby się w tej sprawie porozumieć. Jakby tego było mało, sprawy dodatkowo komplikuje umiejętność pasożytów do wyczuwania obecności innych osobników swojego gatunku, przez co Izumi, chcąc nie chcąc, musi stawić czoła śmiertelnemu zagrożeniu z ich strony, starając się jednocześnie zapewnić bezpieczeństwo swoim najbliższym. A to nie należy do najłatwiejszych zadań. Nie tylko ze względu na zabójcze umiejętności wrogów, ale i opór ze strony Migiego, który nie może zrozumieć chęci narażania siebie dla dobra innych.

Izumi to dość zwyczajny chłopak, dopiero obecność Migiego kompletnie wywróciła jego życie do góry nogami i sprawiła, że pewne rzeczy zaczął postrzegać nieco inaczej. Próbując wyjaśnić pasożytowi, jak funkcjonuje ludzkie społeczeństwo, sam musiał głębiej niż zazwyczaj zastanowić się nad tą kwestią, zwłaszcza w obliczu jej konfrontacji z argumentami istoty dbającej jedynie o własne dobro. Sam Migi jest bardzo ciekawą postacią właśnie przez swój świeży, nieskażony żadnymi konwenansami sposób myślenia. Ponieważ dba tylko o siebie, dziwi go wiele ludzkich postaw, nie tylko tych szlachetnych, ale i tych, które sprawiają, że - jak sam stwierdził - właśnie ludziom najbliżej do miana potworów. Interesujące jest obserwować, jak ta dwójka wzajemnie oddziałuje na siebie, powoli wpływając na zmianę dotychczasowego sposobu myślenia, zwłaszcza że od zawsze lubiłam tego typu motywy.
Po pewnym czasie Izumi doświadcza pewnej przemiany (można to zauważyć już w openingu, więc uznałam, że nie ma co tego ukrywać), nie tylko wewnętrznej, ale i zewnętrznej, która z jednej strony jeszcze bardziej wszystko komplikuje, a z drugiej stwarza nowe szanse. Wraz z rozwojem akcji pasożyty poczynają sobie coraz śmielej, czy raczej lepiej się organizują - zaczynają współpracować i maskować swoje zbrodnie. Rząd jednak zdążył się zorientować, że coś jest nie tak i zaczyna działać. Z jednej strony więc pasożyty coraz umiejętniej wnikają do społeczeństwa, z drugiej rośnie świadomość ich obecności i wiedza na ich temat. W związku z tym Izumi musi mieć się jeszcze bardziej na baczności, by nie wpaść w ręce żadnej ze stron. Coraz trudniej jest mu jednak nie wzbudzać podejrzeń,  zwłaszcza że w jego otoczeniu sporo się dzieje, a on sam nie jest kimś, kto stałby bezczynnie, gdy komuś dzieje się krzywda. Akcja jest wartka, wydarzenia dobrze przemyślane i świetnie przedstawione. Znajdziemy tu sporo aspektów psychologicznych, wiele z nich naprawdę ciekawych, co nie powinno dziwić przy tej tematyce.

Nie jest to jednak anime bez wad. Jedną z bolączek serii są chociażby słabe charaktery kobiece, z Murano Satomi na czele. Dziewczyna, w której podkochuje się Izumi (ze wzajemnością) jest po prostu strasznie mdła - niby jest na tyle spostrzegawcza, żeby zauważyć zmiany w zachowaniu chłopaka (w pewnym stopniu, jakby podświadomie wyczuć nawet obecność Migiego), a jednak jej reakcje sprowadzają się jedynie do obrażania się oraz nieustannego wypytywania, czy Izumi aby na pewno wciąż jest tą samą osobą, którą znała. Na jej obronę trzeba jednak przyznać, że od Izumiego i tak nic się nie dowie ze względu na sprzeciwy Migiego. Wątek romantyczny między nimi przewija się przez całą serię i może nie jest fenomenalny, jednak Izumi wyraźnie go potrzebuje. Jest dla niego czymś, co przypomina mu o normalności, zwyczajnym życiu, co może go podnieść na duchu i zmotywować w chwilach zwątpienia. Nie zmienia to jednak faktu, że więcej charyzmy u Murano wyszłoby serii na dobre. Z kolei Kimishima Kana jest po prostu płytka - zakochuje się w Izumim i nie zważając praktycznie na nic stara się do niego zbliżyć. Umiejętność, która odróżnia ją od reszty - wyczuwanie pasożytów - tłumaczy sobie jako przeznaczenie łączące ją z Izumim i za nic ma niebezpieczeństwa, ostrzeżenia chłopaka oraz jego próby utrzymania dystansu. Nieustannie drażniła mnie jej postawa. W przypadku mamy Izumiego też nie jest o wiele lepiej - ogólnie wydaje się raczej w porządku, jednak i ona nie wykazuje się zbyt konkretnym charakterem. Czuje, że Izumiego coś trapi, że od pewnego czasu się zmienił, ale jest bezradna, powtarza, że czasami już go nie poznaje i ogranicza się do płaczliwych reakcji.

Szukając w pamięci kogoś, kto mógłby choć w pewnym stopniu obronić honor damskiej części, przed oczami staje mi pewna bohaterka, która po odkryciu tożsamości pasożyta, stawia na konfrontację. I chociaż decyzję tę niemal przypłaca życiem, należy wspomnieć, że nie poszła tam kompletnie nieprzygotowana, ale zdołała zachować na tyle ostrożności, by stworzyć sobie możliwość ucieczki. Wszystkie powyższe bohaterki bije na głowę Tamiya Ryouko, jednak jej nie do końca mogę zaklasyfikować do tej kategorii z jednej prostej przyczyny - jest pasożytem. Nie zmienia to faktu, że jest jedną z najciekawiej wykreowanych w "Kiseijuu" postaci - może i nieludzka, jednak bystra, potrafi się adaptować, uczy się na błędach i rzeczywiście interesuje się możliwością współistnienia w ludzkim społeczeństwie. Jej postać jest niejednoznaczna i właśnie dlatego tak bardzo interesująca.
Należałoby wspomnieć także o pierwowzorze tego anime - dziesięciotomowej mandze Iwaaki Hitoshiego powstającej w latach 1989-1995. Spora różnica w czasie, prawda? Seria ściśle trzyma się oryginalnej historii, pomijając lub zmieniając jedynie drobne szczegóły, z tą różnicą, że całość, wliczając w to kreskę, została uwspółcześniona. Sama kreska bardzo mi się podoba, postaci są po prostu w porządku, pasożyty mają dość charakterystyczne spojrzenie, a ich przeobrażona forma wygląda dokładnie tak, jak powinna. A jeśli chodzi o walki, nie można odmówić im spektakularności.

Ścieżka dźwiękowa w sporej mierze opiera się na elektronicznych brzmieniach, za którymi nie przepadam (a więc raczej nie jest to jeden z soundtracków, których słuchałabym poza serią, chociaż i pośród tych utworów znalazłyby się wyjątki), jednak nie przeszkadzało mi to podczas oglądania i zwyczajnie pasowało do całości, a zwłaszcza scen walk. Podobnie w przypadku openingu ("Let Me Hear" Fear, and Loathing in Las Vegas), do którego szybko zdążyłam się przyzwyczaić, a którego tekst zaskakująco dobrze wpasowuje się w założenia anime (choć przyznam, że podczas słuchania nie zdołałam wyłapać więcej niż kilku słów). W soundtracku znalazły się jednak i bardziej nastrojowe melodie. Chociażby ending ("IT'S THE RIGHT TIME" Daichi Miura) ma całkiem inne, spokojne brzmienie i naprawdę go uwielbiam. A jeśli miałabym wymienić kilka utworów w tle, byłyby to chociażby "Luna" i "Human".

Z początku nawet nie przypuszczałam, że "Kiseijuu: Sei no Kakuritsu" tak bardzo przypadnie mi do gustu. Zaczęłam oglądać jedynie z ciekawości - w końcu sama tematyka nie należy do najpopularniejszych, a do tego jeszcze doszła świadomość, że to adaptacja znacznie starszej mangi. Tymczasem seria znacznie przerosła moje oczekiwania i stała się dla mnie jedną z tych, które mogłabym oglądać raz za razem, a i tak by mi się nie znudziły. Do tego lubię sytuacje, gdy bohater może pokazać, na co go stać - tutaj miałam ich pod dostatkiem. "Kiseijuu: Sei no Kakuritsu" było więc dla mnie prawdziwym strzałem w dziesiątkę.

niedziela, 13 marca 2016

H. Murakami "Mężczyźni bez kobiet"

Wydawnictwo: Muza  |  Ilość stron: 320
Sam tytuł tego zbioru opowiadań do pewnego stopnia sugeruje nam, czego możemy się spodziewać. I rzeczywiście, występujący tu bohaterowie miłość swojego życia (choć może czasami to za dużo powiedziane) już stracili, mają ją dopiero przed sobą lub ze względu na inne okoliczności nie jest im dane się nią cieszyć.

A jakieś bardziej konkretne informacje? W "Drive My Car" poznamy historię pewnej znajomości, czegoś w rodzaju przyjaźni, a także tęsknoty za tą samą kobietą. "Yesterday" wyróżnia się przede wszystkim bardzo ciekawym i w tym przypadku niezbędnym zabiegiem - dialektyzacją mowy jednego z bohaterów (w oryginale posługiwał się akcentem z Kansai), co Anna Zielińska-Elliott wyjaśniła już we wstępie. Dzięki temu opowiadanie nabrało nietypowego charakteru, co więcej, chyba najbardziej zapadło mi w pamięć. Dalej mamy "Niezależny organ", historię chirurga plastycznego, który spotyka się z wieloma kobietami naraz, często nawet z mężatkami i nie ma najmniejszego zamiaru się ustatkować. Do czasu... Pomysł, na którym opierała się "Szeherezada", szybko mi się spodobał - z bliżej niewiadomych względów odizolowany mężczyzna oraz kobieta będąca jego jedyną łączniczką ze światem, za każdym razem snująca swoje opowieści. Opowieści nietypowe, z których trudno wywnioskować, na ile są one prawdą, a na ile wytworem wyobraźni. Opowieści te fascynowały naszego bohatera do tego stopnia, że w przypadku nagłego zniknięcia kobiety to nie braku jakiegokolwiek kontaktu ze światem się obawiał, ale niemożności usłyszenia dalszego ciągu historii. I w sumie się mu nie dziwię, sama chciałabym dowiedzieć się od jego Szeherezady czegoś więcej.

W opowiadaniu "Kino" podobało mi się to, że było złożone jakby z całkiem przypadkowych epizodów, które łączył bar i jego właściciel, tytułowy Kino. Trochę rozczarowało mnie to, ze w końcówce historia zaczęła przybierać dziwny, trudny do wyjaśnienia, a nawet ujęcia w słowa obrót - choć to dość charakterystyczny dla twórczości Murakamiego zabieg, w tym przypadku wolałabym go uniknąć. Opowiadanie samo w sobie było jednak w porządku. W "Zakochanym Samsie" autor bezpośrednio nawiązuje do "Przemiany" Kafki. Nasz bohater budzi się z przeświadczeniem, że zmienił się w Gregora Samsę. Kim lub czym w takim razie był wcześniej? Dlaczego mieszkanie jest puste? Co powinien teraz zrobić? Choć nie jest to konieczne, to opowiadanie lepiej będzie przeczytać znając już "Przemianę", mogąc dostrzec obecne tu analogie lub wręcz przeciwnie - to, co uległo zmianie. No i - jak w całym tym zbiorze - pojawia się jeszcze uczucie. Od ostatniego opowiadania wziął swoją nazwę cały zbiór. "Mężczyźni bez kobiet" stanowi jakby podsumowanie wszystkich dotychczasowych historii i skupia się właśnie na tym braku kobiet, pustce, którą po sobie zostawiają. To też najbardziej sentymentalne z opowiadań.

Przede wszystkim plus należy się za to, że mamy pewien motyw przewodni, który przewija się przez każde z opowiadań. Zdecydowanie wolę, gdy historie ze zbiorów mają jakiś punkt wspólny i nie zostały wybrane całkowicie przypadkowo. Do tego charakterystyczny dla autora styl pisania. Murakami skutecznie wciąga w wykreowane przez siebie opowiadania, zaciekawia sytuacją bohaterów, a następnie stopniowo prowadzi do ostatecznych wniosków - czasami dość wyraźnych, innym razem nieco rozmytych. Znajdzie się też kilka ciekawych cytatów. Naprawdę dobrze czytało mi się te opowiadania, jednak nie uważam, że były jakieś fenomenalne i chyba nie zapadną mi szczególnie mocno w pamięć. Mimo to nie żałuję, że po nie sięgnęłam, więc jeśli jesteście ich ciekawi, droga wolna.
"Pewnego dnia nagle stajesz się jednym z mężczyzn bez kobiet. Ten dzień przychodzi nieoczekiwanie bez żadnego ostrzeżenia, bez żadnej wskazówki, bez przeczucia, złego znaku, nikt nawet nie zapukał ani znaczącą nie chrząknął. Mijasz zakręt i orientujesz się, że już tam j e s t e ś. Ale nie możesz się cofnąć."

środa, 9 marca 2016

Asumiko Nakamura "Koledzy z klasy" [BL]

Doukyuusei  |  Wydawnictwo: Waneko  |  Ilość stron: 182  |  Jednotomówki Waneko
Mawia się, że przypadki chodzą po ludziach. I tak właśnie jest. Weźmy na przykład takich Kusakabe i Sajou. Pierwszy z nich to uwielbiający muzykę, grający w zespole lekkoduch, a w nauce żaden z niego orzeł. Drugi to szkolny prymus, sprawiający wrażenie cichego, nietowarzyskiego, a czasami wręcz wyniosłego. Gdyby nie właśnie przypadek, ta dwójka mogłaby się nigdy nie poznać, nie zamienić ze sobą nawet słowa. Ale stało się inaczej.

Ich klasa miała pierwszą próbę przed występem chóru i Kusakabe zauważył, że Sajou nie śpiewa. Nie potrafi? A może nie ma czasu ani ochoty przejmować się jakąś głupią piosenką? Cóż, jego sprawa. Gdy jednak po lekcjach Kusakabe wraca się po coś do klasy, ku swojemu zdziwieniu, spotyka tam właśnie nucącego pod nosem Sajou. Trochę z przyzwyczajenia, trochę z ciekawości poprawia go, a gdy dowiaduje się o problemie chłopaka z odczytaniem nut z tablicy, bez zastanowienia (i ku obopólnemu zaskoczeniu) proponuje mu swoją pomoc.

Bardzo prosty początek, prawda? Ale tak właśnie było. I tak od zdania do zdania, od jednego spotkania do drugiego ich znajomość zaczęła się rozwijać, stopniowo przeradzając się w coś więcej. Jak to zwykle bywa, nie obyło się jednak bez sprzeczek i nieporozumień, a niektóre z nich były dość poważne. Różnice w priorytetach naszych dwóch bohaterów mogą sporo namieszać. Jest też Hara, znany jako Haracz (w oryginale Harasen) nauczyciel muzyki, który wyraźnie interesuje się Sajou, a widząc, że chłopak coraz lepiej dogaduje się z Kusakabe, jakby nieco traci grunt pod nogami. Czy stanie się dla nich przeszkodą? Ta konkurencja niepokoi Kusakabe, z kolei Sajou wciąż trudno uwierzyć, że ktoś taki, jak Kusakabe zainteresował się właśnie nim. Chłopcy przeżywają swoje wzloty i upadki, jest uroczo, zabawnie (humoru jest naprawdę pełno), w odpowiednich momentach też trochę poważniej, z czym autorka świetnie sobie poradziła.
Kreska autorki jest bardzo specyficzna - to nie ulega wątpliwości i właśnie ten fakt może niektórych zniechęcać. Sama przyznam, że nie od razu doceniłam kreskę Nakamury, najpierw musiałam do niej przywyknąć. Jej rysunki wydają się bardzo swobodne... czasami nawet za bardzo, co widać po niektórych ujęciach rąk, ale i to ma swój urok. Obecnie mogę wręcz rozpływać się w zachwytach nad jej kreską, a więc moja rada brzmi: dajcie jej trochę czasu.

Manga została wydana w serii Jednotomówek Waneko, a więc w powiększonym formacie. Onomatopeje są, jak zwykle u Waneko, wyczyszczone i ogólnie całość prezentuje się całkiem nieźle, chociaż tusz na pierwszej stronie dość mocno przebija. Trochę dziwi mnie też, że tytuły poszczególnych rozdziałów pozostawiono w języku angielskim. Z tłumaczenia jestem raczej zadowolona, czasami nawet bardzo; miałabym do niego parę uwag, ale może to już tylko moje widzimisię - po wielokrotnym czytaniu tej mangi na skanach oraz niemal równie częstemu odsłuchiwaniu dramy CD mam po prostu wrażenie, że niektóre kwestie brzmiałyby lepiej,  gdyby inaczej ubrać je w słowa.

Trochę dziwnie jest mi pisać tylko o "Kolegach z klasy", skoro wiem już o wiele więcej z kolejnych mang powiązanych z tą. I chociaż to recenzja tego jednego tytułu, nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała choć słowem o "Sotsugyousei" (tłum. absolwenci), bo to właśnie ta manga sprawiła, że zakochałam się w historii Sajou i Kusakabe. Na pierwszy rzut oka "Koledzy z klasy" mogą się wydawać mangą bardzo zwyczajną, wręcz banalną (czego powód po części wyjaśnia autorka w krótkim posłowiu) i nie ukrywam, że przez jakiś czas sama właśnie za taką ją uważałam. Dopiero dalszy ciąg ich losów pokazał mi, jak poważnie myślą o swoim związku. To właśnie "Sotsugyousei" pozwoliło mi spojrzeć na tę historię z szerszej perspektywy, docenić drobne gesty, niuanse, na które wcześniej nie zwróciłam należytej uwagi, a których jest pełno także w "Kolegach z klasy". To, jak lemoniada cały czas przewija się przez mangę, nabierając symbolicznego znaczenia. To, jak naturalnie rozwija się ich relacja. To, jak autorka wykorzystała piosenkę, dzięki której pierwszy raz się do siebie odezwali, a później także pewien wiersz - oba te utwory stały się jakby myślami przewodnimi rozdziałów, w których występują. Ach! I jeszcze ten motyw wstążki (przeczytacie, a zrozumiecie)! Moją uwagę zaczęły zwracać nawet najmniejsze szczegóły i to ich wynajdywanie sprawiało mi sporą przyjemność.
Wyszło trochę przydługo, ale nic na to nie poradzę - na ich temat mogłabym pisać i pisać, a wciąż wynajdywałabym coś, o czym mogłabym jeszcze wspomnieć. Pokusiłabym się wręcz o stwierdzenie, że "Koledzy z klasy" (wraz z "Sotsugyousei") to moja ulubiona manga, którą mogłabym czytać raz za razem cały czas z tym samym (a może nawet i większym) zainteresowaniem. Mam więc ogromną nadzieję, że Waneko nie poprzestanie tylko na tym jednym tytule i doczekam się kolejnych prac Nakamury Asumiko w Polsce. Wniosek z tego prosty - koniecznie dajcie tej historii szansę! Na koniec dodam, że "Koledzy z klasy" doczekali się swojego anime. Jest to jednak film kinowy, więc na jego dostępność wciąż przyjdzie nam niestety dłuższą chwilę poczekać (a tutaj trailer). Już nie mogę się doczekać!

"A boy met a boy.
They were in flush of youth.
They were in love that felt like a dream,
like a sparkling soda pop."

sobota, 5 marca 2016

G. Herling-Grudziński "Inny świat"

Wydawnictwo: Czytelnik  |  Ilość stron: 322
Powieść ta jest zapisem prawdziwych wspomnień autora z pobytu w sowieckich łagrach. Jak sugeruje nam sam tytuł, a dodatkowo potwierdza motto zaczerpnięte z innego dzieła o życiu w gułagu, "Zapiski z martwego domu" (obecnie znanego lepiej pod tytułem "Wspomnienia z domu umarłych") Fiodora Dostojewskiego: "Tu otwierał się inny, odrębny świat, do niczego niepodobny; tu panowały inne, odrębne prawa, inne obyczaje, inne nawyki i odruchy;".

Książka dzieli się na kilkanaście rozdziałów, które przybliżają nam realia panujące w łagrach, fałsz i obłudę sowieckiego rządu. Towarzyszymy autorowi od chwili aresztowania, poprzez wyniszczający psychicznie i fizycznie proces, aż po osadzenie w obozie nastawionym na wykorzystanie ludzkiej siły roboczej do granic możliwości. Wielokrotnie jesteśmy świadkami niesprawiedliwości i wyroków skazujących za wyszukiwane na siłę oskarżenia, które z zewnątrz muszą zachowywać pozory słuszności. Wgłębiamy się w łagrowe realia oraz rządzące tam zasady, które praktycznie nigdzie indziej nie miałyby prawa bytu. Widzimy przewagę pospolitych opryszków nad więźniami politycznymi oraz wszechobecny wyzysk i walkę o przetrwanie na wiele różnych sposobów. Donosicielstwo jest tu na porządku dziennym, niezdatni do pracy są pozostawiani sami sobie, a ogólne warunki są po prostu nieludzkie.

Ale "Inny świat" to nie tylko bezgraniczne upodlenie i uprzedmiotowienie człowieka. To także próby zachowania własnego ja, pozostania sobą wbrew obowiązującym regułom. Autor udowadnia, że nawet w tak ekstremalnych warunkach można wciąż pozostać człowiekiem, nieść pomoc, nawet tę błahą lub chociaż nie wyrządzać dalszej szkody. Opisuje zachowania, które mają być wyrazem buntu, desperackim zrywem przeciwko skrajnej niesprawiedliwości, a to, że opiera się na własnych doświadczeniach oraz relacjach współwięźniów dodatkowo przydaje tym historiom gorzkiego realizmu.
Przejmujące jest również podświadome naśladowanie życia na wolności, bez czego życie w obozie byłoby nie do wytrzymania. Nikt tego nie ustalał, więźniowie sami z siebie zaczęli wykorzystywać choćby i najmniejsze okazje, by przez chwilę poczuć swobodę. Wyczekiwali zdarzającego się tylko raz na jakiś czas dnia wolnego od pracy, próbowali podnosić się na duchu namiastkami normalnego życia i wzajemną życzliwością, chociaż przez ten krótki czas.

Należy też dodać, że Grudziński pisze bardzo umiejętnie. "Inny świat" nie jest więc jedynie suchym opisem faktów i nie został też przesadzony w drugą stronę. Opisy są żywe, przytaczane historie wzbudzają zainteresowanie i wiele emocji. Autor zwraca również uwagę na aspekt psychologiczny, opisuje własne odczucia, sprawnie nakreśla nam panującą w łagrach atmosferę, często niejednoznaczną i zależną od konkretnych sytuacji. Przybliża nam psychikę osób na skraju wycieńczenia, stopniowo popadających w obłęd, a także istotę prawdziwego głodu, którego sam doświadczył.

Była to moja lektura szkolna, jednak do przeczytania miałam tylko cztery opowiadania. Dopiero po ich skończeniu zdecydowałam się poznać całość. Dlaczego? Właściwie sama nie jestem pewna. Po części pewnie przez niedomówienia, jakie zostawiła po sobie jedynie wybiórcza znajomość opisanych wydarzeń i łagrowych realiów. Również i styl pisania Grudzińskiego miał w tym swój udział. O "Innym świecie" mogłabym jeszcze sporo pisać, jednak na tym już poprzestanę - to przecież recenzja, a nie opracowanie lektury. Czytać czy nie? Zrobicie, jak uważacie, jednak myślę, że warto.

czwartek, 3 marca 2016

Ulubione endingi #1

Pierwszą notkę o openingach dodałam już chwilę temu, teraz przyszedł czas na endingi. Ponieważ poprzednio wybrałam dziesięć utworów, tym razem też będzie ich właśnie tyle, w kolejności losowej.

Tokyo Ghoul √A"Kisetsu wa Tsugitsugi Shindeiku" amazarashi
Dzięki tej piosence (polecam pełną wersję!) poznałam amazarashi, które jakiś czas później stało się jednym z moich ulubionych zespołów i nadal do nich należy.

No.6 "Rokutousei no Yoru" Aimer
"No.6" oglądałam już dawno, jednak wciąż mam spory sentyment do tego endingu.
Nie mogłam znaleźć wersji z anime, więc dodaję od razu pełną.

Code Geass "Waga Routashi Aku no Hana" ALI PROJECT
ALI PROJECT ogólnie ma dość ciekawe utwory, jednak postanowiłam wybrać właśnie ten.

Ansatsu Kyoushitsu "Hello,shooting-star" moumoon
Po pierwszym przesłuchaniu mnie chyba jeszcze nie zachwyciło, jednak wkrótce się to zmieniło.

Death Parade "Last Theater" Noisycell
Początkowo miał się tu znajdować inny utwór, ale ostatecznie stwierdziłam, że zastąpię go tym. Od razu mi się spodobał i długo czekałam, aż wreszcie będzie dostępny w pełnej wersji. ♥


Kiseijuu: Sei no Kakuritsu "IT'S THE RIGHT TIME" Daichi Miura
Chyba po prostu mam słabość do spokojnych, klimatycznych endingów. I do tego to pianino... ♥
A tak poza tym, za jakiś czas możecie się spodziewać recenzji "Kiseijuu" :)

Sekaiichi Hatsukoi "Ashita, Boku wa Kimi ni Ai ni Iku" Wakaba
Prawda jest taka, że zwyczajnie uwielbiam wszystkie cztery piosenki z "Sekaiichi" i chyba nic tego nie zmieni. Mają w sobie coś charakterystycznego, jakiś taki pozytywny wydźwięk.

Naruto "Wind" Akeboshi
Pierwszy ending w "Naruto" i od razu ulubiony. Co prawda teraz nie słucham go już tak często, jednak wciąż mam do tej piosenki ogromy sentyment i od czasu do czasu chętnie podśpiewuję.


UN-GO "Fantasy" LAMA
Właściwie nie wiem dlaczego, ale naprawdę spodobał mi się ten ending. Jest jakiś taki nietypowy i może właśnie to mnie w nim ujęło. Po prostu ma coś w sobie.

Ranpo Kitan: Game of Laplace "Mikazuki" Sayuri
Początkowo miał się tu znaleźć ending z "Arslan Senki", jednak ostatecznie zdecydowałam się na "Mikazuki", które przez dłuższy czas nie dawało mi spokoju i które wciąż uwielbiam podśpiewywać.

piątek, 26 lutego 2016

To może tak kreskówka? #1

Wpadłam ostatnio na pomysł (no dobra, już jakiś czas temu), żeby dla odmiany napisać o paru kreskówkach. Obecnie praktycznie żadnych nie oglądam, jednak jest kilka takich, które kiedyś zwróciły moją uwagę, niektóre z nich nawet bardzo dawno, a jednak wciąż naprawdę przyjemnie jest od czasu do czasu obejrzeć parę ich odcinków lub po prostu je powspominać. Przedstawiam więc pierwszą trójkę (co prawda kolejność jest przypadkowa, jednak te trzy kreskówki łączy to, że właściwie do tej pory mogłabym je oglądać z niesłabnącym zainteresowaniem).

Danny Phantom
Najkrócej jak się da, w wyniku wypadku w laboratorium Danny Fenton, syn raczej dość nieporadnych łowców duchów, zyskał duch moce (tak, bardzo odkrywcza nazwa), o czym wiedzą jedynie jego najlepsi przyjaciele - gustująca w ciemnych kolorach ultraweganka Sam Manson i Tucker Foley, któremu żadne techniczne nowinki nie są obce. Od tego czasu jako Danny Phantom (jak się pewnie domyślacie, nikt nie dostrzega podobieństwa) ratuje mieszkańców miasta od duchów, które w większości przypadków dostawały się tam przez portal znajdujący się w jego domu. Ironicznie, no ale co zrobić, mając za rodziców niespełnionych łowców duchów, którym od czasu do czasu coś się jednak uda (i zwykle nawet o tym nie wiedzą)? Nie jest to produkcja fenomenalna. Ma swoje wady, właściwie nawet sporo, jednak mimo wszystko mam do niej spory sentyment i od czasu do czasu z chęcią pooglądam odcinek czy dwa (czasami nawet więcej).
Od strony graficznej trudno o zachwyty, rysunki są dość proste, jednak to standard w większości amerykańskich kreskówek, prawda? (jeśli nie, po prostu to zignorujcie, nie znam się) Mogę jednak pochwalić opening, który polubiłam od samego początku. Danny jest czasami zbyt uparty, wpada w kłopoty przez własną głupotę, a sława, jaką z czasem zdobywa, potrafi mu uderzyć do głowy. No i oczywiście kocha się bez wzajemności, choć inną świetną dziewczynę ma wręcz na wyciągnięcie ręki. W produkcji tej znajdzie się sporo typowo amerykańskich schematów, trochę oczywistości i banałów, jednak w ogólnym rozrachunku nie jest źle. Mimo sporadycznych wpadek (no, może jednak trochę częstszych) Danny to naprawdę fajna postać, która potrafi się wykazać rozsądkiem i sprytem. Do tego kreskówka ta jest pełna całkiem przyjemnego w odbiorze humoru. Nie wiem, w jak dużym stopniu moja opinia opiera się na sentymencie do tego serialu, jednak po prostu go lubię, więc jeśli szukacie czegoś lekkiego do obejrzenia, jak najbardziej zachęcam do zerknięcia na "Danny'ego Phantoma".


Iron Man: Armored Adventures
Po raz kolejny ujawnia się moje zamiłowanie do Marvela. Ta wersja znacznie odbiega od tej znanej z komiksów czy filmów. Przede wszystkim Anthony Stark jest nastolatkiem. Akcja rozpoczyna się tuż przed wypadkiem samolotowym, w którym zginął jego ojciec, a on sam przeżył jedynie dzięki systemowi podtrzymywania życia w jego nowo wybudowanej zbroi, jednak od tego czasu żyje ze sztucznym sercem. Dotąd uczący się pod okiem swojego ojca Tony rozpoczyna naukę w szkole, a do czasu osiągnięcia pełnoletności firmą ma zarządzać Obadiasz Stane, którego poglądy na rozwój Stark International w znacznej mierze różnią się od tych preferowanych przez naszego głównego bohatera. Dodam jeszcze, że James Rhodes (Rhodey) jest jego przyjacielem z dzieciństwa, a znajomość z Patricią Potts (Pepper) rozpoczyna w pierwszych dniach szkoły.
Jak się można domyślać, mając niezwykle zaawansowaną technicznie zbroję Tony nie będzie stał bezczynnie, tylko wykorzysta ją do zwalczania przestępczości. A tej nie brakuje - od pomniejszych opryszków, aż po naprawdę groźnych przeciwników. Poza tym trzeba jeszcze dopilnować, by Stane nie wplątał firmy w jakieś szemrane interesy, choć to nie zawsze się udaje. Na brak bohaterów, także tych złych, nie możemy narzekać, ponieważ spotkamy tu wiele postaci znanych z uniwersum Marvela. Pojawią się więc chociażby Doktor Doom, Czarna Wdowa, Hawkeye, Hulk, Magneto, Modok i agenci T.A.R.C.Z.Y. z Nickiem  Fury'm na czele. Jednym z ważniejszych (i przewijających się praktycznie przez całą serię) wątków jest poszukiwanie pierścieni Makluan i rywalizacja z Mandarynem. Przyznam, że Tony stracił trochę ze swojej przebojowości i cynizmu, jednak wcale mi to nie przeszkadzało. Naprawdę polubiłam jego nastoletnią wersję.


Tajemniczy Sobotowie
Akcja skupia się na rodzinie Sobotów, zajmujących się raczej mało znaną profesją, jaką jest kryptozoologia. Doc i Drew są znającymi się na swoim fachu naukowcami (co wcale nie znaczy, że całymi dniami przesiadują w laboratorium), z kolei ich jedenastoletni syn, Zak ma pewien niezwykły, choć wciąż nie do końca rozwinięty dar - potrafi panować nad kryptydami (jak podpowiada ciocia Wikipedia, są to zwierzęta uznane za dawno wymarłe lub znane jedynie z przekazów, których istnienie nie zostało potwierdzone przez zoologię). Ich zajęcie polega głównie na poszukiwaniu kryptyd - ochronie tych, które są w niebezpieczeństwie, unieszkodliwianiu tych groźnych itp. I właśnie tego typu sytuacji najczęściej jesteśmy świadkami, jednak z czasem pojawia się także niebezpieczny, ekscentryczny przeciwnik - Argost (ostatni na obrazku) oraz pewien równie istotny sekret, który w znacznej mierze dotyczy mocy Zaka.
Ten włochaty wielkolud (o niezwykle sympatycznym, choć tchórzliwym usposobieniu) to Fiskerton, który jest dla Zaka jak brat, a jaszczuropodobny stwór to takie ich zwierzątko, Komodo. Rozgrywające się tu wydarzenia są interesujące i choć w sporej mierze epizodyczne, od samego początku łączy je wątek poszukiwań Kura, kryptydy mającej moc panowania nad innymi kryptydami. Bohaterowie również są niczego sobie, wielu z nich ma swoje sekrety i nie da się ich ot tak rozgryźć, a czasami też jednoznacznie stwierdzić, po której stronie stoją.