sobota, 17 stycznia 2015

M. Strandberg, S. B. Elfgren "Krąg"


Wydawnictwo: Czarna Owca
Ilość stron: 574
Seria: Engelsfors (1)

Małe, zapomniane i zdecydowanie nie należące do przytulnych miasteczko gdzieś na końcu świata nagle staje się centrum wydarzeń ściśle powiązanych z magią. Właśnie tam sześć jakby przypadkowo wybranych dziewczyn, w blasku czerwonego księżyca wiedzionych tajemniczą siłą, spotyka się w jednym miejscu. Tam też dowiadują się o swoim przeznaczeniu i czyhającym na nie śmiertelnym niebezpieczeństwie. Coś jest jednak nie tak - zamiast jednego Wybrańca z przepowiedni pojawiła się ich szóstka. A nawet siódemka, licząc nieżyjącego już Eliasa. Gdzieś w pobliżu czai się zło, które nie spocznie, zanim pozostali Wybrańcy nie podzielą losu chłopaka.

Wydawałoby się, że w takiej sytuacji współpraca byłaby dość oczywistą reakcją. Nie ma jednak tak łatwo. Dziewczyny różnią się od siebie tak bardzo, że nawiązanie jakiegokolwiek porozumienia wydaje się czystą abstrakcją, a próby zignorowania całej tej sprawy bynajmniej nie pomagają. Jak podchodząca do nauki poważnie Minoo, powszechnie lubiana Rebeca z zaburzeniami odżywiania, prześladowana od podstawówki Anna-Karin, zbuntowana Vanessa, Linnea ze swoim nietypowym stylem i będąca prawdziwą zołzą Ida mają się zaprzyjaźnić, skoro łączące je relacje są tak dalekie od koleżeńskich? I czy zdążą tego dokonać, zanim dojdzie do kolejnej tragedii?

Bohaterki mają wiele wad - to nie ulega wątpliwości. W wielu momentach zachowują się nieodpowiedzialnie, unoszą się dumą, wiecznie się kłócą i nie mogą dojść do porozumienia. Z jednej strony jest to dość denerwujące, bo zamiast dopingować poszczególne bohaterki pozostaje nam jedynie wytykanie im błędów z płonną nadzieją, że w czymś to pomoże. Zaletą tak wykreowanych postaci jest jednak pewna autentyczność - w żadnym wypadku nie są ideałami a ludźmi z krwi i kości. Daje to też możliwość zaobserwowania zmian zachodzących w nich samych (nie zawsze na lepsze), jak i w ich wzajemnych relacjach. Kolejnym plusem jest możliwość przyjrzenia się sytuacji rodzinnej niemal każdej z nich, co stanowi ciekawy i dość dobrze rozbudowany wątek, choć Ida została tu niejako pominięta.

"Bo tak jest w tym cholernym mieście, myśli Minoo. Jesteś tylko tym, kim inni myślą, że jesteś."

Z powodu natłoku postaci i fragmentaryczności rozdziałów (zwłaszcza na początku) łatwo o dezorientację, jednak pozwala to szybko dać się porwać w wir wydarzeń, których z pewnością tu nie brakuje. Magia została tu przedstawiona ciekawie, w dość staroświeckim wydaniu - magiczne księgi, rytuały i wywary, co, podobnie jak ładne wydanie, dodaje powieści pewnego uroku. Bohaterkom stale towarzyszy poczucie niepewności, nie wiedzą komu ufać, obawiają się zawierzyć nawet sobie nawzajem, a wskazówek mają tyle, co kot napłakał. W połączeniu z zapomnianym przez świat miasteczkiem świetnie buduje to klimat powieści i sprawia, że po prostu chce się czytać.

Książka skierowana jest główne do młodzieży - to widać.  Choć powieść z pewnością ma swoje wady, jest również wciągająca. Choć bohaterki niejednokrotnie działały mi na nerwy, lektura okazała się całkiem przyjemna. Dzieje się dużo, wydarzenia są ciekawe i niejednokrotnie owiane aurą tajemnicy. Chwile, jakie spędziłam razem z mieszkańcami Engelsfors, pomimo wszystkich zgrzytów, będę miło wspominać i z chęcią sięgnę po kolejną część serii - "Ogień".

"-[...] Musicie ukrywać przed innymi waszą przyjaźń.
- W szkole też? - pyta Anna-Karin.
- Zwłaszcza w szkole. To miejsce zła.
- Wiedziałam - mruczy Linnea."
7/10

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Podsumowanie anime na jesień 2014

Cóż, tym razem nie zabierałam się za zbyt wiele nowych serii, a zamiast tego nadrobiłam trochę starszych tytułów.

Akatsuki no Yona
Ilość odcinków: ?
Ocena: 7

* trwające
Z początku Yona to dość zwyczajna, rozpieszczona księżniczka, ale biorąc pod uwagę to, co musiała następnie przejść, jakoś mi to nie przeszkadzało. Po ucieczce z zamku Yona nie zmienia się ot tak - zamyka się w sobie, przechodzi przez otępienie, by następnie stopniowo dochodzić do kolejnych wniosków kształtujących jej nową osobowość. Przy jej boku pozostaje oczywiście niezawodny, choć czasami dość ironiczny Hak. A co dalej? Jeszcze się przekonamy.
Wtrącane na początku zapowiedzi przyszłych wydarzeń pozwalały sądzić, że akcja rozwinie się całkiem szybko, tymczasem wszystko toczy się własnym rytmem - jest czas zarówno na nieco nagłych zmian, jak i dłuższe przemyślenia. Opening jest dość nietypowy (to sama melodia, bez słów), jednak pasuje do tej produkcji. "Akatsuki no Yona" jest sympatyczne i pełne humoru i choć z początku nieco je zaniedbywałam, ostatecznie się wciągnęłam.


Garo: Honoo no Kokuin
Ilość odcinków: 24
Ocena: 7

* trwające
Dziecko urodzone na stosie, polowanie na czarownice i czarowników, naprawdę ciekawa kreska (choć wymyślne zbroje trochę nie pasowały do średniowiecznej stylistyki), a do tego kilka odważniejszych scen (i to nie takich typu ecchi, za którymi, delikatnie mówiąc, nie przepadam) - to wszystko sprawiło, że byłam bardzo ciekawa tego anime.
Nie jest to jedna z produkcji ukazujących krystalicznie czystego, niepokonanego bohatera. Leon ma swoje chwile słabości, popełnia wiele błędów, powodu do walki szuka tam, gdzie nie powinien, wciąż się rozwija i nie jest to bezbolesna nauka.
Z początku horrory (tamtejsze demony) przywodziły mi na myśl akumy z "D.Gray-man" i przyznam, że było w tym trochę racji. Opening wpada w ucho. Lubię tego typu produkcje, więc oglądało mi się całkiem przyjemnie i niecierpliwie wyczekuję kolejnych odcinków.


Gugure! Kokkuri-san
Ilość odcinków: 12
Ocena: 5

Z początku sama nie wiedziałam, jak to z tą serią będzie. Znalazło się trochę obiecujących tematów, jednak to wszystko wciąż jeszcze mogło zostać zaprzepaszczone.
Mała, samotna dziewczynka prosi Kokkuriego, by odpowiedział na jej pytanie, jednak zamiast oczekiwanej odpowiedzi w formie zbioru znaków, bóstwo pojawia się we własnej osobie. Niezadowolona dziewczynka postanawia wypędzić przybysza, jednak ten, widząc jaki niezdrowy, samotny tryb życia prowadzi, postanawia się nią zaopiekować.
Tak oto rozpoczyna się nowe, pełne problemów życie Kokkuriego, a wraz z rozwojem fabuły dołączą do niego także inne postacie, które wprowadzą jeszcze więcej zamieszania. Cóż, bywało zabawnie, jednak ogólnie rzecz biorąc humor był na dość niskim poziomie. Znalazło się też trochę dość niesmacznych żartów. Anime pozostawiło sporo niedomkniętych wątków, dostajemy miszmasz różnych, niezbyt powiązanych ze sobą historii. Opening z początku wydawał mi się dość dziwny, ale ostatecznie go polubiłam. "Gugure! Kokkuri-san" nie zachwyca. Jest dość przeciętne, jednak da się je obejrzeć bez większych uszczerbków na psychice.


Kiseijuu: Sei no Kakuritsu
Ilość odcinków: 24
Ocena: 7

* trwające
Współpraca chłopca i zamieszkującego jego rękę pasożyta? Cóż, z pewnością jest to koncepcja inna od wszystkich, dlatego też postanowiłam dać tej serii szansę. Nie spodziewałam się wtedy, że będzie to jedno z tych anime, na których nowe odcinki będę wyczekiwała najbardziej.
Bardzo spodobał mi się pomysł na to anime. Współpraca Izumiego i pasożyta, jak by się można było spodziewać, nie przebiegała bezproblemowo - chłopakowi trudno było zaakceptować to, że zamiast ręki ma jednego z żywiących się ludźmi potworów (choć akurat Migi nie wykazywał takich zapędów), który w dodatku pozbawiony jest wszelkich ludzkich uczuć. Do tego dochodzi też niedająca spokoju świadomość, że jako jedyny wie, kto stoi za coraz liczniejszymi morderstwami. Poza tym, czy obecność pasożyta i na niego w jakiś sposób nie wpłynie?
Nieco zaskoczyło mnie (pozytywnie) dość nietypowe brzmienie openingu (a może to po prostu ja nie trafiam na anime z tego typu muzyką?), z kolei ending szybko wpada w ucho i bardzo przyjemnie się go słucha. Nie chcę się teraz za bardzo rozpisywać (może później pokuszę się o napisanie pełnej recenzji), dodam tylko, że nie mogę się doczekać kolejnych odcinków.


Mushishi Zoku Shou 2nd Season
Ilość odcinków: 10
Ocena: 8

Odnośnie tego anime nie miałam wątpliwości i wiedziałam, że na pewno je obejrzę. I... właściwie nie wiem, co więcej mogłabym napisać. "Mushishi" to po prostu "Mushishi" - kolejne ciekawie przedstawione historie, piękna ścieżka dźwiękowa, inny dla każdego odcinka ending, jak zawsze tajemniczy świat mushi.






Psycho-Pass 2
Ilość odcinków: 11
Ocena: 8

Pierwszą serię obejrzałam na krótko przed rozpoczęciem emisji drugiej i byłam bardzo ciekawa, co twórcy zaoferują nam tym razem. Byłam zadowolona z tego, że i tym razem za opening odpowiadał jak zawsze świetny zespół Ling Tosite Sigure, a za ending EGOIST, jednak było mi szkoda, że anime będzie liczbyć tylko 11 odcinków. Okazało się jednak, że ta ilość była dokładnie w sam raz i nie byłoby sensu przedłużać. Dzięki temu historia zachowuje szybkie tempo i nie brak tu nagłych zwrotów akcji. Nowy, nieuchwytny dla skanerów przestępca, w którego istnienie początkowo nikt nie wierzy, kolejne ideowe rozterki, a także intrygi knute w samym Biurze Bezpieczeństwa - wszystko to przedstawia się bardzo ciekawie. Nie inaczej jest w przypadku bohaterów, zarówno tych znanych z poprzedniej serii, jak i tych całkiem nowych. Uważam, że kontynuacja utrzymała poziom poprzedniej serii.
Bardzo kibicowałam Akane, więc tym bardziej irytowała mnie postawa nowej inspektor - Shimotsuki Miki i jej ślepa wiara w sprawiedliwość Sybilli. Właśnie taka była jednak jej rola, która ostatecznie wypadła bardzo przekonująco.


Shigatsu wa Kimi no Uso
Ilość odcinków: 22
Ocena: 7

* trwające
Tym, co przyciągnęło mnie do tego anime są bardzo przyjemna dla oka kreska (i barwna kolorystyka) oraz wyczuwalny od samego początku, niezwykle urzekający klimat całości. Nie brakuje tu dramatów - od traumy głównego bohatera, przez którą nie chce zasiadać przed pianino (czemu i tak nie może się oprzeć), po tłumione uczucia, sprawy zachowywane w sekrecie i tym podobne rzeczy. Mimo to "Shigatsu wa Kimi no Uso" to niezwykle sympatyczna, pełna ciepła seria. A głównym tego powodem jest obecność Kaori - kochającej muzykę skrzypaczki, która swoją muzyką pragnie poruszać ludzkie serca (i nie, nie ma w tym nic pretensjonalnego). To właśnie ona nada barw monotonnemu dotąd życiu Kouseia i doda odwagi, by spróbował jeszcze raz, by nie rezygnował z tego, co kocha.
Może i nie jest idealnie, jednak naprawdę nie potrafię wymienić żadnych wad tego anime. Bywa uroczo, zabawnie, dramatycznie, smutno (oszczędzę Wam dalszego wymieniania). Z początku obawiałam się, że pojawi się trójkąt miłosny, na szczęście obecnie nic na to nie wskazuje. Nie można też zapomnieć o wszechobecnej muzyce - zarówno openingu w wykonaniu Goose House, jak i licznym klasycznym utworom rozbrzmiewającym w całej serii.


Serie porzucone:

Orenchi no Furo Jijou
Ilość odcinków: 3/13

Właściwie sama nie wiem, dlaczego zdecydowałam się na to anime, po prostu zwiastun wydał mi się jakiś taki... sympatyczny? Cóż, szybko pozbyłam się tych złudzeń. Pierwszy odcinek nie miał w sobie nic, co by mnie zainteresowało, jednak skoro trwał tylko 4 minuty, postanowiłam obejrzeć jeszcze jeden i wtedy zdecydować, co dalej. A dalej też nie było zachwycająco, choć jakoś nie potrafiłam jednoznacznie odrzucić tego anime. Przynajmniej do trzeciego odcinka, kiedy już definitywnie zrezygnowałam.
A nieco mocniejsze brzmienie openingu było prawie zachęcające. Eh...

środa, 7 stycznia 2015

J. Chmielewska "Lesio"


Wydawnictwo: Olesiejuk
Ilość stron: 315
Kolekcja: Królowa Polskiego Kryminału (1)

Myślę że, autorka już na początku książki bardzo trafnie ujęła, jak to z tym Lesiem jest, dlatego też po prostu przytoczę jej słowa: "Lesio bowiem istnieje. Istnieje wyraźnie, realnie, zdecydowanie, a niekiedy nawet z hukiem. [...] Charakter Lesia, acz szlachetny, jest nad wyraz skomplikowany, dusza pełna fantazji, a życiorys bogaty w wydarzenia. Może nie wszystkie z opisanych tu czynów popełnił. Ale z pewnością do wszystkich był zdolny."

Na tę książkę składają się trzy opowiadania. W "Zbrodni niedoskonałej" przede wszystkim przyzwyczajamy się do nietypowości Lesia. A przynajmniej mi zajęło to dłuższą chwilę. Możemy przyjrzeć się jego zbrodniczym zapędom (w końcu właśnie one są tu głównym tematem), codzienności i wpływowi różnych czynników na efektywność jego działalności zawodowej. Poznamy też opinię, jaką mają na jego temat współpracownicy. "Napad stulecia" ukazuje losy naszego zespołu architektów w czasie bezpośrednio poprzedzającym ogłoszenie wyników pewnego bardzo dla nich ważnego konkursu. A łatwo im nie będzie, gdyż pochłonięci konkursowym projektem zaniedbali pozostałe obowiązki. Jak wydostać się z poważnych kłopotów finansowych? Cóż, sposoby mogą być różne, a ponieważ mamy tu do czynienia z Lesiem... Podczas ostatniego opowiadania - "Droga do chwały" - zespół architektów, powiększony o osobę pewnego cudzoziemca, wybiera się na prace w terenie. Aby nie zdradzać za wiele dodam tylko, że bez kłopotów się oczywiście nie obejdzie.

Względem "Lesia" miałam dość duże oczekiwania, gdyż słyszałam o nim sporo dobrego. A jednak tym, co odczułam po rozpoczęciu lektury było rozczarowanie. Rozczarowanie, gdyż jedna z najpopularniejszych książek Chmielewskiej (skądinąd lubianej przeze mnie autorki) zdawała się reprezentować ten typ humoru, którego, krótko mówiąc, nie trawię. Z każdą kolejną stroną z pewnym niesmakiem cisnęło mi się na usta pytanie: jak taki Lesio zdołał się do tej pory uchować na tym świecie? Pomimo początkowych zgrzytów, później było już lepiej. Może przywykłam, może autorka nieco spuściła z tonu, ale tak czy inaczej zaczęło się robić zabawnie. Nic jednak nie poradzę na to, że mimo wszystko akcja jakoś mi się dłużyła. Momenty, w których szczerze się śmiałam przeplatane były wydarzeniami w moim mniemaniu przeciętnymi lub nawet gorzej. Aż przyszedł czas na ostatnie z opowiadań, które sprawiło, że dałam "Lesiowi" lepszą ocenę, niż początkowo zamierzałam. Bo było naprawdę zabawnie, bo praktycznie żaden szczegół mnie nie denerwował. I to jest właśnie Chmielewska, którą lubię.

Pozwólcie więc, że teraz skupię się na plusach. Obecność obcokrajowca, z którym zespół ledwo był w stanie się porozumieć, wprowadziła naprawdę wiele humoru. Liczne nieporozumienia, przeinaczanie słów, mieszanka języków i próby zrozumienia sensu całości dawały przekomiczny efekt. Do tego dochodzą również zabawne, niekiedy niebezpieczne sytuacje, których inicjatorem zwykle jest Lesio oraz wydarzenia przebiegające niebezpiecznie blisko granicy ze zbrodnią. A wszystko to z dużą dawką wszechobecnego humoru i ironii.

Mimo wszystkich moich uwag nie odradzam nikomu "Lesia". Początkowe trudności w zaakceptowaniu tytułowego bohatera ostatecznie zostały mi w pełni wynagrodzone. "Droga do chwały" zdołała przyćmić wszystkie moje dotychczasowe narzekania. Może i w Waszym przypadku tak będzie, może nawet będziecie się dobrze bawić już od samego początku, pomimo fajtłapowatości, nieporadności i niewątpliwych braków w charakterze Lesia. Ostateczna decyzja jak zawsze należy do Was.
"Człowiek, który stracił wszystko, siłą rzeczy nie ma już nic do stracenia. Lesio stał się nagle takim właśnie człowiekiem. Po trzecim kolejnym klinie poglądy na swoją sytuację ustalił ostatecznie i poczuł się nawet dumny, że tak imponująco udało mu się stoczyć w przepaść."
6/10

sobota, 3 stycznia 2015

L. Patrignani "Wszechświaty"


Wydawnictwo: Dreams
Ilość stron: 272
Seria: Wszechświaty (1)

Z początku w ogóle nie planowałam sięgnąć po tę książkę. Jej zakup był całkowicie spontaniczny i w dużej mierze zaważyła tu okazja do zdobycia książki z podpisem autora. No i tak właśnie przyszło mi się zapoznać z nie tylko z teorią Wieloświatów, ale i wieloma występującymi tam zależnościami.

Alex i Jenny nie mają ze sobą prawie nic wspólnego. On mieszka we Włoszech, ona w Australii. Tym, co ich łączy są niespodziewane utraty przytomności, podczas których mogą się ze sobą komunikować. I choć przypadłość ta może być dokuczliwa, bardzo ją sobie cenią. Mają też nadzieję, że pewnego dnia będzie im dane się spotkać. A jak powszechnie wiadomo, czasami szczęściu trzeba pomóc, dlatego też w chwili, gdy Alex przypadkiem znajduje osobliwe, niezwykle niepokojące nagranie, nie waha się ani chwili dłużej - wbrew wszelkim przeciwnościom wyrusza do Australii, by spotkać się z Jenny. Rzeczywistość okaże się jednak bardziej przewrotna, niż kiedykolwiek śmiał przypuszczać...

Początkowo każdy kolejny rozdział jest nieustannym wyczekiwaniem na chwilę, gdy bohaterowie powinni się spotkać. I jednocześnie chwili, w której cały ich dotychczasowy świat, wszystko, w co wierzyli legnie w gruzach. A co potem? Niepewność, osamotnienie, zwątpienie - tego typu odczuć będzie na pęczki. Alex ma jednak Marco, a Jenny ma Alexa. Czy razem znajdą rozwiązanie? Czy dwójka głównych bohaterów, zamiast zwątpić we własne zdrowie psychiczne, jak tonący brzytwy chwyci się teorii Wieloświatów? Jak mogą odkryć, co ich tak naprawdę ze sobą łączy i jakie niebezpieczeństwo ich czeka? Czy w porę opanują swoje umiejętności i zrozumieją, czym jest Pamięć?

Bohaterów da się lubić. Zwłaszcza obok Marco, ekscentrycznego komputerowego geniusza na wózku nie mogłam przejść obojętnie. Powiedzmy to sobie szczerze, bez jego pomocy tych dwoje nie miało by nawet szansy na spotkanie. Taki przyjaciel to prawdziwy skarb. Alex niejednokrotnie wykazał się zdecydowaniem i odwagą. I oczywiście wielką miłością do Jenny. W tym towarzystwie to właśnie dziewczyna wypada najsłabiej, jednak nie ma co robić wokół tego wielkiego szumu. Ostatecznie nie jest przecież z nią tak źle.

"Wszechświaty" nie zachwyciły mnie jakoś szczególnie, nie zapadły też w pamięć na dłużej. Mimo to nie narzekam, bo w ogólnym rozrachunku czytało mi się całkiem nieźle. Sama teoria Wieloświatów, na której opiera się cała fabuła, przedstawia się interesująco, a uwarunkowane przez obecność Marco nowinki techniczne dodawały całości pewnego smaczku (przynajmniej ja tak to widzę). Nie jestem jednak pewna, czy zdecyduję się na kontynuację. Nie było tu czegoś, co wbiłoby mnie w fotel. Zrozumienie, czym jest Pamięć też nie było szczególnie trudne. Kolejną część mogłabym sobie bez większego żalu odpuścić.

"Pamiętasz, Alex? Aby móc podróżować, wpatrywaliśmy się w pas."
7/10

wtorek, 30 grudnia 2014

Zapadające w pamięć (2014)

Pomysł na ten post siedział mi w głowie mniej więcej od wakacji (z początku naprawdę trudno było mi się powstrzymać od zaczęcia go już wtedy; ostatecznie uznałam, że sprawiedliwiej będzie napisać go dopiero pod koniec grudnia). Wybór nie należał do najłatwiejszych, jednak myślę, że udało mi się, zgodnie z tytułem postu, wybrać właśnie te powieści, które najbardziej zapadły mi w pamieć.
Najpierw planowałam uwzględnić jedynie książki, jednak ostatecznie uznałam, że nie zaszkodzi dodać czegoś więcej. Są więc seriale (dokładniej jeden), anime, mangi i muzyka. Myślałam też nad filmami, ale miałam problem z wytypowaniem odpowiednich kandydatów.


To bardzo krótka historia, wręcz opowiadanie, a jednak niesie ze sobą ogromny bagaż emocji. Wraz z umierającym na raka chłopcem przechodzimy przez całe życie w zaledwie kilka dni. Jak? Sprawdźcie. Choć książka ta ukazuje bardzo przykrą rzeczywistość, rozbrajająca szczerość, jaką charakteryzują się listy Oskara sprawia jednocześnie, że człowiekowi robi się ciepło na sercu. Oskar na swój własny sposób żyje pełnią życia. Co więcej, swój optymizm przekazuje dalej, zamiast być pocieszanym - pociesza innych.
"Zrozumiałem, że jesteś obok. Że zdradzasz mi swój sekret: 
codziennie patrz na świat, jakbyś oglądał go po raz pierwszy."

Historia dość krótka, jednak treściwa i przedstawiona w niebanalny sposób. Bardzo klimatyczna, a do tego pięknie wydana i pełna czarno-białych ilustracji. Autor pisze o rzeczach ważnych, nie popadając przy tym w banały.
"Nie zawsze musi istnieć jakiś dobry bohater. Tak jak i nie zawsze musi istnieć zły. 
Większość ludzi plasuje się gdzieś pośrodku."

Studium stopniowego upadku człowieka? Dowód na to, jak zgubne mogą się okazać wpływy innych na wciąż rozwijające się jednostki oraz pragnienie wiecznego piękna? O tej powieści można pisać wiele, a każda poruszona kwestia może przywodzić na myśl kolejne. I tak też było w moim przypadku. To książka, która nie pozwoliła mi o sobie zapomnieć przez długi czas, podobnie jak emocje, które towarzyszyły mi podczas lektury. Myślę, że mogę ją uznać za pozycję obowiązkową, do której jeszcze nieraz wrócę.
"Jedynym sposobem pozbycia się pokusy jest uleganie jej."

Przepełniona baśniowością, podszyta mrokiem - tak właśnie w dużym skrócie opisałabym "Marinę". Powieść ta jest inna od poprzednich dzieł autora (a tak się składa, że czytałam je zgodnie z kolejnością ich powstawania), jakby dojrzalsza, czy nawet lepiej przemyślana. Jest magiczna, ujmuje swoim urokiem, na który składa się wiele czynników - od tytułowej bohaterki, poprzez malowniczą scenerię, aż po skrywaną od lat tajemnicę pełną sprzecznych emocji i ludzkich tragedii.
"Wszystkie baśnie są kłamstwem, choć nie wszystkie kłamstwa są baśniami."

Autorka nie boi się poruszać tematów trudnych. Co więcej, wychodzi jej to naprawdę fenomenalnie. To nie tylko historia o wychowywaniu dziecka z zespołem Downa. To także opowieść o tworzeniu, o nieistniejącej doskonałości i pięknie tego, co niedoskonałe. To powieść niezwykle poruszająca i prawdziwa, która niesie z sobą szereg emocji. Nie pozwala na obojętność, niesie ze sobą pewne przesłanie.
"Pielęgnuję tego motyla, ale to trudne pielęgnować coś, co tylko przeczuwasz, że jest."

Jedna z ulubionych. Moje pierwsze spotkanie z literaturą koreańską. Historia, z którą pierwszy raz zapoznałam się w postaci mangi, a dopiero później dowiedziałam się o książkowym pierwowzorze. Mimo to powieść nie straciła na wartości. Wzruszająca, do bólu prawdziwa, pełna pięknych cytatów - mogłabym tak jeszcze długo wymieniać. Znajdzie się tu wiele różnych odczuć - smutek, radość, nadzieja, ale także jej brak oraz cała gama innych emocji, a to wszystko bez zbędnego moralizatorskiego tonu. Jest też bardzo odmienna od wielu znanych powieści.
"Tylko ktoś, kto był kochany, potrafi kochać. Tylko ktoś, komu wybaczono, potrafi wybaczyć. Teraz to rozumiem."

Książka zdecydowanie ponadczasowa, z którą planowałam się zapoznać od dłuższego czasu. A gdy już się za nią zabrałam - przepadłam. Pełna jest skrajnych emocji, często wynikających z tego samego uczucia - miłości. Miłości trudnej, zaborczej i bezkompromisowej. To też niezrównane studium ludzkiej natury - pełnej sprzeczności, świateł i cieni, uczuć zarówno pozytywnych, jak i niszczących. Dowodzi, że nie ma ludzi bez skazy. Dowodzi, że nawet w najgorszych łotrach możemy dostrzec coś dobrego.
"Oboje dążyli do wspólnego celu, bo on kochał i pragnął ją wielbić - a ona kochała i pragnęła być uwielbiana."



"Sherlock"
"Sherlock" był w tej kategorii właściwie jedynym moim wyborem, gdyż już od dłuższego czasu krucho u mnie z oglądaniem seriali. Mimo to w pełni zasłużył sobie na tę pozycję. "Sherlock" został mi polecony i przyznam, że już od pierwszego odcinka był to strzał w dziesiątkę. Przeniesienie najbardziej znanego detektywa na świecie do czasów współczesnych przebiegło bardzo naturalnie, fabuła okazała się bardzo ciekawa, a doszukiwanie się nawiązań do powieści Doyle'a stanowi dodatkowy smaczek. No i oczywiście jest jeszcze grający naszego detektywa Benedict Cumberbatch. Wszystko to razem sprawia, że z niecierpliwością wyczekuję nowego sezonu.



"Code Geass: Hangyaku no Lelouch"
Anime znane i cenione przez wielu, jak się okazuje, nie bez powodu. Interesujące, bardzo dobrze przemyślane, pełne nagłych zwrotów akcji i ciekawych bohaterów... Można by było tak długo wymieniać. Drugi sezon uważam za lepszy od pierwszego, choć oba są na naprawdę wysokim poziomie i potrafią wywołać sporo emocji (napisałabym więcej, ale nie chcę nikomu spojlerować). Do tego dochodzi również świetna ścieżka dźwiękowa, chociażby "COLORS" w wykonaniu FLOW, "Yuukyou Seishunka"  i "Waga Routashi Aku no Hana" Ali Project oraz "02~O-Two~" Orange Range.

To adaptacja sześciu klasyków literatury japońskiej. Są historie, które roztaczają wokół siebie pewną aurę niezwykłości, które nieuchronnie do siebie przyciągają i nawet już po zapoznaniu się z nimi przez dłuższy czas nie dają myślom odpocząć. Są jednak też te  z początku niepozorne czy zwyczajne historie, których treść należy najpierw przetrawić, poświęcić więcej czasu na rozmyślania, by w pełni docenić ich wartość. Zarówno jedne, jak i drugie znalazłam w "Aoi Bungaku Series" i serdecznie zachęcam, abyście i Wy się z nimi zapoznali. Uważam, że naprawdę warto.
Za projekty postaci odpowiedzialni byli dobrze znani ze swoich dzieł Takeshi Obata ("Death Note", "Bakuman"), Kubo Tite ("Bleach") i Konomi Takeshi ("Prince of Tennis").

"Mushishi"
Anime tak odmienne od wielu popularnych obecnie serii - nieśpieszne, bardzo klimatyczne, pozbawione wszelkiego fanserwisu. Porusza ważne, często trudne tematy z niezwykłą szczerością i prostotą, skłania do przemyśleń, niekiedy też do poszukiwania drugiego dna. Również świat mushi - tajemniczy, znany jedynie nielicznym, zarówno piękny, jak i niebezpieczny - został wspaniale wykreowany. Co prawda praktycznie wszyscy poboczni bohaterowie wyglądają tak samo, jednak biorąc pod uwagę epizodyczność tego anime i wszystkie jego zalety, można to twórcom wybaczyć. A opening, choć niepozorny, może naprawdę mocno zapaść w pamięć.

"Haikyuu!!"
Na koniec tej kategorii coś zdecydowanie lżejszego. Cóż, siatkarze z Karasuno i pozostałych szkół bezsprzecznie podbili moje serce. To naprawdę przesympatyczna seria, przy której świetnie się bawiłam. Warto też zaznaczyć, że trudno tu znaleźć bohatera, którego nie można by było polubić. Co tu więcej pisać? Z niecierpliwością czekam na kolejną część. ;)



Tetsuya Tsutsui "Prophecy"
Po "Prophecy" sięgnęłam bez jakiegoś większego powodu, bez konkretnych oczekiwań, jednak muszę przyznać, że manga ta mnie zaskoczyła. Pod pewnymi względami przywodzi na myśl "Death Note", jednak jest to dość mylne skojarzenie. Mimo to warto zwrócić na ten tytuł uwagę.
I jak na razie na tym zakończę, by wrócić do tematu "Prophecy" przy okazji recenzji.

Ha Il-kwon "Annarasumanara"
Właściwie jest to raczej komiks internetowy, no ale nie czepiajmy się szczegółów. Nie martwcie się za bardzo, jeśli nie możecie zapamiętać tytułu. Mi też było trudno, jednak ostatecznie dałam radę. Nie będę się teraz wgłębiać w fabułę (może zrobię to kiedyś przy okazji recenzji). Wspomnę jednak, że jest to historia nietypowa, bardzo klimatyczna i niejednoznaczna. Magia (o ile w ogóle uwierzycie w jej istnienie) nie jest tym, czym by się wydawała. Może zarówno zachwycać, jak i prowadzić do rozczarowań. Pełno tu smutku, niezrozumienia i cierpienia, jednak jest również iskierka nadziei - czasami bardzo słaba, innym razem jaśniejąca pomimo wszelkich problemów. Pozostaje jednak pytanie, które usłyszycie tam nieraz: "Czy wierzysz w magię?".
Do przeczytania tutaj.



Ling Tosite Sigure (凛として時雨)
Tego zespołu po prostu nie mogło tu zabraknąć. Ich opening do "Tokyo Ghoul" ("Unravel", pierwsza piosenka) jest obecnie moim ulubionym utworem i wygląda na to, że jeszcze przez dłuższy czas tak pozostanie. Chociaż pozostałe ich piosenki też są świetne. Ostatnio nałogowo słucham zwłaszcza "White Silence" (druga piosenka).





ONE OK ROCK
Nie do końca pamiętam, kiedy zaczęłam ich słuchać, jednak na pewno zaczęło się od przeczytania o nich paru słów u Aiko. Tak oto w pewnym momencie zaczęłam się bardziej interesować ich twórczością i tak mi już zostało. Ich piosenki zdecydowanie mają coś w sobie. Poniżej utwór "Liar" (choć do posłuchania reszty też zachęcam).



Placebo "Loud Like Love"
Najnowsza płyta Placebo (bądź co bądź mojego ulubionego zespołu) rozbrzmiewała w moich głośnikach naprawdę często. Znajdujące się na niej utwory szybko wpadają w ucho i nie dają tak po prostu o sobie zapomnieć. Poniżej piosenka tytułowa, czyli "Loud Like Love". A w wolnej chwili nie zapomnijcie przesłuchać reszty. ;)



I na tym zakończę moje podsumowanie. Znacie coś z tego, co wybrałam? A może macie jakieś własne typy? ;)

czwartek, 25 grudnia 2014

KattLett "Exitus Letalis" #1


Wydawnictwo: Kotori
Ilość stron:186
Tom: 1

Z internetowymi komiksami KattLett, chociażby "theRacist", miałam styczność już jakiś czas temu i polubiłam je. Miałam też okazję przeczytać pierwszy rozdział "Exitus Letalis", obecnie już na centrum mangi niedostępny i wyczekiwałam na możliwość poznania dalszej części. Jednak czas mijał, a po papierowym wydaniu ani śladu. Właśnie dlatego decyzja Kotori o wydaniu komiksu KattLett była dla mnie takim zaskoczeniem. I oczywiście nie mogłam nie skorzystać z tej okazji.

Eva Monroe pomimo bardzo młodego wieku jest już wykwalifikowanym psychologiem pracującym dla tajnej organizacji międzynarodowej KZU. W ramach swojego pierwszego zadania została wysłana do Norwegii, gdzie miała się zająć grupką mężczyzn, których przeżycia związane z wojną mocno odbiły się na ich psychice. A jednak na miejscu zamiast nieco trudnych w obejściu starszych panów zastała cały wianuszek młodych przystojniaków. Choć trudne charaktery to oni rzeczywiście mają. Każdy przyzna, że miała prawo czuć się zdezorientowana. Jak się wkrótce okazało, większość informacji na temat jej nowych pacjentów jest ściśle tajnych, zwłaszcza niezbywalny fakt ich nieśmiertelności. Co więcej nie wszyscy są zachwyceni jej przybyciem, nie wspominając już o jawnej niechęci co najmniej jednego z nich. Czy Eva poradzi sobie z powierzonym jej zadaniem pomimo niezliczonych przeciwności, które na nią czekają? A może da za wygraną już na starcie?

W rezydencji "Niflheim" zdecydowanie nie ma miejsca na nudę, a to wszystko za sprawą jej bardzo nietypowych mieszkańców. Podopieczni zarządzającego wszystkim Hrabiego cierpią na cały szereg chorób i przypadłości, zarówno fizycznych, jak i psychicznych. Mamy więc schizofrenika, homo-sadystę, rozdwojenie jaźni (notoryczny podrywacz lub małe dziecko) i gościa nie odczuwającego bólu. To wciąż nie wszyscy, jednak schorzenia pozostałych nie są mi jeszcze do końca znane. Jest też charakterna kucharka, zaprzyjaźniona pani doktor i jej kłopotliwy młodszy brat.

Nasza główna bohaterka również nie należy do grona całkiem zwyczajnych ludzi. Po pierwsze, jest uznawana za geniusza, po drugie, cierpi na narkolepsję, a jej umiejętności retrokognicji stanowią nadzieję na rozwiązanie tajemnicy otaczającej mieszkańców "Niflheim". Poza tym ma za sobą ciężkie przeżycia.

Język, jakim posługuje się autorka nie każdemu przypadnie do gustu - ja sama mam co do niego wątpliwości - jednak jest on charakterystyczny dla prac KattLett. Jest bardzo swobodny. Nie brakuje tu wulgaryzmów i zwrotów skrajnie potocznych. Dość ordynarne żarty też nie są rzadkością. Poza tym autorka potrafi w ciągu jednej chwili przejść od wydarzeń poważnych do tych lekceważących czy wręcz prześmiewczych. Autorka czerpie całymi garściami z najróżnorodniejszych źródeł - religia, mitologia, medycyna, psychologia... Widać, że nie brak jej inspiracji ani odwagi do stosowania mniej lub bardziej kontrowersyjnych zagrań (dość irytujące było dla mnie zrobienie z księdza kompletnie oszalałego czarnego charakteru), a tworzenie tej historii stanowiło dla niej pewien rodzaj zabawy.

Kreska może i nie jest idealna, jednak mi bardzo się podoba. Poza tym jest to istny raj dla miłośniczek bishów (pięknych panów), a i panie są tu całkiem urodziwe. W środku znajdziemy również kolorową stronę. Tła bywają dość oszczędne, często też są po prostu białe. A pod względem technicznym? Tomik jest porządnie wydany w powiększonym formacie, bez obwoluty. Właściwie przyczepić się mogę jedynie do rozmazanego w paru miejscach tuszu, który nieco psuł całokształt.

"Exitus Letalis" (po polsku oznaczające śmierć) to prawdziwa mieszanka wybuchowa, która nie jest przeznaczona dla każdego. Z tego powodu potencjalnym czytelnikom proponuję najpierw przyjrzeć się dostępnym na centrum mangi komiksom KattLett i dopiero wtedy podjąć decyzję. Ja sama polubiłam tę historię i z chęcią zapoznam się z dalszymi losami bohaterów, dlatego też zachęcam do dania autorce szansy.

7/10

sobota, 20 grudnia 2014

M. Musierowicz "Wnuczka do orzechów"


Wydawnictwo: Akapit Press
Ilość stron: 265
Seria: Jeżycjada (20)

Minęło już trochę czasu, odkąd miałam okazję spędzić czas w towarzystwie rodziny Borejków. Wiązało się z tym sporo oczekiwań, a także i obawa, że to już nie będzie to samo. Jak się okazało - całkiem niepotrzebna, gdyż po początkowym zdezorientowaniu spowodowanym pojawieniem się nowej bohaterki, na scenę wkroczyła Ida, która z marszu rozwiała wszystkie moje wątpliwości.

A więc co tym razem wymyśliła nasza rudowłosa (obecnie już nie tak młoda) pani doktor? No cóż, po nabawieniu się kontuzji postanawia zaszyć się gdzieś w leśnej głuszy i w miłym towarzystwie spędzić cały swój urlop. A ponieważ Dorocie, jej młodej, tryskającej pozytywną energią wybawicielce (w dodatku szczerze zainteresowanej medycyną) najwyraźniej brakuje towarzystwa, Ida (z nadzieją na zapewnienie siostrze idealnej synowej) postanawia sprowadzić tam również Ignacego. Ale czy wciąż przeżywający niedawny zawód miłosny chłopak w ogóle dostrzeże intencje ciotki? I czy aby na pewno ta dwójka do siebie pasuje?

Teraz czas na parę słów na temat tytułowej bohaterki. Dorota to sympatyczna, odpowiedzialna i pewna siebie realistka, której od dziecka wpajano zachowanie dystansu do relacji damsko-męskich. Nie dla niej wszelkie nowinki techniczne, ona woli pracę w gospodarstwie i obcowanie z naturą, która na każdym kroku daje powody do zachwytu. Stanowi więc całkowite przeciwieństwo nieporadnego, cechującego się ogromnym sentymentalizmem i uczuciowością Ignacego, który w dodatku bywa nieco zadufany w sobie. Ta diametralna różnica nie tylko niechybnie prowadzi do wielu zabawnych sytuacji, ale i daje Ignasiowi możliwość pewnych zmian na lepsze (na całe szczęście, bo bywał irytujący).

"Czasem, widzisz, wystarczy, że jeden człowiek nie zapomni jak to jest: być człowiekiem."

Nie zabraknie oczywiście innych, znanych nam z poprzednich części bohaterów. Znajdzie się okazja, by dowiedzieć się co nieco o obecnym życiu wielu z nich, jeśli nie bezpośrednio, to z relacji pozostałych członków rodziny. Nie mogłabym też nie wspomnieć o Józefie, który we "Wnuczce do orzechów" odegra sporą rolę. Jaką? Hm... Może jednak pozwolę Wam odkryć to samodzielnie. Sporo do powiedzenia będzie miała oczywiście Ida - wzorowa lekarka oraz kochająca, choć nieco szurnięta żona, matka i siostra, która pomimo upływu lat nie straciła nic ze swojej dawnej żywotności.

Zakończenie uważam za lekko przesłodzone. Cała seria nie jest pozbawiona szczęśliwych zbiegów okoliczności czy lekkiego wyidealizowania niektórych postaci, jednak towarzyszący temu wszystkiemu humor (Ida, mój mistrzu!) sprawnie odwraca od tego uwagę. Pod koniec mi tego zabrakło, przez co nie obyło się bez pewnego przedramatyzowania. Mimo to dwudzieste już spotkanie z rodziną Borejków było dla mnie bardzo przyjemnym doświadczeniem. A teraz pozostaje mi cierpliwie czekać na kolejną część serii - "Feblik".

"Fatum to złośliwe bydlę."
7/10