niedziela, 11 października 2015

Anime "Kekkai Sensen"

Dawno nie recenzowałam żadnego anime, a więc czas to nadrobić. Tym razem przychodzę do Was z jedną z nowszych serii, na którą czekałam już od dłuższego czasu. Jakoś od początku wiedziałam, że mi się spodoba, a w pewnym momencie uznałam, że mam na jej temat tyle do powiedzenia, że nie zadowolę się kilkoma zdaniami w zwyczajowym podsumowaniu sezonu. Na ostatni odcinek przyszło mi długo czekać, jednak było warto. ;)

Kekkai Sensen (Front Krwawej Blokady)  |  Ilość odcinków: 12  |  Emisja: wiosna 2015
Witajcie w Jerusalem's Lot, parszywym mieście cudów, którego mieszkańcy dzielą się na ludzi w miarę normalnych, tych posiadających pewne szczególne umiejętności oraz istoty, które ludźmi wcale nie są, chociażby kosmitów. Dziwne? Nie dla nich. Nie od czasu, gdy otwarła się Brama, przejście do innego świata, a miasto oddzieliła od całej reszty bariera z nieprzeniknionej mgły. Właśnie w takim miejscu przyszło mieszkać Leonardowi, z pozoru zwyczajnemu, niezbyt pewnemu siebie chłopakowi. Chociaż… właściwie nie tak całkiem z pozoru, gdyż nawet to, co wyróżnia go spośród reszty jest dziełem przypadku. Również przez serię zbiegów okoliczności trafia do Libry, tajnej organizacji czuwającej nad względnym spokojem w mieście, której szukał już od dłuższego czasu. Dlaczego? Ponieważ koniecznie chciał dowiedzieć się, jakie znaczenie miało wydarzenie sprzed sześciu miesięcy, kiedy to wraz z rodziną zjawił się w niegdysiejszym Nowym Jorku (a więc obecnym Jerusalem's Lot). Choć żadne z nich nie mówiło tego głośno, mieli nadzieję, że w tym niezwykłym mieście, gdzie nawet cuda mają rację bytu, młodsza siostra Leonarda wyzdrowieje, będzie mogła chodzić. Coś rzeczywiście miało miejsce, lecz na to rodzeństwo nie było przygotowane. To właśnie wtedy Leo zyskał wszechwidzące Oczy Boga, a Michelle już na zawsze straciła wzrok.

Ale o co tak naprawdę chodzi? Jakie są zasady rządzące tym miastem? Co było przyczyną tak drastycznej zmiany? Mogę was zapewnić, że szybko się tego nie dowiecie. Twórcy wrzucają nas praktycznie w sam środek akcji i nie dają wiele czasu na zorientowanie się w sytuacji. Nie znaczy to jednak, że "Kekkai Sensen" ogląda się źle - wręcz przeciwnie, takie rozwiązanie wzmaga ciekawość i chęć obejrzenia kolejnych odcinków. Dostajemy jedynie skrawki informacji, które możemy stopniowo łączyć w całość, mając nadzieję, że nasza układanka wkrótce zacznie nabierać odpowiedniego kształtu. Pozostaje nam więc śledzić kolejne działania członków Libry, gdyż o ile ich krok po kroku poznajemy coraz lepiej, o tyle na temat antagonistów przez dłuższy (czy nawet cały) czas możemy głównie snuć domysły na podstawie szczątkowych informacji, jakie otrzymujemy. I znowu - świetnie wzmaga to ciekawość.

Czas więc wspomnieć coś więcej o bohaterach. Na pierwszy ogień idzie oczywiście mój nowy ulubieniec - Leonardo Watch, który praktycznie od samego początku zaskarbił sobie moją sympatię. To uczciwy i prostolinijny chłopak, który na pierwszy rzut oka kompletnie nie pasuje do wciąż niezbadanego, pełnego niebezpieczeństw, socjopatycznych ekscentryków i najróżniejszych dziwów  Jerusalem's Lot. A jednak, by poznać powód, dla którego jego siostra musiała poświęcić swój wzrok i sposób by to odwrócić, decyduje się stawić czoła czekającym go tam przeciwnościom. Nie uważa się za nieomylnego czy niepokonanego, wręcz przeciwnie - często brakuje mu pewności siebie, a jednak mimo to, gdy trzeba, potrafi wziąć sprawy w swoje ręce. Nie poddaje się bez walki, jednak wie, kiedy należy odpuścić. Jak z oburzeniem stwierdził jeden z antagonistów, Leo jest zwyczajny i może właśnie za tę jego zwyczajność tak go polubiłam.
Dalej mamy Klausa von Reinherz, sprawującego w Librze funkcję szefa. Ten nieco niedźwiedziowaty z postury bohater jest silny, odważny i cierpliwy, dzięki czemu cieszy się szacunkiem innych (może poza Zapp'em, który stanowi szczególny przypadek). Jest świetnym strategiem o dużej wytrzymałości, czego dowiódł w trzecim odcinku ("Rozgrywka między dwoma światami") przy okazji gry w nietypową wersję szachów. Klaus praktycznie nikomu nie odmówi pomocy, między innymi dlatego, że jest łatwowierny aż do przesady (w czym przypomina nieco dziecko). Choć ta jego cecha może przysporzyć trochę kłopotów, po prostu nie da się go nie lubić.

Inaczej sprawy się mają w przypadku Zapp'a Renfro. Myślę, że należy on do tych postaci, które się uwielbia, nienawidzi lub (tak jak w moim przypadku) ma się do nich mocno mieszane uczucia. Z jednej strony jest to całkiem utalentowany w walce, cenny sprzymierzeniec, który, gdy chce, potrafi się wysilić, a nawet wykazać czy zaimponować, a jednak jego dobrze zapowiadający się wizerunek psuje codzienny styl życia. Zapp zwykle jest bowiem patentowanym leniem i beznadziejnym kobieciarzem z niezbyt przyjemną osobowością i skłonnościami do bezcelowej brutalności.

Ciekawy duet stanowi również rodzeństwo nazywające siebie  White i Black. Przebywająca stale w szpitalu White sprawia wrażenie naprawdę pozytywnie zakręconej osoby, a ponieważ i Leonardowi ostatnio dość często zdarza się trafiać do tej instytucji, szybko się zaprzyjaźniają. Dziewczyna za swoją beztroską postawą skrywa jednak pewne wydarzenia z przeszłości. Podobnie zachowuje się jej brat, mający jednak znacznie więcej do ukrycia. Innych bohaterów jest jeszcze sporo (w tym biała, superszybka małpka o imieniu Sonic, o której po prostu musiałam wspomnieć). Oni również zostali przedstawieni całkiem ciekawie, jednak na tym pozwolę sobie zakończyć przedstawienie postaci.

Czyżby koniec tych wszystkich pochwał? Zdecydowanie nie, gdyż "Kekkai Sensen" może się poszczycić także świetną ścieżką dźwiękową, na czele z openingiem "Hello, world!" w wykonaniu zespołu BUMP OF CHICKEN i endingiem "Sugar Song to Bitter Step" Unison Square Garden. Choć oba uwielbiam właściwie tak samo, to nad tym drugim proponuję zatrzymać się chwilę dłużej, a to wszystko ze względu na towarzyszącą temu utworowi przezabawną, genialną wprost animację. Spośród pozostałych utworów szczególną uwagę zwróciłam na "Catch Me If You Can", "White Gloves" czy "World Goes Round". Wspomnę też, że tekst openingu świetnie pasuje do tej historii, o czym w pełni można się przekonać po obejrzeniu całości. Również przy kresce nie obejdzie się bez dalszego słodzenia, gdyż ta od samego początku niezwykle przypadła mi do gustu. Animacja jest płynna, co wraz z ciekawym wykorzystaniem kolorów - czasami stonowanych, innym razem intensywnych - sprawia, że liczne walki stają się jeszcze bardziej spektakularne.
A skoro już o potyczkach mowa, warto również wspomnieć o stylu walki, jakim posługują się chociażby Klaus i Zapp. Jest to manipulacja krwią, której można używać na wiele różnych sposobów, zależnie od tego, w jakim jej typie specjalizuje się jej użytkownik. "Kekkai Sensen" utrzymuje dość ciekawe proporcje między powagą a scenami typowo komediowymi, które zwykle przeplatają się ze sobą tworząc spójną, zazwyczaj sensowną całość. Jedynie w ósmym odcinku ilość niesmacznych komentarzy (których przyczyną był oczywiście Zapp) trochę psuła mi przyjemność oglądania. Niektóre epizody są jedynie w nieznacznym stopniu powiązane z głównym wątkiem i stanowią dobrą okazję do przyjrzenia się bliżej charakterom bohaterów. Spośród nich najbardziej zapadł mi w pamięć odcinek szósty ("Nie zapomnij o mnie nie zapomnieć") o przyjaźni Leonarda z pewnym dyskryminowanym, przypominającym grzyb kosmitą. Jest jeszcze coś, o czym chciałabym wspomnieć - twórcą tej historii jest Nightow Yasuhiro, któremu zawdzięczamy także inną, świetną produkcję, a mianowicie "Trigun". Z początku sama nie zdawałam sobie z tego sprawy, kiedy jednak już to do mnie dotarło, "Kekkai Sensen" jeszcze bardziej zyskało w moich oczach.

Teraz jeszcze parę słów o zakończeniu, z którym było nieco problemów (nie pod względem fabuły, ale emisji). Zaczęło się od opóźnień uzupełnionych odcinkiem specjalnym (recap odcinków 1-10 "Soresaemo Saitei de Saikou na Hibi") i programem powiązanym z tą produkcją, by ostatecznie zawiesić emisję finałowego odcinka na bliżej nieokreślony czas. Powód? Twórcy uznali, że zwyczajowe 24 minuty nie wystarczą na zakończenie tej historii. Przyznaję, z początku byłam zawiedziona, jednak uznałam, że nie będę narzekać - lepsze czekanie, niż kiepski finał. To sprawiło, że moje oczekiwania jeszcze bardziej wzrosły. Czy nieco ponad 40-minutowa końcówka zdołała je spełnić?

Nie miałam pojęcia, czego się tak właściwie spodziewać. Ostatni odcinek ponownie dostarcza nam sporo dziwów i szaleństwa. Z jednej strony akcja toczy się naprawdę szybko, a z drugiej pełno tu humorystycznych wstawek, które raz po raz rozładowywały napięcie. Przyznam, że byłam nieco zdezorientowana, jednak ostatecznie sporo spraw się wyklarowało. Widać, że Leo naprawdę dobrze zadomowił się w Librze i ma większe pojęcie o tym, jak może wykorzystać swoje oczy, a pozostali w niego wierzą. Co ważne, do końca zdołał pozostać sobą, jednocześnie udowadniając, że nie jest bezsilny. Wciąż pozostało sporo elementów, o których chętnie dowiedziałabym się coś więcej, jednak nie narzekam za bardzo, zwłaszcza że twórcy pozostawili sobie możliwość kontynuowania losów Libry i pozostaje mi liczyć na to, że z niej skorzystają. A żeby nie było, że cały czas tylko słodzę, dodam, że twórcom, zwłaszcza w zakończeniu, zdarzało zahaczyć o przedramatyzowanie, wiele wątków zostało jedynie pobieżnie przedstawionych i dobrze byłoby je jeszcze rozwinąć. Inna sprawa, że w moim uwielbieniu dla tej serii nieco to zbagatelizowałam.  Poza tym z chęcią zabrałabym się za mangę, ale dostępnych jest jedynie kilka rozdziałów (tak, chcę "Kekkai Sensen" w Polsce).

wtorek, 6 października 2015

Podsumowanie anime na lato 2015

Tym razem sporo serii porzuciłam, jakoś nie chciało mi się dalej w nie brnąć. Pośród nich znalazło się również "Denpa Kyoushi", które w poprzednim sezonie oglądałam z pewnym zainteresowaniem. A co z pozostałymi seriami?
Arslan Senki
Ilość odcinków: 25
Ocena: 8

*kontynuacja poprzedniego sezonu
"Arslan Senki" do końca pozostało moim faworytem tego sezonu. Całość jest ciekawa, przemyślana i naprawdę przyjemnie się to wszystko ogląda. Nie brakuje tu interesujących bohaterów (mogłabym tu wymienić chociażby całą grupę najbliższych popleczników księcia Arlsana), widać też rozwój głównego bohatera, który z czasem znajduje w sobie coraz więcej odwagi, a także determinację do wstąpienia na tron, jednocześnie cały czas pozostając sobą. Czy muszę jeszcze wspominać cokolwiek o kresce? Od razu widać, że Hiromu Arakawa spisała się na medal, choć czasami miałam wrażenie, że nawet nieco przesadziła (jednak łatwo da się do tego przywyknąć).
Z początku nie doceniałam obecnego openingu (NICO Touches The Walls) i endingu (Kalafina) z prostej przyczyny - było mi szkoda, że nie ma już poprzednich, które w mgnieniu oka trafiły do moich ulubionych. Później odnosiłam się już do nich zdecydowanie przychylniej i zwłaszcza ending wpadł mi w ucho. Chcę kolejny sezon. :3


Durarara!!x2 Ten
Ilość odcinków: 12
Ocena: 7

Najpierw myślałam, że to anime w ogóle tu się nie pojawi, ponieważ najpierw miałam do nadrobienia poprzednią część. Okazało się jednak, że po jej obejrzeniu byłam bardzo ciekawa, co wydarzy się dalej. Nie pozostawało mi więc nic innego, jak tylko zabrać się za kolejną część. Jak na ironię, to, czego chciałam się dowiedzieć najbardziej zostało poruszone dopiero po kilku odcinkach, ale pomimo chwilowej irytacji nie narzekałam, bo początkowe wydarzenia okazały się całkiem interesujące. Do znanych nam już bohaterów dołącza wielu nowych, a kolejne rewelacje pojawiają się jak grzyby po deszczu. Wiele spraw przybrało naprawdę niespodziewany obrót, więc tym bardziej jestem ciekawa, co wydarzy się w ostatniej części. Opening nie spodobał mi się od samego początku, jak to było w przypadku poprzednich, jednak ostatecznie go polubiłam. Poza tym ending ma naprawdę świetną ilustrację.

Gangsta.
Ilość odcinków: 12
Ocena: 6

Przestępczy półświatek, ciekawa kreska i bohaterowie, mocniejsze brzmienia w openigu (ending też mi się spodobał) - to i kilka innych szczegółów sprawiło, że byłam bardzo ciekawa tego anime. A jednak powstrzymywałam się, bo uznałam, że dobrze będzie obejrzeć tę serię, gdy ukażą się już wszystkie odcinki. Tak też zrobiłam i zdecydowanie nie żałuję, jednak samo anime nie spełniło moich oczekiwań. Zapowiadało się naprawdę świetnie, zwłaszcza biorąc pod uwagę masę ciekawych charakterów, jednak najwyraźniej twórcy przesadzili z ilością serwowanych nam informacji. Tym samym otrzymaliśmy wiele pozaczynanych wątków, z których praktycznie żadne nie doczekały się wyjaśnienia. I do tego zakończenie, które wcale nie wyglądało na ostatni odcinek - żadnych wyjaśnień, rozwiązania wątków czy cokolwiek. Skończyło się dokładnie tak, jakby seria miała w dalszym ciągu trwać, a o kontynuacji jak na razie nic nie wiadomo.

Junjou Romantica 3
Ilość odcinków: 12
Ocena: 7

Już dość dawno słyszałam coś na temat trzeciego sezonu, jednak wtedy na pogłoskach się skończyło, aż tu nagle pojawia się "Junjou Romantica 3". Przyznam, byłam zaskoczona. Dość pozytywnie i byłam pewna, że będę oglądać. Po pierwsze, widać sporą poprawę pod względem kreski (do tego stopnia, że z początku prawie nie poznałam Shinobu). Miło było przypomnieć sobie dalsze losy bohaterów (chociaż nie przepadam za Ijuinem), przechadzający się przy okazji gdzieś w tle Onodera i Takano byli ciekawym dodatkiem. Muzyka całkiem nieźle wpada w ucho. Niektóre momenty bywały mniej lub bardziej naciągane, jednak w ogólnym rozrachunku nie było źle (zwłaszcza po uwzględnieniu pewnego sentymentu do tej serii). Wątek z Junjou Mistake był miłym zaskoczeniem.

Kurayami Santa
Ilość odcinków: 13
Ocena: 4

Krótkie, stylizowane na staroć, a do tego przywodzące mi na myśl "Yami Shibai" - tyle wystarczyło, żeby mnie zaciekawić. Fabuła jest bardzo prosta - główny bohater "pomaga" pewnym ludziom dostać się do piekła, przy okazji często wyzwalając innych z opresji, czasami podejmuje się również innych zadań. Anime nie należy do porywających i może znudzić, jednak przy tak krótkich odcinkach postanowiłam dać mu szansę. Całość jest czarno-biała, co nadaje tej serii nieco klimatu. Poza tym twórcy wykorzystali w tej produkcji nagrania pochodzące z lat sześćdziesiątych, które następnie połączyli z animacją. Z pewnością nie jest to pozycja obowiązkowa, ale nie zaszkodzi na nią zerknąć.


Ore Monogarari!!
Ilość odcinków: 24
Ocena: 7

*kontynuacja poprzedniego sezonu
Przyznam, że tym razem ta seria naprawdę miło mnie zaskoczyła. Miałam wrażenie, że z każdym kolejnym odcinkiem robiło się coraz ciekawiej, co więcej, nie ma tu żadnych typowych dla shoujo schematów. Suna również dostał tu swoje pięć minut (chociaż akurat ten wątek był raczej średni). Z przyjemnością śledziłam losy Takeo i Yamato, nawet jeśli co jakiś czas nie obeszło się bez przesady, a oni sami bywali naprawdę nieporadni (nie mam pojęcia, jak by sobie poradzili, gdyby nie Suna). Opening i ending wciąż pozostały te same i nie miałam nic przeciwko temu. Zwłaszcza opening jest dla tej serii bardzo charakterystyczny.


Ranpo Kitan: Game of Laplace
Ilość odcinków: 11
Ocena: 5

Powód dla którego zdecydowałam się na to anime był prosty - amazarashi w openingu (a tak swoją drogą, to ending również jest całkiem niezły i już od jakiegoś czasu nie mogę przestać go podśpiewywać). I to właściwie tyle. Mogłam bez większego żalu porzucić tę serię, a jednak oglądałam dalej. Produkcja ta została stworzona dla upamiętnienia Ranpo Edogawy, japońskiego twórcy kryminałów w 50. rocznicę jego śmierci i opiera się na konceptach z jego opowiadań. Potencjał zdecydowanie jest, jednak nie został wykorzystany tak, jak należało, przyćmiła go wszechobecna przesada, przerysowanie i groteska. Dziewczęcy wygląd Kobayashiego stwarzał wiele okazji do wiadomych aluzji, postaci niejednokrotnie były jedynie sylwetkami, a jednak pomimo tego całego przekombinowania bywało, że nawet nieźle się przy tym anime bawiłam. Szkoda, że nie było tak przez cały czas. Rewelacji nie było, jednak myślę, że mimo wszystko poświęcę temu anime osobną recenzję.

Ushio to Tora
Ilość odcinków: 26
Ocena: 7

*trwające
Niby zdecydowałam się zerknąć na to anime, jednak nie miałam wobec niego jakichś konkretnych oczekiwań. Mimo to muszę przyznać, że pierwszy odcinek zdołał mnie całkowicie przekonać do dalszego oglądania. Od razu wyczuwa się tu coś charakterystycznego dla starszych produkcji, a kreska (która bardzo przypadła mi do gustu i zdecydowanie pasuje do tej serii, choć ma swoje niedoróbki) dodatkowo to podkreśla. Podobnie z muzyką, a zwłaszcza openingiem o nieco mocniejszym brzmieniu. Zanim się spostrzegłam to właśnie kolejnych odcinków tego anime wyczekiwałam najbardziej. Kolejne odcinki są pełne zabawnych sytuacji, jednak poważniejsze tematy również mają tu rację bytu, a Ushio jest naprawdę dobrze zapowiadającym się głównym bohaterem. Z kolei Tora... to również całkiem sympatyczna postać, która mimowolnie kojarzy mi się z tsundere. Coś typu: "nie wyobrażaj sobie za wiele, po prostu nie zamierzam cię jeszcze zjadać, ale tylko ja mogę cię zjeść, więc tym razem cię uratuję (i za każdym kolejnym razem też)". Nie żeby mi to jakoś przeszkadzało. ;)
Jak dobrze wiedzieć, że będzie kontynuacja.

Serie porzucone:

Aoharu x Kikanjuu
Ilość odcinków: 3/12

Przyznam szczerze, że zaczynając oglądać to anime nie pamiętałam, o czym ono tak właściwie jest. Na początek dostałam narwanego, niezwykle silnego bohatera, który wkrótce okazuje się być bohaterką. Następnie jest jej nowy sąsiad-host, a w wyniku nieporozumienia dziewczyna zostaje zwerbowana do jego drużyny w grze survivalowej pod pretekstem spłaty długu za zniszczenia (Ouran tak bardzo...) i oczywiście wszyscy sądzą, że jest chłopakiem (czemu się wcale nie dziwię).
Hotaru jest trochę denerwująca, ale to lepsze, niż gdyby miała być kompletnie mdłą postacią. Do tego dochodzi oczywiście obowiązkowe wielkie poczucie sprawiedliwości i siła przyjaźni. Poza tym bywa, że bohaterka niszczy praktycznie wszystko na swojej drodze i, co irytuje mnie chyba najbardziej, mówi o sobie w trzeciej osobie (tłumaczenie tego nie oddaje, jednak wystarczy, że to słyszę). Matsuoka (sąsiad-host) jest arogancki, jednak prawie sympatyczny (no i jest bishem), a Yukimura to niemający zaufania prawie do nikogo twórca hentai.
Z początku miałam tę serię oglądać dalej, jednak ochota na to znikała za każdym razem, gdy otwierałam player z następnym odcinkiem... I tak już zostało.

Denpa Kyoushi
Ilość odcinków: 17/24
Ocena: 5

*kontynuacja poprzedniego sezonu
Ostatnio twierdziłam, że mimo niedopatrzeń czy przerysowania całkiem nieźle się przy tym anime bawiłam, jednak wygląda na to, że tym razem zaczełam tracić cierpliwość do "Denpa Kyoushi". Kolejne odcinki wydają mi się jeszcze bardziej absurdalne od poprzednich, w pewnym momencie po prostu nie chciało mi się już dalej oglądać, jednak było mi trochę szkoda przerywać tę serię, gdy do końca zostało już niewiele. Ostatecznie i tak ją porzuciłam, bo kompletnie nie miałam ochoty na kolejne wymyślne wykłady Kagamiego. Może kiedyś, w momencie desperacji wrócę do tej serii, ale wydaje mi się to mało prawdopodobne.

GATE: Jieitai Kanochi nite, Kaku Tatakaeri
Ilość odcinków: 2/12

Nie twierdzę, że anime jest jakieś beznadziejne, czy nawet średnie, po prostu od początku nie miałam zamiaru się za nie zabierać i nie obejrzałabym nawet tych dwóch odcinków, gdyby nie ich projekcja na obozie. Fabuła jakoś mnie do siebie nie przekonuje, choć nie wykluczam możliwości nadrobienia tej serii za jakiś czas, jeśli znajdę ku temu jakieś argumenty.





Makura no Danshi
Ilość odcinków: 2/12

Różnorodni bishe mający utulić nas do snu? Przyznam, że to anime dość mocno zwróciło moją uwagę, dlatego tym bardziej żałuję, że kompletnie nie spełniło moich oczekiwań. Drugi odcinek obejrzałam już właściwie tylko po to, by mieć pewność, że nie chcę tego dalej ciągnąć. Po pierwsze liczyłam na ładniejszą kreskę i lepsze wykonanie. Zamiast tego otrzymałam jedynie szczątkową animację, usta, które czasami nawet nie poruszają się podczas mówienia, bezsensowne gadanie o niczym i nachalne przekonywanie o wspaniałości widza oraz tym, jak bardzo się stara. Jak dla mnie kompletne nieporozumienie.


Overlord
Ilość odcinków: 1/13

Anime, których akcja osadzona jest w świecie rodem z gier RPG nie są rzadkością (inna sprawa, że niewiele ich widziałam), ale tego typu produkcja z perspektywy "tego złego"? Byłam na tyle zaciekawiona, by na to zerknąć, jednak pierwszy odcinek mnie nie zachwycił, wydawał mi się trochę nijaki, a główny bohater również mnie nie przekonywał. Z początku planowałam sprawdzić, co z tego wyniknie, jednak ostatecznie dałam sobie spokój, bo seria nie interesowała mnie na tyle, by dalej w to brnąć. Opening był jednak całkiem, całkiem. :)




Wakako-zake
Ilość odcinków: 2/12

Kolejna krótkometrażówka? Czemu nie, mogę sprawdzić. Z takim nastawieniem zasiadłam do oglądania, jednak szybko się okazało, że obserwowanie wizyt głównej bohaterki w barach oraz słuchanie jej wywodów na temat jedzonych aktualnie dań zwyczajnie mnie nudzi, nawet jeśli to tylko dwuminutowe odcinki. Wystarczy mi to, że w poprzednim sezonie zdecydowałam się na mało sensowne Ame-iro Cocoa.





Muzyka:
"Gangsta" OP - STEREO DIVE FOUNDATION "Renegade"
"Gangsta" ED - Annabel "Yoru no Kuni"
"Overlord" OP - OxT "Clattanoia"
"Ranpo Kitan" OP - amazarashi "Speed to Masatsu"
"Ranpo Kitan" ED - Sayuri "Mikazuki"
"Ushio to Tora" OP - Kinniku Shoujo Tai "Mazeru na Kiken"
+ "Durarara!!x2 Shou" OP - OKAMOTO'S "HEADHUNT"

czwartek, 1 października 2015

M. Bułhakow "Mistrz i Małgorzata"

Wydawnictwo: Rebis  |  Ilość stron: 520
Zwyczajowa przestroga "nie rozmawiaj z nieznajomymi" nie wzięła się znikąd. Nigdy nie można być do końca pewnym, kim okaże się nasz rozmówca. Możemy, na przykład, trafić na cudzoziemca sprawnie posługującego się rosyjskim, z nieokreślonym akcentem i dość zastanawiającym wyglądem, który, ni stąd ni zowąd, wtrąci się do naszej rozmowy, zacznie przekonywać o mylności naszych twierdzeń (zwłaszcza tych o nieistnieniu diabła), upierając się przy tym, że osobiście zna Poncjusza Piłata. Później możemy zginąć pod kołami tramwaju, którą to śmierć chwilę wcześniej przepowiedział nam podający się za profesora nieznajomy. I diabli wiedzą, co jeszcze może się wydarzyć. Dosłownie.
Iwan Nikołajewicz, naoczny świadek owych wydarzeń, wskutek szalonej pogoni za podejrzanym jegomościem, do którego, nie wiedzieć kiedy, dołączyło dwóch innych (w tym chodzący na przednich łapach, przerośnięty czarny kot), trafił do zakładu psychiatrycznego. To jednak dopiero początek - nie tylko niezwykłych wydarzeń w Moskwie, ale i napływu nowych pacjentów do wspomnianego ośrodka.

Może już się domyślacie, że palce w tym wszystkim maczał sam władca piekieł wraz ze swoją świtą - Azazellem i kotem Behemotem. Powód jego wizyty w Moskwie przez długi czas pozostaje niejasny, jednak skutki jego przybycia łatwo da się zauważyć. Pełne humoru i absurdu zdarzenia ciekawią od samego początku, jednak nie tylko im przyjdzie nam się bliżej przyjrzeć. We współczesne bohaterom wydarzenia wplatane są rozdziały poświęcone Piłatowi, ukazujące historię jego oraz trzech skazańców (w tym Jezusa, tutaj zwanego Jeszuą) w sposób nieco inny, niż przedstawia nam to Biblia, bardziej świecki, że tak to ujmę. No i w końcu tytułowi Mistrz i Małgorzata oraz historia ich miłości, która do łatwych nie należała. Ona - nieszczęśliwa żona innego, która dopiero w Mistrzu znalazła miłość swojego życia, on - niedoceniony, a wręcz zlinczowany autor powieści o Piłacie, który dla dobra Małgorzaty próbuje namówić ją do odejścia. Nie jest to jednak słaba kobiecina, o czym będziecie się mogli przekonać w trakcie lektury.

Bułhakow stworzył naprawdę interesującą powieść (nawet jeśli - przyznaję się bez bicia! - nie od razu się w nią wciągnęłam). Bohaterowie są bardzo wyraziści, zwłaszcza nasi trzej przedstawiciele sił nieczystych. Nieco gburowaty Azazello i wymądrzający się Behemot stanowią dość specyficzny i niewątpliwie kłopotliwy duet, który da się jednak polubić, zwłaszcza z perspektywy nienarażonego na konsekwencje ich działań czytelnika. Przewodzący im Woland pozostaje raczej dość tajemniczą postacią, jednak i on nie omieszka od czasu do czasu spłatać figla. Razem stopniowo zaczynają wywracać moskiewską codzienność do góry nogami, a ich ofiarami padają najróżniejsze typy. Zabawnych sytuacji znajdziemy tu bez liku, jednak powieść ma również swoją poważną stronę. Autor bawi się konwenansami, w ironiczny sposób ukazuje pewne postawy i przeświadczenia.

Nie będę twierdzić, że wszystko w tej powieści jest dla mnie jasne - mocno mijałabym się wtedy z prawdą. Ostatecznie "Mistrz i Małgorzata", jako dzieło nietuzinkowe, uznawane za jedną z najważniejszych powieści XX w., wymyka się jednoznacznej interpretacji, nie daje się tak zwyczajnie zaszufladkować, a część spośród licznych odniesień do innych dzieł z pewnością umknęło mojej uwadze. Mimo to mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić, że warto tę powieść przeczytać, nawet jeśli pewne jej treści pozostaną dla nas niejasne, bo to, mówiąc wprost, kawał solidnej literatury. Choć zwykle tego nie robię, tym razem muszę również wspomnieć o przekładzie, którego podjął się Andrzej Drawicz, gdyż jest ono, dokładnie tak, jak sugeruje tekst z okładki, mistrzowskie i nadaje powieści niezwykłego klimatu. No i jeszcze coś... Gdy po jakimś czasie (i to niedługim) zaczęłam rozmyślać nad tą książką, poczułam ochotę, żeby już teraz przeczytać ją jeszcze raz. :)

sobota, 26 września 2015

Tagura Tohru "Koimonogatari" [BL]

Zwykle nie lubię recenzować pojedynczych tomów mang (oczywiście spośród tych, które liczą ich sobie więcej) czy też serii wciąż trwających i to nie tylko dlatego, że moje odczucia względem nich mogą ulec zmianie. Po prostu wolę wiedzieć więcej o opisywanych tytułach, lepiej poznać bohaterów, okoliczności, mieć pełny wgląd w sytuację. A jednak, jak to często bywa, istnieją również wyjątki i właśnie dlatego macie teraz okazję poczytać o "Koimonogatari" - mandze shounen-ai, która od samego początku oczarowała mnie nie tylko piękną kreską, ale i bardzo świeżym spojrzeniem na ten gatunek, wolnym od tak często powielanych schematów. Mam jednocześnie ogromną nadzieję, że któreś z wydawnictw spojrzy na ten tytuł łaskawym okiem i będę mogła się cieszyć upragnionym, papierowym wydaniem "Koimonogatari" na półce. Ale po kolei, na początek trochę na temat fabuły.

Hasegawa Yuiji już od pewnego czasu podejrzewał, że Yoshinaga Yamato jest gejem, a pewność zyskał, gdy przypadkiem podsłuchał jego rozmowę. Uwadze chłopaka nie umknęły również ukradkowe spojrzenia rzucane w stronę jego przyjaciela, wiedział jednak, że Yamato nie ma szans - Kyousuke uwielbia dziewczyny, a szczególną słabość ma do idolek. Nie zamierza jednak wnikać w sprawy Yoshinagi. Zrządzenie losu w postaci niezwykle sympatycznej Shibaty Natsumi i zorganizowanych z jej inicjatywy spotkań (wzajemna pomoc w nauce) sprawiło, że Yuiji, choć z początku nieco uprzedzony i niechętny, wkrótce przekonał się, że Yamato jest naprawdę w porządku. Zdążył go przez ten czas polubić, dlatego, kiedy dalsze udawanie, że o niczym nie ma pojęcia traci sens, Yuiji podejmuje decyzję i mówi mu o tym wprost - nie zamierza w żaden sposób ingerować w jego relacje z Kyousuke czy też zdradzać komukolwiek jego sekretu. Zamiast tego oferuje dalszą znajomość oraz coś niezwykle cennego - możliwość swobodnych rozmów na delikatne tematy, które dotąd z oczywistych powodów mógł poruszać jedynie przy zdającej sobie sprawę z jego orientacji Natsumi.

Tytuł tej mangi może być dość mylący. "Koimonogatari", a więc "Historie miłosne" w sposób naturalny kojarzy się z romansem, którego, jak dotąd, nie przyjdzie nam tu uświadczyć. Jest tylko nieodwzajemnione uczucie Yamato oraz Yuiji i jego dziewczyna (których związkowi również zostało poświęcone nieco miejsca). Zamiast tego dostajemy piękną, stopniowo rozwijającą przyjaźń. Yuiji, jak to ma w zwyczaju, jest szczery do bólu i, co ważne, nie zamierza traktować Yamato jakoś inaczej przez wzgląd na jego orientację. Chociaż zdaje się być lekkoduchem (i po części rzeczywiście nim jest), naprawdę bierze pod uwagę uczucia innych i chce być wobec nich w porządku, co dobrze widać po jego chęci wspierania Yamato. I to działa. Dzięki temu nasz drugi bohater może poczuć się nieco pewniej, ma przed kim wyznać swoje obawy, których nie brakuje. W mangach boys love jest to raczej rzadkość, jednak w tym przypadku nie miałabym kompletnie nic przeciwko, gdyby do końca zostali jedynie przyjaciółmi (zwłaszcza że na razie na nic więcej się nie zanosi). Dalej mamy jeszcze Natsumi, którą uwielbiam za jej otwartość, radosną postawę, przyjazne usposobienie i wsparcie, jakie od dawna zapewnia Yamato. Warto też wspomnieć o Sekim, którego Yamato uważa za najlepszego przyjaciela i czasami czuje się winny, że ukrywa przed nim swoją orientację. I na koniec (choć przez mangę przewija się zdecydowanie więcej postaci) Kyousuke, który również sprawia wrażenie całkiem sympatycznego. Podsumowując, "Koimonogatari" może się poszczycić naprawdę ciekawymi, umiejętnie wykreowanymi bohaterami, których zachowanie jest naturalne i zrozumiałe. Co więcej, znajdziemy tu sporo humoru, z którym autorka radzi sobie równie dobrze.

Tym, czego zdecydowanie nie mogłabym pominąć, jest kreska. Tagura Tohru naprawdę pokazała, na co ją stać, zwłaszcza w porównaniu z jej wcześniejszym zbiorem opowiadań, "Cello Mellow", gdzie kreska, choć już wtedy dość interesująca, miała sporo niedoróbek, szczególnie w kwestii anatomii i zachowania proporcji. Tutaj widać, że jej warsztat znacznie się rozwinął. Można powiedzieć, że postaci są nieco kanciaste, jednak ta cecha jest u autorki bardzo charakterystyczna i podoba mi się. Wprost uwielbiam kadry, na których autorka do cieniowania używa kresek - wygląda to naprawdę pięknie i przypomina mi trochę rysunki Hozumi. No i oczywiście postaci. Jeśli szukacie urodziwych chłopców, "Koimonogatari" jest strzałem w dziesiątkę, jednak i pojawiającym się tu dziewczynom nie brakuje uroku i można by się w nie wpatrywać przez dłuższą chwilę. Tagura Tohru nie ma też problemów z odpowiednim ukazaniem mimiki bohaterów, a niektórzy z nich mają charakterystyczne dla siebie gesty. Samo otoczenie również wygląda dobrze, a choć sporo teł pozostaje białych, nie sprawiają wrażenia pustki. W tle możemy znaleźć pełno roślinności, nie są to jednak kwiaty, a liście (czasami mam wręcz wrażenie, że to taka mała obsesja autorki).

Jak na razie manga Tagury Tohru liczy sobie jeden tom (cztery rozdziały). Sama autorka planuje zamknąć tę historię w trzech tomach, ale co z tego wyjdzie - zobaczymy. W każdym razie jestem bardo ciekawa, jak dalej potoczą się losy bohaterów i niecierpliwie czekam na kolejne rozdziały.

sobota, 19 września 2015

J. Ćwiek "Kłamca"

Wydawnictwo: Fabryka Słów  |  Ilość stron: 272  |  Seria: Kłamca (1)
Pozostawione praktycznie same sobie anioły nie zawsze przypominają dobrych opiekunów, a już na pewno nie wyglądały na nich, gdy zrównywały z ziemią Walhallę. Jako wysłannicy dobra mają jednak pewne ograniczenia, są metody, których woleliby lub wręcz nie mogą używać. I właśnie tu wkracza Kłamca - niedobitek z nordyckiego panteonu, król kłamców i oszustów, gość od brudnej roboty, jednym słowem Loki. Lubiący dobrą zabawę, przekręty i rozrywki z dreszczykiem emocji nordycki bóg z chęcią przystaje na współpracę, za wynagrodzenie mając jedyną w jakiś sposób liczącą się dla serafinów walutę - anielskie pióra. Kłamca podejmuje się najróżniejszych zleceń - od wyręczania potencjalnych samobójców, pomocy w utrzymaniu podopiecznych przy życiu, przez unieszkodliwianie niechrześcijańskich bóstw czy demonów, aż po sporadyczne sprzątanie po niebiańskich wysłannikach, którym czasami daleko do uosobienia dobroci. A biorąc pod uwagę jego cięty charakter możecie być pewni, że na nudę nie ma tu miejsca.

Zacznę od tego, że autor stworzył naprawdę ciekawy świat, w którym istoty z wszystkich wierzeń istnieją naprawdę... a przynajmniej kiedyś istniały (prawo silniejszego i takie tam). Nordyccy bogowie, których losy (z wyjątkiem Lokiego) przyjdzie nam obserwować jedynie przez chwilę, przez wielu już zapomniane egipskie bóstwa, greckie wyrocznie, czy panicznie szukający wyznawców Światowid - to tylko część istot, jakie możemy napotkać w powieści. Prym wiodą tu anioły, jak już wspomniałam, pozostawione właściwie same sobie, czuwające nad ludźmi, a także starające się zlikwidować konkurencję i zagrożenia. Nie są to więc nieskazitelne stworzenia. Władczy archanioł Michał dający się ponieść emocjom, czarnowłosy, czasami nieco kąśliwy Gabriel, anioły z nudów grające w pokera - to wszystko dodaje powieści smaczku, ciekawi i intryguje. No i jest jeszcze Kłamca - pewny siebie, zadziorny, sarkastyczny, potrafiący zmienić swój wygląd, a ponad wszystko dający się lubić i to nie tylko ze względu na dopisujący mu praktycznie cały czas humor oraz pomimo jego, często dość drastycznych, metod.

Powieść składa się z różnych epizodów z życia Lokiego. Ze względu na to przypomina mi trochę "Kroniki Jakuba Wędrowycza", jednak jest to dość luźne skojarzenie. W "Kłamcy" można dostrzec, że historia zmierza do czegoś więcej i mieć nadzieję na coś ponad kolejne zlecenia, z których jedne są całkowicie epizodyczne, podczas gdy inne zawierają w sobie podpowiedź dotyczącą przyszłych zdarzeń. Dowiadujemy się również, dlaczego z pogromu Walhalli ocalał akurat Loki, w czym znaczny udział miała jego żona Sygin - bohaterka, której nie uświadczymy tu wiele, a jednak wystarczająco, by zaimponowała czytelnikowi swoją troską i oddaniem. Żałuję, że nie miałam okazji przeczytać więcej na jej temat.

Nie jest to jakaś wielce wymagająca lektura, jednak można przy niej naprawdę przyjemnie spędzić czas. Autor nie owija w bawełnę i pisze tyle, ile trzeba (choć nie obraziłabym się, gdyby było tego więcej), wzbogacając to wszystko o sporo humoru i ciętych komentarzy, przez co książkę czytało mi się naprawdę lekko i przyjemnie. Jakieś wady? Właściwie, to za szybko się kończy. Na szczęście kolejne tomy wciąż przede mną.

"- Pan narusza moją prywatność! Proszę stąd natychmiast wyjść albo zaraz zadzwonię na policję.
Przybysz westchnął ciężko.
- Ciekaw jestem, co im powiesz. »Przepraszam, panie władzo, 
ale przyszedł do mnie jakiś facet i nie pozwala mi się powiesić«?"

poniedziałek, 14 września 2015

Stosik 5/2015 + Courtship Book(& Manga)TAG

Tym razem wszystkie mangi są od Hanami (45% obniżki nie zdarza się codziennie), choć początkowo przodować miało "Fullmetal Alchemist". Niestety, wciąż czekam na przesyłkę (mam nadzieję, że wkrótce się doczekam), a nie chciałam dalej zwlekać ze stosikiem, zwłaszcza że książek zebrało się już całkiem sporo, a kolejne, szczególnie te z biblioteki, już mam upatrzone. Cztery książki (i ebooki) znalazły się w stosiku z mangami, bo wcześniej o nich zapomniałam. A tak poza tym, postanowiłam pójść za przykładem myszy i pochwalić się moim/brata gryzoniem. Przedstawiam więc koszatniczkę i to od razu na trzech zdjęciach, ażebyście mogli ją sobie lepiej obejrzeć. :3
Jirou Taniguchi "Odległa dzielnica" - Od dłuższego czasu miałam ją w planach, jednak cena mnie zniechęcała. Jak dobrze, że w końcu trafiła się porządna promocja!
Hideo Azuma "Dziennik z zaginięcia" - Zaciekawiła mnie dopiero niedawno, podczas gdy wcześniej praktycznie wcale nie zwracałam na nią uwagi. Na razie przeczytałam tylko kawałek, jednak zapowiada się całkiem ciekawie.
Usamaru Furuya "Muzyka Marie" (1,2) - Od dawna planowałam jej zakup, więc skorzystałam z okazji.
Daisuke Igarashi "Pitu pitu" (1,2) - Od dłuższego czasu obiecuję sobie, że bliżej poznam japońską mitologię i jakoś nic z tego nie wychodzi. Ostatecznie postanowiłam zacząć od historii inspirowanych japońskim folklorem.
J. Chmielewska "Studnie przodków" - Moja kolekcja kryminałów Chmielewskiej ma sporo luk. I tak chyba nie skompletuję całości, jednak skoro już rzuciła książka mi się w oczy, wzięłam ją.
O. Rudnicka "Do trzech razy Natalie" - Z biblioteki. Gdy tylko przypadkiem zobaczyłam na jednej z półek najnowszą powieść o przygodach sióstr Sucharskich, nie wahałam się ani chwili.
C. R. Zafon "Cień wiatru" - Z biblioteki. Od tak dawna planowałam się zabrać za tę książkę, a jednak wciąż nie wychodziło. W końcu do mnie trafiła, więc czas się za nią zabrać.
T. Canavan "Królowa Zdrajców" - Z biblioteki. Szkoda mi, że to już ostatni tom tej trylogii, a więc i pożegnanie z Imardinem, okolicznymi krainami i tak mi już dobrze znanymi bohaterami, ale kiedyś musiało to nastąpić.
S. Simukka "Białe jak śnieg", "Czarne jak heban" - Ebooki. Chociaż pierwsza część mnie nie zachwyciła, czytało się ją szybko i całkiem przyjemnie, dlatego żałowałam, że nie kupiłam całej serii, gdy jeszcze była na naprawdę sporej przecenie. Tym razem były nieco droższe, jednak i tak postanowiłam skorzystać z okazji.
V. C. Andrews "Ogród cieni" - Z biblioteki. Uznałam, że czas zakończyć moją przygodę z mieszkańcami Foxworth Hall. Może nie definitywnie, bo "Kto wiatr sieje" zapisało się w mojej pamięci na tyle pozytywnie, że nie wykluczam możliwości sięgnięcia po tę książkę jeszcze raz. Już przeczytana.
A. Olejnik "Dante na tropie" - Z biblioteki. Już od jakiegoś czasu miałam tę książkę na oku (chociaż najpierw celowałam raczej w "Zabłądziłam" tej autorki), a skoro akurat rzuciła mi się w oczy, zabrałam ją ze sobą. Już przeczytana.
J. Ćwiek "Kłamca 1" -Przekonana, że jest w bibliotece, nie planowałam zakupu tej książki, jednak gdy w końcu dowiedziałam się, że tak nie jest, czym prędzej ją kupiłam. Chcę w końcu poznać tę historię. Już przeczytana.
C. S. Lewis "Dopóki mamy twarze" - Okazję na przeczytanie wszystkich "Opowieści z Narnii" jakoś przegapiłam i nie potrafię się zmotywować do sięgnięcia po tę serię, jednak postanowiłam zapoznać się z inną książką Lewisa.
Oh Jeonghui "Ptak" - Literatura koreańska po raz kolejny i myślę, że nie ostatni. To już mi powoli wchodzi w nawyk.
A. Pruska "Literat" - Od dłuższego czasu miałam tę książkę na oku, a niecałe 10zł to zachęcająca cena.
A. Bradley "Zatrute ciasteczko" - Jakoś zapadło mi w pamięć, że chcę ją przeczytać.
E. Johansen "Królowa Tearlingu" - Wystarczyła jedna recenzja, bym zdecydowała się na tę powieść i nie żałuję, jednak teraz pozostaje mi czekać na kolejną część. Już przeczytana.
E. Gaskell "Panie z Cranford" - Wprost uwielbiam niektóre promocje na czytam.pl! Tę i dwie książki niżej dorwałam za naprawdę dobrą cenę - niecałe 8zł każda. Uznałam, że na początek przeczytam coś krótszego od pani Gaskell.
E. Gaskell "Północ i południe" - Jestem bardzo ciekawa powieści tej autorki, tym bardziej, że ostatnio naszło mnie nieco na klasykę. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.
J. Austen "Rozważna i romantyczna" - Po "Dumie i uprzedzeniu" czas na kolejną powieść Austen.
A. Bronte "Lokatorka Wildfell Hall" - Bardzo ciekawi mnie ta książka.
M. Kondo "Magia sprzątania" - Nie, to nie był mój pomysł, ale tak się złożyło, że dostałam tę książkę (czyżby jakaś aluzja?). Skoro już ją mam, to może kiedyś przeczytam.
No i mały bonus - płyta "Californication" od Red Hot Chili Peppers. Była akurat na sporej promocji, więc uznałam, że się na nią skuszę, zwłaszcza że dawno nie kupowałam żadnych płyt. Tak to już jest, gdy słucha się głównie japońskich utworów, które, o ile w ogóle są dostępne w Polsce, raczej nie zachęcają ceną...

Wspominałam już, że spodobały mi się TAGi książkowe. Teraz, gdy tylko znajdę jakiś ciekawy, próbuję przyporządkować do niego książki. A ponieważ czasami mam tendencję do utrudniania sobie życia (ale tylko troszeczkę) dodatkowo dokładam do tego mangi - zawsze to jakieś urozmaicenie. W przyszłości możecie się więc spodziewać kolejnych TAGów.
taka mała informacja, zdjęcie jest mojego autorstwa :3
Faza 1. Zauważenie.
Książka/manga, którą kupiłam ze względu na okładkę.

"Malarz świata ułudy" Kazuo Ishiguro właściwie nie do końca tu pasuje, ponieważ spore znaczenie miał także tytuł, który od razu mnie zachwycił, poza tym wcale tej książki nie kupiłam, tylko wypożyczyłam. Mimo wszystko to właśnie ta powieść pierwsza przyszła mi na myśl. Z mang wybrałam "Time Killers" Kazue Kato, którego obwoluta jest naprawdę ładna, choć i tu znajdą się pewne nieścisłości z dopasowaniem - kupiłam ją bardziej ze względu na samą autorkę.

Faza 2. Pierwsze wrażenie.
Książka/manga, którą kupiłam ze względu na opis.

Bo niby tylko jedna taka była? Chociaż jeśli wziąć pod uwagę książki, po które sięgnęłam jedynie przez opis, bez wgłębiania się w opinie na ich temat, to już prędzej. "Siedem szklanek" Magdaleny Zych od razu mnie zainteresowało i mogę stwierdzić, że było warto. Tego typu powieści (które najprościej będzie określić jako BL) są u nas raczej rzadkością (w przeciwieństwie do mang), a do tego autorka jest Polką. A z mang? Może Tetsuya Tsutsui i jego "Prophecy", na które zdecydowałam się praktycznie od razu? Chyba pasuje.

Faza 3. Słodkie rozmówki.
Książka ze świetnym stylem pisania.

Od pierwszej chwili wiedziałam, co wybiorę do tej kategorii. Uwielbiam styl Trudi Canavan i mogłabym całymi godzinami zaczytywać się w jej książkach. Mam tu na myśli głównie Trylogię Czarnego Maga, jednak inne jej serie również potrafią niesamowicie wciągnąć w przedstawiony w nich świat. Styl pisania to bardziej książkowa kwestia, więc odpuszczę tu sobie dopasowywanie mangi.

Faza 4. Pierwsza randka.
Pierwszy tom serii, który sprawił, że miałam ochotę od razu zabrać się za kolejne.

Wiele jest takich książek, jednak na wyróżnienie zdecydowanie zasługuje "Czerwień rubinu" Kerstin Gier, po której nie tylko miałam ochotę od razu zabrać się za kolejne, ale właśnie tak zrobiłam. W związku z tym Trylogia Czasu stanowi dla mnie nierozłączną całość i nie wyobrażam sobie, żebym miała czekać na kolejne części. Spośród mang też będzie tego sporo, ale obstawiałabym "Orange" Takano Ichigo albo "Pandora Hearts" Jun Mochizuki. Inna sprawa, że na razie nie miałam okazji przeczytać więcej niż jednego tomu tych mang. Oby szybko się to zmieniło.

Faza 5. Nocne rozmowy telefoniczne.
Książka/manga, przy której przetrwałam noc.

Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek przesiedziała nad książką do rana, jednak całkiem blisko byłam przy okazji czytania "Morza Spokoju" Katji Millay, a gdy w końcu dałam za wygraną, niebo zaczynało się już rozjaśniać. Podobnie z mangami, choć w tym przypadku siedziałam chyba krócej. Akcja "Tokyo Ghoula" Sui Ishidy akurat cały czas przyspieszała, jedne wydarzenia goniły kolejne i zwyczajnie nie mogłam się od niej oderwać.

Faza 6. Zawsze w myślach.
Książka/manga, o której nie mogę przestać myśleć.

Nie jest to już tak aktualne, jednak to o "Baśniarzu" Antonii Michaelis długo nie mogłam przestać myśleć. Podszyta mrokiem baśniowość, pełen magii, ale i niepokoju klimat i wszystko to, co sprawiało, że do samego końca łudziłam się, że historia potoczy się inaczej - właśnie przez to "Baśniarz" przez długi czas nie dawał mi spokoju. Spośród mang wybieram "Komatta Toki ni wa Hoshi ni Kike" Abe Miyuki. Kiedy już zaczynałam czytać tę serię, pochłaniałam rozdział za rozdziałem, dopóki nie miałam dość, a jeśli próbowałam się oderwać, myśl o niej nie dawała mi spokoju. Co prawda po jakimś czasie mi przechodziło, jednak takie etapy manii na "KomaHoshi" zdarzały się wielokrotnie.

Faza 7. Kontakt fizyczny.
Książka/manga, którą kocham za towarzyszące jej feelsy.

Najpierw planowałam wymienić tu inną powieść, jednak ostatecznie przypisałam ją do innej kategorii. Tutaj trafia więc "Siedem minut po północy" Patricka Ness'a - historia dość krótka i pełna klimatycznych ilustracji, a jednak głęboka i poruszająca. Miałam tej mangi nie wymieniać, skoro poniżej zdecydowałam się na jej pierwowzór, jednak nic nie pasuje tu tak dobrze jak ona. Przedstawiam więc "Watashitachi no Shiawase na Jikan" ilustrowane przez Yumekę Sumomo (znaną też jako Sahara Mizu).

Faza 8. Spotkanie z rodzicami.
Książka/manga, którą chcę polecić rodzinie i znajomym.

Tutaj po prostu musiały się znaleźć "Nasze szczęśliwe czasy" Gong Ji-young. Najpierw zapoznałam się z tą historią w formie mangi, jednak jej książkowy pierwowzór, co prawda trochę inny, również bardzo mi się spodobał (i równie dobrze mogłabym go przypisać do fazy 7.). Aktualnie to właśnie "Nasze szczęśliwe czasy" uważam za swoją ulubioną książkę. Z mang praktycznie od razu przyszło mi na myśl "Fullmetal Alchemist" Hiromu Arakawy i podtrzymuję ten wybór. Ważne kwestie, ciekawa akcja, świetnie wykreowani bohaterowie i sporo humoru - oto kilka z powodów, przez które wybrałam właśnie tę 27-tomową serię.

Faza 9. Myślenie o przyszłości.
Książka/manga, którą będę czytała wiele razy w przyszłości.

Zdecydowanie będą to "Wichrowe Wzgórza" Emily Bronte. Powieść ta wywarła na mnie ogromne wrażenie, a podczas lektury towarzyszyła mi niezliczona ilość emocji, często przeczących sobie nawzajem. Tę książkę zdecydowanie przeczytam jeszcze niejednokrotnie. Wspomnę jeszcze, że sporą konkurencję stanowi dla niej "Portret Doriana Graya" Oscara Wilde'a (jak już kiedyś wspomniałam, nie przegapię żadnej szansy, by móc tę powieść zarekomendować). Z kolei mangi, zwłaszcza te krótkie, mają to do siebie, że ich ponowne przeczytanie nie stanowi większego problemu. Co za tym idzie, mogłabym ich tu wymienić całą masę, ale ograniczę się do jednej, mianowicie "Seven Days" powstałe w wyniku współpracy Venio Tachibany (scenariusz) i Rihito Takarai (rysunki). Bardzo lubię kreskę w tej mandze, a historia jest naprawdę urocza i - co ważne - pełna dobrze wkomponowanego humoru. Wszystko to sprawia, że "Seven Days" za każdym razem czytam z niesłabnącym entuzjazmem.

A jak wyglądałyby Wasze zestawienia?

środa, 9 września 2015

V. Tachibana, R. Takarai "Seven Days" [BL]

Wydawnictwo: Kotori  |  Ilość tomów: 2  |  Scenariusz: Venio Tachibana  |  Rysunek: Rihito Takarai
Mówi się, że najważniejsze jest wnętrze, a miłość jest ślepa, ale jak jest naprawdę? Bywa różnie, o czym dobrze wie trzecioklasista Shino Yuzuru. Jego powierzchowność godna księcia z bajki przysparza mu niemałej popularności i jest przyczyną równie wielu wyznań miłosnych. Czar jednak szybko pryska, gdy dziewczyny przekonują się, że charakter tego nieco nierozgarniętego chłopaka, który nierzadko działa bez dłuższego zastanowienia, znacznie odbiega od ich wyobrażenia rycerza na białym koniu. I wtedy nadchodzi rozstanie.

Znacznie inne podejście do tych spraw ma równie popularny pierwszoroczniak, Seryou Touji, znany ze swoich tygodniowych związków. Chłopak, zgodnie z twierdzeniem, że nie wygląd jest najważniejszy, nie marnuje żadnej szansy na zakochanie - zaczyna chodzić z pierwszą osobą, która poprosi go o to w poniedziałek. W ten sposób ma szansę poznać jej charakter, a siedem dni to dla niego wystarczająco czasu, by móc rozeznać się w swoich uczuciach. Uczuciach, które, jak dotąd, nie były na tyle silne, by przedłużyć związek. Co więcej, gdy nadchodzi niedziela, dziewczyny, choć zawiedzione, nie mają mu tego za złe, gdyż tydzień spędzony z Seryou jest dla nich jak wygrany los na loterii. Kto nie chciałby choć przez chwilę być w centrum uwagi takiego chłopaka?

Przypadek sprawił, że w pewien poniedziałkowy ranek Shino spotyka Seryou przed bramą szkoły, zaczyna rozmowę i, wiedziony ciekawością oraz wrodzoną skłonnością do pochopnych działań, proponuje, by zaczęli ze sobą chodzić. Wkrótce, wbrew swoim najśmielszym przypuszczeniom, przekonuje się, że Seryou potraktował jego słowa jak najbardziej poważnie. Właśnie tak rozpoczyna się obfity w niespodzianki tydzień, który obojgu z nich uświadomi parę rzeczy i pozostawi po sobie wiele niezapomnianych wrażeń.

Po pierwszym zaskoczeniu, jakim jest dla Yuzuru akceptacja jego propozycji, chłopak postanawia popłynąć z prądem i dobrze wykorzystać tych siedem dni - przecież nie liczy na więcej. Z kolei gdy Seryou uświadamia sobie, że jego senpai nie traktuje tego związku poważnie, chce jak najszybciej z tym skończyć, jednak ujmująca bezpośredniość Yuzuru raz po raz powstrzymuje go od podjęcia działania. Również za jego sprawą Seryou zaczyna regularniej chodzić na treningi łucznictwa. W międzyczasie Yuzuru próbuje zasięgnąć informacji od swojej przyjaciółki Keiko, która tygodniowy związek ma już za sobą. Jak zazwyczaj wygląda chodzenie z Seryou? Jak się wtedy zachowuje? Tego typu myśli mimowolnie zaprzątają mu głowę, także gdy są razem, a tymczasem sprawy zaczynają przybierać niespodziewany obrót.
To właśnie bohaterowie i rodzące się między nimi uczucie stanowią najmocniejszą stroną tej mangi. Dla stale doświadczających nieudanych związków chłopców ta nowa znajomość okazała się prawdziwym powiewem świeżości. Yuzuru nie jest kolejną zapatrzoną w Seryou jak w obrazek dziewczyną. Co więcej, z początku nawet nie zależy mu na nim za bardzo, wychodząc z założenia, że to taka tygodniowa zabawa w związek. Najistotniejsze jest jednak to, że we wszystkich swoich działaniach Yuzuru jest szczery, bezpośredni i nikogo nie udaje, co widać chociażby po kilku scenach zazdrości, których sam się po sobie nie spodziewał, czy zwyczajnych, spontanicznych działaniach. Również dla niego związek ten stanowi w wielu kwestiach nowe doświadczenie - Seryou nie idealizuje go, nie stawia wymagań, a liczne rozbieżności między jego wyglądem i charakterem nie traktuje jako wadę, gdyż właśnie to czyni go jeszcze bardziej interesującym i nieprzewidywalnym.

"Seven Days" ma w sobie sporą dawkę świetnego, niebanalnego humoru, którego dostarczają nam zarówno dialogi bohaterów, jak i różne sytuacje. Zachowania bohaterów wypadły bardzo naturalnie, bez zbędnego przegadania czy sztuczności, a niektóre ich reakcje potrafią być naprawdę urocze. Nie znaczy to jednak, że patrzą na wszystko przez różowe okulary - mają swoje wątpliwości i obawy. Dla Seryou jest to niepewność wywołana początkową postawą Yuzuru. On z kolei przejmuje się dziewczyną, która kiedyś była (a może nadal jest?) dla Seryou bardzo ważna, z którą nie zerwał kontaktu nawet po rozstaniu. W drugim tomie wyraźnie można dostrzec nieuchronność nadejścia siódmego dnia oraz związaną z tym, rosnącą z każdą chwilą niepewność. To wszystko zostało naprawdę wiarygodnie ukazane.

Tę świetnie wyważoną historię, którą nie ważne ile razy, mogłabym wciąż czytać z tym samym zainteresowaniem, i bardzo naturalnie rozwijające się uczucie zawdzięczamy Venio Tachibanie, a za jej stronę graficzną odpowiedzialna była Rihito Takarai. Kreska jest naprawdę ładna i staranna, a postaci w większości przypadków wyglądają po prostu uroczo. Poza tym wprost uwielbiam ich pojawiające się od czasu do czasu zabawne miny. Manga została wydana w standardowy dla Kotori sposób, a więc ze skrzydełkami i bez obwoluty. W każdym z tomików dostajemy też kolorową stronę. Wszystkie onomatopeje zostały wyczyszczone, a tłumaczeniu nie mam nic do zarzucenia. "Seven Days" to manga lekka, którą czyta się naprawdę przyjemnie i można się przy niej nieźle uśmiać, choć niektórym mogłaby się wydać nieco przesłodzona. Zdecydowanie mogę ją polecić i myślę, że mogłaby przypaść do gustu nie tylko fanom tego gatunku.