środa, 27 stycznia 2016

H. Murakami "Tańcz, tańcz, tańcz"

Wydawnictwo: Muza  |  Ilość stron: 529
Tym razem będzie krótko. "Tańcz, tańcz, tańcz" czytałam już jakiś czas temu, jednak do tej pory nie potrafiłam się zmobilizować do napisania na jego temat czegoś sensownego, bo właściwie sama nie wiedziałam, co myśleć. Wybaczcie więc, jeśli wyjdzie mi trochę nieskładnie lub pomylę to czy owo.

Zacznijmy od tego, że nasz bohater postanowił na jakiś czas całkowicie wycofać się ze społeczeństwa. Gdy w końcu dojrzał do powrotu, musiał zacząć ponownie zarabiać, dlatego też zabrał się za, jak on sam to określa, kulturalne odśnieżanie - tworzenie artykułów i innych tekstów, których nikt nie chciał pisać - i wkrótce wyrobił sobie sporą renomę. Zaczynają go jednak nękać sny o pewnym hotelu, w którym kiedyś mieszkał razem z call girl Kiki. Najwyraźniej dziewczyna go tam wzywa. A więc co robi nasz bohater? Wyrusza do hotelu pod delfinem, jak go zawsze w myślach nazywał, jednak na miejscu podupadłego budynku zastaje nowoczesny hotel, w którym jedynie nazwa pozostała ta sama. Nie znalazł również Kiki, jednak, próbując wpaść na jej ślad, spotkał Człowieka Owcę, który niejasno wytłumaczył mu sytuację, w jakiej się znalazł. Ach, jeszcze coś! Jedno z pięter budynku może prowadzić do równoległego świata. Próbując połapać się w tym wszystkim, nasz bohater, choć poszlak ma prawie tyle, co nic, rozpoczyna poszukiwania Kiki, a na swojej drodze napotka wiele nietuzinkowych, a nawet osobliwych osobowości.

Macie wrażenie, że tak naprawdę wciąż nie wiecie, o co chodzi? Nie martwcie się, ja miałam tak praktycznie przez cały czas. Z nadzieją, że odnajdę gdzieś w tym wszystkim sens, brnęłam dalej w tę historię, która żyła własnym życiem, nie zważając na moje zdezorientowanie. Nie irytowałam się tym jednak, pozwoliłam wydarzeniom obierać coraz to dziwniejsze tory. Ostatecznie nawet w tym szaleństwie jest jakaś metoda. Zaskakuje zwłaszcza to, jak nietypowe osobowości spotykał na swojej drodze główny bohater. Chociaż... czy rzeczywiście jest się czemu dziwić, jeśli wziąć pod uwagę to, kto jest autorem książki?

Gdy teraz o tym myślę, okazuje się, że "Tańcz, tańcz, tańcz" wspominam całkiem miło. Było trochę nudniejszych momentów, czasami prawie nic się nie działo, a poszukiwanie Kiki schodziło na dużo dalszy plan, jednak w tej chwili w pamięci pozostały mi przede wszystkim te lepsze momenty i nie żałuję, że przeczytałam tę książkę. Na pewno w dalszym ciągu będę sięgać po twórczość Murakamiego, choć... może w bardziej codziennym wydaniu.

"Zazwyczaj mogę dostać to, co chcę, lecz nie mogę dostać tego, na czym mi naprawdę zależy."

środa, 20 stycznia 2016

Podsumowanie anime na jesień 2015

Trochę późno, ale w końcu dodaję podsumowanie minionego sezonu.
Haikyuu!! 2nd Season
Ilość odcinków: 25
Ocena: 8

*trwające
Oj, tęskniłam za Karasuno i resztą bohaterów! Seria wciąż jest tak samo zabawna i sympatyczna, co więcej, Shimizu przestała być jedynie ładnym dodatkiem i zamiast tego rzeczywiście podejmuje inicjatywę (ona umie mówić!), stara się wspierać drużynę i okazuję się naprawdę fajną babką. Pojawia się też nowa bohaterka, Yachi, równie roztrzepana, co Hinata. Ogółem cała drużyna stara się podnieść swoje umiejętności, co bardzo się im chwali, choć nie przychodzi to łatwo. Była też okazja, żeby lepiej poznać zawodników z innych drużyn, a w pewnym momencie byłam tak ciekawa kolejnych wydarzeń, że w końcu nie wytrzymałam i przerzuciłam się na mangę (co zdarza się u mnie raczej rzadko). Co prawda teraz dalej polegam na anime, ale to już szczegół.


Kagewani
Ilość odcinków: 13
Ocena: -6

Pierwszy odcinek był dość nudny, jednak nie trwał długo (niecałe 8 min.), więc dałam szansę kolejnemu. Ten był już zdecydowanie lepszy, więc oglądałam dalej, zwłaszcza że byłam ciekawa, kim okaże się profesor wiążący ze sobą poszczególne historie. Kolejne odcinki były bardzo różne, na temat całkiem innych stworów i w całkiem innych sytuacjach, jednak większość z nich potrafiło przynajmniej do pewnego stopnia zainteresować. Nie miałam jakichś większych oczekiwań względem tej serii, więc właściwie mogę stwierdzić, że jestem zadowolona z tego, co otrzymałam. Zakończenie pozostało otwarte, więc teoretycznie można liczyć na jakąś kontynuację, jednak nie spodziewałabym się tego. Ending (którego jednak w anime słyszymy jedynie fragment) jest dość ciekawy i pasuje tutaj. Nie jest to anime, które koniecznie trzeba obejrzeć, jednak może stanowić dość ciekawy (i krótki) przerywnik.

Komori-san wa Kotowarenai!
Ilość odcinków: 12
Ocena: 5

Krótkometrażówka, więc uznałam, że nie zaszkodzi na nią zerknąć. Dowiedziałam się też, że to anime twórców "Danna ga Nani...", co było dla mnie dodatkową zachętą. Mój pierwszy zarzut brzmiał: dlaczego ona jest taka cycata? Rozumiem, fanserwis i tak dalej, ale to jest już przesada. Do tego jest o głowę wyższa od większości (jeśli nie wszystkich) pozostałych bohaterów, jednak nie zamierzam się o to dalej czepiać. To bardzo lekka i nawet sympatyczna seria (choć w ten głupiutki sposób), a do tego na tyle krótka (2 min.), że nie miałam problemu ze zmotywowaniem się do obejrzenia jej do końca, choć ending (a właściwie to jakby piosenkę... środkową?) prawie zawsze przewijałam (tylko pamiętajcie, że po niej jest dalszy ciąg!). Zdecydowanie lepsza od trwającego tyle samo "Ame-iro Cocoa", choć do pięt nie dorasta wspomnianemu wcześniej "Danna ga Nani...".

Noragami Aragoto
Ilość odcinków: 13
Ocena: 8

Od samego początku naprawdę mnie zaciekawiło i dopiero gdy zaczęłam oglądać tę serię dotarło do mnie, jak bardzo brakowało mi Yato i spółki (właśnie z tego powodu zdecydowałam się też na zbieranie mangi). Poruszane w anime tematy robią się coraz poważniejsze, dowiadujemy się, co Bishamon ma za złe Yato, powoli poznajemy też część wydarzeń z jego przeszłości oraz panujące pośród bóstw zasady. Z początku nawet nie przypuszczałam, że akcja rozwinie się w taki sposób, więc jestem pod wrażeniem i tym bardziej chciałabym poznać dalsze wydarzenia. Opening i tym razem jest naprawdę świetny, a ending, chociaż z początku nie robił na mnie większego wrażenia, szybko mi się spodobał. Mam nadzieję, że Noragami dostanie kolejną kontynuację, bo robi się coraz ciekawiej, a tymczasem zacznę zbierać mangę i sprawdzę, jak anime ma się w stosunku do pierwowzoru.

One Punch Man
Ilość odcinków: 12
Ocena: 8

Z początku oglądałam jedynie z ciekawości (kiedyś przeczytałam kilka rozdziałów mangi), jednak "One Punch Man" szybko stał się jednym z tych anime, którego kolejnych odcinków wyczekiwałam najbardziej (i przy okazji wkręciłam w to też brata, co jest rzadkością). Seria w naprawdę ciekawy sposób przedstawia i łamie większość stereotypów panujących w produkcjach o superbohaterach (przez co słyszałam trochę o porównywaniu jej do "Gintamy", do którego jednak wciąż nie mogę się przekonać), a Saitama jest naprawdę świetnym głównym bohaterem, który rzeczywiście na pierwszym miejscu stawia swoje zadanie, a nie sławę. Genos stanowił dla niego ciekawy kontrast, zwłaszcza ze swoimi początkowymi poglądami. Fabuła jest bardzo prosta, a częstotliwość pojawiania się kolejnych potworów zatrważająca, jednak "One Puch Mana" świetnie się ogląda. Opening bardzo dobrze tu pasuje (w przeciwieństwie to wziętego nie wiadomo skąd endingu, który jednak po kilku przesłuchaniach też okazuje się dość przyjemny), a kreska i jakość animacji odpowiednio podkreśla spektakularność walk (choć sporo z nich kończy się jednym uderzeniem). Trzymam kciuki za kontynuację!

Owari no Seraph: Nagoya Kessen-hen
Ilość odcinków: 12
Ocena: 6

Miałam czytać mangę (i nawet zaczęłam), ale nie szło mi za dobrze, więc ostatecznie zdecydowałam się polegać na anime, do którego... też mi się właściwie nie spieszyło. Bardziej zainteresowałam się jakoś w drugiej połowie, kiedy to wydarzenia rzeczywiście zaczęły nabierać jako takich rumieńców. Do tego część bohaterów jest całkiem sympatycznych, a niektórzy potrafią naprawdę mocno namieszać. Co prawda tych całych gadek o tym, jaką to oni są rodziną jest aż nadmiar, ale da się to znieść. Muzyka nie zrobiła na mnie jakiegoś większego wrażenia, jednak nie było źle. I chociaż ta seria nie była dla mnie żadnym priorytetem, to jeśli pojawi się ciąg dalszy, raczej będę oglądać.


Sakurako-san no Ashimoto ni wa Shitai ga Umatteiru
Ilość odcinków: 12
Ocena: 6

Miałam spore oczekiwania względem tego tytułu i choć pierwszy odcinek nieco ostudził mój zapał, później było już lepiej. Rozwiązywane przez tę dwójkę sprawy były ciekawe, a wiedza Sakurako naprawdę rozległa, nawet jeśli znalazło się w tym mniej czy więcej przesady. A skoro już o tym mowa, to seria wpadała czasem w przesadny tragizm. Ogólnie jednak bardzo przyjemnie oglądało mi się losy dość socjopatycznej pani osteolog z zapędami detektywistycznymi oraz Shoutaro, który od czasu do czasu przywoływał ją do porządku i zdołał przywyknąć do jej nietypowego sposobu bycia. Nie mogłabym też zapomnieć o kresce - naprawdę przyciągającej wzrok (zwłaszcza gdy chodzi o tła), o bogatej kolorystyce. W kwestii muzyki było w porządku, pasowała do serii, a ending po którymś odsłuchaniu zdążył mi wpaść w ucho. Zaskoczyło mnie otwarte zakończenie, dające spore nadzieje na kontynuację, jednak myślę, że był to dobry pomysł i chętnie obejrzałabym dalszy ciąg.

Subete ga F ni Naru: The Perfect Insider
Ilość odcinków: 1/11
[chwilowo wstrzymane]

Z początku spodziewałam się po tym anime całkiem sporo, jednak pierwszy odcinek zdołał skutecznie zaniżyć moje oczekiwania. Było jakoś tak... nijako i ostatecznie zostawiłam sobie to anime na później, kiedy już ukażą się wszystkie odcinki. A kiedy już nadszedł ten czas, jakoś nie chciało mi się już oglądać...
Na razie pozwolę więc sobie na tym poprzestać, a wrażenia z serii opiszę później - czy to w osobnej recenzji, czy (powoli już nadchodzących) M&A aktualnościach, które planuję wprowadzić.


Ushio to Tora
Ilość odcinków: 26
Ocena: 7

* kontynuacja poprzedniego sezonu
Ciąg dalszy przygód Ushio i Tory, który jednak nie przypadł mi do gustu w tym samym stopniu, co początek. Do pewnego momentu wciąż śledziłam wydarzenia ze sporym zainteresowaniem, jednak później jakby czegoś mi zabrakło. Na szczęście był to najwyraźniej jedynie chwilowy brak zainteresowania z mojej strony i wkrótce znów wkręciłam się w rozgrywające się wydarzenia. Opening został ten sam, jednak zmieniło się w nim kilka elementów. Poprzednio wspominałam, że Tora ma w sobie coś z tsundere i jest to w pewien sposób urocze. Muszę jednak dodać, że wysłuchiwanie po raz setny, jak to nasz tsundere-youkai ratuje kogoś tylko dlatego, że chce zjeść jego lub Ushio, robi się już nudne. Z kolei Tora jedzący hamburgery jest uroczy za każdym razem (jak chociażby na obrazku u góry ^^). Ostatnie odcinki trochę zaskoczyły mnie powrotem do (w miarę) normalnej codzienności. Na pewno będę oglądać kontynuację.

Young Black Jack
Ilość odcinków: 12
Ocena: 6

Nie znam serii, do której "Young Black Jack" jest prequelem (choć mam nadzieję to jeszcze nadrobić), jednak byłam ciekawa tego anime, zwłaszcza że powstało na podstawie mangi Osamu Tezuki. To tego jest jeszcze sam temat, a więc medycyna, która nie jest zbyt często ukazywana w anime (a już na pewno nie w ten sposób). Seria ma trochę niedoróbek i sytuacji, które wydają się mało wiarygodne, jednak ogląda się ją całkiem przyjemnie. Opening nie jest jakiś wybitny, ale wpada w ucho. Podczas endingu widzimy obracające się karty z porównaniem oryginalnego wyglądu postaci do tego z anime - całkiem ciekawy pomysł. Opisane tu historie były dość ciekawe (a przy niektórych momentach nóż aż sam się w kieszeni otwierał), znalazło się też kilku interesujących bohaterów i gdyby nie spora ilość niedorzeczności, z jakimi możemy się tu spotkać, pewnie wystawiłabym wyższą ocenę. Tak czy inaczej, nie narzekam i chyba zapoznam się też z późniejszymi losami Hazamy, później znanego jako Black Jack.

Serie porzucone:

Concrete Revolutio
Ilość odcinków: 1/13

Właściwie, to mogłabym kontynuować to anime, gdybym się uparła, jednak uznałam, że wystarczą mi pozostałe serie. Od "Concrete Revolutio" odrzuciła mnie głównie jaskrawość tej serii. Kolorystyka jest według mnie zbyt cukierkowa, taka przesadnie słodziaśna. Sam pierwszy odcinek też mnie nie porwał, więc bez większych wątpliwości porzuciłam ten tytuł. Chociaż główny bohater z wyglądu nieco przypomina Leona z "Garo"...




Garo: Guren no Tsuki
Ilość odcinków: 1/26

*trwające
Z początku bardzo cieszyłam się, że dostaję kolejną część "Garo", aż okazało się, że to całkowicie odrębna historia. Mimo to postanowiłam dać jej szansę. Problem w tym, że kompletnie nie mogłam się wciągnąć. Oczekujecie jakiegoś dokładniejszego opisu tej serii? Choć trochę o fabule? Nie tym razem. Zamiast tego wyjaśnię, dlaczego obecną serię uważam za gorszą. Mówiąc ogólnikowo, nie czuć tu już klimatu poprzedniej serii. Zmieniła się kreska (naprawdę wolałam tamtą), zmienił się czas i miejsce (tym razem przenosimy się do Japonii), a także charaktery bohaterów (a przynajmniej tak mi się wydaje, bo jak na razie nie było okazji, żeby ich lepiej poznać). Typ humoru też wydaje się inny. Bohaterowie w jednej chwili omawiają poważne sprawy, by zaraz zacząć rozpływać się z zachwytu nad smakiem sprowadzanych z zagranicy łakoci. W "Garo: Honoo no Kokuin" po prostu od razu chciałam poznać dalsze losy bohaterów, tutaj nie czułam takiej potrzeby. Sceny, które z założenia miały wywrzeć na widzu (piorunujące) wrażenie, dla mnie były zwykłą stratą czasu antenowego.
Ostatecznie uznałam, że zamiast męczyć się z tą serią (i cały czas porównywać ją do poprzedniej), wolałabym już ponownie obejrzeć "Garo: Honoo no Kokuin". Nie twierdzę od razu, że to anime nie ma żadnych pozytywnych cech, znajdzie się na przykład kilku całkiem niezłych seiyuu, ale nawet to nie było dla mnie zaletą - gdy tylko słyszałam Seimei, od razu zaczynałam tęsknić do Emmy Guzman z "Garo: Honoo no Kokuin" (obu głos podkładała Romi Park). Wniosek jest jeden - za bardzo przywiązałam się do poprzedniej wersji, żeby zabierać się za nową.

Kowabon
Ilość odcinków: 3/13

Nie sugerujcie się plakatem! Szału nie było ani w pierwszym, ani w następnych odcinkach, jednak oglądałam trochę ze względu na horror w gatunkach, a trochę przez wykorzystanie techniki rotoskopowej, która tutaj nie wygląda źle. I pewnie obejrzałabym do końca, gdybym natrafiła na kolejne odcinki, a ponieważ tak się nie stało, bez żalu odpuściłam sobie to anime. Pod koniec są pokazywane zdjęcia z planu filmowego (bo chyba mogę go tak nazwać?), ot taka ciekawostka, choć wielkiej różnicy nie robi.




Muzyka:
Noragami Aragoto OP - THE ORAL CIGARETTES "狂乱 Hey Kids!!"
One Punch Man OP - JAM PROJECT "THE HERO!!"

czwartek, 14 stycznia 2016

Trochę na temat "Ferdydurke" W. Gombrowicza

Tutaj, podobnie jak w przypadku "Lalki", nie zdecydowałam się na pełną recenzję, jednak postanowiłam wtrącić na temat tej lektury kilka słów. ;) (a o zdjęciu książki znów zapomniałam >,<)

Za "Ferdydurke" zabrałam się po obejrzeniu mniej więcej połowy ekranizacji (nie do końca z własnej woli), która nie nastawiła mnie do tego utworu zbyt przychylnie. Humor wydawał mi się denerwujący, a wydarzenia absurdalne w sposób, który mi nie odpowiadał. W końcu się przemogłam i zaczęłam czytać... I co? Pierwsze, co mnie zaskoczyło, to nietypowy styl autora (wymyślny i mocno zagmatwany), który kupił mnie już od pierwszych zdań... Przynajmniej na początku, bo później bywało różnie. Czasami wręcz zmuszałam się do tego, by czytać dalej, czasami czytało mi się lekko, a nawet z przyjemnością, przez co ostatecznie naprawdę trudno mi ocenić tą książkę.

Tytuł, który nic nie znaczy, wszechobecna groteska, która sprawia, że praktycznie nigdy nie można być pewnym, co się za chwilę stanie i dlaczego oraz absurdalność doprowadzona do granic możliwości (a może nawet dalej) - Gombrowicz zdecydowanie zaskakuje i może zainteresować, jednak "Ferdydurke" zdecydowanie nie jest powieścią dla każdego, o czym świadczy już sam mocno poplątany styl autora. A jeśli już o to chodzi, to czasami przypominał mi on twórczość Murakamiego, która również niejednokrotnie bywa niezwykle pogmatwana i przez to nie każdemu przypadnie do gustu.

"Gdyż nie ma ucieczki przed gębą, jak tylko w inną gębę, 
a przed człowiekiem  schronić się można jedynie w objęcia innego człowieka."

No i jeszcze kwestia poruszanych przez Gombrowicza tematów oraz nietypowych symboli - pupy jako zdziecinnienia, łydki jako nowoczesności i gęby jako przybieranych przez ludzi masek. Taka symbolika tym bardziej udowadnia, że autor szokuje niemal na każdym kroku. Podejmowane przez niego tematy demaskują fałszywość i pozory, przez przerysowanie i ukazywanie rzeczywistości w krzywym zwierciadle hojnie pokrytym groteską ośmieszają pewne postawy.

A jeśli chodzi o rozdziały z Filidorem i Filibertem, no... na pewno były dziwne. W przypadku tego drugiego plusem była dość zwarta akcja (a przy tym i krótkość), jednak poprzedzający go wstęp wydał mi się kompletnym laniem wody. Jeśli chodzi o historię Filidora, choć od samego początku była podszyta sporą dozą absurdu, to już końcowe wydarzenia były tak groteskowe, że kompletnie nie wiedziałam, co o tym sądzić.

Ostatecznie "Ferdudurke" jest dla mnie ciężkim orzechem do zgryzienia i nie wiem, czy mogłabym szczerze przyznać, że mi się podobało. Zdecydowanie doceniam pomysł autora, jak i poruszane przez niego tematy, jednak taka ilość groteski to dla mnie chyba za dużo. Mimo to nie żałuję, że przyszło mi przeczytać tę lekturę i pozostaje mi się cieszyć z tych kilku momentów, które rzeczywiście śledziłam z przyjemnością.
"Koniec i bomba
A kto czytał, ten trąba!"

sobota, 9 stycznia 2016

Anime "Tasogare Otome x Amnesia"

Dusk Maiden of Amnesia  |  Ilość odcinków: 12 + special  |  Emisja: wiosna 2012
Nie było jakiegoś konkretnego powodu, przez który do tej pory nie zainteresowałam się  tym anime ani też mangą (która przecież jest u nas wydawana), dlatego też nie wahałam się długo, gdy dość spontanicznie naszła mnie ochota na obejrzenie "Tasogare Otome x Amnesia". I przyznam, że kiedy już zaczęłam, naprawdę się wciągnęłam.

W wielokrotnie przebudowywanej akademii Seikyou o bogatej przeszłości aż roi się od opowieści o duchach i klątwach. Najpopularniejsza z nich mówi o Kanoe Yuuko, uczennicy, która sześćdziesiąt lat temu zmarła w jednym ze szkolnych pomieszczeń w niejasnych okolicznościach i od tego czasu nawiedza to miejsce. Traf sprawił, że pewnego dnia zapuścił się w te rejony Niiya Teiichi i przekonał się, że nie są to jedynie pogłoski. Yuuko okazuje się prawdziwą pięknością i choć chłopak początkowo nie wierzy w to, że jest duchem, w końcu daje za wygraną. Dziewczyna nie pamięta powodu swojej śmierci ani żadnych towarzyszących jej okoliczności, co więcej, nie interesuje jej to, a przynajmniej tak wciąż powtarza. Ale czy to prawda, skoro Teiichi tak łatwo przekonał ją do zmiany zdania? Yuuko, szczęśliwa, że w końcu ma towarzystwo i jednocześnie kogoś, kto chce jej pomóc w poznaniu jej przeszłości, postanawia utworzyć w jednym z nieużywanych szkolnych pomieszczeń Klub Badaczy Zjawisk Paranormalnych - w końcu teoretycznie nigdy nie przestała być uczennicą Seikyou.

A więc na czym ma polegać ich klubowa działalność? Cóż, na początku opiera się głównie na wspólnym spędzaniu czasu i ewentualnych wzmiankach o odkryciu przeszłości Yuuko, a fabuła rusza z miejsca właściwie dopiero za sprawą dwóch kolejnych bohaterek. Pierwsza z nich to Okonogi Momoe, zwykle mało rozgarnięta postać, co irytuje zwłaszcza w momentach, gdy nie potrafi dostrzec nawet najbardziej oczywistych oznak obecności Yuuko. Właśnie, wcale jej nie widzi, jednak nie przeszkadza jej to dość łatwo uwierzyć w większość krążących po szkole opowieści o duchach. Jest towarzyska i radosna. To właśnie ona wykazuje się największym entuzjazmem i wyszukuje większość krążących po szkole pogłosek o duchach. Do tego dość otwarcie podkochuje się w Niiyi. Następna jest Kanoe Kirie, z początku bardzo negatywnie nastawiona do Yuuko i podejrzliwa wobec niej. Nie zrobiła na mnie dobrego pierwszego wrażenia, zwłaszcza ze swoją denerwującą tsunderowatością i ciągłą zazdrością o Yuuko (a nawet kompleksem niższości względem niej), jednak po kilku odcinkach staje się zdecydowanie bardziej znośna, a nawet da się lubić. Co więcej, często gra rolę tej najbardziej odpowiedzialnej, przywołuje innych (zwłaszcza Teiichiego) do porządku, a także uświadamia im wciąż czające się gdzieś pośród szkolnych murów zagrożenie. Poza tym, czy zwróciliście uwagę na to, że również nazywa się Kanoe? Tak, gdyby Yuuko żyła, byłaby jej babcią. Właśnie ona, ze względu na lepszą znajomość sytuacji Yuuko, zapoczątkowuje postęp w tej sprawie. To ona jako pierwsza dostrzega, że coś jest nie tak, że w szkole czai się coś złowrogiego i nie należy tego lekceważyć. Większość szkolnych pogłosek jest wyssanych z palca (ewentualnie Yuuko - chcący lub nie - przyczyniła się do ich powstania), ale co z pozostałymi? Czy Yuuko jest jedynym duchem w szkole?
Bohaterów nie znajdziemy tu za wielu. Przez cały czas trwania serii będą nam towarzyszyć przede wszystkim Yuuko, Teiichi, Kirie oraz Okonogi i jedynie sporadycznie będzie nam dane zobaczyć kogoś spoza tej czwórki. Właściwie tylko raz ktoś inny wybija się na nieco dłuższą chwilę. Czy to wada? Nie wydaje mi się, przynajmniej nie w tym przypadku. Seria liczy sobie jedynie 12 odcinków, więc skupienie się  na tym, co najistotniejsze, zamiast rozwodzić się nad postaciami pobocznymi brzmi rozsądnie. Założyłam jednak, że manga jest pod tym względem bardziej rozbudowana (co zaczęłam już sprawdzać) i rozczarowałabym się, gdyby było inaczej. Anime w pewnej chwili zaczyna wkraczać na poważniejsze tory, oczywiście nieodzownie związane z próbą poznania przeszłości Yuuko, jednak właściwie już od początku seria ta zaczyna rozsiewać pewną dozę niepewności (czego przykładem może być przemykający przez ekran cień). Wracając do szkolnych tajemnic, którymi (od czasu do czasu) zajmują się nasi bohaterowie, większość z nich jest naprawdę błahych, a właściwie jedynym wyjątkiem jest historia, w której pojawia się niewierząca w żadne klątwy Kirishima. Ten odcinek był jednym z mroczniejszych i uświadamiał możliwe zgubne konsekwencje wiary w zabobony.

W gatunkach nie ma ecchi, jednak pojawia się tu dość sporo tego typu wstawek (przynajmniej dla mnie, nienawykłej do takich elementów). Przede wszystkim cieszę się jednak, że Yuuko nie okazała się jakąś denerwującą tsundere, ale otwarcie mówi Teiichiemu, że cieszy się  z jego obecności i nie ukrywa swojego przywiązania do niego. Zwykle jest radosna i beztroska, ale czy nadal pozostanie taka po poznaniu swojej przeszłości? Z kolei Teiichi jest dość zwyczajny w pozytywnym sensie. Nie był kompletnym mamałygą, ani nie pozował na lepszego niż jest. Nie pasował mi jednak jego seiyuu (Yonaga Tsubasa). Czasami jego głos  wydawał mi się po prostu zbyt dziecięcy czy piskliwy, innym razem przywodził na myśl Izumiego z "Love Stage!", co kompletnie wytrącało mnie z rytmu. Jeśli miałabym podać kolejne zarzuty, znalazłoby się ich kilka. Chociażby to, że praktycznie nikt nie zwraca uwagi na to, że Teiichi gada sam do siebie (w końcu inni nie widzą Yuuko), a zdarza mu się to nawet w tłumie. Następne będą odgrywane na oczach Okonogi pseudo rytuały wypędzające duchy, co według mnie było nieco żenujące, podobnie jak jej wiara w ich prawdziwość. Na koniec pozostaje jeszcze kwestia popadania w nadmierną ckliwość, która odnosi się przede wszystkim do końcówki.
Kreska jest całkiem ładna, co widać zwłaszcza po Yuuko, jednak na szczególną uwagę zasługują tła, często wykorzystujące dość nietypowe zestawienia kolorystyczne (zielony księżyc? A dlaczego nie?), co wygląda naprawdę zjawiskowo. Co do muzyki, też była w porządku, choć przyznam, że prawie nie wychwyciłam utworów lecących w tle (muszę zacząć zwracać na to większą uwagę). Opening (Konomi Suzuki "CHOIR JAIL") naprawdę pasował do tej serii (od teraz czerwone liście będą mi się kojarzyć właśnie z Tasogare), a po kilku przesłuchaniach wręcz zakochałam się w endingu (Aki Okui "Calendrier"). Z pozostałych utworów w pamięć zapadło mi zwłaszcza requiem.

"Tasogare Otome x Amnesia" ma też swój odcinek specjalny - "Taima Otome", który był dość… przeciętny. Myślę, że jego odbiór w dużej mierze zależy od tego, czego widz się spodziewa, a ja bynajmniej nie oczekiwałam tego, co rzeczywiście dostałam i czuję się trochę zawiedziona. Kirie (którą zobaczymy tu w openingu zamiast Yuuko) powróciła tu do swojej denerwującej wersji i to w jeszcze większym stopniu. Beznadziejne próby egzorcyzmowania czy przyzywania duchów to tylko nieliczne z przykładów. Całość dopełnia spora ilość fanserwisu.

Ostatecznie miałam niezłą zagwozdkę z wystawieniem temu anime oceny. Z jednej strony przez sporą część czasu z przyjemnością śledziłam kolejne wydarzenia, z drugiej zaś pojawiło się tu kilka elementów, za którymi nie przepadam (ecchi, zazdrosna tsundere, niezbyt bystra bohaterka), a zakończenie wcale nie rozwiało moich wątpliwości. Wręcz przeciwnie - stworzyło nowe. Koniec końców "Tasogare Otome x Amnesia" dostało ode mnie mocne 6 (wciąż mi szkoda, że nie więcej) z nadzieją na to, że manga okaże się lepsza, bo, jak już zdążyłam się przekonać, anime to pełni głównie funkcję reklamy pierwowzoru i w tej roli sprawdza się całkiem nieźle. Rozbudza ciekawość, chęć poznania tej historii lepiej, więc polecam je zarówno tym, którzy zamierzają poprzestać na anime (na początku sama należałam do tych osób), jak i tym, którzy zastanawiają się nad zakupem mangi.

środa, 6 stycznia 2016

M. Falkoff "Playlist for the Dead"

Wydawnictwo: Feeria Young  |  Ilość stron: 272
Sam nigdy nie był szczególnie towarzyski, zdołał jednak znaleźć przyjaciela, w którego towarzystwie świetnie się czuł, nawet jeśli zdarzały się między nimi większe lub mniejsze sprzeczki. Razem z Haydenem znali się praktycznie na wylot... a przynajmniej tak mu się wydawało, tymczasem teraz stracił nawet jego. Gdy pewnego ranka przychodzi pogodzić się z Haydenem po szczególnie nieprzyjemnej scysji, zastaje przyjaciela już martwego, a obok znajduje pendrive'a z karteczką: "dla Sama, posłuchaj, a zrozumiesz". Szok, niedowierzanie, smutek, złość - to tylko niektóre z całej gamy emocji, które musiał wtedy odczuć. Tymczasem życie kręci się dalej i w końcu trzeba będzie powrócić do normalności. Tylko jak miałaby ona teraz wyglądać, skoro Hayden był tak ważną jej częścią?

Naprzemiennie czując złość, smutek i tęsknotę na myśl o Haydenie, Sam będzie musiał poradzić sobie ze stratą, poczuciem winy oraz gniewem na osoby, które upodobniły życie jego przyjaciela do piekła. Jednocześnie zda sobie sprawę z tego, że może wcale nie znał go tak dobrze, jak mu się wydawało. Jak inaczej wyjaśnić pojawienie się pięknej Astrid, która przedstawia się jako jego znajoma? Wciąż też pozostaje kwestia przyczyn, przez które Hayden targnął się na własne życie, a playlista, która ponoć miała pomóc Samowi to zrozumieć, wcale nie okazuje się tak przydatna, jak można by było na to liczyć. Chłopak musi się też zmierzyć z dręczącą go myślą, że nawiązanie nowych znajomości byłoby zdradą wobec dopiero co utraconego przyjaciela. No i jest jeszcze kwestia tak zwanego tria bydlaków, dręczycieli Haydena, którym ktoś zaczyna wymierzać "sprawiedliwość", a Sam, zdezorientowany z braku snu i kilku innych przyczyn, zaczyna się zastanawiać, czy nie jest z tym w jakiś niepojęty sposób powiązany.

Przyznam od razu, że spodziewałam się czegoś innego, jakiegoś głębszego powiązania między playlistą a fabułą. Tymczasem "Playlist for the Dead" odebrałam przede wszystkim jako kolejną powieść typu "straciłem najbliższą mi osobę, ale okazało się, że nie jedyną, do której warto byłoby się odezwać", jako otwarcie się Sama na innych, na które dotąd nie miał szans, bo Hayden wzbraniał się przed tym rękami i nogami (co swoją drogą uważam za dość samolubne zachowanie, tak samo z resztą jak samobójstwo, nawet jeśli obawiał się, że on poszedłby wtedy w odstawkę). Na mojej opinii mógł też w pewnym stopniu zaważyć przeczytany ostatnio u Gosiarelli tekst, który pomógł mi stwierdzić, że właściwie nie przepadam za tematem samobójstw z tej przyczyny, że kompletnie nie mogę zrozumieć, jak można zdecydować się na tak drastyczny krok.
"To on nas tu zostawił, każąc wszystko rozgryźć na własną rękę i nie dając nam szansy na przeprosiny i zadośćuczynienie. Nigdy nie zrozumiem, jak pokrzywdzony, zagubiony i bezradny musiał się poczuć, aby uznać, że nie warto się dłużej starać."
Powieść ma jednak swoje plusy, do których należą chociażby humor, kilku sympatycznych bohaterów oraz piosenki z playlisty - po jednej na początku każdego rozdziału. Choć nie okazały się szczególnie pomocne, dobrze było wiedzieć, o jakich utworach była mowa oraz poznać nieco gust muzyczny Haydena i Sama (a może nawet znaleźć wśród tego wszystkiego kilka perełek). Do tego książka porusza też kilka ważnych zagadnień - radzenie sobie ze stratą i poczuciem winy, uświadomienie sobie, że świat nie kończy się na jednej czy dwóch osobach. Sugeruje też, że praktycznie nic nie jest czarno-białe, w każdym może być coś, czego byśmy się nie spodziewali i nawet najgorsze zachowania zwykle mają swoje przyczyny choćby nawet ich nie uzasadniały. Do tego jeszcze kwestia obwiniania siebie lub innych, sytuacji, gdy winy nie da się definitywnie zrzucić na jedną osobę oraz poczucia winy, które nęka i będzie nękać niezależnie od tego, jak wiele usprawiedliwień i słów pocieszenia się usłyszy.

Mimo to w ogólnym rozrachunku książka mnie nie porwała, co jest przykre tym bardziej, że wiele się po niej spodziewałam. Wciąż czekałam na jakieś wielkie bum i go nie otrzymałam, dlatego też nie potrafię bez mrugnięcia okiem polecić Wam tej książki. Nie jest jednak zła, więc jeśli mimo wszystko wciąż jesteście jej ciekawi, nie zamierzam jej Wam odradzać. Ostatecznie nie uważam spędzonego przy niej czasu za stracony.

czwartek, 31 grudnia 2015

Zapadające w pamięć (2015)

I oto znów nadeszła chwila na podsumowanie roku i wyłonienie tytułów, które najbardziej zapadły mi w pamięć. Z książkami nie miałam większego problemu, choć przy niektórych zastanawiałam się, czy rzeczywiście warto je tutaj umieszczać. Z serialami było jeszcze łatwiej, bo niewiele oglądałam. Anime mogłabym jeszcze kilka wymienić, ale poprzestałam na tych kilku. W kwestii mang i muzyki też nie wybrałam wiele.
Bolesław Prus "Lalka"
Tak, dobrze widzicie. Choć z początku "Lalka" sprawiała mi spory kłopot, to postanowiłam ją tu umieścić, gdyż ostatecznie nie pozostaje mi nic innego, jak tylko stwierdzić, że jednak mi się podobała.
"Marionetki!... Wszystko marionetki!... Zdaje im się, że robią, co chcą, a robią tylko, 
co im każe sprężyna, taka ślepa jak one..."

Niewiele przeczytałam w tym roku kryminałów Christie, jednak ten mogę zaliczyć do moich ulubionych. Co prawda "I nie było już nikogo" nie przebił, jednak mimo to okazał się całkiem niezły. No i w końcu miałam okazję nieco lepiej poznać tak znamienitego detektywa. Jestem pewna, że jeszcze nieraz zdarzy mi się obserwować metody śledcze Herkulesa Poirota.
"Ma to swoje zalety - oświadczył Poirot. - Gdy osobę, która kłamie, postawi się w obliczu prawdy, zwykle się przyznaje, często przez czyste zaskoczenie. Należy więc tylko prawidłowo odgadnąć, by osiągnąć spodziewany rezultat."

Kami Garcia & Margareth Stohl "Beautiful Redemption"
Wybrana przede wszystkim dlatego, że to moja pierwsza książka przeczytana po angielsku. Co prawda z fabuły nie spodobała mi się już tak bardzo, jak kiedyś poprzednie części "Kronik Obdarzonych", jednak wciąż czytało się ją całkiem przyjemnie. Ostatnia część wniosła do serii sporo ciekawych informacji, choć nie obyło się bez nieco bardziej nużących fragmentów. Część wydarzeń było dość mocno przewidywalnych, rozwiązania niektórych problemów przychodziły zbyt łatwo, jednak cieszę się, że miałam okazję przeczytać tę książkę.
"I laughed, relieved, I was getting pretty good at this whole being dead thing."

Osamu Dazai "Zatracenie"
Wypatrywana od dawna i w końcu zdobyta. Może i spodziewałam się czegoś trochę innego, jednak mimo to było warto. Nieco ponad sto stron. To naprawdę niewiele, a jednak powieść ta przepełniona jest bezradnością, ogromnym smutkiem i cierpieniem. To szczery, prostolinijny zapis wydarzeń, uczuć i przemyśleń, a jednak czuje się w tym wszystkim pewną rezerwę, charakterystyczne dla bohatera oderwanie od świata, co jeszcze bardziej potęguje jego specyficzną samotność. A znając choć pokrótce losy autora, powieść nabiera jeszcze głębszego znaczenia.
"Nie, płakać nie płakałam, ale... Pomyślałam tylko, że kiedy człowiek dojdzie do czegoś takiego, to z nim już koniec."

"Dumę i uprzedzenie" już od dawna miałam w planach, w końcu jak mogłabym odpuścić sobie tak wychwalaną powieść (zwłaszcza odkąd klasyka przestała być dla mnie tematem całkowicie obcym)? No i oczywiście był jeszcze pan Darcy. Jak się okazało, było warto, co więcej, czytało mi się tak przyjemnie, że nabrałam wielkiej ochoty na zapoznanie się z innymi powieściami autorki (jedna z nich już czeka na półce).
 "Jedyną przykrość sprawiało Elizabeth to, że opuszcza ojca, który z pewnością będzie za nią tęsknił.
 Był tak zasmucony, że kazał jej pisać i prawie obiecał, że odpisze."

Jakub Ćwiek "Kłamca"
Od dawna miałam tą powieść na oku. Nie jest to jakaś wielce wymagająca lektura, jednak można przy niej naprawdę przyjemnie spędzić czas. Autor nie owija w bawełnę i pisze tyle, ile trzeba (choć nie obraziłabym się, gdyby było tego więcej), wzbogacając to wszystko o sporo humoru i ciętych komentarzy, przez co książkę czytało mi się naprawdę lekko i przyjemnie. Jakieś wady? Właściwie, to za szybko się kończy. Na szczęście kolejne tomy wciąż przede mną.
"- Pan narusza moją prywatność! Proszę stąd natychmiast wyjść albo zaraz zadzwonię na policję.
Przybysz westchnął ciężko.
- Ciekaw jestem, co im powiesz. »Przepraszam, panie władzo, 
ale przyszedł do mnie jakiś facet i nie pozwala mi się powiesić«?"

Erika Johansen "Królowa Tearlingu"
Wystarczyła jedna recenzja, żebym zaczęła pilnie rozglądać się za tą książką, gdyż czułam, że szybko przypadnie mi do gustu. I nie pomyliłam się. Erika Johansen pisze naprawdę lekko, ciekawie i z humorem, a Kathlea zdecydowanie nie jest wyidealizowaną postacią. Powieść ma w sobie pewien charakterystyczny klimat (oraz trochę magii), który przekonał mnie niemal od razu. Już nie mogę się doczekać kolejnej części!

Michaił Bułhakow "Mistrz i Małgorzata"
Tak znanego i wychwalanego dzieła po prostu nie mogłam sobie odpuścić. Co prawda książka przeleżała jakiś czas na półce, zanim zdecydowałam się po nią sięgnąć, jednak najważniejsze, że ostatecznie ją przeczytałam i... po niedługim czasie chciałam znów do niej wrócić. Nie będę twierdzić, że wszystko w tej powieści jest dla mnie jasne - mocno mijałabym się wtedy z prawdą. Ostatecznie "Mistrz i Małgorzata", jako dzieło nietuzinkowe, uznawane za jedną z najważniejszych powieści XX w., wymyka się jednoznacznej interpretacji, nie daje się tak zwyczajnie zaszufladkować, a część spośród licznych odniesień do innych dzieł z pewnością umknęło mojej uwadze. Mimo to mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić, że warto tę powieść przeczytać, nawet jeśli pewne jej treści pozostaną dla nas niejasne, bo to, mówiąc wprost, kawał solidnej literatury. Na pewno jeszcze wrócę do tej powieści.

Carlos Ruiz Zafon "Cień wiatru"
Wiele słyszałam o tej powieści, dlatego też moje oczekiwania były dość spore i przez dłuższy czas myślałam, że autorowi nie uda się ich spełnić. Na szczęście pomyliłam się i choć znalazło się kilka szczegółów, których się domyśliłam czy chociażby przypuszczałam, że mogą się okazać prawdziwe, zwłaszcza pod koniec dałam się wciągnąć w wir wydarzeń i bacznie obserwowałam, w jaki sposób Zafón splótł ze sobą losy tak wielu bohaterów.
"Książki są lustrem: widzisz w nich tylko to co, już masz w sobie."

Trudi Canavan "Królowa Zdrajców"
A właściwie ogółem cała Trylogia Zdrajcy. Już niejednokrotnie wspominałam, jak uwielbiam twórczość Canavan, więc nie dziwne, że jej książka musiała się znaleźć w tym zestawieniu. Czasami miałam wrażenie, że autorka prowadzi pewne wątki dokładnie po myśli czytelnika (zwłaszcza te romantyczne, co skłania mnie do przyznania racji tym, którzy nazywają jej twórczość kobiecą fantastyką), jednak nie miałam jej tego za złe.
"Problem z wyborem tego, co najlepsze, polega na tym, że zawsze musi się znaleźć 
coś przeciętnego i najgorszego, do czego można to porównać."

Jessie Burton "Miniaturzystka"
Książka, na którą czaiłam się przez dłuższy czas i byłam jej bardzo ciekawa. Z początku obawiałam się, że czytanie będzie mi szło dość opornie, a kolejne rozdziały będą mi się dłużyć, jednak było całkowicie na odwrót. Bardzo szybko wciągnęłam się w fabułę i z przyjemnością poznawałam kolejne szczegóły z życia bohaterów, a tajemnicza postać miniaturzystki dodatkowo potęgowała moją ciekawość.
"To miasto to nie więzienie, jeśli umiesz wytyczyć sobie właściwą ścieżkę."

"House"
A konkretnie ostatni sezon, który wreszcie zdecydowałam się dokończyć. Kiedyś byłam wielką fanką House'a i właściwie nadal jestem. Co do ósmego sezonu, był całkiem w porządku i z perspektywy czasu mogę przyznać, że nieobecność Cuddy przyjęłam niejako z ulgą (ostatnio jakoś zaczęła mnie drażnić jej postać). Foreman całkiem nieźle sobie przecież radzi na jej stanowisku. Szkoda mi za to, że Trzynastki było tak mało (choć doceniam to, że w ogóle się pojawiła). Co do nowych lekarzy, wprowadzają jakby powiew świeżości, choć raczej nie od razu do nich przywykłam. Zwłaszcza do Park, która jest po prostu dość specyficzna. Jestem zła na House'a za to, że tak spieprzył sprawę z Dominiką. A przecież to taka świetna babka i nasz cyniczny doktor dobrze o tym wiedział (choć po części właśnie dlatego postąpił, jak postąpił)! Uwielbiam go za to za sytuację z 19 odcinka (i jednocześnie troskę o Wilsona), a konkretnie za jego końcówkę, której kompletnie się nie spodziewałam.  A końcowe odcinki? No, przyznam, było sporo zaskoczeń.

"Hannibal"
Polecony przez przyjaciółkę. Pierwszy serial od dawna, który rzeczywiście oglądałam dość regularnie. Pierwszy sezon naprawdę mnie zaciekawił, zwłaszcza postać Willa Grahama i jego umiejętność wczucia się w mordercę. Pod koniec wciąż z uwagą śledziłam kolejne wydarzenia, jednak muszę przyznać, że przykro było mi patrzeć, na to, co się dzieje, uważałam to za strasznie niesprawiedliwe. Obecnie zatrzymałam się na piątym odcinku drugiego sezonu i jakoś ciężko mi się zmotywować  do dalszego oglądania. Poza tym za każdym razem zastanawiałam się, dlaczego wciąż oglądam "Hannibala" akurat przy jedzeniu (czemu raczej nie sprzyjają ukazywane tam morderstwa, często brutalne i w niezbyt przyjemny sposób widowiskowe)… Podejrzewam, że wiele wrażliwszych na tym punkcie osób albo wyłączyłoby serial, albo przestało jeść…

"Arrow"
Seriale o superbohaterach, czy to Marvelowskich, czy z DC Comics, miałam w planach już od dłuższego czasu, jednak dopiero "Arrow" zaczęłam rzeczywiście regularnie oglądać (w dużej mierze za sprawą Patrycji Waniek :D) i naprawdę się wkręciłam. Zaczęłam jakoś w październiku i obejrzałam już cały pierwszy sezon (i kilka odcinków drugiego), co w moim przypadku jest naprawdę dobrym wynikiem, biorąc pod uwagę to, że prawie wcale nie oglądam seriali. Planuję napisać jakąś recenzję, ale nie jestem jeszcze pewna, czy coś z tego wyjdzie.

Anime, do którego ciągnęło mnie już od samego początku. Coś mi po prostu mówiło, że ta seria świetnie wpasuje się w mój gust. I tak właśnie było. Ciekawa, dość pokręcona fabuła, ciekawy świat, sporo bohaterów do polubienia (z Leonardem na czele) i masa całkiem niezłego humoru  (chyba że akurat chodziło o Zapp'a, wtedy mogło być trochę gorzej). Muzyka też bardzo mi się podobała - nie tylko opening (BUMP OF CHICKEN "Hello, World!") i ending (UNISON SQUARE GARDEN "Sugar Song to Bitter Step"), ale i sporo innych utworów ze ścieżki dźwiękowej (dla przykładu: "Catch me if you can", "World goes round"). Na ostatni odcinek przyszło mi długo czekać, a pewne jego momenty bywały przedramatyzowane, jednak mimo wszystko bardzo miło wspominam tę serię i z chęcią zobaczyłabym jej mangową wersję na swojej półce. Albo żeby ją chociaż przeczytać na skanach, ale nie, tam są dostępne tylko pierwsze rozdziały.

"Trigun"
Anime to miałam w planach już od dawna, jednak dopiero recenzja myszy przekonała mnie, żeby rzeczywiście się za nie zabrać. I zdecydowanie nie żałuję. Seria jest pełna humoru, jak by się wydawało głupawego, którego zwykle nie lubię, a jednak tutaj bardzo mi się podobał. Nie brakuje też tematów o wiele poważniejszych, a postaci są naprawdę ciekawe i niebanalne. Już samo postanowienie Vasha o niezabijaniu (a najlepiej o niekrzywdzeniu) nikogo intryguje, zwłaszcza że w tak wielu sytuacjach o wiele łatwiej byłoby mu zrezygnować z tej zasady. Do tego jego tajemnicza przeszłość i legenda, jaką stał się już za życia. Wszystko to sprawia, że nie mogę wyjść z podziwu nad tym anime, więc jeśli jeszcze nie znacie "Triguna", oznajmiam wprost - czym prędzej to nadróbcie.

"One Piece"
Można powiedzieć, że "One Piece" to marka sama w sobie, jednak przez długi czas nie mogłam się zdecydować na rozpoczęcie tego tasiemca (właśnie przez ilość odcinków). Kiedyś obejrzałam nawet ze dwa odcinki na próbę, ale wciąż nie byłam przekonana. Dopiero zachwyty Juu nad "One Piece" sprawiły, że zaczęłam się poważniej zastanawiać nad obejrzeniem tego anime i w końcu zaczęłam (jakoś pod koniec sierpnia). Cóż, ilość odcinków, które wciąż są przede mną nieco mnie przytłacza, jednak jestem dobrej myśli (no i nie muszę się martwić, że za szybko przyjdzie mi się rozstać z tą całą bandą) i chętnie zapoznam się z kolejnymi przygodami tej nietypowej załogi. Jak na razie obejrzałam 61 odcinków.

"Kiseijuu: Sei no Kakuritsu"
Od razu zaciekawił mnie pomysł na fabułę, a więc współpraca chłopca i zamieszkującego jego rękę pasożyta, choć nie przypuszczałam, że ta seria tak bardzo przypadnie mi do gustu. Kłopoty z dogadaniem się, moralne dylematy, poczucie winy wywołane ukrywaniem prawdy, a po pewnym czasie także różnego rodzaju intrygi oraz robiące wrażenie walki. Wspomnę jeszcze o endingu (Daichi Miura "IT'S THE RIGHT TIME"), który trafił do moich ulubionych. Planowałam zrecenzować ten tytuł. Jak na razie nie wyszło, ale mam nadzieję to jeszcze nadrobić.

"Ansatsu Kyoushitsu"
Anime, za które z początku nie planowałam się zabierać, jednak wkrótce (na szczęście) zmieniłam zdanie. Naprawdę świetnie bawiłam się przy tej serii, bohaterowie są ciekawi, jedni sympatyczni, inni niekoniecznie, a nauczyciel taki jak Koro-sensei to prawdziwy skarb. Próby zabicia go dodają oczywiście serii sporo dynamiki, jednak na dzień dzisiejszy wolałabym lepiej poznać jego przeszłość. Jak to dobrze, że nadchodzi kontynuacja.
"Zabijanie kieruje się tymi samymi zasadami co uczenie: wyćwicz podstawy, a dobrze ci one posłużą."

"Garo: Honoo no Kokuin"
Anime raczej mało popularne, do tego z pewnym nagłym zwrotem akcji, który część widzów mógłby mocno zniechęcić, a jednak znalazłam tu coś, co nieodmiennie przyciągało mnie do tej serii. Może to jakiś specyficzny klimat całości? Rozgrywająca się w średniowieczu akcja? Bohaterowie? Sama nie wiem, jednak prawdą pozostaje, że to anime mocno zapadło mi w pamięć i z chęcią obejrzałabym je jeszcze raz. Może nawet pokuszę się wtedy o recenzję. No i pojawił się tu pewien pairing, który bardzo polubiłam (a fanartów prawie tyle, co nic ;_;). :3

"Danna ga Nani wo Itteiru ka Wakaranai Ken"
Przesympatyczna krótkometrażówka o Kaoru i jej mężu otaku, niewymagający, zabawny umilacz czasu. Bardzo spodobała mi się relacja głównych bohaterów - dwa całkiem różne charaktery, które jednak potrafią się nawzajem wspierać i są ze sobą mimo przeciwności i, jak by się zdawało, kompletnego niedopasowania. Ma to w sobie coś pokrzepiającego i po prostu bardzo przyjemnie się ogląda. Anime doczekało się jak na razie dwóch 13-odcinkowych serii (przy czym pierwsza podobała mi się trochę bardziej), jednak z radością powitałabym wiadomość o dalszej kontynuacji
.
Jedyna z wymienionych tu mang, którą mam na półce (chociaż za jakiś czas będę miała i "Doukyuusei"). Zbiór bardzo subtelnych, naprawdę pięknych historii, które świetnie komponują się z równie urzekającą kreską Hozumi. Nie brakuje tu też humoru, a tekst w wielu przypadkach nie gra głównej roli, gdyż mimika i gesty bohaterów są wystarczającą wymowne. Aż trudno uwierzyć, że "Na dzień przed ślubem" to debiut Hozumi.

Tagura Tohru "Koimonogatari"
Manga wciąż wychodząca - i to dość powoli - jednak już te cztery rozdziały sprawiły, że zakochałam się w tej historii i świeżym spojrzeniu autorki na tematykę boys love. Tytuł tej mangi może być dość mylący. "Koimonogatari", a więc "Historie miłosne" w sposób naturalny kojarzy się z romansem, którego, jak dotąd, nie przyjdzie nam tu uświadczyć. Jest tylko nieodwzajemnione uczucie Yamato oraz Yuiji i jego dziewczyna (których związkowi również zostało poświęcone nieco miejsca). Zamiast tego dostajemy piękną, stopniowo rozwijającą przyjaźń. W dodatku kreska ma w sobie mnóstwo uroku. Mam nadzieję, że wkrótce pojawią się kolejne rozdziały.

Nakamura Asumiko "Doukyuusei" (+ "Sotsugyousei" & "O.B.")
Aż głupio przyznać, że kiedyś nie pamiętałam, że przeczytałam tę mangę. Dopiero po ogłoszeniu jej wydania w Polsce przez Waneko bardziej zainteresowałam się tytułem. Z początku wciąż mnie jeszcze nie zachwycił, jednak po zapoznaniu się z kontynuacją… zwyczajnie przepadłam i teraz praktycznie nie ma dnia, żebym choć przez chwilę nie myślała o tej mandze, a moje podręczniki/zeszyty pełne są (lepszych lub gorszych) podobizn Kusakabe i Sajou. Uwielbiam to, jak autorka naturalnie rozwinęła relację między tą dwójką (no dobra, na początku może jeszcze tego nie widać), to jak obaj poważnie myślą o swoim związku i… mogłabym jeszcze długo tak wymieniać, jednak wstrzymam się do czasu dostania polskiego wydania (tytuł: "Koledzy z klasy") w swoje ręce i wtedy też dodam pełną recenzję. W dodatku w lutym premierę będzie też miała animowana wersja "Doukyuusei". Już nie mogę się doczekać! A! Jeszcze jedno, kreska z początku może się wydawać dość dziwna, jednak doszłam już do etapu, gdy nawet ją zaczęłam uwielbiać.

Amazarashi
Zespół odkryty za sprawą endingu do "Tokyo Ghoul √A" - "Kisetsu wa Tsugitsugi Shindeiku". Po pewnym czasie zaczęłam szukać kolejnych ich piosenek i przez dłuższy czas słuchałam ich niemal nieustannie. Tych, którzy chcieliby poznać inne ich utwory (co jak najbardziej polecam) odsyłam do tej playlisty. :3

THE ORAL CIGARETTES
Tutaj podobnie do Amazarashi, z tą różnicą, że poznałam ich dzięki openingowi do "Noragami Aragoto" - "狂乱 Hey Kids!!" i chyba nieco szybciej zaczęłam słuchać kolejnych ich utworów (również całymi dniami). Jakie polecam najbardziej? Właściwie, to trudno mi zdecydować, więc i tym razem odsyłam od razu do playlisty. Zajrzyjcie koniecznie!

MUSE
Zastanawiałam się, czy rzeczywiście uwzględniać tu ten zespół skoro, po pierwsze, znałam go już wcześniej, a po drugie dopiero ostatnio zaczęłam go słuchać częściej (a wszystko dzięki Katherine Parker, dziękuję! :D). Ostatecznie uznałam, że warto byłoby jednak wspomnieć o muzyce, która nie jest japońska. Tu również odsyłam do playlisty, a polecam szczególnie "Undisclosed Desires" oraz "Panic Station", ten drugi koniecznie z teledyskiem (jak na ironię, w Japonii xD).

Nie przypuszczałam, że wyjdzie tego tak dużo...
A jakieś plany na nadchodzący rok? Nie mam zbyt wiele konkretów. Poza tym, co było do tej pory, planuję napisać kilka notek o kreskówkach (a właściwie to nawet zaczęłam) - w końcu kiedyś zdarzało mi się je oglądać. Teraz już praktycznie nie, więc będą to takie bardziej wspominki, choć do niektórych z serii, które zamierzam opisać, z chęcią bym powróciła. Poza tym chcę wprowadzić coś w stylu "moich M&A aktualności", gdzie pisałabym o tych tytułach, które zaczęłam czytać/oglądać, a (przynajmniej na razie) nie planuję ich recenzji (nie będę uwzględniać anime z najnowszego sezonu - one będą się jak zwykle ukazywać w podsumowaniu).

niedziela, 27 grudnia 2015

J. Burton "Miniaturzystka"

Wydawnictwo Literackie  |  Ilość stron: 459
Siedemnastowieczny Amsterdam. Petronella ma po raz pierwszy przekroczyć próg swojego nowego domu. To, co tam zastaje, jest jednak dalekie od jej oczekiwań. Powitanie jest chłodne i to nie mąż, ale wyniosła szwagierka i bezceremonialna służąca są pierwszymi osobami, które spotyka. Nowo poślubiony małżonek wciąż jest tymczasem w podróży. Dom, w którym miała być panią zdaje się być jej obcy, nieprzychylny, a z domownikami trudno jej nawiązać jakąś nić porozumienia. Nie zmienia się to również po powrocie Johannesa, który traktuje ją uprzejmie, jednak nie daje jej odczuć, że rzeczywiście jest jego żoną. Pewnego dnia daje jej niezwykły prezent - miniaturę domu, w którym się znajdują, wielkości sporego kredensu. Nella jednak, zamiast się ucieszyć, poczytuje to jako kpinę, marną namiastkę domu, który nigdy nie stanie się tak naprawdę jej. Czy to z przekory, czy ze zrezygnowania, postanawia podjąć się tej gry i zamawia kilka pierwszych przedmiotów u pewnego minaturzysty. Jak się jednak okazuje, poza nimi w pakunku otrzymuje też kilka figurek, których nie oczekiwała i choć, po pewnym czasie zaniepokojona, chce się wycofać, przesyłki nie przestają przychodzić. A dlaczego to takie niepokojące? Bo figurki zbyt dobrze obrazują rzeczywistość, bo ich twórca zdaje się wiedzieć za wiele o ich prywatnych sprawach, a swoimi małymi arcydziełami jakby próbuje coś zasugerować Nelli. Tylko czy dziewczyna zdoła domyślić się o co chodzi, zanim będzie za późno?

"To miasto to nie więzienie, jeśli umiesz wytyczyć sobie właściwą ścieżkę."

Bohaterowie zdecydowanie są jedną z największych zalet tej powieści. Nie dają się oni ot tak zdefiniować, poznajemy ich stopniowo, raz odczuwając przypływ sympatii, a kiedy indziej niechęć czy rezerwę. Nie są to pobieżnie nakreślone charaktery, to postaci, które zdają się być ludźmi z krwi i kości, mającymi zarówno zalety, jak i cały szereg wad. Nie są niezmienne, co widać zwłaszcza w postawie naszej głównej bohaterki. Nella z niedoświadczonej, pełnej nadziei dziewczyny, na przekór wszystkim przykrościom, których doświadcza, powoli staje się panią domu, wykształca w sobie odwagę i śmiałość, tak potrzebne w obliczu sytuacji, w której się znalazła. Właśnie na przykładzie Nelli i kilku innych pań autorka ukazuje stopniowe zanikanie stereotypu kobiety całkowicie zależnej od męża - otwierające się przed nimi nowe drogi, którymi mogą kroczyć, o ile tylko znajdą determinację i odwagę, by wejść na którąś z nich. A przypomnijmy, że to przecież XVII-wieczny Amsterdam. Jessie Burton ukazuje też w swojej powieści ludzką obłudę, obnoszenie się z pobożnością, a jednocześnie kult pieniądza.

Nie mogłabym też nie wspomnieć o przynajmniej kilku pozostałych bohaterach. Johannes, choć nie najlepiej wywiązuje się z roli męża, sprawia naprawdę miłe wrażenie - traktuje Nellę jak równą sobie, jest inteligentny i zabawny, przez co nie mogłam go nie polubić, nawet jeśli było w nim coś zastanawiającego. Jego siostra Marin z kolei roztacza wokół siebie całkiem inną aurę - niedostępności, surowości i rygoru. Przez długi czas trudno było mi wykrzesać do niej sympatię, choć podejrzewałam, że za tą fasadą musi się skrywać coś jeszcze. Cornelia, ich służąca wcale nie zachowywała się uniżenie, jak można by się było po niej spodziewać - ma swój charakterek, do czego z początku trochę trudno przywyknąć. Warto wspomnieć również Otto, którego lata temu wykupił z niewoli Johannes. Czarnoskóry służący nieodmiennie przyciąga uwagę amsterdamczyków, którzy wytykają go na ulicach palcami i kierują doń obraźliwe komentarze. Sam Otto jest jednak naprawdę pozytywną postacią i wykazuje się wielką lojalnością wobec swojego wybawcy.

"Czuję, że mnie prowadzisz, jasna gwiazdo, lecz moją nadzieję mąci strach,
 że Twoje światło może nie być dobroczynne."

Przyznam, że skrywany przez Brandtów sekret mnie zaskoczył, czegoś takiego kompletnie się nie spodziewałam. Chociaż właściwie powinnam raczej użyć liczby mnogiej, gdyż mieszkańcy tego domu okazują się być pełni sekretów, których nie zamierzają ot tak ujawnić. Więcej na ten temat Wam nie zdradzę - szkoda byłoby psuć możliwość snucia wniosków na własną rękę. Z początku obawiałam się, że czytanie będzie mi szło dość opornie, a kolejne rozdziały będą mi się dłużyć, jednak było całkowicie na odwrót. Bardzo szybko wciągnęłam się w fabułę i z przyjemnością poznawałam kolejne szczegóły z życia bohaterów, a tajemnicza postać miniaturzystki dodatkowo potęgowała moją ciekawość. Pozostaje mi więc jedynie zaprosić Was do zgłębienia tajemnic XVII-wiecznego Amsterdamu i jego mieszkańców - zdecydowanie warto.